SPOŁECZNOŚĆ POLSKOJĘZYCZNA W NIEMCZECH

DWA MILIONY NIEOBECNYCH

Tekst opublikowany m.in. w „Ansichten” (roczniku Deutsches Polen-Institut w Darmstadt) pochodzi z roku 2005. Sytuacja społeczności polskojęzycznej w Niemczech zmienia się powoli na lepsze. Niestety wciąż nie są do zmiany zadawalające. Dlatego tekst pozostaje wciąż w wielu punktach aktualny.

 

Uwaga o ignorancji

W Niemczech nie ma żadnej polskiej mniejszości, w tym sensie w jakim mniejszość sensownie można zdefiniować, to znaczy historycznie zasiedziałej ludności obcego pochodzenia. Istnieje natomiast w Niemczech szeroka społeczność osób, które w ten czy inny sposób posiadają głębokie powiązania z językiem i kulturą polską. Niektórzy czują istotnie Polakami i tak pragną określić własną tożsamość, nie wszyscy jednak i pewnie nie większość. Nie “czysty” Polak, ale osoba mająca w takim czy innym stopniu poczucie przynależności do obu kultur    stanowi przykład najbardziej charakterystyczny. Na pytanie: czuje się Pan/Pani Niemcem czy Polakiem wiele osób polsko-języcznych nie chce odpowiadać albo też odpowiada na nie – co jest często  formą obrony  przed ignoracją zapytującego – że czuje się przede wszystkim europejczykiem.

Społeczność polskojęzyczna jest dotychczas bardzo słabo zorganizowana. Paru nacjonalistycznie nastawionych organizacji z >prezesami< o wodzowskich aspiracjach nie można przecież w żadnym wypadku traktowac nawet jako namiastki zorganizowania tak znaczączej społeczności. Wysiłek niewielu oddanych rzetelnej pracy ofiarnych działaczy nie jest przez kogokolwiek dostrzegany. Organizacji polskojęzycznych jest mało i są one wszystkie niewielkie, a często mikroskopijne i efemeryczne, wzajemnie skłócone i nie współpracujące ze sobą.

Jak wyrażano się w jednej z dyskusji zadziwiającym zjawiskiem jest to, że tak liczna społeczność pozostaje tak prawie niewidoczna.

Zróżnicowany skład tej społeczności, jej skomplikowana historia, niezwykle złożona tożsamość ludzi, którzy się na nią składają, brak poważniejszego kręgów politycznych mogą w dostateczny sposób to zjawisko tłumaczyć. Najprawdopodobniej trzeba być po trosze idealistą, aby w społeczności tej widzieć coś więcej poza mozaiką najrozmaitszych osób i środowisk, które łączy jedynie znajomość polskiego jako języka macierzystego lub języka dzieciństwa.  Tym niemniej projekt przypisania tej właśnie społeczności szczególnej roli w stosunkach polsko-niemieckiego nie powinien być z góry porzucony. Wprost przeciwnie, jeśli myśli się poważnie o integracji europejskiej i przezwyciężaniu dawnych podziałów należy się nad nim dobrze zastanowić. Dwa miliony ludzi, dla których wspólnym mianownikiem jest znajomość jednej kultury, to dla każdego, kto chce poważnie myśleć o integracji europejskiej stawka nie byle jaka.

Od razu trzeba powiedzieć, że odwoływanie się do wąsko pojętej tożsamości narodowej – co pragną czynić niektórzy polscy politycy – może trafić do nader wąskiej grupy Polaków, a nie szerokiej społeczności osób polskojęzycznych. Takie apele mogą nawet spotkać się z nader chłodnym przyjęciem ze strony tych, którzy czują się również, w jakim stopniu Niemcami lub Ślązakami. Tego zdają się nie rozumieć po stronie polskiej przede wszystkim ci, którzy tym problemem winni się z urzędu zajmować, niestety nie zadają sobie żadnego trudu, aby się z problemem nawet pobieżnie zapoznać. Wystąpienia na ostatniej polsko-niemieckiej konferencji w lipcu tego roku w Warszawie dały tego aż nadto wyraziste dowody. Tematyka >niemieckiej polonii< stała się niemal wyłącznie monopolem prasy prawicowej i skrajnie prawicowej, przy całkowitej niemal obojętności innych nurtów politycznych.

