Polski i ukraiński Wołyń

 

„Dwie mnie Matki-Ojczyzny

wyuczyły mowy –

W warkocz krwisty plecionej jagodami ros –

Bym się sercem przełamał bólem w dwie połowy –

By serce rozdwojone płakało jak głos…”.

Zygmunt Jan Rumel, lipiec 1941 roku.

 

Wołyń dla Polaków jest krainą bez przeszłości i wspomnień. Inne utracone miejsca na Wschodzie mają swoją historię i swoje legendy. Wystarczy wymienić Wilno, Lwów czy Grodno. Wszystkie te nazwy nasuwają od razu bogactwo skojarzeń. Tymczasem Łuck, Równe czy Ostróg żadnych emocjonalnych skojarzeń nie budzą. Większość Polaków miałaby trudności z odpowiedzią na pytanie, jakie miasto jest stolicą Wołynia. W ostatnim czasie Wołyń budził głównie jedno skojarzenie – rzeź wołyńska, a następnie ludobójstwo. Niemal tylko w tym kontekście pamięta się w Polsce o Wołyniu. Towarzyszy temu nagłaśnianie, iż rzeź wołyńska miała kończyć wielowiekową obecność Polaków nie tylko na samym Wołyniu, ale i na całych Kresach.

Przed wojną ludność Wołynia liczyła około dwa miliony mieszkańców, z czego 346 tysięcy to Polacy. Stanowiło to 17% wszystkich mieszkańców. Zdecydowana większość (64%) to Ukraińcy, których było milion czterysta tysięcy. Było też dwieście tysięcy Żydów, których do 1943 roku pochłonął Holocaust. Dodać można, że Polacy na Wołyniu to 9% całej ludności polskiej zamieszkałej w województwach wschodnich II RP, których terytorium przynależy dziś do Ukrainy (woj. wołyńskie, tarnopolskie, lwowskie i stanisławowskie)[1]. Stanowili więc niewielką część społeczności polskiej na terenach wschodnich II RP.

Nie wszyscy jednak Polacy, którzy tam zamieszkali, byli rdzennymi mieszkańcami Wołynia. Niemała ich część to osadnicy wojskowi przybyli tam po I wojnie światowej. Ich obecność na tym terenie może być interpretowana jako wynik polityki polonizacji tych ziem, co w jakimś zakresie jest prawdą. Konieczne jednak jest ważne uzupełnienie. Nadawana im ziemia pochodziła ze znacjonalizowanych majątków rosyjskich. Polscy osadnicy to w dużej części żołnierze-kombatanci wojny polsko-bolszewickiej, a nadawana im ziemia było swoistym wynagrodzeniem za udział w niej. Pochodzili często z Wielkopolski, gdzie brak było ziemi, którą państwo polskie mogłoby dysponować. Należy jedynie przypuszczać[2], że owi „żołnierscy” osadnicy mieli trudniejsze stosunki z Ukraińcami niż pozostali Polacy.

Koniecznie trzeba dodać, że Wołyń wraz z Polesiem był jednym z najbardziej zacofanych regionów II RP. Na długotrwałe zacofanie cywilizacyjne nałożyły się również zniszczenia I wojny światowej. Miasta, łącznie ze stolicą regionu Łuckiem, były w fatalnym stanie. Z ok.4500 km dróg, jedynie 800 km było utwardzonych.

Był to były zabór rosyjski, więc dominującym wyznaniem było prawosławie (nie dotyczyło to oczywiście mniejszości polskiej i żydowskiej). Bardzo niski był też poziom oświaty, co skutkowało powszechnym analfabetyzmem. Poziom świadomości narodowej był wśród tej ludności także niski i często określała się ona jako „tutejsza”. Biorąc to pod uwagę władze II RP stawiały na polonizację miejscowej ludności, nie zauważając jednak, że wzrost świadomości narodowej wcale nie musi iść w oczekiwanym kierunku. Panująca powszechna bieda dawała również okazję do skutecznej agitacji komunistycznej (bolszewickiej).

