WEEC Dyskusja o nowej polityce wschodniej

Tym razem okrągły stół, w kolejnym dniu Warsaw East Europen Conference, poświęcony był „nowej polityce wschodniej”. Słowo „nowa” w tytule  uzasadniało się tym, że tematu podjęli się młodzi analitycy i eksperci,  a inicjatywa takiej dyskusji wyszła ze środowiska znanego portalu Eastbook. Trudno oczywiście o całkowicie nową politykę wschodnią, gdy najogólniejsze jest cele determinuje sytuacja geopolityczna Polski, czym obecnie jest  wsparcie dla Ukrainy i traktowanie Rosji jako zagrożenia. W tym Łukasz Jasina  („Kultura liberalna”), Marcin Kacperek (pracujący w MSZ), Paweł Purski (Eastbook) i Bartosz Rydliński (UKSW) byli zgodni.

Powtarzała się konstatacja o słabnięciu Rosji i potrzebie zredefiniowania z nią stosunków, porzuceniu lub nowego podejścia do „doktryny Giedroycia”, budowania w polityce wschodniej nie taktyki ale dalekosiężnej strategii. „Młode wilki”, jak nazwano ich w trakcie dyskusji, poruszali przy tym bardzo wiele punktów i problemów, wykazując się szerokością spojrzenia i niewątpliwą wiedzą. Jeśli jednak traktować ten „okrągły stół” z  jego młodymi twarzami, jako głos pokolenia, trzeba być bardzo ostrożnym. Między panelistami widoczne były znaczące różnice w podejściu zarówno do Rosji, znaczenia partnerstwa wschodniego czy np. znaczenia Białorusi dla polskiej polityki wschodniej. Bardziej jednak charakterystyczne wydawało się to, że sposób formułowania myśli nie odpowiadał podziałom, jakie występują dzisiaj między rządem a opozycją, a więc wśród generacji nieco podstarzałej i podzielonej na „plemiona”. Dyskusja była dzięki temu ciekawa, bowiem nie toczyła się starymi koleinami, a młodzi analitycy, w widoczny sposób  samodzielnie poszukują  własnych myśli i idei, odbiegając od wielu schematów dawniejszego myślenia.

Uczestnikami okrągłych stołów WEEC są wybitni i powszechnie znani politycy (w tym roku m.in. Juszczenko, Szuszkiewicz itd). Inicjatywa by głos w nich zabierały też osoby młodsze i mniej znane wydaje się ważna i potrzebna. Nie ma nic gorszego jak zamykanie się starszej generacji we własnym gronie. Polityka zagraniczna i tak ważna w Polsce jej część, jaką jest polityka wschodnia, winna kształtować się również w dialogu pokoleń.

Należy dodać, że spotkanie moderował z wielką swadą Paweł Kowal, którego z całą dla niego sympatią, trudno określić jako „młodego”,  bowiem jest już „starym (choć nie wyleniałym) wilkiem”. Nie jest to jednak źle, gdy starsze pokolenie moderuje dyskusję pokolenia młodszego. Na tym dialog pokoleń również może polegać.

Reklamy

Energetyczna niepodległość Ukrainy

Od pięciu miesięcy Ukraina nie importuje gazu z Rosji. Jest to równie ważną informacją jak komunikaty z frontu rosyjsko-ukraińskiego na Donbasie. Dla Rosji eksport gazu był przez długi czas skuteczną bronią trzymania Ukrainy w zależności gospodarczo-politycznej.

Był to wynikiem wielu zaszłości. Dawne ZSRS, a więc i sowiecka Ukraina,  używała energii niebywale rozrzutnie. Po roku 1991 jej  koszty urealniały się i rosły. Ceny energii  pozostawały jednak dla konsumentów niedorzecznie niskie, a różnicę pokrywała państwowa subwencja.  Bano się zmian cen energii, tak jak bano się poważniejszych reform. Ukryta w cenie gazu subwencja pożerała lwią część budżetu.

Na dodatek handel gazem był motorem oligarchizacji. Gaz sprowadzono z Rosji, a ta dopuszczała do interesu tylko nielicznych. Tak rosły fortuny prorosyjskich  magnatów wiszących u kremlowskiej klamki.

Moskwa dyktowała też ceny. Były one często wyższe niż dla innych krajów. Trzeba  dodać, że gaz odgrywał w ukraińskim miksie energetycznym bardzo znaczącą rolę, bez porównania większą niż w polskim wypadku. Gaz jako źródło zaopatrzenia w energię (33%) ma dla Ukrainy to samo znaczenie jak węgiel (34%). Bez gazu więc na Ukrainie ani rusz. I każdy kto tam był, pamięta rury i rurki  biegnące przez cały kraj od domu do domu.

W roku 2013 gaz z importu, to 57% zużycia wynoszącego 50 mld m3.  Był to oczywiście głównie gaz z Rosji.  W 2014 zużycie spada do 42 mld m3,  a  w 2015 do 34 mld m3.  Ograniczenie zużycia, również w skutek spadku produkcji przemysłowej, zmniejsza też import. W roku 2015 na  import przypada 44%. Oznacza to 13 mld m3 mniej gazu z importu w porównaniu z rokiem 2013. Dokonano więc ogromnych oszczędności.

W kwietniu 2015 uchwalono nowe zasady obchodzenia się z energią. Mało kto wierzył wtedy w sukces.  Efektywność była bardzo niska (na poziomie 60%, w Polsce 80%). Założono jednak liczniki (przed tym ich nie było), w walce z marnotrawstwem ciepła ponad 100 tys. obiektów przeznaczono do modernizacji. Gospodarstwa domowe w ciągu dwóch lat zmniejszyły zużycie gazu o 26%. Zaczęto stosować izolację domów mieszkalnych. To kosztuje, ale zmusza do organizowania się, inwestowania i  stwarza miejsca pracy.

Budżet państwa uwalniany jest zarazem krok po kroku z ciężaru, jakim była subwencja na energię, choć państwo musi wciąż pomagać tym, których nie stać na podwyższone znacznie ceny. Nie jest to jednak ukryta subwencja, wymykająca się ekonomicznej kalkulacji. Pieniądze z budżetu już nie idą skrycie do kieszeni oligarchów, rynek gazu uzyskuje przejrzystość, a reforma ukraińskiej gospodarki doznaje istotnego impulsu.

Zarazem import gazu z Rosji zastępowany był stopniowo importem z Zachodu. Grudzień 2015 to pierwszy miesiąc, gdy Putin nie dostał za gaz nawet jednej hrywny. Okupując i niszcząc Donbas Moskwa mogła spodziewać się, że wpędza Ukrainę w  tym większą energetyczną zależność. Okazało się jednak, że Ukraina zdolna była wybić się na energetyczną niepodległość.

 

Ambasador RR i duszpasterz niby-partii „Zmiana”

„Jeżeli nie pomożemy Ukrainie, to niedługo za naszą wschodnią granicą będziemy mieli rozpadający się, bandycki kraj z rosyjskimi najemnikami, którzy będą destabilizować już nie Ukrainę, a Polskę! Wybór wydaje mi się jasny” – takie jest klarowne stanowisko przyszłego ambasadora RP w Kijowie Jana Piekło. Wypowiada je od dawna i bez ogródek. To z pewnością powód, że powierzono mu tak newralgiczne stanowisko w Kijowie. Ukrainę Jan Piekło zna doskonale jako długoletni dyrektor Fundacji Współpracy z Ukrainą (PAUCI).

Niemal równoległym  zdarzeniem do nominacji Jana Piekło jest list ukraińskich intelektualistów do Polaków „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Wśród sygnatariuszy znajdują się m.in.  dwaj byli  prezydenci i patriarcha kijowski Filaret. Jan Piekło jedzie więc do Kijowa w atmosferze, która w najwyższym stopniu sprzyja polsko-ukraińskiemu pojednaniu.

Polski ambasador wie znakomicie, że jest to misja najeżona trudnościami. Sam przed rokiem stwierdzał w jednym z wywiadów „Zarówno Rosja, jak i nieżyczliwi obywatele usiłują zrobić wszystko, żeby do pojednania nie doszło”.

Takim „nieżyczliwym” wtórującym głosowi z Moskwy, jest w Polsce od dłuższego czasu ks.Isakowicz-Zaleski. Jego nienawistny głos skierowany przeciw Ukrainie i Ukraińcom jest zawsze słyszalny, gdy Polacy i Ukraińcy zbliżają się do siebie. Nic więc dziwnego, że Isakowicza-Zaleskiego sprowokowała do wzmożonej aktywności zarówno nominacja Jana Piekło jak i list ukraińskich intelektualistów. Jak na zawołanie wysyła on list do Pani Premier Szydło mający przeszkodzić nominacji Jana Piekło.

Tylko niewiele osób popisało się takim dorobkiem starannie dawkowanej nienawiści do Ukrainy i Ukraiców. Z Isakowiczem-Zaleskim konkurować mogą chyba tylko  Bogusław Paź i Mateusz Piskorski. Postacie dość jednoznaczne.

Bogusław Paź chwali bezczeszczenie zwłok ukraińskich żołnierzy w Donbasie (zawieszony za to na pewien czas w prawach pracownika Uniwersytetu Wrocławskiego), Piskorski urządza demonstracyjne wycieczki na okupowany przez Rosjan Krym i kieruje prorosyjsko i proputinowską organizacją, udającą partię, ugrupowaniem „Zmiana”.  Ostatnio aresztowany na podstawie podejrzeń o działalność antypaństwową.

Isakowicz-Zalewski cieszy się natomiast ze swobody, którą wykorzystuje by w niezwykle intensywnej i systematycznej politycznej działalności, siać niezgodę między  Polakami z Ukraińcami. Wspierał w swoim czasie skorumpowanego prezydenta Janukowycza, organizował prowokacyjne wystawy w Kijowie we współpracy z wysoko postawionymi rosyjskiego agentami wpływu, podjudza środowiska kresowe, pasożytuje na pamięci tragedii Wołynia 43. Hipokryzja tego człowieka polega między innymi i na głoszeniu, iż strona ukraińska nigdy nie przeprosiła za „Wołyń 43”. Gdy zaś słyszy takie przeprosiny (z ust prezydenta Poroszenki czy hierarchii Kościoła greckokatolickiego) i ostatnio z ust ukraińskich intelektualistów i polityków, jest to dla niego jedynie powód do dalszych ataków.

Trzeba stwierdzić z całą dobitnością, że jest to działalność zgodna z kierunkami moskiewskiej propagandy.  Atak na ambasadora RP jakim jest Jan Piekło  jest niezwykłą bezczelnością, na którą zwykle zdobywają się jedynie wrogie Polsce mocarstwa. Isakowicz-Zaleski nie zawahał się zrobić to we własnym imieniu.

Na Facebooku Isakowicz-Zaleskiego napisane jest „działalność dobroczynna”. Błąd. Winno być „działalność nienawistna”. Będąc w takim towarzystwie jak Bogusław Paź i Mateusz Piskorski, Isakowicz-Zaleski winien podjąć się jeszcze jednego zadania – winien zostać duszpasterzem niby-partii Zmiana. Jego niby-duszpasterstwo pasowałoby do tej niby partii. Byłoby to dla niego właściwe miejsce i może wreszcie znalazłby się obok Mateusza Piskorskiego.

Rosyjska wojna informacyjna 3.0

Nasza cywilizacja dostała do ręki nowe narzędzie komunikacyjne – Internet. Jest ono wykorzystywane przez putinowską Rosję w sposób inteligentny, perwersyjnie twórczy i szalenie niebezpieczny. Tu raczej nie chodzi o wojnę informacyjną, bo też informacji jest tam mało. Króluje za to dezinformacja. Uważam, że nie doceniamy strony rosyjskiej.

Każdy kto wejdzie do moskiewskiej księgarni, znajdzie bez trudu duży dział zatytułowany „politologia”. Kłują nas tam w oczy tytuły „Wojna hybrydalna 3.0”, „Wojna informacyjna”, „Wojna psychologiczna”… Wojna psychologiczno-propagandowa jest tam opisana dość precyzyjnie. To znaczy, możemy bez trudu odnaleźć jej scenariusze w codziennej rzeczywistości.

——–

Artykuł opublikowany na łamach „Para Bellum – Niezależny Magazyn Strategiczny”.

——–

Związek Radziecki dysponował ideologią komunizmu, którą usiłował propagować. Z czasem stało się to szalenie mało przekonujące, ale do końca niemal próbowano starano się przekonywać o „wyższości komunizmu nad kapitalizmem”. Dziś w Rosji mamy do czynienia z innym zjawiskiem, z propagandą skierowaną do wewnątrz, mówiąca o „wielkości Rosji”. Z gruntu szowinistycznej. Niestety, musimy sobie uzmysłowić, że w te bzdury wierzy przeciętny Rosjanin. Nam natomiast nie-Rosjanom funduje się coś zupełnie innego.

Poszczególne kraje atakowane są w taki sposób, by zdezorganizować opinię publiczną za pomocą dezinformacji. To nie ma nic wspólnego z bezpośrednimi, otwarcie wyrażanymi celami polityki rosyjskiej. Chodzi o to, by Polacy nienawidzili Ukraińców, a Ukraińcy nienawidzili Polaków. Chodzi o to, by Niemcy byli podburzeni przeciw polityce Angeli Merkel. Chodzi o to, by poszczególne kraje Europy czuły się zagrożone islamem. W Niemczech będzie to hasło antyfaszyzmu, bo jest ono związane z wojną, a u nas będzie chodziło o banderowców. Inaczej będzie to wyglądało w Słowacji, a inaczej – w Czechach.

Po drugiej, rosyjskiej stronie internetowego kabla siedzą psycholodzy, historycy i socjolodzy. Zastanawiają się oni, jak wewnętrznie skłócać oponentów w krajach będących przedmiotem ataku. A zatem, nie jest to żadna propaganda.

Internet stworzył zupełnie nowe relacje w stosunkach społecznych. Na początku to była zabawa, wymyślona w garażu przez kilku hipisów. Tak jak Gutenberg drukując klockami pierwsze strony Biblii, nie zdawał sobie sprawy, że dokonuje rewolucji, tak pojawienie się Internetu niesie z sobą nieprawdopodobne skutki cywilizacyjne, których nie potrafiliśmy przewidzieć.