Z drugiej strony ma się  często do czynienia  z ignorancją niemieckich szeregowych urzędników, którzy problemu tej grupy nie umieją lub nie chcą dostrzegać, nie świadomi szans z tą grupą związanych i nie umiejących trafnie reagować na powstające w tej sferze problemy.  Zawartość polsko-niemieckich traktatów pozostaje im często do dzisiaj nieznana. Dzieci z rodzin polskojęzycznych pozbawione są na ogół możliwości nauczania w szkole języka polskiego, a chwalebne wyjątki jak nagłośniony >eksperyment bremeński< to zaledwie próby, wprowadzane w sposób niestety nie nazbyt kompetentny.

Istnieją też głębsze  przyczyny natury socjopsychologicznej, które powodują, że społeczność polskojęzyczna jest tak mało widoczna. Wiele osób, mimo że mówi w domu po polsku, nie chce uchodzić i występować publicznie jako Polacy, ponieważ wierzy, że może być to niepopularne albo też szkodzić może ich karierze zawodowej. Ci Spaetaussiedlerzy, którzy czują się po trosze Polakami, przeżywają często trudności, gdy przychodzi im opisać złożoną sytuację ich przynależności narodowej i kulturowej. Po roku 89 nie sprowokowano żadnej poważniejszej publicznej dyskusji, która dopomogłaby tym ludziom w nazwaniu tego ich doświadczenia i jak przeżywają je dzisiaj.

Należy też wspomnieć o czynnikach odmiennej natury.

Względnie dobra, a w każdym zadawalająca integracja społeczna osób polskojęzycznych, powoduje, że nie stanowią one jakiegoś szczególnego problemu w Niemczech i same nie widzą własnej sytuacji jako problematycznej, co skłaniało by ich do organizowania się.

Innym czynnikiem jest łatwość, z jaką porusza się można między Niemcami i Polską. Powoduje ona, że kulturalne potrzeby można spełnić w bezpośrednim kontakcie z polską kulturą w Polsce. Zamiast organizować się w tym celu w Niemczech, starczy wziąć w samochód i pojechać na parę dni do kraju.

Z całą też pewnością pojawienie się tej grupy na horyzoncie wydarzeń publicznych jest czymś nowym nie tylko dla polityków, ale również dla socjologów i badaczy stosunków polsko-niemieckich. Można przyjąć stanowisko, że dobre społeczne dostosowanie i wynikający stąd brak chęci organizowania się jest dostatecznym dowodem na to, że nie ma żadnego poważnego problemu związanego z grupą polskojęzyczną w Niemczech.

Można też upierać się przy tym, że złożone polsko-niemieckie stosunki potrzebują aktywnej i kompetentnej polityki wobec tej niemałej przecież społeczności. Na to trzeba lepiej poznać jej historię i teraźniejszość, skomplikowane losy poszczególnych ludzi, docenić życiowe doświadczenie i zdobyć dla problemu znacznie więcej zainteresowania opinii publicznej.

Uwaga o pamięci historycznej

Sposób w jaki zapamiętuje się historię albo też się o niej zapomina jest dalece nieobojętny dla tego, jak ludzie postrzegają się w teraźniejszości.

Migracja Polaków zaczyna się w latach 70-tych zeszłego wieku – przypomnijmy najbardziej elementarne fakty – z polsko-niemieckiego terytorialnego i kulturowego pogranicza, które wówczas przed I wojną i aż do  II wojny istniało, jako szerokie i ważne zjawisko. Do pierwszej konsolidacji tej początkowo rozproszonej społeczności w nowych industrialnych centrach na Zachodzie dochodzi na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Polacy brali aktywny udział w wielu strajkach i protestach społecznych, zaczyna też wówczac powstawać polska prasa i pierwsze polskie stowarzyszenia. Z pewnością historia to ważna i ciekawa, gdy opowiada o niej historyk dziejów społecznych taki  jak Christian Klessmann. Niestety znacznie częściej opowiada się ją w sposób prymitywny i w takiej wersji znana jest ona szerszej opinii publicznej.

Trzeba więc ze smutkiem stwierdzić, że pamięć o niemieckiej polonii jest w Polsce przedmiotem nacjonalistycznego mitu. Mowa jest o  >polskim żywiole, obronie polskości i chórach polonijnych<.  Dzisiejsza sytuacja ma być rzekomo kontynuacją tamtej historii.

 Po stronie niemieckiej najczęściej się o tej historii nie pamięta. Ten brak pamięci jest też wyrazem określonego stanowiska – lekceważenia dla tego, co pochodzi ze wschodu. Kto chętnie i z dumą, poza nielicznymi wyjątkami, przyzna się w Niemczech do polskiego pochodzenia babci lub pradziadka? Większość Niemców, również tych, którzy uważają się za uwrażliwionych na problemy społeczeństwa wielokulturowego, robi wielkie oczy, kiedy dowiadują się, że prawie 3% ludności Niemiec to dzisiaj ludność polskojęzyczna. Byłoby to z pewnością kulturalna rewolucją dla np.:mieszkańców Nadrenni, gdyby fakt, że jedna trzecia z nich ma polskich przodków stał się wiedzą powszechną.