Ciekawy i pod wieloma względami przejmujący obraz regionu, jego problemów społecznych i wysiłków wydobycia się z powszechnego niedostatku ukazuje wybitny ukraiński prozaik Ułas Samczuk, w powieści zatytułowanej „Wołyń”, wydanej w 1938 roku. Warto w tym miejscu przytoczyć cytat ze wstępu do tej książki pióra Ksawerego Pruszyńskiego:

 

Należy przyklasnąć prawdziwej zasłudze, oddanej i naszej literaturze i naszej wiedzy o najbliższych palących problemach Rzeczpospolitej przez to, że książka ta pojawia się (nareszcie!…) w polskim przekładzie. […] Nie bójmy się prawdy! Może wspomnimy melancholijnie, ze ten kraj, kraj Kraszewskiego i Korzeniowskiego, Słowackiego i Zapolskiej, skończył się w naszej literaturze na „Pożodze” Kossak-Szczuckiej. Że dziś walczy tu z nami o prawa do tej ziemi obca mowa i obcy pług. Poznajmy tych obcych , może ujrzymy, że tak bardzo obcymi nie są…[3].

W okresie 1939–1941 ludność polską, podobnie zresztą jak i ukraińską, spotykają poważne represje, w tym wywózki. Objęły one ok. 320 tys. osób z całego terenu znajdującego się pod okupacją sowiecką. Trudno przy obecnym stanie badań o dokładne dane dotyczące Wołynia, ale licząc proporcjonalnie do liczby polskiej ludności na tych terenach można mówić o wielkości rzędu od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy. Z drugiej jednak strony na Wołyniu znalazła się w 1939 roku część uciekinierów z centralnej Polski. Ich liczbę również trudno określić. Trudno też ocenić dokładniej liczbę Polaków wymordowanych w latach 1939–1941 przez Sowietów[4]. Można zaryzykować jedynie stwierdzenie, że w końcu 1941 roku ludność polska Wołynia liczyła trochę poniżej 340 tysięcy. Okupacja niemiecka związana była z wywózkami do pracy przymusowej w Niemczech, co dotyczyło zarówno Polaków jak i Ukraińców. Określenie strat w tym okresie byłoby obecnie niezwykle trudne.

Zakładając, że liczba ofiar czystek etnicznych prowadzonych przez UPA oraz w wyniku innych represji stanowiła ok. 60 tys. osób, to w chwili ponownego wejścia Sowietów w 1944 roku ludność polska Wołynia liczyła szacunkowo ok. 250–280 tysięcy.

Na podstawie umów z rządem sowieckim zostaje ona w znakomitej większości wysiedlona do Polski. Już ta ogólna statystyka wskazuje na istotną konstatację, że koniec polskości na Wołyniu spowodowała nie „rzeź wołyńska” – mimo ogromu jej ofiar i cierpienia – ale przede wszystkim represje, wywózki i przesiedlenia sowieckie. Wskazuje to jak jednostronne jest koncentrowanie się wyłącznie na działaniach UPA jako zasadniczej przyczynie końca polskiego Wołynia.

O polityce polskiej na Wołyniu można mówić od chwili odzyskania niepodległości w roku 1918. Różniła się ona w pewnym stopniu od polityki prowadzonej w innych wschodnich województwach.

Dwie pacyfikacje ludności ukraińskiej, jakie miały miejsce w II RP, podobnie jak w Galicji, miały miejsce na Wołyniu w roku 1930 i 1938. Nie dały one żadnego z oczekiwanych efektów. Niszczenie cerkwi nie umniejszało wpływów prawosławia, a ogólne represje nie ograniczały wpływów komunistycznych i ukraińskich nacjonalistów, a co najwyżej przyczyniały się do wzrostu ukraińskiej świadomości narodowej. Jak dobrze wiadomo represjonowani zadają sobie pytanie o przyczyny represji, co na ogół bardziej wzmacnia ich samoświadomość niż buduje tą, jakiej życzyłby sobie sprawca represji.