Dzięki Internetowi można trafić do kraju-oponenta, do każdego domu i każdego mieszkańca. Co przedtem nie było możliwe. Przed atakiem następuje rozpoznanie słabych punktów opinii publicznej, miejsc gdzie najłatwiej i najboleśniej można ją zdezorganizować. Potem wystarczy założyć fałszywe portale, zorganizować trolli i liczyć na naturalny idiotyzm sporej części społeczeństwa. Użyteczni kretyni powtórzą najgłupszą informację. Nie zdając sobie z tego sprawy, będą pełnić funkcję broni dywersyjnej.

W fachowej literaturze rosyjskiej znajdziemy, często powtarzane hasło „prawo-lewo”. Chodzi o to by podburzyć wszelkie marginesy. W Polsce są wspierani narodowcy oraz wszelkie elementy postkomunistyczne. To dla rosyjskiego ataku wszystko jedno. Pamiętajmy, że celem jest zdezorganizowanie opinii publicznej. A kogo można najłatwiej podburzyć? Motłoch! Tak nazywa najsłabsze ogniwo społeczne Hannah Arendt. Chodzi o to, by motłoch, ze swą głupotą i agresywnością, znalazł się w centrum opinii publicznej.

Europa, wedle założeń Moskwy, jest dekadencka i dlatego ma upaść. Jeżeli podburzy się motłoch i głupotę, to Europa unijna, demokratycznych i wolnych społeczeństw (pojęcia puste dla moskiewskich czynowników) upadnie. Jednak, mimo, że Moskwa chce mobilizować z hołotą, narzędzi do sterowania nią używa zaiste subtelnych.

Można namówić idiotę, ślęczącego po nocach przed laptopem, by pojechał do Doniecka. Tak jak islamiści skutecznie namawiają młode Europejski, by rzuciły wszystko i wyjechały do Iraku. Dlaczego? Bo działa „digital density” – gęstość środowiska internetowego. Jeśli wchodzę do Internetu, bo zainteresowałem się Wołyniem, to choćbym nie wiem co zrobił, zawsze trafię na strony, które będą mnie przekonywać, że Ukraińcy nigdy nie przeproszą, a my nigdy nie wybaczymy.

To niestety działa, bo jest dobrze zrobione. Do pewnego stopnia, wobec takiej agresji, jesteśmy bezbronni.

A zatem, nie sama analiza tej wojny psychologicznej, jest najistotniejsza. Najważniejsze jest to, że nie opanowaliśmy narzędzia, jakim jest Internet. Wciąż za mało o nim wiemy. Internet jest całkowicie nowym i szalenie niebezpiecznym narzędziem. Początkowo był utopią powszechnej komunikacji. Dziś stał się sferą bezlitosnej i niebezpiecznej gry.

Wygrana wojna psychologiczna kończy się agresją militarną. To nie dzieje się „zamiast”. Celem wojny psychologicznej jest przygotowanie do agresji militarnej. Jeżeli zatem dostrzegamy natężenie działań dezinformacyjnych, to powinniśmy się zastanawiać czy niebem nie pójdzie za nimi tradycyjny atak. Na Ukrainie nie było dalszej agresji, bo Rosja przegrała wojnę propagandową.

Dziś mamy do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją, bo cała Europa podminowana jest problemem uchodźców. I to jest główny cel zmasowanego ataku. Doskonale przeprowadzono akcję dezinformacyjną, przekonującą, że w Szwecji muzułmanie gwałcą kobiety. Pozakładano „fake’owe” strony po angielsku. A informacje stamtąd błyskawicznie podchwyciły polskie portale. Efekt jest taki, że na Nowym Świecie spotykam dżentelmena, który oczywiście nie ma nic przeciw uchodźcom, ale… przecież oni gwałcą!

Lecz cała ta konstrukcja opiera się nie na tym, że oni są tacy sprytni. To, niestety my jesteśmy tacy głupi. Ten przekaz odwołuje się wszakże do tego, co gdzieś tam jest uśpione w naszych głowach.

Jedyną możliwą obroną jest mobilizacja intelektualna dla stworzenia przestrzeni publicznej, która w taki hybrydowy sposób nie może być atakowana. Jeżeli nie obronimy się w wojnie psychologicznej, przegramy również starcie militarne.

 

Putin jako kagiebista, internauta i ekonomista

Sporo ludzi uważa Putina za polityka skutecznego, ponieważ zajął Krym i Donbas oraz grozi dalej wojną. Inni twierdzą, że w istocie grzebie resztki rosyjskiego imperium, które pogrąża się w coraz większym kryzysie. Przyszłość pokaże, która diagnoza była trafniejsza. Warto się jednak zastanawiać na metodami, jakimi działa judoka z Kremla.
Putin po pierwsze liczy na swoją agenturę. Nie chodzi bynajmniej o jakiś szpiegów, którzy zdolni byliby wyciągnąć są z jakiejś szafy tajny dokument. Chodzi o takie osoby jak Gerhard Schroeder, były niemiecki kanclerz, Milos Zeman obecny prezydent Czech, Viktor Orban, premier Węgier. Marie Le Pen, przywódcę dużej opozycyjnej partii we Francji, polityków rządzącej greckiej partii SIRISA. W Polsce wpływy są skromniejsze ale zawsze liczyć może na Korwina-Mikke czy partię Zmiana. Dzięki takim politycznym aliansom Kreml chce dezintegrować Unię Europejską. Putin wierzy w swój wpływ, ponieważ za to zapłacił. Zemanowi kampanię wyborczą opłacił Łukoil, Le Pen dostała pożyczkę dla swojej partii, Schroeder popłatne stanowisko w Gazpromie. Tylko agentura dobrze opłacona może być skuteczna. Tak myśli kgbista. Przekupstwo należy doprawić strachem. Dlatego w Rosji zginęło od roku 2001 około 300 dziennikarzy i działaczy opozycyjnych. Putin jest bezwzględny i przed niczym się nie ugnie, głosi legenda. Opór na nic się nie zda. Świat w wyobrażeniu Putina składa się z ludzi przekupnych, a jeśli ktoś jest tak naiwny, że przekupić się nie daje, można go przestraszyć lub w przypadku najbardziej opornych zlikwidować.
Putin jest wreszcie największym w świecie internautą. Kreml zbudował gigantyczną maszynę propagandową, wykorzystującą to co wydaje się we współczesnym świecie najnowocześniejsze – internet. Poszczególne kraje UE dostają potężną dawkę dezinformacji, która jest tym bardziej skuteczna, że wydaje się być niejawna. W sieciach społecznościowych trafić można niemal do każdego indywidualnie. Dla konserwatysty Kreml dba o wartości chrześcijańskie przeciw gejeuropą, dla sieroty po detente Putin broni pokoju i równowagi naruszonej przez Kijów, dla lewaków sprzeciwia się Ameryce, dla Polaków cierpi razem z nimi za Wołyń, dla Czechów jest Słowianinem, dla antyklerykałów poganinem a dla kosmitów zielonym ludzikiem. Każdy dostanie w internecie to czego oczekuje wraz z sugestią, że jego marzenia spełni euroazja.
Jeśli zaś ktoś tak prosto nie daje się przekabacić, to można go napuścić na innych obok: „oburzonych” na niesprawiedliwy „system”, Węgrów na Słowaków, Słowian straszyć Niemcami, Niemców Ameryką, Polaków banderowcami, separatystów wszystkich krajów zwrócić przeciw krajowym rządom, opornych wobec Putina polityków ośmieszyć itd. Itd. I właściwie nawet nie trzeba się specjalnie wysilać się, aby prowadzić taką wojnę psychologiczną. Wszystkie takie konflikty i animozje istnieją, nie trzeba ich wynajdywać ani prowokować, należy je jedynie odpowiednio wzmocnić. I unijna Europa rozleci się i upadnie niemal sama z siebie.
Plan był dobry i wszystko miało iść jak po maśle. Putin miał pocisnąć, Unia miała się rozlecieć, a imperium w dawnej glorii miało wrócić dzięki agenturze i samej psychologii. Coś poszło jednak krzywo i Zachód zaczął wierzgać. Trudno powiedzieć, gdzie jest przyczyna, czy agentury było za mało, czy też w internecie nie poszło dość gładko – nomen omen – to wynalazek Silicon Valley, i nie dało się wszystkich w sieci oszukać, mimo że ma się po swojej stronie Snowdena.
Zachód sięgnął po sankcje gospodarcze. Putin wyśmiewał je początkowo, kpiąc, że bardziej zaszkodzą one Zachodowi niż „wielkiej” Rosji. Krym był cenną zdobyczą, ale zaczął dość drogo kosztować. Stwarza to konieczność zdobycia korytarza lądowego, by nie budować dla grube miliardy mostu. Podbity Donbas też zaczyna kosztować, jak każda wojna.
Z czasem sankcje zaczęły boleć. I tu Putin okazał się ekonomistą i pokazał swój plan „B”. Rosja gospodarczo odwrócić się ma na Wschód ku Azji, a Zachód zostanie sam, ze swoją gospodarką w kryzysie oraz bez ropy i gazu. Wybuduje się rury aż do Pekinu. To co nie udało Związkowi Sowieckiemu, zagospodarowanie Syberii i przez co Związek upadł, uda się mnie Putinowi. A sankcje? Sami je nałożymy na Zachód. Po co od niego kupować, skoro można to samo produkować u nas w domu. Import ogranicza własną gospodarkę, brzmi nowe prawo ekonomiczne Putina. Ma zadziałać w ciągu dwóch lat, inni mówią, że może w ciągu dziesięciu.
Na razie plan prawie działa. Chińczycy zaczęli coś inwestować pod warunkiem jednak, że będą mieli pakiet kontrolny w tworzonych przedsiębiorstwach. Co odebrano zachodnim inwestorom, dano chiński poszerzonym wymiarze.
Plan Putina może działać nadal ma bowiem wiele wariantów. Po niepowodzeniu wariantu A (niepostrzeżonym odzyskaniu imperium), można było przejść do wariantu B (zgwałcenia Ukrainy). Jeśli wariant B się sypie (co się chyba dzieje) można przejść do wariantu C, jakim jest eskalacja działań militarnych. Po wariancie C sięgnąć można po wariant D i otwartą inwazję. Właściwie czemu nie spróbować odbić Kijowa. Na Kremlu jest też może pewnie wariant Z, przy którym rosyjska misja pokojowa odwiedza Lizbonę (wariant Dugina). Po drodze jest też wariant N z wojną nuklearną.
W każdym wariancie agentura i internet przydadzą się w taki lub inny sposób. Każdy jednak kolejny wariant, wynik niepowodzenia poprzedniego, kosztuje coraz więcej. Agentura się demaskuje a i w internecie coraz mniej ludzi daje z siebie zrobić idiotów.
Być może jednak alfabet jest zbyt długi, by Putin zdołał zrealizować wszystkie warianty. Należy też uwzględnić odmienną kolejność liter w rosyjskiej cyrylicy i alfabecie łacińskim. Litera „w” jest nim trzecia co do kolejności, a w łacińskim prawie ostatnia. Putin jest z pewnością przy „w” w swoim alfabecie. Jeśli jednak Europa zapisuje swoje dzieje łacinką, to Putinowi nie zostało już wiele liter do końca.

Konflikt na Wschodzie: jak dalece się angażować?