Polityka germanizacyjna (“polnische Gefahr”), często agresywna i związana z inwigilacją i prześladowaniami, nie wolna było od wartych odnowania paradoksów, o których warto pamiętać i dzisiaj. Przenoszona z prowincji wschodnich Prus  powstrzymywała  naturalne procesy asymilacji drugiego a czasem już trzeciego pokolenia przybyszów do Zagłębia Ruhry. Migranci, którzy wcześniej czuli związani jedynie ze swoją wioską, zdobywali często właśnie pod naciskiem germanizacji pełniejszą świadomość bycia Polakami. Ten paradoks spostrzegają jednak najczęściej niemieccy badacze, świadomi współczesnych problemów, dla polskiej strony bowiem,  często chodzi od samego początku o Polaków, stuprocentowych Polaków, bowiem świadomość polska ma być jak skała, od samego początku gotowa i nienaruszalna. Obowiązuje narodowy schemat w postrzeganiu historii i prowadzi się politykę >narodową< w dniu dzisiejszym. Drugi paradoks polega na tym, że tak jak >germanizacja< wywoływała efekt >polonizacji<, tak owa >polskonarodowa polityka< dzisiaj oddala osoby polskojęzyczne od polskości a nie do niej przybliża.

Na początku XX wieku sytuacja społeczności polskiej  w Zagłębiu Ruhry stabilizuje się i przeżywa ona społeczny awans, stwarzając powoli własną warstwę średnią. Okres ten, do pierwszej wojny światowej, stanowi czas najbardziej żywego kształtowania się polskiej diaspory, choć rozwój ten dokonuje się cały czas w przeciwstawieniu do nacjonalistycznych tendencji w Niemczech. Polacy mają własne kasy oszczędnościowe, banki i zaczynają niekiedy stanowić istotną konkurencję dla niemieckich gospodarzy. Nie bez znaczenia byłoby wiedzieć o tej historii więcej dzisiaj, gdy prowadzimy dyskusje o integracji europejskiej, otwartych granicach itd. I postawić ją w kontekście stereotypu o >polnische Wirtschaft< i dzisiejszych stosunków na polsko-niemieckim pograniczu. Taka pisana historia potrzebowałaby jednak inteligentnego narratora, który porzuciłby wszechobecne stereotypy.

Po I wojnie i powstaniu niepodległego państwa polskiego kończy się epoka rozwoju niemieckiej Polonii. Wiele osób wraca do kraju. lub emigruje do Belgii lub Francji. Nieprzyjazna Polsce atmosfera w republice weimarskiej i nader ograniczone kontakty gospodarcze między Polską a Niemcami to dalsze czynniki pomniejszające znaczenie niemieckiej polonii. W czasach nazistowskich dochodzi do systematycznego prześladowania Polaków. Wiele osób idzie do więzień i obozów, wiele zostaje zamordowanych. Podczas wojny ponad 1.5 miliona Polaków zostaje przywiezionych do Rzeszy jako robotnicy przymusowi. To również ważny fragment dziejów polskości, o którym z kolei nie bardzo chce się pamiętać w Niemczech, bo przecież naziści mordowali nie tylko Polaków w Polsce, ale najpierw zaczeli mordować polska mniejszość w Niemczech.

W roku 1945 przychodzi setki tysięcy  żołnierzy polskiej armii na Zachodzie. Resztki > starej poloni< ginie w morzu  DIP-isów i żołnierzy armii polskiej. Okres ten, szczególnie intensywny, zwłaszcza jeśli zwróci się uwagę na działalność kulturalną, kończy się wraz z latami 40-tymi, ponieważ większość Polaków decyduje się albo na powrót do komunistycznej Polski albo decyduje się na dalszą emigrację do Ameryki i innych krajów zachodnich, co w obu wypadkach jest było łatwym wyborem. Niestety nie widać po stronie niemieckiej ani polskiej jakiekolwiek zainteresowania, aby przypominać o tym pełnym napięć fragmencie stosunków polsko-niemieckich. Pierwsza połowa lat pięćdziesiątych to jak wiadomo stan zero tych stosunków, jeśli pominąć urzędową przyjaźń NRD z PRL-em.