Wraz z klęską wrześniową Wołyń znalazł się w granicach Ukraińskiej Radzieckiej Republiki ze wszystkimi tego konsekwencjami. Sowieci prowadzili politykę swoistej, manipulatorskiej ukrainizacji. Zakładano szkoły z językiem ukraińskim, ale treści nauczania były prosowieckie. Ukraińskość była w pewnym zakresie uprzywilejowana, ale wszystko co prawdziwie narodowo-ukraińskie było niszczone. Warunki okupacji sowieckiej, podobnie jak w Polsce centralnej, nie pozwalały na kształtowanie się polskiego podziemia, a trzeba przy tym nie zapominać, że i tam proces ten potrzebował czasu.

Okupacja niemiecka od połowy 1941 roku w jakimś zakresie zmieniała sytuację. Komunikacja między Generalną Gubernią a dystryktem wołyńskim była mimo wszystko dużo łatwiejsza niż przez granicę ustanowioną paktem Hitler–Stalin. Tym niemniej polityka polska na Wołyniu napotkała od samego początku okupacji niemieckiej na poważne przeszkody.

Strona ukraińska stała na stanowisku, że rok 1939 oznacza rozpad państwa polskiego, co czyni kwestie przyszłej powojennej przynależności państwowej poszczególnych terenów otwartą. Towarzyszyło temu przekonanie, że w wyniku wojny powstanie niezależne państwo ukraińskie. Strona polska stała na stanowisku nienaruszalności granic II RP i trudno zresztą sobie wyobrazić, aby rząd londyński mógł mieć inne zdanie w tej kwestii. Takie stanowisko musiało być podtrzymywane, tym bardziej z chwilą utworzenia armii Andersa, która stanowiła lwią część polskich sił zbrojnych na Zachodzie. Armii składającej się z żołnierzy, którzy mieli swoje domy rodzinne na wschodnich terenach II RP. Sytuacja ta uniemożliwiała jakiekolwiek poważniejsze pertraktacje z ukraińskimi narodowcami, mimo, że od pewnego momentu sojusz polsko-ukraiński byłby, jeśli oddać się spekulacjom i wziąć pod uwagę kto był wspólnym wrogiem, do wyobrażenia.

O ile kwestia przynależności państwowej spornych terenów praktycznie taki sojusz uniemożliwiała, to dodatkowo utrudnieniem było to, że wybuch wojny niemiecko-rosyjskiej zmuszał rząd gen. Sikorskiego do uznania Moskwy za sojusznika. W żaden sposób nie mógł takiej pozycji zająć narodowy ruch ukraiński, mimo, że stopniowo oddalał się on od taktycznego sojuszu z Berlinem.

Władze polskie w Londynie i ich reprezentacja na Wołyniu miały jednak jeszcze jeden istotny dylemat, dotyczący decyzji tamtejszego polskiego podziemia. W momencie, gdy front był daleko na Wschodzie, a dzieje się tak do końca 1943 roku, jakiekolwiek działania zbrojne, a tym bardziej intensywne ich prowadzenie, powodować mogły jedynie wzrost represji niemieckich bez widocznych korzyści dla strony polskiej.

Dlatego też podziemie polskie było długo na Wołyniu organizowane w stanie jedynie szkieletowej organizacji bez aktywności zbrojnej. Spowodowało to, że gdy w połowie roku 1943 UPA podjęło antypolską akcję, tamtejsza Armia Krajowa do jakiejkolwiek obrony nie była przygotowana. Polacy zaczynają się organizować w oddziały lokalnej samoobrony dopiero pod koniec 43 roku i na ich bazie powstanie wołyńska dywizja AK. Początkowo jednak oddziały samoobrony pozbawione były centralnej organizacji i wobec śmiertelnego często zagrożenia szukały niekiedy wsparcia zarówno wśród partyzantów sowieckich, jak i administracji niemieckiej. Ta ostatnia udzielała go wybiórczo (stosując równolegle politykę represji) bynajmniej nie z chęci wspomagania ludności polskiej, lecz jedynie w celu zachowania kontroli nad coraz bardziej chaotyczną sytuacją na terenach będących zapleczem zbliżającego się od wschodu frontu.