Pytanie zasadnicze polskiej polityki wobec konfliktu na Wschodzie brzmi: jak dalece Warszawa winna się w ten konflikt angażować? MSZ konfrontuje się z krytyką z dwóch stron – jedni mówią, że zaangażowanie to jest zbyt duże, drudzy że zbyt małe.
Polskie stanowisko, jak się wydaje, odegrało, dość dużą rolę w Brukseli w kształtowaniu europejskiej polityki, zwłaszcza w pierwszej fazie konfliktu. Z czasem jednak rola ta zmniejsza się wobec tego, że polityka EU staje się coraz bardziej wyrazista, co szczególnie odczuwalne jest w parlamencie europejskim. To, że przewodniczącym Rady Europejskiej został Donald Tusk pozwala silnie kojarzyć pozycje polskie z europejskimi.
Wydaje się, że ten sukces osiągnęła Warszawa dzięki dobrym stosunkom z Niemcami. I jest to sukces podwójny. Dzięki dobrym stosunkom z Berlinem Warszawa mogła zdobyć tak względnie duży wpływ na politykę europejską, i po drugie Berlin przejął wiele punktów polskiego stanowiska w polityce  wschodniej. Niemcy dokonały poważnej ewolucji, gdy chodzi o stanowisko wobec Rosji i Ukrainy właśnie pod wpływem Warszawy.
Natomiast za porażkę Warszawy można uznać, że nie potrafiono uzgodnić wspólnych pozycji z południowymi sąsiadami Czechami i Słowacją, a przede wszystkim Węgrami. Oznacza to, że projekt, jakim jest grupa wyszechradzka, znajduje się w  kryzysie. Wydaje się, że działania, jakie podejmowano w polityce dwustronnej z poszczególnymi rządami tego południowego sąsiedztwa, były niedostatecznie intensywne i nie podejmowano się w nich poważnych i trudniejszych rozmów. Zwraca uwagę, że Rumunia, której do V-4 nie dopuszczono zajmuje dziś pozycje znacznie bliższe Polsce niż Budapeszt, Praga czy Bratysława.
Najwięcej jak wydaje można mieć jednak zastrzeżeń, co do kształtowania przez Warszawę stosunków dwustronnych Warszawa-Kijów. Nie umiano „politycznej sympatii” zaopatrzyć w silniejsze narzędzia polityczne i gospodarcze. Ostatnia wizyta premier Kopacz w Kijowie, choć przyniosła pewien postęp to jednak nie przyniosła przełomu.
PO nie zajęło się m.in. polityką pamięci, która w stosunkach polsko-ukraińskich paradoksalne odgrywa dziś większą rolę niż w stosunkach polsko-niemieckich. Wiele dokonał w tej dziedzinie wcześniej prezydent Lecz Kaczyński nota bene narażając się części własnego elektoratu. Te zaniedbania wykorzystuje dziś Putin manipulując historią Wołynia 43. Dopiero ostatnio minister Schetyna „zahaczył” pewne newralgiczne kwestie związane z historią II wojny w relacjach polsko-ukraińsko-rosyjskich. Wywołało to irytacje Moskwy, a zarazem podbudowało pozycję ministra Schetyny zwłaszcza wobec premier Kopacz. Wątek narracji II wojny w obecnym roku, 70-tej rocznicy II wojny,  okazać się może jeszcze politycznie znaczący.
Konflikt na Wschodzie wywołuje z oczywistych względów pełną kontrowersji debatę dotyczącą polskiej polityki zagranicznej. Stawia się też pytanie, jakie znaczenie miał reset stosunków polsko-rosyjskich, jakiego w swoim czasie próbowało PO . Wydaje się, że nie wielkie. Z perspektywy dalszego rozwoju wypadków wielu zechce   traktować te próby jako krok zupełnie niepotrzebne a nawet całkowicie błędne. Można by jednak kontrargumentować, że Warszawa ulegając w jakimś stopniu ogólnoeuropejskiej polityce złudzeń, okazało się nie tyle nieudolna co elastyczna (w chwili gdy trudno było przekonać zachodnich partnerów do antyrosyjskiego kursu), co pozwoliło się zyskać więcej wiarygodności, gdy kurs wobec Rosji trzeba było zaostrzyć.
Prowadzona polityka napotyka z oczywistych względów krytykę opozycji. O zbyt dużym zaangażowaniu po stronie Ukrainy mówi SLD lub osoby do SLD zbliżone. Argument brzmi – nie należy Polski narażać na konflikt z Rosją. Byłoby to może nie pozbawione pewnej słuszności, gdyby nie fakt, że po pierwsze nawet bardzo umiarkowane zaangażowanie po stronie Kijowa (zgodne z EU-normą) naraża nas już na konflikt z Rosją, po drugie obecna polityka Putina jest tak skonstruowana, że gdyby wygrał on z Kijowem następna na celowniku może być Warszawa. Zostawienie Ukrainy samej sobie jedynie zwiększa prawdopodobieństwa stania się samemu przedmiotem rosyjskiej agresji.
SLD i jemu podobni mają też zaskakujących popleczników w krytyce polityki MSZ-etu. Są nimi niektórzy działacze ugrupowań nacjonalistycznych. Piszę „niektórzy”, ponieważ polscy nacjonaliści są w sprawie Ukrainy silnie podzieleni. Jednak część z nich głosi, że w sprawy ukraińskie nie należy się wtrącać. Uzasadnienia bywają różne od czysto pragmatycznych, do agresywnie antyukraińskich. W tym ostatnim wypadku często chodzi o manipulacje rosyjskie w polskim internecie. Jak wiadomo ugrupowania skrajnie nacjonalistyczne są w całej Europie ulubionym obiektem propagandowej manipulacji Kremla.
Środowisko PiS podkreśla przede wszystkim, że polska dyplomacja jest za mało aktywna i Polscy politycy nie zasiadają przy negocjacjach takich jak w Mińsku. Miałoby to dawać Polsce znacznie lepszą pozycję jako aktywnego podmiotu polityki międzynarodowej. Krytycy Po z PiS chcieliby, aby działać tak jak czynił to prezydent Kaczyński w Gruzji to znaczy być na pierwszej linii frontu. To on zresztą miał słusznie przewidywać agresję rosyjską, gdy tymczasem PO dokonywało „resetu” z Moskwą.
Krytykę dotyczącą zbyt słabego zaangażowania po stronie Kijowa wzmaga to, że istotnie koalicjant PO jakim jest PSL wynajduje dużo argumentów, by się nie wchodzić w konflikt z Rosji. Argumenty PSL są przede wszystkim natury gospodarczej. Angażowanie się po stronie Ukrainy ma szkodzić kontraktów z Rosją, co zresztą sprawdziło się.
Przewidywania Lecha Kaczyńskiego i tych wszystkich, jacy widzieli w Rosji narastające zagrożenie sprawdziły się. Taką rację można a nawet trzeba w imię fair play im przyznać. Można jednak wysunąć kontrargument, że w polityce liczą się tylko te przepowiednie, które mogą być narzędziem oddziaływania. Eurosceptyzm odbierał PiS możliwość by jego antyrosyjską przekuć w polityczne na działanie na arenie europejskiej, bowiem do takiej polityki trzeba znaleźć odpowiednich partnerów. PiS chce, aby PO tłumaczyło się z „resetu”. PO może odpowiedzieć, wytłumaczcie się ze swoich zachwytów nad Orbanem, który dziś jest głównym hamulcowym proukraińskiej europejskiej polityki.
Niewątpliwe jest zarazem, że poszczególne stanowiska w sprawie polityki zagranicznej motywowane są polityką wewnętrzną i nadchodzącymi wyborami. SLD chce pozyskać PRL-nostalgicznego wyborcę, który uważa, że Rosji zawsze należy ustępować. PSL myśli o sprzedawcach jabłek, który na chłopską partie mają głosować. PiS chce przypiąć PO łatkę mięczaków i skumplowania z wiecznie zbyt prorosyjską lewicą. I pewnością sami politycy PO pytają siebie, jak polityka wobec Ukrainy może wpłynąć na wynik wyborów. Schetyna staje antyrosyjski i wzmacnia swoją pozycję wewnątrz własnej partii. Dla wszystkich przyjęcie takiej czy innej postawy przy tak napiętej sytuacji międzynarodowej, może mieć nie mały wpływ na wynik wyborów.
Bardziej bezinteresowni wydają się działacze społeczni szerokiego ruchu na rzecz Ukrainy, niezależnie od tego jakie są ich polityczne czy partyjne sympatie. Zbyszek Bujak mówi „dajcie broń Ukrainie” i jak się wydaje, że  bardzo wielu działaczy społecznych podziela ten pogląd. Jeśli oceniać polską politykę zagraniczną oczami tych właśnie środowisk, to jest ona zbyt ostrożna. Polskę chętni widzieli by oni w bardziej jednolitym froncie razem z Litwą. Dyskusja trwa. Tylko nie wiadomo, ile mamy na nią czasu.

Merkel czy Putin: kto wygrał w Mińsku?

Pierwsza odpowiedz brzmi Putin. I wielu wydaje się oczywista, skoro rozejmu nie ma i zajęto Debalcewo. Rosjanin przechytrzył Niemkę, która rzekomo naiwnie wierzyła w to, co podpisywała, a on słowa nie dotrzymał. Niektórzy uważają zresztą, że Putin jest od samego początku sprytniejszy  i zwycięski. Jeśli jednak bliżej przyjrzeć się sprawie, to mierząc dotychczasowe  dokonania  ambicjami, jakie zdradza, odnosi on poważne porażki. Wygrywa bitwy, ale coraz bardziej przegrywa wojnę,  jaką wypowiedział Zachodowi.
Zdobycie kilku terytoriów, które przy okazji zdewastowano (Krym gospodarczo, Donbas jak najbardziej dosłownie) i w które wpompowywać trzeba pieniądze, to nie są wielkie zdobycze. Dokonując tej agresji ostrzegł jednak cały Zachód o swoich planach i spowodował powszechną zmianę poglądów na to, czym jest dzisiejsza Rosja i kim jest on sam jej prezydent. Wcześniej wierzono, że Putin będzie modernizatorem, a nawet nie w pełni demokratą, to jednak politykiem, z którym daje się jakoś współpracować. Putin Zachód tej naiwności innych pozbawił.
Łamiąc ostatnie umowy z Mińska pozbawił już tych złudzeń nawet tych, którzy chcieli mu wierzyć do ostatniej chwili. Czy kanclerz Merkel należała to takich naiwnych? Nie wydaje się. To ona pierwsza nazwała Putina człowiekiem oderwanym całkowicie od rzeczywistości i uczyniła to już dość dawno. Nie wydaje się, żeby mogła o tym zapomnieć. Zapomniał o tym natomiast, jak się wydaje Putin. Nie musiał prowadzić, żadnych rozmów w Mińsku i mógł agresję kontynuować bez tego. Wyobrażał sobie, że stwarzając bardzo krótkotrwałe złudzenia co do możliwości pokoju coś ugra. I kolejny raz prymitywnie skłamał.
Kanclerz Merkel wydaje się znacznie bardziej wyrachowana. Prowadziła negocjacje z kim, o kim wiedziała przecież, że wierzyć mu nie można. Prowokując jednak ponowne demonstracyjne kłamstwa zdobywa argumenty wobec tej reszty europejskich polityków, którzy wciąż są naiwni lub tą naiwność chcą dalej udawać.  Wciąganie Hollanda do tej gry było również dobrym posunięciem, bowiem i on czuć się musi oszukany i wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. W ten oto sposób Zachód dojrzewa do wniosku, co dla niektórych było może oczywiste od początku i napotykało jednak na spory opór, że Putina powstrzymać można tylko siłą.
Plany Putina nie przewidywały, że Zachód może dojść do takiego wniosku. W jego oczach Zachód, a zwłaszcza EU-Europa, miał być dekadencki i nie zdolny do jakiekolwiek zdecydowanego działania.Pomyłka Putina wynika z jego całkowitego niezrozumienia mechanizmów działania państw demokratycznych. Debata i refleksja, jaka towarzyszy i spowalnia proces podejmowania decyzji, to w jego oczach jedynie czcza gadanina. Nie dostrzega on, że dzięki temu, demokracje zdolne są też uczyć się i wypracowywać decyzje bardziej dojrzałe i na koniec skuteczne.

Niektórzy twierdzić jednak  będą dzisiaj, że Putin odniósł zwycięstwo nie tylko na Krymie i w Donbasie, ale prawie w samym sercu kontynentu bowiem w Budapeszcie. Należy jednak lepiej przyjrzeć się, co się tam stało. Był to dla Putina dość drogi wyjazd, zapłacił bowiem za bilet do Budapesztu 10 mlrd euro. Taka jest wysokość kredytu, jakiego udzielił Orbanowi. Jest to 1/35 jego zasobów i rezerwy, jaką jeszcze posiada. Można oczywiście powiedzieć, że Orban jest przekupny. Sedno sprawy jest jednak w tym, że względy polityków musi już Putin kupować za dość duże pieniądze a trudno sobie wyobrazić, aby tracący na popularności węgierski premier mógł zmienić politykę Zachodu.

Ci którzy widzą w Putinie zwycięzcę wydają się tak samo naiwni jak on sam, nawet a zwłaszcza jeśli uważają się za jego wrogów czy oponentów. Uprawianie i zrozumienie polityki wymaga wiele wyrafinowania, a kto widzi w niej tylko stosowanie siły  nie bardzo jest zdolny dostrzegać głębszy nurt wydarzeń. Nie wykluczone, że Putin wygra jeszcze kilka bitew, wybrał się jednak na wojnę z Zachodem. Podobno aby wygrywać trzeba wroga nieco uśpić i odwrócić uwagę od swoich planów. Putin zrobił wszystko, aby swojego wroga na Zachodzie ostrzec i pobudzić do mobilizacji.

Marcin Przeciszewski:: Wojna z całym światem w imię wizji niemożliwej do realizacji

Patrząc z szerszej perspektywy na zabór Krymu i wspieraną z zewnątrz krwawą rebelię w Zagłębiu Donieckim, wyraźnie dostrzegamy, że celem agresji wszczętej przez Władymira Władymirowicza Putina bynajmniej nie jest tylko Ukraina. Ukraina stanowi jedynie jej etap. Rzeczywistym zamierzeniem Putina jest dokonanie destrukcji UE i NATO i oderwanie nie posiadającej wystarczającego potencjału obronnego Europy od Ameryki. Stanowi ona w zamierzeniu element zastraszenia Zachodu, ukazania mu jego własnej bezsilności, której celem jest kapitulacja poszczególnych państw Zachodu przed bluffem zastosowanym przez putinowską Rosję. Bluff ten polega na

——

Jest to ściągnięta z FB dyskusja, jaka toczyła się zawzięcie przez dwa wieczory jakieś dwa-trzy tygodnie temu, w której aktywny udział wziął mój stary KiK-owski druh Marcin Przeciszewski. Myślę, że warto jego argumenty przypomnieć. Jest też tam sporo ciekawych informacji pewnie nie wszystkim znanych.

———

autoprezentacji reżimu panującego w Rosji jako „jedynej na świecie siły zdrowej moralnie” zdecydowanej do tego na wszystko, aby zbudować nowy, „sprawiedliwy” porządek świata oparty o „tradycyjne wartości” traktowane instrumentalnie. Niebywała agresja propagandowa, nie znana w takiej skali, nawet w czasach Hitlera albo Stalina, zamieniająca w ludzkich głowach rzeczywisty obraz świata fikcją montowaną przez ideologów w rodzaju Aleksandra Prochanowa, Aleksandra Dugina albo Dymitra Kisielewa, ma „zaprogramować” zarówno umysły intelektualistów i prostych ludzi Zachodu, fikcyjnym przekonaniem, że Rosja jest zagrożona zmasowaną agresją ze strony „cynicznego, homoseksualnego i skrajnie zdemoralizowanego” antyświata. Świat ten reprezentują go głównie Stany Zjednoczone, posługujące się morderczą, krwawą faszystowską kijowską juntą, mającą swoje źródło
w banderyźmie, który nie jest niczym innym, tylko prostą kontynuacją hitleryzmu, rozpaczliwie broni się przed umieszczeniem amerykańskich głowic atomowych na Ukrainie, stanowiących śmiertelne niebezpieczeństwo dla świata. Przeż szereg miesięcy próbowano zbliżyć Zachód do Rosji, a jednocześnie skłócić między sobą Europejczyków zanim dopracują się wspólnej polityki wobec „neonazisowskiej Ukrainy” było kontynuowane do dziś szerzenie przez rosyjską propagandę nieludzkiej, rasistowskiej nienawiści do Ukraińców, usiłujących wyłamać się ze swojego wasalnego położenia. W odpowiedzi na zmasowaną propagandę odzywają się niemieccy intelektualiści i politycy związani osobistymi interesami z Rosją, jak Gerhard Schröder głosząc hasła o zagrażającym pokojowi na świecie niesprawiedliwym traktowaniu Rosji i jej prawie do koniecznej obrony, negując przy tym, za Putinem, aktywnym działaniom i samej obecności wojsk rosyjskich na Donbasie. Honor Niemców jako narodu uratował kolejny list intelektualistów wskazujących jednoznacznie kto jest agresorem.
Prezydent Rosji, W. W. Putin, wykorzystując obawy Europejczyków o obniżenie poziomu życia w poszczególnych krajach, ich uzależnienie od rosyjskich nośników energii do skłócenia Europejczyków zarówno między sobą, jak i z Ameryką. Celem tego skłócenia jest doprowadzenie do tego, aby Unia Europejska tracąc wszelką zdolność do przeciwdziałania zewnętrznym naciskom przekształciła się najpierw w „bezsilną, bezzębną staruszkę”, aby ostatecznie uledz pełnemu rozpadowi. Zgodnie z głoszoną przez Aleksandra Dugina teorią wzajemnej przeciwstawności sobie cywilizacji kontynentalnej (Eurazja) i atlantyckiej (kraje anglosaskie), miejsce Brukseli jako koordynatora procesów toczących się w kontynentalnej Europie ma zająć Moskwa. Rosja już od wielu lat stara się unikać rozmów z UE jako całością, natomiast intensywnie prowadzi rozmowy bilateralne z poszczególnymi jej krajami, kładąc przy tym nacisk na „obustronne interesy” własne i danego kraju europejskiego. Celem „wojny hybrydowej” prowadzonej przez Rosję w ramach wishful thinking jej geopolityków, jest doprowadzenie do stanu, aby kraje tworzące UE kraje, pragnąc utrzymania spokoju i korzyści jakie zapewnia im współpraca gospodarcza z Rosją, nie rozumiejąc przy tym prawdziwych celów jej działań, będą po kolei kapitulować przed pogróżkami stosowanymi przez prezydenta Rosji, ilustrowane jego działaniami na Ukrainie. Kraje te, negując europejską solidarność w imię swoich wąsko pojętych interesów, będą przekształcać się stopniowo w obszar koordynowany przez Moskwę.
Temu celowi między innymi służy głoszenie haseł Unii Euroazjatyckiej, która zgodnie z jej maksymalną wizją docelową snutą przez teoretyków z „klubu wałdajskiego”, powinna objąć obszar „od Lizbony do Władywostoku”. Nie oznacza to dążenia do powrotu do pełnej wasalizacji, czyli chęci wskrzeszenia RWPG i układu warszawskiego, ale celem jest wskrzeszenie imperium rosyjskiego w skali jakiej ono nie osiągnęło nigdy za pomocą prób zrealizowania utopijnej wizji uczynienia z Moskwy centrum politycznego i gospodarczego tego ogromnego obszaru. Proponowana przez Putina Unia Euroazjatycka, której pierwszym etapem jest istniejąca już Unia Celna Rosji, Białorusi i Kazachstanu, może stać się najwyżej zmodernizowanym ZSRR, czyli w swej istocie odnowionym Imperium Rosyjskim, w którym zarówno my, jak Węgrzy, Rumuni, Słowacy, Czesi, Serbowie i Chorwaci, a również Włosi, czy Hiszpanie, a nawet Francuzi możemy – analogicznie jak przed 25 latami Finlandia zachować własną suwerenność jedynie wewnątrz swoich narodowych granic.
++++++++++
Z perspektywy narodów wchodzących w skład imperium radzieckiego aż do jego upadku (1991 r.) – pogłębianie integracji z Rosją wraz z przyjmowaniem nowych instytucjonalnych konstrukcji, których celem jest odnowienie imperium z centrum w Moskwie, za pomocą stworzenie jednego zintegrowanego obszaru gospodarczego na obszarze poradzieckim z zamiarem wyjścia daleko poza niego, stanowi narodowe samobójstwo w dłuższej perspektywie czasowej. Dlatego Gruzini, Ukraińcy, czy Mołdawianie starają się uciekać jak najdalej od narzucanych im projektów. Dlatego też, jak do tej pory mogło się wydawać zewnętrznemu obserwatorowi, najwierniejsi z wasali Kremla, białoruski dyktator Aleksander Łukaszenko i bliski zbudowaniu dyktatury kazachski prezydent Nursułtan Nazarbajew, związani z Moskwą unią celną Białorusi, Rosji i Kazachstanu, robią wszystko, aby idea fix Kremla, Unia Euroazjatycka nigdy nie została zrealizowana.
– Paradoks imperium rosyjskiego – brak centrum gospodarczo cywilizacyjnego
Specyfiką Rosji, stanowiąca bardzo poważny problem zarówno dla ludzi o tożsamości wielkoruskiej, jak i przedstawicieli wszystkich narodów włączonych do imperium, był fakt, że Rosjanie, którzy stworzyli imperium nie umieli – albo byli wręcz niezdolni – do stworzenia na własnym rdzennym terytorium jądra cywilizacyjno-gospodarczego dominującego nad całym jego obszarem. Wszystkie inne imperia nie tylko posiadały takie centra, ale zawsze ich budowa zaczynała się od nich. Rosjanie byli i są zdolni do stworzenia wielkiej i bardzo bogatej i subtelnej wysokiej kultury i duchowości, wydają się natomiast nie zdolni do utworzenia silnej i atrakcyjnej cywilizacji, mogącej konkurować z innymi cywilizacjami na terenie własnego imperium. Moskwa
i Sankt-Petersburg były stolicami władzy i administracji, a także handlu, a w XIX i XX w., również sztuki i teatru. Cywilizacja na poziomie bytowym (jakość budownictwa mieszkalnego, rolnictwa, hodowli, wsi i gospodarki wiejska, sposób odżywiania się najuboższych warstw
i żywienia wojska, kuchnia warstw wyższych, jakość rzemiosł i wszystkich rodzajów produkcji przemysłowej, a również jakość dróg i umiejętność utrzymania porządku ładu i czystości), na wszystkich nierosyjskich obszarach imperium zamieszkałych przez ludność chrześcijańską (europejską) niezmiernie przewyższała wszystko co poza handlem i architekturą sakralną (jedynie w tych dwóch dziedzinach Rosjanie umieli być naprawdę dobrzy) budowali i tworzyli sami Rosjanie.
Pierwszą podstawową różnicą między dawnym imperium carskim a współczesną Federacją Rosyjską jest fakt, że Putin będąc faktycznie nie tyle wybranym prezydentem, a uzurpatorem władzy monarszej, jak każdy tyran-samozwaniec, jest ogromnie słabszy od carskiej autokracji, bo nie posiada i posiadać nie może tej siły moralnej, która była w stanie jednoczyć Rosjan. Monarchii rosyjskiej bardzo długo udawało się znakomicie.
Wchodząc na twardy grunt ekonomii pragnę zwrócić uwagę tylko na jeden kluczowy aspekt obu etapów rosyjskiego imperium, jego podstawę gospodarczą. Dane z czasów ZSRR i PRL są celowo tak zagmatwane, że trzeba opanować oddzielny warsztat badawczy, przy tym bardzo się napracować, aby w rezultacie zapewne dojść do podobnych wyników. Ograniczam się przeto do wykazania analogii w podstawach budżetowych imperium rosyjskiego i dzisiejszej Federacji Rosyjskiej, coraz bardziej przypominającą model tyranii znany z opisów Arystotelesa, czyli pseudomonarchię rządzoną autorytarnie przez uzurpatora. Żadna tyrania (władza uzurpatorów bądź dyktatorów), mimo częstego stawiania przez nie niezwykle ambitnych planów i zamiarów nigdy w historii nie okazała się ani trwała, ani stabilna. Tyran zawsze stanowi zwornik władzy skonstruowanej na wzór piramidy. Usunięcie zwornika powoduje, że cała budowla rozsypuje się niczym domek z kart. Często już pierwsze poważne niepowodzenie, jeśli nie towarzyszy mu jednoczesne uruchomienie terroru, powoduje, że rozsypie się ona w drobiazgi. Jednakże uruchomienie terroru wymaga wiary znaczącej grupy w jego sens. O zyskanie jej będzie raczej bardzo trudno Putinowi, pozostaje mu przeto mieszanina strachu o stosunkowo niewielkim natężeniu, opium dla ludu w postaci iluzji mocarstwowych i powszechna korupcja środowisk opiniotwórczych i nadal naturalnych autorytetów do których w pierwszym rzędzie należy Cerkiew prawosławna. Fakt, że Putinowi ostatecznie udało się skorumpować patriarchę Cyryla I (Gundiajewa) może mieć tragiczne skutki dla przyszłości nie tylko prawosławia, ale chrześcijaństwa w całości wśród Rosjan.
– Podstawa budżetu Rosji
W obu wypadkach podstawa budżetowa państwa rosyjskiego pochodzi głównie
z działalności eksploatacyjnej i nieproduktywnej. Dla Rosji czasów jej legalnej historycznej monarchii podstawę budżetu stanowiły stawki podatkowe wyznaczone dla guberni z obrzeża imperium (pod tym pojęciem rozumiano wszystkie gubernie zamieszkałe nie tylko przez ludność „innoplemienną” za którą uważano Finów, Bałtów, Niemców, Polaków, Rumunów (z Besarabii, czyli rosyjskiej części Mołdawii) i wszystkie narody kaukaskie, a również Małorusów (Ukraińcy)
i Białorusinów, co stało w sprzeczności z nie uznawania ich odrębności narodowej od Wielkorusów, czyli Rosjan.
Przykładowo, za posiadanie, bądź wynajem powierzchni produkcyjnej w guberniach zewnętrznych roczna stawka podatkowa wynosiła 10,5% od 1/5 wartości obiektu fabrycznego, wzrastając wraz z inwestowaniem w park maszynowy i inne urządzenia produkcyjne. Był to podatek, który można nazwać antymodernizacyjnym. Nie było żadnych zniżek i ulg podatkowych w przypadku zatrzymania produkcji, z podatku zwalniano jedynie w przypadku pożaru, bądź rozbiórki obiektu. W guberniach centralnych, zamieszkałych przez ludność etnicznie rosyjską, stawka tego samego podatku wynosiła 2,5% od 1/6 wartości obiektu, przy całej gamie zwolnień podatkowych. Mimo tak niekorzystnych stawek podatkowych przemysł i nowoczesna gospodarka rozwijały się przede wszystkim na ziemiach nierosyjskich. Podobnie było ze wszystkimi innymi rodzajami podatku z wyjątkiem akcyzy na wyroby spirytusowe, która była jednolita na całym obszarze imperium. Kuriozum na skalę imperium stanowił podatek gruntowy ustanowiony w Królestwie Polskim, w ramach akcji uwłaszczenia chłopów polskich, rozpoczętej w roku 1864, co w zamierzeniu musiało stanowić podatek karny. Podatek ten pobierano w symbolicznej wysokości tego podatku nie tylko na ziemiach rosyjskich, ale i innych nierosyjskich. Wszędzie w całości pozostawał w gminach służąc przede wszystkim na potrzeby budowy
i konserwacji dróg lokalnych. Pochodzący z Królestwa Polskiego był w całości wpłacany do budżetu państwa, a z Królestwa zajmującego mniej niż 0,3% obszaru imperium rosyjskiego ściągano 37% całej sumy podatku gruntowego na całym obszarze Rosji.
Kolejną metodą eksploatacji obszarów nierosyjskich były nadzwyczaj szeroko rozwarte widełki między sumą wpływów podatkowych ściąganych z wyżej rozwiniętych nierosyjskich guberni imperium, a dotacjami wypłacanymi z budżetu centralnego na potrzeby tych guberni (budowa kolei, mostów, głównych dróg, gmachów administracji rządowej, utrzymanie wojska
i administracji). W przypadku Królestwa Polskiego, do miejscowych budżetów guberialnych w formie dotacji z budżetu centralnego wracała średnio jedynie 1/3 sumy podatków płaconych przez naszych dziadków i pradziadków. Z tej wracającej sumy musieliśmy jeszcze otrzymać cały rosyjski warszawski okręg wojskowy, rosyjską policję, wszystkie służby mundurowe i aparat urzędniczy.
Mimo to nasz kraj, tak jak i wszystkie nierosyjskie gubernie imperium rosyjskiego rozwijał się bardzo prężnie poczynając od lat 20. XIX w., po wybuch pierwszej wojny światowej. Ten rozwój z dzisiejszej perspektywy można uznać za prawdziwy cud. Tym bardziej w warunkach kiedy byliśmy Rosji potrzebni jedynie w charakterze wasali, którzy będą na nich pracować, a także mięsa armatniego dla ich armii. Z obu tych wymogów wywiązywaliśmy się z wyjątkiem okresów dwóch powstań narodowych, razem 3,5 roku na stuletni okres istnienia związanego z Rosją Królestwa Polskiego (1815-1915). Oczywiście, prawdą jest, że włączenie do Cesarstwa Rosyjskiego otwierało przed nami ogromne rynki zbytu nie tylko na całym obszarze imperium, ale również w Azji, w drodze do której Rosja stanowiła kraj tranzytowy. Jednak cena za to otwarcie rynków była niezmiernie wysoka, po pierwsze z powodu uczestnictwa w rosyjskim skrajnie dla nas niekorzystnym systemie podatkowym, a po drugie z przyczyn konieczności prowadzenia twardej i bezwzględnej walki konkurencyjnej z rosyjskim przemysłem korzystającym z protekcji i wsparcia państwa. Najtrudniejsza była walka naszych przedsiębiorców włókienniczych z Łodzi, Pabianic i Żyrardowa z rosyjskim przemysłem włókienniczym
z podmoskiewskiego Iwanowo-Wozniesieńska. Umieliśmy też doskonale konkurować
w dostarczaniu na rynki rosyjskie polskiego węgla, stali, cynku i ołowiu. Słynne i największe rosyjskie zakłady artyleryjskie i produkcji karabinów w Tule (znane również z produkcji samowarów) wszystkie potrzebne im surowce z wyjątkiem miedzi, otrzymywały przede wszystkim z Zagłębia Dąbrowskiego i Olkusza. Podobna była sytuacja przedsiębiorstw nadbałtyckich i małorosyjskich (ukraińskich) na rynku rosyjskim. Przedsiębiorcy nierosyjscy zwykle brali górę nad Rosjanami, uzależniając ich od swoich dostaw. Sami Rosjanie nie byli w stanie ani w czasach carskich, ani sowieckich, ani dziś zbudować porządnej gospodarki na swoich ziemiach. Najstraszniejsze jest to, że nie nauczyli się niczego i zamiast wziąć się dziś za budowę zdrowej gospodarki i społeczeństwa, ciągle myślą o kontynuowaniu budowy imperium drogą wasalizowania otaczającego ich świata. Wyjątek w tym myśleniu stanowili chyba jedynie starowierzy, do których wrócę na dalszych stronach i okres reform podjętych przez ks. Piotra Stołypina, premiera Rosji po stłumieniu rewolucji roku 1905.
W czasach carskich stałe i rosnące z każdym rokiem (w miarę rozwoju guberni nierosyjskich) dochody budżetu rosyjskiego, zapewniały rosyjskie garnizony (które autochtoni musieli w całości utrzymywać) i żandarmeria wojskowa obdarzona bardzo szerokimi kompetencjami w zakresie zwalczania niepokojów społecznych. Ich zadaniem było zniechęcenie zwasalizowanych narodów ościennych do podjęcia jakichkolwiek działań, których celem mogła by okazać się suwerenność miejscowych narodów. Do czasów agresji na Gruzję (2008 r.) i obecnej agresji na Ukrainę, wydawało się, że groźba użycia wojska przez władze Federacji Rosyjskiej należy już do przeszłości, okazało się jednak, że jest ona tak samo realna, jak była w wieku XIX mimo, że w żadnym z krajów poradzieckich (z wyjątkiem Białorusi) nie ma już rosyjskich garnizonów ani nie działają współczesne odpowiedniki żandarmerii. Wydawać się mogło, że wojsko i żandarmerię zamieniły dziś rurociągi gazowe i naftowe, nie tylko uzależniające narody ościenne i dalej żyjące narody od rosyjskich surowców, ale również umożliwiającw Moskwie prowadzenie metodą szantażu i różnicowania cen dla poszczególnych polityki „dziel i rządź”. Niestety dwa powyższe przykłady, że im bliżej dany kraj położony jest od granic Rosji, tym większe jest prawdopodobieństwo zastosowania wobec niego zarówno szantażu paliwowego, jak i napaści zbrojnej. W szczególnie niekorzystnej sytuacji są kraje poradzieckie, nawet jak w przypadku krajów bałtyckich należące do UE i NATO. Oderwania tych krajów od Rosji, putinowska Moskwa nie traktuje poważnie, a dodatkowo posiadają one ogromną mniejszość rosyjska, która napłynęła tam dlatego, że miasta Łotwy i Estonii były nawet w czasach radzieckich najbardziej przyjazne dla człowieka, a poza tym, nie starczało miejscowych rąk do pracy przy rozbudowie istniejącego tam potężnego przemysłu. Budowa każdego nowego kombinatu wymagała sprowadzenia z całego ZSRR co najmniej kilkudziesięciu tysięcy ludzi, którzy do dziś żyją w izolacji od miejscowego społeczeństwa. posługując się językiem rosyjskim jako jedynym zrozumiałym dla wszystkich nowo osiedlonych, dzięki czemu jest nie tylko narzędziem komunikacji, ale wraz z pamięcią o zwycięstwie nad hitlerowskimi Niemcami, zastępuje im wszystkim ojczyznę.
Jak niebezpieczne dla kraju, w którym znajdują się te są te sztuczne zbiorowiska ludności radzieckiej wypranej ze wszystkich wartości właściwych dla społeczności lokalnych, pokazuje obecnie przykład Zagłębia Donieckiego. Sytuacja z Donbasu może powtórzyć się jutro
w estońskiej Narwie, która po wojnie została zasiedlona na nowo przez ludność radziecką (Estończykom nie pozwolono wracać do miasta całkowicie zburzonego w 1944 r., przez radzieckie lotnictwo), albo podobnym przemysłowym blokowisku w jakie przekształcono po wojnie besarabskie Bendery.
+++++++++
Wymarzony dziś przez kremlowskich teoretyków model przyszłego imperium, antycypował po drugiej wojnie światowej status nadany Finlandii, a wcześniej rozłożony na kilka etapów sposób przyłączania narodów europejskich do Rosji. Była to w kolejności prawobrzeżna, hetmańska Ukraina, następnie odebrane Szwecji Liwonia i Estlandia (północna Łotwa i Estonia), po nich nieformalnie odłączona od Rzeczypospolitej Kurlandia (Łotwa Południowa), dalej ziemie litewskie i ukrainne Rzeczypospolitej, po nich Gruzja, wreszcie Finlandia odebrana Szwecji
i Besarabia (Moldowa) odebrana Turcji, po niej na kongresie wiedeńskim (1815 r.) do imperium przyłączono 3/4 obszaru Księstwa Warszawskiego, a ostatnim państwem europejskim włączonym do Rosji (lata 20-te XIX w.) była wtedy irańska część podzielonej Armenii
z Eczmiadzynem, ormiańską stolicą kościelną.
– Imperium rosyjskie a chrześcijańskie (europejskie) narody przyłączone do niego
Dla narodów zamieszkujących wymienione kraje (może z wyjątkiem Rumunów z Besarabii, których autonomia w ramach księstwa Mołdawii pod protektoratem tureckim była znacznie szersza niż to, co zaoferowali Rosjanie) pierwszy etap przyłączenia do imperium przynosił więcej korzyści niż strat, wobec czego włączenie do Rosji spotykało się ze znacznym poparciem społecznym. Dla prawobrzeżnych Ukraińców zakończył on trwającą prawie pół wieku niesłychanie krwawą wojnę z Polakami, dla Finów, Estończyków i Łotyszy, mimo faworyzowania miejscowej arystokracji szwedzkiej i niemieckiej stopniowo dał możliwość własnej emancypacji narodowej, Gruzinów i Ormian ochronił przed groźbą fizycznego unicestwienia przez muzułmanów, jaka po upływie osiemdziesięciu lat od włączenia irańskiej części Armenii dokonała się w jej części tureckiej. Przez kilkadziesiąt lat po włączeniu do imperium przyłączone narody dały Rosji nieprawdopodobnie dużo.
Najpierw Ukraińcy, a właściwie absolwenci jedynej w ówczesnym świecie prawosławnej wyższej uczelni Akademii Mohylańskiej w Kijowie. Oni otworzyli Rosję na świat, oni stworzyli
w niej europejskie szkolnictwo, byli wychowawcami carskich dzieci i oni zapewnili łączność
z Rzymem i Paryżem. On wreszcie stworzyli podwaliny pod nowoczesne państwo rosyjskie czasów Piotra Wielkiego. Wraz z odebraniem Szwecji jej posiadłości na wschodnim wybrzeżu Bałtyku w Rosji pojawili się Niemcy, którym Rosjanie zawdzięczają kształt swojej cesarskiej stolicy, nowoczesną armię, drogi, mosty i nowoczesną administrację. Besarabscy Rumuni, Gruzini i Ormianie odegrali niebagatelną rolę w rosyjskiej kulturze i myśli (Antioh i Dimitrie Cantemirowie), ale również i w wojsku (generałowie Roman i Piotr Bagrationowie)
i w administracji, gdzie wielki wkład w budowę Rosji wznieśli przedstawiciele tych trzech południowo europejskich narodów). Gdy inność przeważnie wyższej cywilizacji i wypracowanej przez włączone narody kultury przestawała być już potrzebna Rosjanom, następował etap stopniowego „ujednolicenia”, polegający na unifikacji prawnej (nie dotyczącej jednak systemów podatkowych, do których wrócimy na następnych stronach) standaryzacji kulturowej prowadzącej do eliminacji miejscowych języków ze sfery publicznej, a wraz ze wzrostem poziomu wykształcenia również i domowej, co niosło za sobą zwykle powolną śmierć kultury i stopniową degradację posługujących się nimi narodów. Najniebezpieczniejsza była ona dla włączonych
w skład imperiów narodów wschodniosłowiańskich, nie nie posiadających bariery językowej chroniącej ich przed działającym destruktywnie na własne posługiwanie się obcym ich tradycji językiem rosyjskim, ale również pełnej własnej tożsamości narodowej, wypracowanej dopiero po Wiośnie Ludów przez kijowskie elity narodowe i równolegle, choć w wariancie dużo bardziej prowincjonalnym, zmuszonym ostatecznie do przejęcia języka literackiego z Kijowa, przez ruskie elity galicyjskie.
W taki sam sposób przebiegała przyśpieszona przez nasze powstania sytuacja w Polsce pod zaborem rosyjskim. Moment utworzenia Królestwa Polskiego pod berłem cesarza Aleksandra I oznaczał przywrócenie nazwy Polski na mapach świata, czego nie uczynił nawet Napoleon. W Królestwie Polskim, które teoretycznie z Rosją łączyła tylko unia personalna, w całości zachowano Wojsko Polskie i polskie organa władzy. Teoretycznie otwarły się przed nami wszystkie rynki Imperium i krajów azjatyckich, łudzono Polaków nadzieją rozszerzenia Królestwa na ziemie litewsko białoruskie, gdzie aż do lat 30-tych XIX w. został utrzymany polski system szkolny. Jednakże powolna nieformalna jeszcze unifikacja z resztą Imperium zaczęła się już
w parę lat po utworzeniu Królestwa, a drogę do realnej unifikacji, prowadzonej według wzorów wypróbowanych w innych przyłączonych krajach otwarła klęska dwóch naszych kolejnych powstań.
Imperium Rosyjskie w ciągu jego 600 letniej historii nigdy nie umiało zaproponować innego rozwiązania dla nierosyjskich narodów (może, ale tylko częściowo z wyjątkiem petersburskich
i bałtyckich Niemców posiadających obywatelstwo rosyjskie). Jednak i ich, w latach 80. XIX w., również poddano rusyfikacji, czego wyrazem było wprowadzenie języka rosyjskiego w charakterze jedynego języka urzędowego, również na obszarze Estlandii, Liwonii i Kurlandii, gdzie zupełnie nikt językiem tym nie posługiwał się, a najbardziej spektakularnym jej wyrazem była rusyfikacja niemieckiego Uniwersytetu Dorpackiego, założonego jeszcze przez króla szweckiego Gustawa Adolfa w oparciu o istniejąca wcześniej akademię jezuicką, której twórcą był o. Piotr Skarga S.J.
– Starowiercy – enklawa rozwoju cywilizacji w społeczeństwie rosyjskim
Rosyjski handel, a potem sieć prywatnej bankowości na obszarze całego imperium utworzyli sami Rosjanie. Nie byli to jednak zwykli ludzie, jakich można było tak po prostu spotykać się na ulicy, albo w restauracji, czy kawiarni przyciągających kręgi ziemiańskie i inteligenckie. Wyższe warstwy rosyjskiego kupiectwa stanowiły ściśle zamkniętą grupę elitarną. Nie byli oni wprawdzie mniejszością narodową, ale zdecydowanie izolowali się od reszty społeczeństwa. Pod względem towarzyskim żyli w pełnej izolacji od otaczającego świata, nie uczestniczyli w życiu publicznym
i z poza wyjątkami elitarnych oddziałów huzarskich i kirasjerskich, fundowanych przez nich samych, nie przyjmowani do służby wojskowej. Wszyscy jej najwięksi przedstawiciele (Morozowowie, Trietiakowowie, Mamontowowie, Kuzniecowowie) tworzylo zamknięta przed światem grupę starowierów, o ethosie podobnym do amerykańskich kwakrów. Byli oni zwalczani od reform patriarchy Nikona w połowie wieku XVII. Jedyną niszę, jaką ze względu na ich nieposzlakowaną uczciwość, pozostawiła im rosyjska monarchia był handel, który zdominowali w całości, tworząc gigantyczne fortuny, wykorzystywane zwykle – z braku innych możliwości – na mecenat w dziedzinie kultury i sztuki. Najpoważniejsze rosyjskie muzea, teatry i galerie sztuki z Galerią Trietiakowską na czele, pochodzą z ich fundacji. Ze względu na to, że Rosja poza kapitałem kupieckim – pozostającym prawie w 100% w rękach starowierów – praktycznie nie posiadała żadnych poważniejszych kapitałów, dopiero ostatni cesarz Mikołaj II dał im pełną wolność we wszystkich sferach życia i działalności gospodarczej i politycznej. Dopiero w latach XIX starowierzy mogli przystąpić do budowy rosyjskiego przemysłu i kolei. Zrobili bardzo dużo dla budowy współczesnej nowoczesnej Rosji, ale cała ich aktywność została przerwana przez przewrót bolszewicki. Dziś tym silniej i dobitniej widać, jak przeraźliwą stratę dla Rosji stanowiła likwidacja elit starowierskich. Oznaczała ona koniec ethosu wytężonej uczciwej pracy
i prawdziwej kultury najwyższej próby w rosyjskiej gospodarce, przemyśle i handlu, których jądrem na niepełne 3 dziesięciolecia stali się oni dopiero przed 120 laty. Ogółem starowiercy, wraz z jedynowiercami (tymi, którzy na skutek różnych nacisków przyjęli unię z rosyjskim prawosławiem) stanowili od 15 do 20% społeczeństwa rosyjskiego, choć poszczególni autorzy podają liczby wyższe. Większość z nich posiadała status chłopski i żyła na wsi, a ich wsie pod względem poziomu cywilizacyjnego, jakości życia wieśniaków i panującego w nich porządku były porównywalne ze wsią łotewska, polską, estońską, niemiecką na Powołżu, albo zachodnio-ukraińską.
Z prawosławną wsią rosyjską łączył ją tylko język używany przez mieszkańców i regionalne odmiany folkloru i budownictwa. W ZSRR starowierskie gospodarstwa wiejskie uległy prawie pełnej zagładzie jako „kułackie”. Dziś liczba starowierów w Rosji nie przekracza 500 tys., więcej
z nich zamieszkuje kraje bałtyckie, Finlandię, Białoruś, Ukrainę i deltę Dunaju w Rumunii. Bardzo rygorystyczne a jednocześnie przepojone sacrum życie starowierów stanowiło chyba jedyny w skali społeczeństwa i do tego paradoksalnie w warunkach rozłamu i wzajemnej pełnej izolacji, przykład przeniesienia idei prawosławnego monasteru w zwyczajne życie świeckie. Setki rosyjskich prawosławnych monastery, przywracanych obecnie do życia, stanowią bardzo mocny przykład ładu i porządku wniesionego w codzienne życie, stając się istnymi oazami w całych swoich okolicach.
– główne centra cywilizacyjne imperium rosyjskiego na jego okrainach
Zdecydowana większość najsilniejszych ośrodków gospodarcze imperium rosyjskiego znajdowała się przed rewolucją poza etniczną Rosją. Powstały one na obszarach, gdzie z ich rdzennymi mieszkańca Rosjanie zawsze mieli problemy z pełnym dogadaniem się. Potencjalnie groziło to rozpadem całego imperium, już przy pierwszej nadarzającej się okazji. Takiej okazji dostarczyły lata 1917-1920, kiedy po wybuchu rewolucji w Piotrogrodzie (w taki sposób zrusyfikowano niemiecką nazwę Sankt-Petersburga w sierpniu 1914 r., w momencie wybuchu wojny z Niemcami) wszystkie chrześcijańskie narody imperium podjęły pierwszą poważną próbę oderwania się od Rosji. Sytuacja ta na jeszcze większą skalę, bo objęła również kraje muzułmańskie, powtórzyła się w latach 1990-1991 wraz z upadkiem ZSRR, uznanym w roku 2005 przez Władymira Putina za największą katastrofę wieku XX i w całych dziejów Rosji. Obawa przed secesją najwartościowszych gospodarczo terenów imperium stanowiła bodajże główną przyczynę utrzymywania na siłę władzy cesarskiej w formie archaicznej autokracji, sprawującej władzę metodą wydawania dekretów, a opartej na korpusie oficerskim, niesłychanie rozbudowanej administracji i Kościele prawosławnym pozbawionym swojego hierarchicznego zwierzchnika (patriarcha Moskwy i całej Rusi), wskutek czego poddanym władzy rządu wielkoruskim chłopstwie, utrzymywanym, dzięki zachowaniu wspólnoty wiejskiej, na archaicznym poziomie rozwoju cywilizacyjnym, do przezwyciężania którego rząd rosyjski
ks. Piotra Stołypina przystąpił dopiero w 1905 r..
Najsilniejszymi ośrodkami gospodarczymi imperium rosyjskiego na przełomie wieków XIX i XX były:
1. Królestwo Polskie z jego zagłębiami: Dąbrowskim (węgiel kamienny i rudy żelaza), Staropolskim (rudy żelaza) i Olkuskim (cynk i ołów), Łodzią i Żyrardowem (przemysł włókienniczy), Warszawą (przemysł maszynowy) i Białymstokiem (przemysł włókienniczy. Białystok leżał już poza granicami Królestwa, tym nie mniej był zaliczany do „Kraju Priwislińskiego”, stanowiącego pojęcie szersze niż Królestwo Polskie, z którym myliło go szereg publicystów, wskutek czego powstała legenda, jakoby nazwa Królestwo Polskie, w ramach rusyfikacyjnej unifikacji została zastąpiona oficjalnie tym pojęciem. „Kraj Priwisliński” był utożsamiany z obszarem Warszawskim Okręgiem Wojskowym. Na skutek podjęcia przez cesarza Mikołaja I decyzji, aby budować tory kolejowe o szerszym rozstawie szyn (1524 zamiast 1435 mm) rosyjskie połączenia kolejowe z Europą były dodatkowo uzależniony od spokoju panującego w punktach przeładunkowych, zwanych suchymi portami, z których 7 znajdowało się na obszarze Królestwa Polskiego, 1 na Litwie (granica z Prusami) i 1 na granicy rosyjsko-austriackiej. Cały „Kraj Priwisliński” posiadał również zupełnie niezłe rolnictwo, w imperium rosyjskim ustępujące jedynie nadbałtyckiemu, a dzięki cieplejszemu klimatowi, po wybudowaniu kolei stał się podstawowym dostawcą owoców sfery umiarkowanej (jabłka, śliwki i gruszki), a także obok ziem ukraińskich należał do głównych producentów i dostawców cukru na rynki obu stolic imperium i miast centralnej Rosji;
2. Naddnieprzańska Ukraina ze swoimi czarnoziemami największymi na świecie. Przy właściwej gospodarce rolnej były one w stanie dostarczyć ziarna potrzebnego do nie tylko Rosji, ale również całej Europy. Na ukrainie również była dobrze rozwinięta hodowla, zwłaszcza koni i bydła, zajmująca bardzo poważną pozycję w pogłowiu koni w armii rosyjskiej i zaopatrzeniu w mięso Moskwy i miast środkowej Rosji. Poza tym Ukraina, w swej części odebranej posiadała założone na Dzikich Polach po podboju blokującego rozwój tych ziem Chanatu Krymskiego dwa potężne zagłębia węglowo-stalowe: Krzyworoskie i Juzowskie (dziś Donieckie) i Charków (do lat 70. XVIII w autonomiczna kozacka Ukraina Słobodzka) z potężnym przemysłem maszynowym i zakładami taboru kolejowego. Poza tym na obszarze Ukrainy (Małorosja i Noworosja) znajdowała się Odessa z największym portem handlowym imperium rosyjskiego i przemysłem stoczniowym;
3. Prowincje nadbałtyckie: Liwonia, Kurlandia i Latgalia (Łotwa) i Estlandia (Estonia). Mimo nie sprzyjającego mokrego i chłodnego klimatu i gleb podobnych do polskich, rozwinęło się tam rolnictwo najnowocześniejsze na całym obszarze imperium, mogące być z powodzeniem wykorzystane jako wzorzec dla modernizacji gospodarki rolnej wszędzie w Rosji, gdzie nie występowały czarnoziemy. Razem z sąsiednią Finlandią w prowincjach nadbałtyckich była rozwinięta intensywna hodowla bydła, owiec i trzody chlewnej, a także przemysł leśny i drzewny. Estlandia stanowiła zaplecze ziemniaczano-warzywne dla Sankt-Petersburga, a po wybudowaniu kolei również Moskwy. Gubernie nadbałtyckie dostarczały znaczną część mięsa na rynek północnej stolicy Rosji. Oprócz rozwiniętego rolnictwa, w Rydze znajdował się drugi pod względem przeładunków port imperium obsługujący Moskwę, a Ryga wraz z estlandzką Narwą stanowiły potężny ośrodek przemysłu okrętowego i maszynowego, bardzo skutecznie konkurujący z przemysłem Petersburga. W okolicach Narwy znajduje się zagłębie łupków bitumicznych o wartościach cieplnych zbliżonych do węgla kamiennego, które służyły do ogrzewania miast, przede wszystkim Petersburga, a od końca wieku XIX zaczęto je wykorzystywać jako paliwo dla elektrowni. Pierwsza elektryczna kolej dojazdowa w Europie powstała w Rewlu (Tallinnie). Miasta prowincji nadbałtyckich pod względem jakości i nowoczesności infrastruktury nie odbiegały od miast niemieckich albo szwedzkich, dzięki czemu w życie w Rewlu, Rydze, albo Dorpacie było najbardziej komfortowe w całym imperium.
4. Kraje Południowe: – Besarabia, Gruzja, Armenia. Nie powstał w nich nowoczesny przemysł, ale posiadały bardzo dobrze rozwinięte rolnictwo sfery ciepłej od obszarów intensywnej uprawy najszlachetniejszych gatunków winorośli (Besarabia) po subtropiki (Abchazja). Uprawa owoców południowych, głównie cytrusów (mandarynki, cytryny, pomarańcze). Bardzo poważny i dobrze rozwinięty przemysł winny, pokrywający wraz z i Krymem całość produkcji „win krajowych”, nie ustępujących najlepszym hiszpańskim, włoskim, czy francuskim w imperium rosyjskim.
5. Azja Środkowa: Rosyjskie kolonie, porównywalne z posiadłościami krajów zachodnioeuropejskich:
a. Gubernia Bakińska (Azerbejdżan). Była ona odebrana Iranowi przez Rosjan, wraz z Armenią w latach 1826-28. Kaspijskie złoża nafty uważane do połowy wieku XX za największe na świecie. Nazwa bak pochodzi od nazwy miasta Baku, które stało się po przejściowym wyzwoleniu spod władzy bolszewickiej w początkach lat 20. XX w. stolicą zjednoczonego Azerbejdżanu. Eksploatacja złóż syberyjskich rozpoczęła się dopiero po drugiej wojnie światowej, złoża bakijskie, wraz z potężnym przemysłem petrochemicznym były dla imperium rosyjskiego jedynymi źródłami paliw ciekłych zarówno w wieku XIX, jak i pierwszej połowie wieku XX. Własność pól naftowych skupiona głównie w rękach miejscowej arystokracji i kupców ormiańskich, funkcjonujących doskonale mimo nadzwyczaj wysokich stawek podatkowych daleko przekraczających stosowane wobec narodów nierosyjskich europejskiej części imperium rosyjskiego, analogicznie do arabskich szejków z nad zatoki perskiej. Podsycana przez władze rosyjskie ostra konkurencja między muzułmańskimi Azerami i chrześcijańskimi, europejskimi Ormianami, która doprowadziła do opisanej przez Stefana Żeromskiego rzezi Ormian pod okupacją turecką w 1918 r.
b. Azja Środkowa, głównie gubernia bucharska (Uzbekistan), a także międzyrzecze Amu
i Syr Dariii (Uzbekistan). Ogromne uprawy bawełny, gospodarka kolonialna, ale oparta o własność miejscowej arystokracji plemiennej, funkcjonującej podobnie jak właściciele pól naftowych w sąsiednim Azerbejdżanie mimo niezwykle wysokich stawek podatkowych.
W tym samym okresie rdzenna Rosja, określana w ówczesnej nomenklaturze mianem Gubernie Centralne, posiadała następujące silne okręgi gospodarcze:
1. Zagłębie Uralskie, najstarsze w Rosji, funkcjonujące od czasów Piotra I. Posiada ono kilkanaście ośrodków wydobywczo przemysłowych, funkcjonujących wokół uralskich miast: Jekaterynburga, Niżnego Tagiłu, Iżewska i Permu. Jednak potencjał Zagłębia Uralskiego
rosyjskiej metalurgii, która poza Uralem była skoncentrowana w Sankt-Petersburgu, odpowiadał w przybliżeniu potencjałowi Szwecji, co stanowiło kroplę w morzu potrzeb ogromnej Rosji. Stwarzało to znakomite warunki konkurencyjne dla Zagłębi Dąbrowskiego z Olkuszem w Polsce, a także zagłębi, metalurgii i przemysłu maszynowego Ukrainy i guberni nadbałtyckich.
2. Rosjanie rozpoczęli eksploatację poważnych złóż węgla w syberyjskich zagłębiach Kemerowsko-Kuźnieckim koło Nowosybirska i Irkuckim na wschodniej Syberii, ale ich eksploatacja mogła ruszyć na prawdę dopiero po wybudowaniu kolei transsyberyjskiej, która dopiero w roku 1999 doszła do Irkucka. Na prawdziwą eksploatację tych zagłębi w normalnych warunkach wypadło niecałe dwudziestolecie. Zostały one rozbudowane na wielką skalę
w czasach stalinowskich pięciolatek, co umożliwiła eksploatacja niewolnicza eksploatacja więźniów, zarówno chłopów wyaresztowanych jako kułacy podczas kolektywizaji, jaki i więźniów ze słynnego paragrafu 58, pod który można było podciągnąć dosłownie wszystko. Dzięki sile niewolniczej powstało również trzecie z syberyjskich zagłębi węglowych, położone w Workucie na północnym Uralu, zagłębie aluminiowe na półwyspie Kolskim i Jamalskim i ośrodek wydobycia diamentów w Norylsku i rozbudowy zagłębia uralskiego o potężną hutę
w Magnitogorsku. Więźniowie stanowili również podstawową siłę roboczą przy eksploatacji syberyjskiej i północnoeuropejskiej tajgi, złóż złota na Kołymie, a także budowy żeglownych kanałów z Bałtycko-Białomorskim na czele i wielkiego niezamarzającego portu za kręgiem polarnym w Murmańsku nad morzem Barentsa. Zadaniem tego portu oprócz celów strategicznych było odciążenie trzeciego portu Rosji, znajdującego się w Archangielsku nad morzem Białym, przeznaczonego głównie do eksportu drewna. Wadą portu w Archangielsku było jego zamarzanie w okresie zimowym. Większość „wielkich budów socjalizmu” (drogi, mosty, koleje, kanały, ogromne kombinaty przemysłowe powstała tam również dzięki niewolniczej sile roboczej.
3. Rosjanie posiadają własne metale kolorowe w całym ich zakresie, złoto na Kołymie
i własną ropę naftową na Syberii. Syberyjską ropę, tak jak własny węgiel z zagłębiach syberyjskich i na Uralu Polarnym, zaczęli eksploatować na dobre dopiero w okresie stalinowskim, kiedy mieli dostatecznie dużo niewolniczej siły roboczej (więźniowie łagrów), aby zacząć eksploatację złóż położonych w skrajnie niekorzystnych dla człowieka warunkach klimatycznych, bez konieczności niezwykle kosztownych inwestycji w infrastrukturę tych terenów, bez których ludzie nie są tam
w stanie przeżyć dłużej niż po kilka lat.
4. Z artykułów konsumpcyjnych ogromna Rosja była samowystarczalna jedynie w przemyśle futrzarskim, rybnym (wraz z kawiorem) i drzewnym. W innych gałęziach tylko w przemyśle zbrojeniowym. Rosjanie posiadali dość dobrze rozwiniętą i w miarę nowoczesną metalurgię, która jednak zdołała nadążyć za potrzebami dopiero w czasach radzieckich. Rosja nie umiała się nigdy sama wyżywić, a kolektywizacja w czasach radzieckich całkowicie zniszczyła rosyjskie rolnictwo
i całą rosyjską wieś, która nie jest w stanie podnieść się od tej pory z upadku.
5. Istotne miejsce w geografii gospodarczej Rosji posiadał również podmoskiewski Okręg Włókienniczy z centrum w Iwanowie-Wozniesieńsku, znany nam Polakom jako wspierany
i dotowany przez państwo konkurent naszego Okręgu Łódzkiego, posiadający dziś te same problemy, co Łódź.
– Podsumowanie
Mimo niezwykle forsownej radzieckiej industrializacji, która w pierwszym rzędzie sotyczyła etnicnej Rosji i jej peryferii między morzem Białym i górami Ural, a także Syberii, do dziś poza największymi miastami rosyjskimi, nie widać w stopniu najmniejszym poprawy jakości życia na ziemiach rdzennie rosyjskich. W czasach ZSRR proporcje nie tylko między jakością i poziomem życia, a również między potencjałem ludzkim ziem rdzennie rosyjskich i nierosyjskich przesunęły sie jeszcze bardziej na niekorzyść Rosji.
Jeśli analizować o zdolności obronne i potencjał mobilizacyjny armii carskiej, to rdzennych Rosjan w roku 1914 było w niej tylko około 43%. W armii radzieckiej końca istnienia ZSRR również liczba żołnierzy narodowości innych, niż rosyjska była dużo większa, gdyż sami muzułmanie przekroczyli 50%. składu osobowego armii. Rzadko skład osobowy armii traktuje się jako wyznacznik stanu państwa, tymczasem armia radziecka niebezpiecznie upodobniła się do armii rzymskiej, w której przeważali barbarzyńcy i która przyniosła zagładę zachodniemu cesarstwu. Jeśli Rosja nie jest w stanie się nie tylko samemu wyżywić się, ale również nie jest w stanie stworzyć własnej armii narodowej (na Donbasie widać jak ogromną rolę w wojsku rosyjskim odgrywają Czeczeni i różni najemnicy), to nie ma również szans na przekształcenie się z niedookreślonego pod władzą uzurpatora tworu imperialnego, wymagającego nieustannego potwierdzania się drogą ekspansji, to szanse na to, aby zdołała stać się normalnym państwem narodowym są równie znikome.
Natomiast samą możliwość dalszej kontynuacji ekspansji całkowicie wyklucza stosunek potencjału gospodarczego Rosji do wspólnego potencjału krajów NATO, wynoszący dziś 1:16.
Wszystkie rosyjskie plany są mżonką, co widać również po tym, że po zagarnięciu Krymu działaniami zaskakującymi Ukraińców w momencie szczytu rewolucji, Putin nie odnióśł żadnych dalszych sukcesów, a wszystkie dalsze działania wywołanej przez niego rewolty wspartej przez regularną armię rosyjską doprowadziły jedynie do chaosu i anarchii na południowym wschodzie Ukrainy i śmierci tysięcy ludzi. Żaden pozytywny cel nie został przez niego osiągnięty.

Ławrow, Schetyna, Pobirczenko, II wojna i „zwycięstwo Stalina”

Minister Ławrow twierdzi, że zwycięstwa w II wojnie nie da sobie zabrać. Jest to reakcja na słowa Grzegorza Schetyna, że w wyzwoleniu obozu Auschwitz-Birkenau brali udział Ukraińcy – żołnierze Armii Czerwonej Pierwszego Ukraińskiego Frontu. Wywołało to natychmiastową reakcję Moskwy mówiąca o „odbieraniu Rosji zwycięstwa” i konieczności przeprosin ze strony Warszawy. Do takich przeprosin nie ma jednak żadnego powodu a histeryczną reakcję Moskwy można wyjaśnić tym, że z pozoru marginesowa uwaga polskiego polityka dotyka kluczowych kwestii rosyjskiej polityki historycznej. Moskwa chce by chwała wojenna pozostawała jej monopolem, ponieważ spreparowana historia wojny ojczyźnianej to jeden z zasadniczych mitów imperialnej Rosji. „Wojna ojczyźniana 1941-1945” stanowi centralny powód do chwały dzisiejszej Rosji podobnie jak było i dla Związku Radzieckiego. Rosja ma być głównym zwycięzcą II wojny światowej i wyzwolicielem połowy Europy. Ogromne ofiary i straty mają być uzasadnieniem politycznych żądań i moralnego szantażu wobec oponentów. Słowa „zwycięstwo”, „wyzwolenia”, „20 milionów ofiar” powtarzane są nieustannie, mając zagłuszyć wszelkie inne interpretacje dziejów II wojny. Trzeba przede wszystkim stwierdzić, że nie można mówić by poza terytorium samej Rosji armia czerwona kogokolwiek wyzwalała. Wyzwolenie bowiem ma przynosić wolność, tymczasem armia czerwona przynosiła komunistyczną władzę i nową okupację. Zamiast więc mówić o wyzwoleniu należałoby mówić o oswobodzeniu z rąk III Rzeszy. Można być oswobodzonym z rąk jednych oprawców przez innych oprawców. I tak to właśnie było, jeśli brać pod uwagę terror, jaki wprowadzało NKWD na podbijanych terenach. Drugą istotną kwestią jest czym była Armia Czerwona. Minister Ławrow skarżąc się, na „odbieranie” mu zwycięstwa w II wojnie, przyznaje pośrednio, że była to armia kolonialnego imperium, którego centrum było w Moskwie. To Rosjanom należeć ma się to zwycięstwo, choć w armii czerwonej służyły wszystkie ludy imperium, od Kazachów, Buriatów i Tadżyków po Ukraińców i Białorusinów. Brak jest dokładniejszych statystyk i badań, to jednak Rosjanie w tej armii stanowili najpewniej około 50-60%. Jeśli zaś wierzyć przekazom pamiętnikarskim stanowili natomiast absolutną większość wśród oficerów politycznych a także wśród nadzorujących armię służb specjalnych. Istotne pytanie dotyczy też tego „czy Rosja sowiecka była jednym z aliantów?” Można na to odpowiedzieć, że zachodni alianci byli zmuszeni uznać Rosję za sojusznika, starając się przeciągnąć ją na własną stronę. Cele jednak, jakie stawiali sobie alianci, to znaczy ci z którymi Hitler zaczął wojnę w roku 1939 oraz samej Rosji były całkowicie odmienne. W latach 1939-41 Stalin był aliantem ale nie Zachodu a Hitlera. W 1939 Pakt Hitler-Stalin umożliwił III Rzeszy podbój zachodniej Europy. Stalin przygotowywał się też do wojny z Hitlerem, nie po to jednak by przywrócić wolność Francji, Belgii czy Holandii ale by podbić i skomunizować cały kontynent. Wojnie na Zachodzie przyglądał się w roku 1940 z satysfakcją była to bowiem wojna między dwoma jego wrogami – „kapitalistyczny” Zachód traktowany był jako nie mniejszy wróg niż III Rzesza. Trzeba też koniecznie przypomnieć, jak Stalin traktował swoją czerwoną armię. Było to w jego oczach „mięso armatnie”. Jego cyniczne powiedzenie odnoszące się do ofiar we własnych szeregach „u nas ludiej mnogo” jest dobrze znane. Prowadził wojnę w sposób bandycki wobec żołnierzy własnej armii, z których życiem i ofiarami nie liczył się. Nie liczył się nie tylko z życiem Rosjan, ale tym bardziej z życiem żołnierzy wcielonych z rosyjskich kolonii do imperialnej armii. Ukraińcy, Białorusini mają prawo do własnej historii II wojny tak samo jak Amerykanie, Anglicy czy Francuzi. Ten tragiczny okres przeżyły wszystkie te narody w różny sposób. Polacy wiedzą o tym doskonale. Rosja nie może mieć monopolu i narzucać innym swojej interpretacji, tym bardziej, że jest to obecnie interpretacja mająca swoje źródła w sowieckiej totalitarnej ideologii i służąca jej politycznym i imperialnym celom. Fakt, że to właśnie Ukrainiec, późniejszy profesor prawa Ihor Pobirczenko, jako pierwszy oswabadzał obóz w Auschwitz uznać można za przypadek. W równiej mierze mógł być żołnierz innej narodowości. Jest to jednak fakt symboliczny i to właśnie polski minister spraw zagranicznych słusznie uwypuklił. Jest to dobry wstęp do obchód rocznicy zakończenia II wojny światowej, która traktowana przez Moskwę jako triumfalne zwycięstwo rosyjskiego imperializmu dla reszty Europy wcale zwycięstwem nie jest lecz tragedią, początkiem nowej zimnej wojny i zniewolenia połowy kontynentu.

PS Jeśli ktoś chce zajrzeć do tej rosyjskiej dokumentacji to się z niej dowie, że w armii wyzwalającej Auschwitz większość szeregowców i prostych żołnierzy stanowili Ukraińcy. Czym wyżej rangą tym było ich mniej i wśród oficerów już zdecydowanie przeważali Rosjanie. Wszystko jak przystało na armiię kolonialnego rosyjskiego imperium.

Patrz poniżej: ciekawa dyskusja

Zbyszek Bujak: Warszawa ma wspierać Kijów militarnie

15 maja 1921 r. wizytując obóz internowania w Szczypiornie, marszałek Józef Piłsudski wygłosił do ukraińskich oficerów słynne: Ja Was przepraszam, Panowie. Ja Was bardzo przepraszam. Dramatyczne słowa Józefa Piłsudskiego z 15 maja 1921 r. Powinny być przestrogą dla obecnego establishmentu rządzącego naszym krajem. Jeśli ktoś niezbyt dobrze zna okoliczności tamtych słów, to załączam link, pod którym znajduje się dobry opis tamtych zdarzeń.
Pod koniec listopada byłem w okopach pod Mariupolem. Szukałem tam śladów pomocy wojskowej polskiego rządu dla Ukrainy. Nie znalazłem niczego. Znalazłem za to ślad pomocy ze strony polskich obywateli. Był to terenowy samochód wojskowego zwiadu, który ukraińscy obywatele – woluntariusze kupili w Polsce. Kupili go za swoje pieniądze, ale pomogli im go znaleźć Polacy (najpewniej ukraińskiego pochodzenia). Dla mnie, jako Polaka, współtwórcy Solidarności, odmowa pomocy wojskowej Ukraińcom w ich walce o wolność, to bardzo żenująca sytuacja. Solidarnościowa tradycja, czyli „Posłanie do narodów Europy Środkowej i Wschodniej” zobowiązuje, wielowiekowa wspólnota losów zobowiązuje. W takim momencie przypominają się bowiem pamiętne słowa Marszałka Piłsudskiego, przepraszającego Ukraińców za zdradę. Uważam, że dzisiaj znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Odmawiając pomocy wojskowej Ukrainie, dopuszczamy się swoistej zdrady. Tym razem jednak nie znajduje ona żadnego usprawiedliwienia. Wtedy i Ukraińcy i my byliśmy w równie dramatycznym położeniu. Dobrze, że choć jeden z naszych narodów wyszedł z bolszewickiej zawieruchy z własnym państwem. Mogliśmy przecież polec razem. Nasi ukraińscy przyjaciele są w stanie zrozumieć tamtą zdradę. Jednak dzisiaj my jesteśmy w znakomitej sytuacji. Rosyjski imperializm nam bezpośrednio nie zagraża. Ukraińcy są w sytuacji dramatycznej. W każdej chwili moskiewska inwazja może przerwać ich niepodległościowy byt. Zarazem, jeśli to się stanie, zagrożona będzie nasza suwerenność.
Polska dyplomacja, a raczej po prostu nasz Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski, zrobił to, czego Ukraina bardzo potrzebowała w dramatycznych dniach 19-21 lutego ubiegłego roku. Umiędzynarodowił ukraiński Euromaidan. Ukraińskie dążenie do zjednoczenia z Unią Europejską uczynił międzynarodową kwestią. To dobra kontynuacja linii politycznej nakreślonej przez Giedroycia i Mieroszewskiego, to naturalna kontynuacja naszej polityki zagranicznej zaznaczonej faktem, że byliśmy pierwszym krajem, który uznał niepodległościowy byt Ukrainy w 1991 roku. To nasze polityczne wsparcie wciąż jest Ukraińcom bardzo potrzebne. Tu jednak rodzi się we mnie niepokój. Nie widzę bowiem dyplomatycznych wizyt, które by potwierdzały nasze zaangażowanie. Tymczasem Ukraina potrzebuje pilnie wsparcia na wielu poziomach i w wielu obszarach. W związku z wojną, potrzebuje pomocy wojskowej. W związku z zimą, potrzebuje węgla. Reformy gospodarcze wymagają otwarcia granic i dopływu uczciwego kapitału. Reformy władzy sądowniczej, administracji państwowej, samorządowej, polityki bezpieczeństwa wewnętrznego (problem agentury) wymaga fachowego wsparcia eksperckiego. We wszystkich tych sferach możemy i powinniśmy starać się pomóc. Jeśli piszę o „staraniu się”, to dla tego, że wewnętrzna sytuacja Ukrainy jest bardzo złożona. Nie jest więc łatwo pomóc. Możemy to zrobić skutecznie, jeśli weźmiemy pod uwagę kilka czynników.
Pierwszy, to kilka wieków dominacji zewnętrznych potęg ograniczających niepodległościowe i cywilizacyjne aspiracje ukraińskiego narodu. Chodzi głównie o I Rzeczypospolitą i Księstwo Moskiewskie. Wyniszczanie elit ukraińskich osiągało rozmiary totalnego unicestwiania. Najcięższe z nich, z ostatniego okresu, to „rozstrzelane pokolenie”, czy łagry i zesłania Szestidiesiatnikow. To fatum jest dobrze pokazane w ostatnim filmie „Provodyr”. Nie dziwi mnie zatem, że aparat administracyjny Ukrainy ukształtowany w republice radzieckiej (Ukraińska SRR) nie sprostał wyzwaniom czasu niepodległości. Władzę polityczną w wolnej Ukrainie zagarnęli ludzie pozbawieni instynktu państwowego. Mieli za to instynkt dbania o własne interesy. Dbali o nie bez żadnych zahamowań i ograniczeń tak wewnętrznych – brak skutecznej kontroli ze strony mediów, jak i zewnętrznych – brak skutecznych barier dla przestępczych praktyk ukraińskich oligarchów. Tak powstał system oligarchiczny, niezdolny do działania zgodnego ze strategicznymi interesami państwa i narodu.
Drugi czynnik, to „Budapesztańskie Memorandum”. Zgodnie z jego duchem Ukraina, zdając broń atomową, uwierzyła, że czołowe kraje systemu euroatlantyckiej wspólnoty gwarantują Jej bezpieczeństwo. Nie gwarantują! Nawet NATO, nawet Polsce nie gwarantuje bezpieczeństwa. Strategia NATO wymaga, aby każdy karaj-uczestnik Paktu był zdolny do obrony swoich granic i swojego terytorium. To właśnie ten wymóg jest podstawą natowskiej strategii. Brak zrozumienia w tej sferze doprowadził do unicestwienia ukraińskiej armii. My jednak także mamy z tym problem. Przekonanie naszych „polityków”, że jesteśmy bezpieczni, bo jesteśmy członkiem NATO razi ignorancją. To ignorancja groźna, bo blokuje myślenie o budowaniu bezpieczeństwa naszego kraju (liczymy przecież na NATO) i tym samym blokuje myślenie o skutecznej pomocy Ukrainie. Co więcej, nie pozwala myśleć o Ukrainie, jako naszym partnerze w systemie bezpieczeństwa obu naszych krajów.
Trzeci czynnik, to ukraiński establishment. Znajdziemy w nim wszystkich. Miliarderów łączących harmonijnie stanowisko państwowe z ochroną i poszerzaniem swoich monopoli. Tych, którzy chcą zająć ich miejsce. Moskiewskich agentów. „Przywódców”, których ambicje są równie wielkie, jak ich impotencja w sferze decyzji. Jeśli ktoś nie wie, czym w szlacheckiej Polsce była „Godność” jako urzędy, które rozdaje się bliskim i „zasłużonym”, to w Ukrainie może to zobaczyć w klinicznej formie. Zarazem ten establishment posiadł niezwykłą umiejętność. Potrafią znakomicie przemawiać, prezentować się, jako demokraci, liberałowie, patrioci, europejczycy, stratedzy gospodarczy i polityczni. Nauczyli ich tego europejscy i amerykańscy PR-owcy. W tych warunkach oddzielenie takich polityków/celebrytów, od tych, którym naprawdę zależy na dobru państwa i obywateli jest piekielnie trudne i nie obędzie się bez błędów. Jeden już obserwuję od dłuższego czasu. Ukraina dzisiaj, to niezwykły ruch obywatelskiej aktywności. Dla mnie porównywalny tylko z Solidarnością lat 80/81. To tutaj kształtuje się elita w pełni europejskiej Ukrainy. Tak, jak ongiś kraje europejskie otwarły się na nas-działaczy, liderów Solidarności, tak dzisiaj tego otwarcia potrzebują obywatelskie ruchy i organizacje u naszego sąsiada. Zatem, jeśli Europa i Ameryka chce pomóc Ukrainie, to powinna włączyć Ruch Euromaidan w system kontroli i współdecydowania o charakterze i zakresie tej pomocy. Tak właśnie postępowano wobec Polski i Ruchu Solidarność. W przeciwnym razie, wraz z miliardami pomocy przybędzie w Ukrainie i miliarderów i nędzy i problemów.
Jako czwarty najważniejszy czynnik wymienię opinię publiczną. W mojej ocenie Ukrainie brakuje „czwartej władzy”, czyli niezależnych mediów. To dla tego twórczo rozwijać się może korupcja, impotencja decyzyjna, patologia władzy sądowej, patologia ustawodawcza. Istniejące stacje telewizyjne należą do oligarchów. Ci zaś wyznaczyli „cienką czerwoną linię”, która wyznacza nieprzekraczalną dla dziennikarza granicę dozwolonej krytyki. Możesz więc pokazywać i opisywać, co źle działa. Nie wolno ci tylko pokazywać, że to ma swoje źródło i przyczynę w błędach władzy, w patologii działania ludzi „piastujących godności”. Ukraina potrzebuje niezależnych mediów, niezależnej telewizji i radia. Bez tego nie sposób sobie wyobrazić skutecznej walki z korupcją i nadużyciami władzy, jej służb i aparatu. W tym obszarze jest od czego zacząć, jest na kim się oprzeć. Portale społecznościowe pokazują, że są dziennikarze zdolni do fachowej i odważnej krytyki. Nie wygrają jednak z oligarchicznymi mediami, jeśli nie otrzymają od demokratycznego świata skutecznej pomocy.
Umiejętne wsparcie Ruchu Euromaidanu i ukraińskich władz po ucieczce Janukowycza mogło zatrzymać pełzające zajęcie Krymu. Niewielka pomoc doradcza i wojskowa na kolejnym etapie mogła powstrzymać wejście Moskwy do Ługańska i Doniecka. Dzisiaj wciąż jeszcze niewiele trzeba, aby powstrzymać „otwieranie korytarza” do Krymu i Naddniestrza. Niewiele też trzeba, aby oswobodzić wschód Ukrainy od agresora. Jeśli jednak tej niewielkiej pomocy nie udzielimy, to możemy doczekać się wkroczenia moskiewskich dywizji, które na lata, dziesiątki lat zatrzymają polityczny proces budowy ukraińskiej państwowości. Dlaczego to my mamy pomóc? Bo jesteśmy najbliżej. Bo Ukraińcy „walczą dzisiaj za swoją i naszą wolność”. My, Polacy wiemy, co znaczy to wezwanie i wiemy, że jest prawdziwe. Łączy nas z Ukraińcami wielowiekowa wspólnota losów. Nasza rola nie była chwalebna (możemy o tym przeczytać w książkach Daniela Beauvois), dla tego powinniśmy być dzisiaj szczególnie wyczuleni na potrzeby obronne naszego sąsiada.
Jest jeszcze jeden argument za aktywnym wsparciu Ukrainy. Doświadczenia narodów tej części Europy pozwoliły elitom dobrze poznać i zrozumieć mechanizmy rządzące strategią moskiewskich władców. Wydaje się, że NATO i Europa to wie, docenia i oczekuje, że będziemy liderami w formowaniu odpowiedzi na kolejną agresję Moskwy wobec kolejnego sąsiada. W mojej ocenie odmowa pomocy wojskowej dla Ukrainy, „to więcej niż zbrodnia, to błąd”. Odmowa, utrudnianie, czy choćby obojętność wobec potrzeb ukraińskich żołnierzy, to oczywista zachęta dla Putina do kontynuowania inwazji na Ukrainę.

Okopy Mariupola, to nie jest jednolita linia frontu. To znane nam ze stanu wojennego posterunki na drogach i samodzielne okopane reduty. W okopach, jak to w okopach, pod nogami błoto i woda a na głowę leje się deszcz, sypie grad, prószy śnieg z deszczem. Mróz jest zbawienny, bo robi się przynajmniej sucho. W tych warunkach dobre wojskowe buty (polskie są ponoć najlepsze na świecie, ale dla ukraińskich woluntariuszy zaopatrujących swoich „bojców”, są zbyt drogie), zimowe impregnowane kurtki i spodnie są marzeniem. Ponoć mamy takie w Polskiej Armii. Numerem jeden na liście są jednak środki łączności. Wojskowy zwiad używa zwykłych telefonów komórkowych. Podobnie porozumiewają się między sobą posterunki. Moskale słuchają tego na bieżąco. Na bieżąco mogą też śledzić trasę wojskowego zwiadu – gdy im się zachce, ostrzelają namierzone miejsce z moździerzy lub rakiet. Wiadomo, że mamy odpowiedni sprzęt łączności. Nawet w stanie wojennym mieliśmy, jako konspiracyjna Solidarność, mini radiostacje Kenwood. Wtedy jednak można je było przemycić. Przy dzisiejszej zaciekłości, z jaką nasze służby graniczne tropią wszelką pomoc wojskową dla Ukrainy, byłoby to niemożliwe.
Numerem dwa na liście są środki obserwacji. Najbardziej pożądana jest termowizja. Sprzęt nokto i termowizyjny do obserwacji pozwoliłby trzymać na bezpieczny dystans oddziały dywersyjne separatystów wzmacniane najemnikami wyposażonymi w najlepsze termowizory i broń snajperską. Nocą podchodzą na kilkadziesiąt metrów do ukraińskich redut i strzelają do wszystkiego, co się rusza. To stąd, niemal każdego dnia, dochodzą kolejni ranni i zabici. Spotkałem taki konwój w barze na parkingu przy drodze do Charkowa. Moją uwagę przykuwa twarz jednego z żołnierzy. Jest cała fioletowo/czarna. Pytam dowódcę konwoju, który płaci rachunek za jedzenie, od czego „to”? Mógł być blisko wybuchu rakiety- słynnego Grada, mógł być w wozie trafionym pociskiem przeciwpancernym.
My, „turyści” czekamy w barze na swoją kolej. Ci Bojcy mają tu pierwszeństwo. Czeka też na nich zawsze darmowa herbata, kawa, woda mineralna. Patrzę teraz na drugiego żołnierza. Wokół oczu ciało jest nabrzmiałe, opuchnięte do monstrualnych rozmiarów i fioletowe. Pytam, od czego to? To od okularów przeciwodłamkowych. Chronią oczy, ale fala wybuchu wciska je w ciało wokół oczu i wyglądasz po tym, jak obity kijem baseballowym. Obsługa podaje do stolików herbaty i kawy. W kubkach słomki? Po chwili widzę, zrozumiałem. Z rękawów wojskowych kurtek wyłaniają się ręce w bandażach. Spod niektórych bandaży widać fioletowo/czarne palce. Można tymi rękoma kubek przysunąć do siebie, nie da się go trzymać. Dowódca, patrząc na mnie, dodaje: Jest jeszcze paru na pace samochodu, ale to już tylko ciała.
Dobry sprzęt do obserwacji nocnej pozwala „widzieć” na 1200m. To wystarczy, żeby trzymać Moskali na bezpieczny dystans. Mamy taki sprzęt. Należy do najlepszych na świecie. Ukraińcy to wiedzą. Wiedzą, że uratowałby zdrowie, a nawet życie niejednego z ich kolegów i koleżanek (kobiety też walczą na pierwszej linii ognia).
Wśród potrzebnego sprzętu są też drony obserwacyjne. Oddziały dywersyjne mogą operować nawet kilkadziesiąt kilometrów poza umowną linią frontu. Na przepastnych ukraińskich przestrzeniach trudno wyobrazić sobie skuteczną obronę przed taką penetracją. Możliwość taką dają drony operujące na 3-5 km. Mamy taki sprzęt, mamy odpowiednią technologię dostępną od zaraz. Nie podzielić się tym, to skazywać ukraińskich żołnierzy i obywateli na zasadzki, okrążenia, napady, ostrzał artyleryjski.
Oglądamy okopy i transzeje. Nie są zbyt dobrze zrobione. Przydałby się oficer z doświadczeniem frontowym. Mamy takich. Prowadzili podobną „wojnę” w Iraku, Afganistanie. Dla czego ich tu nie ma? Czyżby NATO zabroniło nam angażowania się w ten konflikt? W mojej ocenie szczyt NATO w Newport otwarł drogę dla pomocy wojskowej Ukrainie.
Chcę jeszcze spojrzeć na okopy przeciwnika. Wystarczy wyjrzeć poza lekki nasyp. Nie dopuszczają mnie tam. Jak mówią, wystarczy wychylić głowę i trafia się pod snajperskie kule. Snajperki mają Moskale bardzo dobre. Ostrzeliwują z 2.5 kilometra. Ukraińcy pokazują mi swoje. Skuteczność rażenia – 800metrów. Jak mówią: „:z Polski”, czyli z wycofanych postsowieckich dywizji. Mamy w Polsce dobrą broń snajperską. Ukraińcy proszą o tę niekoniecznie na 2.5 kilometra. Niechby 1800 metrów, ale i tę na 1300 wezmą z wdzięcznością. Będą mogli odpowiedzieć na ostrzał, utrzymać większy dystans. Będzie mniej rannych, zabitych.
Pytam o broń przeciwpancerną. Okazuje się, że spośród broni ofensywnych, tej brakuje najbardziej. A przecież, jak mi wyjaśniają, z każdym „Białym Transportem” przybywa w Ługańsku i Doniecku czołgów, transporterów i wszelkiego potrzebnego ciężkiego sprzętu, amunicji. Jeśli to wszystko ruszy, będzie masakra naszych ludzi. Chyba, że nam pomożecie. Pytam, co zrobią, jeśli pomocy nie będzie? Jak, czym chcą zatrzymać czołgi? Odpowiedź dobrze świadczy o ich żołnierskim fachu, determinacji i stalowych nerwach. Zginie nas dużo, ale zatrzymamy ich kałachami i granatami. Pan przecież z desantu, więc wie, mówią, patrząc mi w oczy, co jest wart czołg bez osłony piechoty? Wiem, to trumna dla załogi. Choćbym został sam jeden przeciw nim, to załoga w czołgu bez własnej piechoty musi mnie prosić o łaskę życia.
Pytam, co jeszcze potrzebują, aby wygrać tę wojnę? Dobrej koordynacji działań. To oznacza po prostu, że potrzebny jest sztab wolny od moskiewskiej agentury. Pomóżcie nam go stworzyć, a w cztery sześć tygodni Ługańsk i Donieck będzie wolny. To oczywiście możliwe. Możliwa jest pomoc w budowie sztabu. Mamy odpowiednich ludzi. Cenią nas za sztabowe umiejętności i w NATO i w Armii Amerykańskiej. Ukraińcy to wiedzą. Czym zatem jest bierność polskiego rządu, Polskiej Armii? Czy tylko brakiem wyobraźni, polityczną ignorancją, decyzyjną impotencją? Tak, czy inaczej, to polityczny błąd. Błąd krwawy, bo kolejne godziny przynoszą wieści o kolejnych ofiarach. Od czasów PRL-u, to pierwszy raz, gdy tak bardzo wstyd mi za moje państwo.
Po stronie ukraińskiej widzę to, co decyduje o ostatecznym zwycięstwie. Determinację podbudowaną spokojem, umiłowanie Ukrainy, jako ojczyzny, wolę walki górującą nad strachem, żołnierską wiedzę i umiejętności zdobyte w dotychczasowej walce. Po przeciwnej stronie, formacje najemników lubiących awanturnicze życie, młodzi rosyjscy żołnierze kierowani na niezrozumiałą dla nich wojnę i separatyści, którzy chcą wyjść spod władzy „Kijowa” uważanego za siedlisko skorumpowanego i zdeprawowanego establishmentu i poddać się władztwu „Moskwy”. My w Polsce o tym syndromie mówimy: „Zamienił stryjek siekierkę na kijek”. Moskiewski „kijek” już pognał część prorosyjskich uchodźców do zasiedlania Syberii. Sen o życiu w pięknej Moskwie i jeszcze piękniejszym Petersburgu skończył się. Przebudzenie zamienia się w szok. W starciu takich oczekiwań i motywacji obu stron, wynik jest przesądzony. Ukraińcy tę wojnę wygrają. Od nas, sąsiadów, zależy dziś to, ile w tej wojnie będzie łez, krwi, potu i ofiar. Niestety, odpowiedź polskich władz na ukraińskie wezwanie o pomoc razi cynizmem i polityczną nieodpowiedzialnością. Cyniczne aż do okrucieństwa są słowa: „Niech poproszą”, „Nie prosili o pomoc”, „Niech kupują”, „Mogą przecież kupować”. Ja znam historię i atmosferę polsko/ukraińskich relacji z esejów Giedroycia i Mieroszewskiego, z pisarstwa Jana Józefa Lipskiego, z książek Daniela Beauvois, więc ja, będąc Ukraińcem, bym nie poprosił. W tym: „Niech poproszą” zawiera się cała esencja feudalnej tradycji w naszej kulturze, w naszej dyplomacji, w naszej polityce wewnętrznej i zagranicznej. Równie cyniczne jest mówienie o możliwości „zakupu”. Kto nie zetknął się z procedurami udzielania zgody na zakup i wywóz sprzętu wojskowego, ten nie wie, o czym mowa. Znamy jednak naszą biurokrację w innych sferach. Możemy pomnożyć problemy przez 10 i będziemy mieli przybliżone wyobrażenie, czym jest „zachęta”, Mogą kupować.
Jeśli chcemy mieć wyobrażenie, czym jest przyzwoita oferta pomocy wojskowej, to wystarczy sprawdzić, jak to zrobiła Polska pod rządami Józefa Piłsudskiego. Była to pomoc udzielana przez kraj i naród, który dopiero powstawał do niepodległego bytu. Dzisiaj jesteśmy w stokroć lepszej sytuacji. Dla tego nie znajduję żadnego usprawiedliwienia dla obecnej postawy polskiego rządu.
Zbigniew Bujak
P.S. Prezydent Petro Poroszenko ogłosił żałobę narodową po ostrzelaniu marszrutki z cywilami, gdzie zginęło 13 osób. W niedzielę ulicami Kijowa ma przejść marsz protestacyjny przeciw rosyjskiemu terrorowi. Czy zobaczymy tam premier Ewę Kopacz i Donalda Tuska idących ramię w ramię z ukraińskimi politykami?