No jest jeszcze jeden mały epizod, jeśli epizodem jest los około 200 tysięcy ludzi. >Odwilż< 1956 roku przynosi pierwsze zmiany. Z Polski może wyemigrować do Niemiec około ćiwerć miliona osób. Znaczenia tej grupy osób wyjeżdzających z Polski na ogół się nie dostrzega. Byli to przeważnie Niemcy o silnym poczuciu swojej tożsamości. Ich doświadczenia życiowe związane z komunistyczną Polską, związane były z silnymi antyniemieckimi nastrojami, zarazem jednak osoby te przesiąkły silnie polską kulturą, obyczajowością i mentalnością.  Przedstawiciele młodszego pokolenia zostali wychowani już w Polsce, często zdając polską maturę. Dotychczas spotyka wielu Niemców, aktywnych w polsko-niemieckim dialogu, mówiących dobrą polszczyzną choć już z nieco mocnym akcentem, którzy należą do tego właśnie szczególnego pokolenia. Nikt spośród pisarzy naukowców, polityków o historii tej nie pamięta.

Uwaga o literaturze

Wielka migracja lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych nie ma świadectwa literackiego, a przecież losy  tak  uwikłane w historię, tak napiętnowane gubieniem i szukaniem tożsamości dostarczają materiału do wielkiego fresku poplątanej ludzkiej egzystencji. Nikt jednak takiej próby nie podjął. Być może z jednym wyjątkiem. Jest nią >Kołysanka dla spóźnionych< Krzysztofa Mika.

Książka wyszła w 1998 i nie tylko nie została bestsellerem, ale niestety nie zdobyła sobie nawet trochę większego zainteresowania. Nie dziwi to jedynie w tym stopniu, w jakim los prawie dwumilionowej społeczności polskojęzycznej nad Renem i Sprewą wydaje się Warszawie i Berlinowi niemal całkowicie obojętny. Jedynie jeden z samotnych matadorów krzewienia wiedzy o dzisiejszych Niemczech Adam Krzemiński przyznał, że >Kołysanka< ma wartość dokumentu i jest >ładnym szkicem< ukazującym jak w kropli wody pół wieku stosunków polsko-niemieckich. Są to pochwały zachęcające, ale i nazbyt  zdawkowe, jak na książkę wkraczającą na tereny, w które jeszcze żaden z pisarzy  w zasadzie się nie zapuszczał. Ta pierwsza próba dała od razu utwór dojrzały, wielowątkowy, pełen autodystansu i ironii. Jestem przekonany, że gdyby książka Mikego zdobyła należną jej uwagę i choć odrobinę popularności, mogła by się przyczynić do jakże pożądanego przełomu w tej ważnej dziedzinie stosunków polsko-niemieckich, jaką jest najnowsza emigracja z Polski, choć może należałoby powiedzieć ze Sląska, do Niemiec.

         Przede wszystkim jednak kim jest autor? Dziennikarzem, urodzonym na Sląsku, który wykorzystując niemieckie pochodzenie, emigruje do Niemiec zachodnich, zdobywa niemieckie papiery, jest spaetaussiedlerem. Kołysanka to literacki reportaż o wyraźnie autobiograficznym tle o tym, jak emigrowało się z w latach osiemdziesiątych z Polski do Niemiec. Według oficjalnych niemieckich statystyk żyje w Niemczech 1.8 miliona osób polskojęzycznych. 1.2 tysięcy ma biografię taką jak literacki bohater >Kołysanki<, a więc złożyło by się tych ludzi na wielkie miasto takie może jak Frankfurt, Monachium, prawie takie jak Warszawa.

         >Kołysanka< to literacki reportaż, którego bohaterem jest port parole autora Józef Smętek. Jest to oczywiste i ironiczne nawiązanie do głośnej  w latach trzydziestych i wielokrotnie po wojnie wznawianej książki Melchiora Wańkowicza >Na tropach Smętka<, w której głośny reportażysta w epoce narastającej wrogości między Polską a Niemcami  odnajdywał polskość w Niemczech. Smętek Krzysztofa Mikego sam dobrowolnie emigruje do Niemiec. Ta istotna metafora otwiera książkę, gdyby jednak została w niej jedynie wielokrotnie powtórzona, >Kołysanka< pozostałaby ważnym ale banalnym reportażem.

         Mike jest na szczęście wytrawnym obserwatorem życia i ma talent wykraczajacy poza dziennikarską zdolność rejestracji zdarzeń. Jego książka jest gorzkim, bardzo gorzkim zapisem zagubienia ludzkiego losu i nie ma w niej też żadnych prostych wyjaśnień tego zagubienia, które powszechnie i tak łatwo się znajduje.

W książce Mikego nie ma >starej polonii< i ckliwcych opowieści o zachowanej polskości. Śluza nowej migracji otwiera się w latach 70-tych i 80-tych. I tu dopiero rozpoczyna się historia nowego Smętka i gorzka opowieść Krzysztofa Mikego. Nikt polskości nie chce zachowywać, polskość się zdradza albo się porzuca, przynajmiej oficjalnie w obozie przejściowym dla przesiedleńców.

Sytuacja gospodarcza w Polsce oraz liberalna polityka migracyjna Republiki Federalnej powoduje, że liczba przed tym nie zauważanych w Polsce członków mniejszości niemieckiej  rośnie z dnia na dzień. Dla obu stron jest to w gruncie rzeczy historia nieco wstydliwa. Polska strona chce ukryć jak niemądrze traktowała problem mniejszości niemieckiej, strona niemiecka dwuznaczną tożsamość emigrujących, rzekomo samych Niemców, z których polityka integracyjna ma uczynić bez wyjątku Niemców stuprocentowych. W zwulgaryzowanej formie historia ta znana jest ogółowi. Polacy uważają emigrantów za cynicznych cwaniaczków, o których opowiada się dowcip, że “starczy mieć niemieckiego owczarka w rodzinie, aby dostać niemieckie papiery”, Niemcy mają ich za “volkswagendeutschen” albo mają ich Polaków.

         Krzysztof Mik spostrzega tą obustronna pogardę dla ludzi, którzy nie są wyraźnie po żadnej stronie narodowej granicy. I ma odwagę opowiedzenia o ich doświadczeniu. Jest to istotnie opowieść o cwaniactwie, małych i większych kłamstwach, pokątnym handlu, pracy na czarno, ludzkim konformizmie i tragikomicznej zaradności. Były członek S.A. staje się członkiem ORMO. Niemcy zacierają swoje pochodzenie wobec władz PRL, zmieniając groteskowo nazwiska na Piastów i Jagiełłów po to, aby ich dzieci o stuprocentowej polskości, dzięki odnalezionym na strychu papierom mogły wyemigrować do wymarzonej ojczyzny dobrobytu. Jest to świat, w którym dorośli uczą się niemieckich kołysanek, aby dowieść urzędnikowi swoją niemieckość itd. Jest to świat jak z dramatów Mrożka.

         A jednak autor nie czuje pogardy do ludzi z tego świata, wyśmiewa ich to prawda ale w sposób łagodny. W istocie bowiem w książce Mikego ten świat małych ludzi demaskuje ten wielki świat, pocięty absurdalnymi barierami narodowymi, politycznymi i biurokratycznymi. Stosunki polsko-niemieckie znajduja w reportażu Mikego obraz tez często całkowicie odmienny od oficjalnego. >Kołysanka< nie zajmuje się stosunkami politycznymi, opisuje natomiast stosunki międzyludzkie. Po polskiej stronie jest spryt, przebiegłość, talent przetrwania trudnej sytuacji, połączony z postawą prowincjuszy, którzy chcą się przeszmuglować do wielkiego świata razem ze swoim romantycznym anachronizmem. Po polskiej stronie jest też głęboka nieufność wobec Niemców, a także zupełna nieumiejętność opowiedzenia im o polskości. Realistyczny przecież w wielu szczegółach reportaż nie podaje ani jednego przykładu,  w którym Polak usiłuje frontalnie i otwarcie objaśniać swój sposób widzenia świata i swoje doświadczenie historyczne Niemcowi.

Niemcy z kolei wydają się być na sprawy polskie całkowicie obojętni. To, że potężna masa przybyszy – teraz już obywateli ich kraju – przyjeżdża z Polski zdaje się ich zupełnie nie interesować i nie obchodzić. Z punktu widzenia, jaki opisuje książka, a przecież nie jest to punkt widzenia do zlekceważenia, dialog polsko-niemiecki może dokonuje się gdzieś na wyżynach wielkiej polityki, ale nie dotyczy zwykłych zjadaczy chleba. Dystans, jaki dzieli świat polski i świat niemiecki, wydaje się tym większy, że opisanie w książce postacie, to >Polacy< usiłujący być >Niemcami< lub >Niemcy<, którzy usiłują pozbyć się balastu polskości. Nie chodzi więc o dystans między Niemcami i Polakami, ale o dystans niemieckości i polskości w ludziach, którzy jedno i drugie mają w sobie. Nie chodzi o jakieś wielkie różnice kulturowe, bo przecież bohaterowie Mikego nie muszą się aż tak bardzo intensywnie adaptować, obyczaje, kuchnia, są przecież podobne, jeśli nie identyczne. I na tym tle tym bardziej uderza wzajemna obcość, nie tyle niemożność porozumienia się, co ciągłe mijanie się, lekceważenie lub nieufność.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s