Znacznie bardziej skomplikowane wydają się w tym czasie stosunki strony polskiej z partyzantką sowiecką. Na ok. 140 oddziałów samoobrony siedem współpracowało z partyzantką radziecką. Działo się tak Hucie Starej, Peresieku, Rudni Potasznia, Rudni Stryj i Hucie Stepańskiej (wszystkie te miejscowości w powiecie kostopolskim), słynnym z długotrwałej i bohaterskiej obrony Przebrażu w powiecie łuckim oraz w miejscowości Staryk w powiecie sarneńskim. Liczba siedem nie oddaje jednak znaczenia i rozmiarów tej współpracy. Większość polskich oddziałów samoobrony na Wołyniu liczyła 20–30 obrońców. Tylko dwa oddziały samoobrony – współpracujące z partyzantką radziecką Huta Stepańska i Przebraże – miały więcej, bo około 1000 obrońców i broniły przed UPA co najmniej 15 tys. mieszkańców.

Między społecznością polską i ukraińska panuje do lutego–marca 1943 stan chwiejnej równowagi. Ukraińcy oskarżają co prawda Polaków, że zajmują oni lepsze pozycje w okupacyjnej administracji (co ma źródło również w tym, że niemiecki okupant chce wygrywać Polaków przeciw Ukraińcom), ale to jednak nie prowadzi do otwartego konfliktu[5]. Sytuacja zmienia się paradoksalnie z chwilą pogorszenia się stosunków ukraińsko-niemieckich, co doprowadza do ucieczki około 5000 policjantów ukraińskich. Ukraińscy policjanci, (tzw. Schutzmani), zostają w jakimś zakresie zastępowani przez Polaków. Polacy czują się coraz bardziej zagrożeni silniejszym z każdą chwilą ukraińskim podziemiem, Ukraińcom zaś niemieckie represje kojarzą się w jakimś stopniu z obecnością Polaków wśród policjantów, tak, jak przed tym niemieckie represje kojarzyły się Polakom ze wspomagającymi Niemców Ukraińcami.

Jednocześnie organizująca się partyzantka sowiecka od samego początku prowadzi intensywną akcję sabotażową i niemal regularne walki z Niemcami. Ma ona, mimo oddalonego frontu, oparcie w armii sowieckiej w postaci transportów broni i dopływu kadr. Sowieccy partyzanci nie liczą się też ze stratami, jakie wywołują ich działania wśród ludności cywilnej, między innymi wskutek czasem na ślepo prowadzonych odwetowych akcji niemieckich. Taka sytuacja sprzyja nawet napływowi ochotników do oddziałów partyzanckich. Dodatkowym istotnym czynnikiem sprzyjającym partyzantce sowieckiej były uprzednie silne wpływy komunistyczne na tym terenie (podobnie zresztą jak na Białorusi). Część młodzieży chcącej walczyć, również Polaków, w wyniku tych wydarzeń wstępowała do partyzantki sowieckiej, nie mówiąc już o tym, że mogli być do tego zmuszani siłą. Częściowo trafnie zauważa to ukraiński badacz:

Jeśli nawet w tym czasie (koniec 1942 roku) na Wołyniu działała polska partyzantka, to inicjatorami jej utworzenia były raczej nie „prolondyńskie” siły, a te które liczyły na Moskwę i partyzantkę radziecką[6].

Wydaje się jednak, że tworzenie polskiej prorosyjskiej partyzantki przesunąć należy nieco w czasie, czyli do lata 1943. Już wtedy polscy uczestnicy sowieckiego ruchu partyzanckiego walczą w oddziałach takich jak „Zgrupowanie Rówieńskie”, liczącym latem 1943 roku ok. 700 partyzantów, w tym około 100 Polaków. Ogólna liczba Polaków walczących po stronie sowieckiej, wedle danych wymagających jednak badań, wynosiła w szczytowym momencie około 1800 osób.

Sytuację na Wołyniu w latach 1943–1944 zrozumieć więc można lepiej tylko wtedy, jeśli uwzględni się niezwykle skomplikowane stosunki w czworoboku Polacy – Ukraińcy – Niemcy – partyzantka sowiecka.

Powojenna historia Wołynia jest również pełna dramatyzmu. Zanim przyznano Polsce tzw. Ziemie Zachodnie lub Ziemie Odzyskane, Stalin pośpiesznie wysiedla Polaków z byłych terenów wschodnich II RP. Dzieje się to od lata 1945, a ostatecznie kończy się wiosną 1946 roku. Z województwa wołyńskiego wysiedlono około 135 tys. Polaków[7]. Należy jednak pamiętać, że odpływ ludności polskiej z terenu Wołynia związany był także z poborem do Armii Berlinga, a także ze spontaniczną ucieczką na Zachód przed zbliżającym się frontem.

Wydaje się, że w połowie roku 1946 liczba Polaków na Wołyniu była już niewielka[8]. Ukraińska partyzantka miała za przeciwników oddziały NKWD, które przystępują do brutalnych akcji pacyfikacyjnych. Tak jak w okresie 1939–1941 tak i po wojnie trwają zsyłki na Wschód i do łagrów. Jednocześnie prowadzi się akcję osadniczą sprowadzając ludzi z dużo silniej zrusyfikowanej Ukrainy wschodniej jak i z samej Rosji. Wołyń na długo staje się zapyziałą sowiecką prowincją, karaną uniemożliwieniem rozwoju za swoją stosunkowo silną i częściowo wyrosłą w czasie wojny narodową tożsamość. To wojna bowiem w dużym stopniu ową tożsamość ukształtowała.

Polski Wołyń znikł w wyniku strat wojennych i ogromu powojennych przymusowych przesiedleń. W Polsce nie zachowano silniejszej pamięci o polskim składniku jego historycznego i kulturowego dziedzictwa. W okresie PRL trudno było o tym mówić i pisać. Zachowała się natomiast pamięć o tragedii polsko-ukraińskiego konfliktu, którą w PRL dopuszczano. Resztki polskiego dziedzictwa kulturowego, jakimi są przede wszystkim cmentarze, ale także pałace, kościoły i dwory, w okresie sowieckim niszczały, podobnie zresztą, jak niemieckie dziedzictwo na ziemiach zachodnich. Dziś często już ich resztki, jak na przykład zamek w Klewaniu[9], pozostają w rękach ukraińskich. Na ogół są w złym, lub bardzo złym stanie. Nie musi być to wynikiem niechęci Ukraińców do polskiego dziedzictwa. Powodowane to jest raczej obojętnością wobec wszelkiego dziedzictwa kulturowego wynikającego z braku środków na bardziej bieżące potrzeby.

Pamięć o polskim Wołyniu powinna być zachowana i pielęgnowana. Jest to potrzebne zarówno stronie polskiej jak i ukraińskiej. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, jak dalece zachowanie tej pamięci jest możliwe przede wszystkim dzięki współpracy z Ukraińcami i ukraińskim Wołyniem. Z tej pamięci w żadnym wypadku nie można wyłączać tragedii roku 1943. Groby i przelana krew dzieli, ale może też łączyć, jeśli jest się gotowym do pojednania.

 

 

[1] Tabelka pokazuje skład ludnościowy województw wschodnich II RP, których terytorium jest dziś częścią Ukrainy.

 

Polacy Ukraińcy Żydzi inni ogółem
wołyńskie 346 (16,6%) 1427 (68,4%) 205 (10%) 47 (2,3%) 2085
tarnopolskie 790 (49%) 250728 (45,5%) 80 (5%) 2,7 (0.17%) 1600
lwowskie 1802 (57%) 1067 (34%) 233 (4%) 12 (0,4%) 3127
stanisławowskie 332 (22,4%) 1089 (68,8%) 109 (7.4%) 16,7(1.1%) 1480
ogółem (w tys.) 3270 4311 627 78,4 8286,4

 

[2] Nie są mi znane badania, a musiałaby one być bardziej socjologiczne niż czysto historyczne w charakterze, które kwestie te w jakiś pogłębiony i szerszy sposób naświetlały.

[3] U. Samczuk, Wołyń, Biały Dunajec–Ostróg 2005 (reprint), s. 8. Warto zaznaczyć, że książka wyszła wysiłkiem środowiska „Wołanie z Wołynia”, które działa w Ostrogu. Środowisko to, związane z miejscową parafią katolicką, prowadzi intensywną pracę na rzecz pojednania polsko-ukraińskiego.

[4] Jednym z takich miejsc jest więzienie-katownia w Klewaniu w dawnym pałacu Czartoryskich. Zamki oraz klasztory (obiekty po niewielkich przeróbkach nadające się na więzienia) były często wykorzystywane na siedziby NKWD od roku 1939. W latach 1941–1944 służyły w tych samych celach Niemcom by po roku 1944 powrócić z powrotem w ręce rosyjskie.

[5] Podstawa takiego zarzutu mogła być dwojaka. Polacy, często z uwagi na lepsze wykształcenie, byli lepiej przygotowani do pełnienia odpowiednich funkcji, a po drugie polityka niemiecka motywowana też była zasadą „dziel i rządź”. O ile na terenie generalnej guberni wspierali oni ukraińską mniejszość przeciw polskiej większości, to na Wołyniu dla niemieckiego okupanta były przesłanki by działać dokładnie odwrotnie. Warto w tym miejscu wspomnieć, że przykładem tego jest Zamojszczyzna. Niemcy starają się tam osadzić swoich osadników, tworząc wokół kordon złożony z ukraińskich wiosek. Polskie podziemie przeciwstawiając się niemieckiej akcji zmuszone jest do walki z Ukraińcami, którzy stanowią ludność miejscową. Ta sytuacja jest dziś powodem, iż niektórzy historycy ukraińscy próbują przedstawiać antypolskie działania UPA na Wołyniu jako odwet za działania anty ukraińskie na Zamojszczyźnie i Chełmszczyźnie. Nie wydaje się jednak, by taki bezpośredni związek można było ustalić, pytanie natomiast, w jakim stopniu konflikt polsko-ukraiński jest wynikiem działań niemieckich (ale też i rosyjskich, o czym dalej) narzuca się niemal samo.

[6] I. Iljuszyn, UPA i AK. Konflikt w zachodniej Ukrainie (1939–1945), tłum. K. Kotyńska, A. Łazar, Warszawa 2011, s. 91.

[7] Ludność Polska z tego obszaru osiadła głównie na zachodzie województwa śląskiego oraz w woj. dolnośląskim.

[8] Znacznie większe skupiska Polaków pozostają za Wschód od dawnej granicy II RP.

[9] Zamek w Klewaniu był siedzibą rodu Czartoryskich. W okresie wojny było tam więzienie NKWD, następnie więzienie niemieckie i następnie po wojnie, znów sowieckie. Zamek zachowany w stanie ruiny, umożliwiającej jednak odbudowę i rekonstrukcję.

ilustracja: Kościół w miejscowości Korzec (zdj.Kazimierz Wóycicki)

%d blogerów lubi to: