Rosja, Białoruś,Ukraina – co z gospodarką?

Trudno mówić o ekonomii, gdy brzmią armaty – to zdanie  było mottem  wystąpienia b.prezydenta Juszczenki, podczas okrągłego stołu obecnej Warsaw East European Conference. Gospodarka Ukraina w ciągu ostatnich trzech lat zmalała o 20%. Ukraiński polityk i zarazem ekonomista nie był jednak pesymistą. Wskazał też na liczne osiągnięcia gospodarki ukraińskiej, która po rozpadzie ZSRR znalazła się w bardzo trudnej sytuacji (tym bardziej, że już przed tym gospodarka komunistyczna była katastrofą). Zwalczano inflację, ustanowiono własną walutę, utrzymano elementarną dyscyplinę budżetową. Popełniono  jednak poważne błędy, z których najpoważniejszym wedle Juszczenki była błędna koncepcja prywatyzacji. Prywatyzowany majątek dostał się ręce ludzi, którzy go nie wypracowali i nie umieli o niego dbać. To utrudniło napływ zewnętrznego kapitału, a bez światowych instytucji finansowych nie ma skutecznych reform gospodarczych, stwierdził Juszczenko. Mimo wojny prowadzonej przez Putina przeciw Ukrainie ostatni czas to okres intensywnych reform. Należy zwrócić uwagę jak mylące mogą być wszelkie statystyki dotyczące ukraińskiej gospodarki, skoro wedle niektórych danych aż 67% to szara strefa. Juszczeno stwierdził w podsumowaniu, że gospodarka ukraińska najgorsze czasy ma już za sobą.

Nawet cienia optymizmu nie było natomiast w wystąpienia Leonida Zlotnikova, który mówił o gospodarce Białorusi.  Wskazał on jak bardzo Białoruś korzystała ze wsparcia Moskwy  przede wszystkim na zaniżone ceny energii. Ten czas się jednak skończył. Moskwa ma mniej pieniędzy ale także napięcie Putin-Łukaszenko ma na to wpływ. Model gospodarki białoruskiej opartej o państwowe i niewydajne inwestycje jest całkowicie niewydajny. Regres jest widoczny i przyspiesza.

Nie wiele bardziej optymistyczny był opis gospodarki rosyjskiej. Mówił o niej Vladislav Inozemtsev. Gospodarka rosyjska jego zdaniem zdegradowała się do gospodarki surowcowej. Po upadku ZSRS nie było w Rosji żadnej koncepcji jak wydobyć się z pułapki gospodarki państwowo-nakazowej. Nastąpiła głęboka dezinstrializacja. Przez pewien czas ratowały ten stan wysokie ceny ropy ale i to się skończyło. Gospodarka rosyjska runie a co dalej nie wiadomo, stwierdził rosyjski ekonomista.

W naturalny sposób spowodowało to pytanie co dalej z reżymem Putina, który jest przyczyną braku jakichkolwiek reform. Rosjanin i w tym wypadku nie był optymistą. Uważa, że perspektywa upadku dyktatora to rok 2030. Zarazem wykluczył on skuteczną współpracę rosyjsko-chińską. Chiny idą własną drogą i tranzyt z Chin do Europy nie pójdzie przez Rosję (inaczej mówiąc jedwabny szlak pójdzie południem drogą morską a nie północą drogą lądową).

Polska strategia demograficzna, uchodźcy i emerytura trzydziestolatka

Dyskusja o uchodźcach zdaje się dotyczyć zasad moralnych i podstawowych wartości. Jedni twierdzą, że należy pomagać potrzebującym (ofiarom wojen i prześladowań), drudzy że zobowiązanym jest się przede wszystkim wobec własnego społeczeństwo, a napływ emigrantów stanowić może zagrożenie.
W istocie jednak spór dotyka strategii demograficznej zarówno całej Unii Europejskiej jak i Polski. Wedle długotrwałych prognoz mieszkańców Polski w roku 2045 ma być niecałe 34 mln z dalszą silną tendencją spadkową ( w roku 2015 będzie liczba mieszkańców spadnie poniżej 33 mln). Zarazem osoby powyżej 65 roku życia stanowić będą 29% ogółu ludności (obecnie 15%). Łatwo zdać sobie sprawę z absolutnie fatalnych ekonomicznych konsekwencji takiej sytuacji. (dane za: http://www.census.gov/en.html). Byłby to kraj niezdolny do samodzielnego bytu.
Nawet jeśli wszyscy Polacy, jacy w ostatnim okresie wyemigrowali z Polski, mieliby wrócić (ok.2 mln) nie zmieniłoby to radykalnie sytuacji. Żadna też polityka „prorodzinna” nie jest w stanie radyklanie zmienić sytuacji. Kalkulacja „jeszcze jedno dziecko czy dostateczniejsze życie” obowiązuje we wszystkich bardziej dostatnich krajach. Można tylko wydać bezskutecznie mnóstwo pieniędzy zachęcając do „robienia dzieci” (co nie oznacza by wydawać pieniędzy na ułatwienie rodzinom wychowywania dzieci).
Jedyną drogą do zrównoważonej struktury demograficznej, umożliwiającej dostatek ogółu ludności (a więc przede wszystkim ludności „rdzennej”) jest imigracja. Nie wiele upraszczając, łatwo jest obliczyć, że dla uzupełnienia do roku 2045 deficytu ok.5 mln ludności w porównaniu ze stanem obecnym, trzeba Polsce od 150 do 200 tys. imigrantów rocznie.
Napływ imigrantów, co jest niezwykle trudnym procesem, wymaga odpowiedniego przygotowania. Samo moralizowanie nic tutaj nie pomoże. Trzeba kształcić m.in. odpowiednich pracowników socjalnych, trzeba mieć wyspecjalizowane wydziały policji ze specjalistami władającymi świetnie językami imigrantów, trzeba znać kraje z których oni przybywają, trzeba zainwestować w odpowiednią infrastrukturę materialną (ośrodki przejściowe itd.), trzeba usprawniać przepisy prawa. To wszystko po stronie inwestycji.
Te inwestycje przynoszą jednak korzyści. Wszystkie poważne raporty wskazują, że praca imigrantów przynosi krajom, jakie ich przyjmują, więcej korzyści niż wynoszą ponoszone koszty (nawet licząc wszelkie nadużycia w dziedzinie pomocy socjalnej). (patrz np: The Economist, Open up. A special report on migration)..
Należy też sobie zdawać sprawę, że dzieje ludzkości nie znają społeczeństw zamkniętych na dłuższy czas. Zamknięcie prowadzi albo do katastrofy albo dochodzi do otwarcia. Jeśli jednak zamknięcie trwa zbyt długo, otwarcie może mieć niekontrolowany charakter i wtedy związane będzie z poważnymi zagrożeniami. Na przygotowanie polskiej strategii demograficznej jest jednak jeszcze czas. Tylko pracę taką należy rozpocząć od zaraz.
Fala przerażającej ignorancji i histerii, jaka zalewa polskie media jest istotnie zagrożeniem i opóźnia poważne kroki na rzecz polskiej polityki imigracyjnej. Przyczynami tej histerii należałoby zająć się osobną, jednocześnie wskazując jak bardzo otwartą politykę imigracyjną prowadzą takie kraje jak Niemcy, Szwecja czy Wielka Brytania i jak dzięki temu odnoszą korzyści. Wymierająca Europa Środkowa może wpaść w historię uchodźczą, śladem Orbana, oznaczałoby to jednak, że straci on swoje polityczne i gospodarcze znaczenie. Katastrofa demograficzna oznaczałaby również kres wszelkich poważniejszych ambicji politycznych i gospodarczych naszego kraju.
Tym zaś przedstawicielom średniego i młodszego pokolenia, którzy nie chcą w Polsce imigrantów należy twardo mówić „nie będzie imigrantów, to i nie będzie w przyszłości waszych emerytur”. Za głupotę gorzko się płaci.

Poroszenko, Kołomojski i ukraińska walka z oligarchami

Zwycięstwo Ukrainy nad Rosją zależy tyleż od sytuacji militarnej, co od powodzenia ukraińskich reform, które Kijów ma prowadzić w niezwykle trudnych wojennych warunkach. Stereotyp mówi, że reformy postępują wolno, a na Ukrainie bez zmian panuje korupcja i oligarchia.
Ukraina zaprzecza temu stereotypowi od chwili, gdy prezydent Poroszenko odsunął ze stanowiska gubernatora regionu Dniepropietrowskiego Ihora Kołomojskiego, uważanego za jednego z czołowych oligarchów. I zrobił to w sposób nader wyrazisty. Najpierw obrugał go za niewłaściwe zachowanie wobec dziennikarza, dając mu oficjalną naganę, następnie usunął jego ludzi z wielkiego koncernu energetycznego i to dość energicznie, bowiem z pomocą wojska, a następnie zdymisjonował. I co zrobił Kołomojski? Zbuntował się? Nie. Spotkał się z Poroszenką i obiecał lojalną współpracę z nowym gubernatorem, przyznając się zarazem do błędów i nieumiejętności zarządzania regionem. Dlaczego? Kołomojski, jak wielu ukraińskich oligarchów wie, że jego przyszłość zależna jest od losów całej Ukrainy, a więc i sensownych reform. Porażka z Rosją oznaczałaby również ich porażkę, a nawet finansową katastrofę. Przykład Achmetowa z Doniecka, który zaczął prowadzić dwuznaczną grę na raz z Moskwą i Kijowem, pokazuje jak fatalne ma to skutki również dla niego samego.
Oligarchowie, dzięki posiadanym majątkom, odgrywają na Ukrainie wciąż bardzo znaczącą rolę. Prezydent Poroszenko winien mieć ich po własnej stronie, zarazem musi walczyć z systemem oligarchii, jeśli chce prowadzić reformy. Potrzebuje ich wpływów i pieniędzy. Nie powinien ich mieć przeciwko sobie. Dysponuje jednak swoistym szantażem wobec oligarchów – jeśli nie zgodzicie się na moje warunki, ograniczenie własnych wpływów i reformy, to przyjdzie Putin.
Poroszenko wykorzystuje ten moment, odsuwając nie tylko Kołomojskiego, ale ogłaszając walkę z systemem oligarchicznym. Jest to cześć coraz bardziej wyrazistego projektu reform, obejmującego reformę samorządową i powstanie biura antykorupcyjnego. Działanie tego biura stało się już widoczne poprzez liczne aresztowania, w tym dwóch członków rządu, których oskarżono o branie gigantycznych łapówek.
Narzekający na wolne tempo ukraińskich reform na ogół zapominają się też, od kiedy w ogóle są one możliwe. I odpowiedz jest dość oczywista, że od czasu wyborów parlamentarnych do Rady Najwyższej, czyli od końca października 2014 roku. Na reformy Ukraińcy mieli więc jak dotychczas dopiero pięć miesięcy. I to mając jednocześnie do czynienia z narastającą agresją Kremla.
Nie należy też zapominać, że dla Ukrainy najpilniejsze są reformy armii i służb specjalnych. W dużym stopniu dokonały się one. Dzięki temu po całkowitej bezsilności na Krymie, armia ukraińska dużo lepiej daje sobie radę na Wschodzie. Terroryści i zamachowcy wyłapywani są od Odessy po Charków i działalność nie jest paralizująca. Oczywiście reforma armii nie zapewnia dalszych zmian ustrojowych.
Warto porównywać ukraińskie reformy z polskimi reformami w roku 1989/90, szukając analogii i podobieństw, ale także pamiętając o różnicach. Polska gospodarka była w roku 1989 w stanie fatalnym i przechodząc „szokowo” od gospodarki nakazowej do rynkowej. Zaczynano można powiedzieć w punkcie zero. Sytuacja ukraińska jest odmienna. Od daty zdobycia samodzielności minęło lat ponad dwadzieścia i gospodarka ukraińska kształtowała się jako system rynkowo-oligarchiczny, gdzie mechanizmy rynkowe zakłócane były narastającą korupcją. Nie było też w żadnym momencie, jakiegoś wyrazistego projektu reform. Ostatni okres 2011-2013 za zarządów Janukowycza był szczególnie trudny, bowiem państwo korumpowane było i rozkradane od góry przez tego złodzieja nad złodziejami. Punktem startu w Ukrainie nie jest więc jakiś stan zerowy, ale stan chaosu.
Należy też nie zapominać, że sam początek, to znaczy od momentu upadku Związku Sowieckiego w roku 1993, jakikolwiek przemian ustrojowych był w Ukrainie od samego początku, , znacznie trudniejszy niż dla Polski od roku 1989. Wszak bycie republiką sowiecką i to przez dłuższy czas to coś znacznie gorszego niż bicie „jedynie” krajem satelickim Kremla, co było losem Polski i pozwalało jednak na margines swobody.
Stereotyp głosi też, że Poroszenko nie może walczyć z oligarchami, ponieważ sam jest oligarchą, wiadomo „wrona, wronie oka nie wykole”. Wartość takiego podejścia zakwestionować można, stwierdzając, że nie każdy bogaty człowiek, milioner czy miliarder, jest oligarchą. Trudno wyobrazić sobie rynkową gospodarkę, gdzie nie ma warstwy bogaczy, choć pozostawać to musi w granicach rozsądku a kontrola rozwarstwienia społecznego pozostaje jedna z najistotniejszych kwestii demokracji i otwartych społeczeństw.
Z uśmiechem jedynie można słuchać, że najgłośniej o oligarchizacji Ukrainy krzyczy chyba się z Moskwy, gdzie rządzi wielki oligarcha nad oligarchami, Władimir Władimirowicz Putin.

Czy Polska potrzebuje waluty euro? Tak i jeszcze raz tak.

O tym, aby Polska miała wstąpić do strefy euro w bliskim czasie nie może być mowy z dwóch powodów. Nie byłoby rozsądne wstępować do klubu, który może się rozpaść, nawet jeśli to mało prawdopodobne. Po drugie, i to najistotniejsze, nie spełniamy na razie warunków, aby do strefy euro wejść. Nie ma armat, nie można strzelać na wiwat, nawet gdyby się chciało. Z walutą euro Polska musi zaczekać. Ale czy z niej rezygnować?

Wprowadzenie euro w Polsce ma też coraz mniej zwolenników. Nawet dawniejsi euro entuzjaści wydają się dzisiaj sceptykami. Z walutą euro trzeba by się na zawsze pożegnać wtedy, gdyby strefa euro miała upaść. Jeśli jednak strefa euro, mimo wszystkich trudności się utrzyma, to co wtedy? W takich sprawach jak wybór waluty (własnej czy europejskiej) nie można myśleć tylko na podstawie bieżącej sytuacji. Trzeba mieć znacznie dłuższą perspektywę. I branie pod uwagę najgorszego jedynie (dla waluty euro) scenariusza nie jest najlepszą metodą analizy i prognozowania.

                Pozostanie Polski poza strefą waluty euro (jeszcze raz – jeśli się ona utrzyma) oznaczałoby marginalizację naszego kraju w Unii Europejskiej. Na dłuższą metę tylko ci będą mieli w niej coś do powiedzenia, którzy będą mieli pełne członkostwo w coraz bardziej integrującym się klubie. Kto więc nie chce silnej Polski, winien też chcieć Polski w strefie euro.  Polska poza strefą euro, znów mówię o perspektywie dekady, nie zaś o najbliższych trudnych latach, skazana byłaby  na drugorzędność. Wszystkie kraje europejskie nawet te największe mogą się w globalizującym się świecie liczyć tylko jeśli będą ze sobą solidarnie współdziałały. Dotyczy to największych krajów europejskich, tym bardziej więc mniejszej nieco Polski.

                Po drugie spełnienie kryteriów wejścia do strefy to nie jest poddaniem się jakiejś bezsensownej dyscyplinie, ale spełnieniem warunków których nasza gospodarka i tak potrzebuje. Niski deficyt budżetowy, niski poziom długu publicznego czy odpowiednio wysoki poziom konkurencyjności to nie są jakieś absurdalne wymagania, ale to czego trzeba również wtedy, gdybyśmy do euro wcale nie mieli wchodzić.

                Wreszcie trzeba też niezbędnie dodać, że w żadnym z krajów, którzy dziś przeżywa poważniejsze trudności (jak Grecja czy Hiszpania) nie dzieje się to z powodu waluty euro. W krajach tych rządy bezmyślnie wydawały pieniądze i zadłużając kraj kupowały sobie poparcie. Takich populistycznych rządów nie powinno życzyć sobie żadne rozsądne społeczeństwo.

                Kraje w których rządy zachowały podług właściwych reguł ekonomicznych, takich jak Słowacja czy Estonia, nowych członków klubu, żadne poważniejsze trudności nie wystąpiły.  Da się nawet powiedzieć coś odwrotnego. Dzięki euro lepiej sobie dały radę z kryzysem. Nie jest więc trafny argument, że dobrze żeśmy wbrew euro entuzjastom do strefy euro nie wkroczyli. Nie znaleźliśmy się tam, ponieważ w żadnym momencie nie spełnialiśmy kryteriów wejścia do strefy euro. I tylko dlatego w niej nie jesteśmy. Obecnie dalsze kraje przygotowują się, aby do strefy euro wejść a więc będzie się ona rozszerzać. W 2014 uczynią to Litwa i Łotwa. Przygotowuje się Szwecja. Wielu więc nie takie straszne, się niekiedy w Polsce maluje.

Pesymiści  czy sceptycy w sprawach euro dzielą się dziś w Polsce na dwie grupy. Tych którzy euro zawsze nie chcieli, oraz tych którzy tylko w obecnej chwili w euro zwątpili. Dla zatwardziałych i nieustannych sceptyków nie mam w zasadzie żadnych więcej argumentów, prócz tych które były dziesiątki razy wypowiedziane. Jeśli ktoś wierzy, że Polska w współczesnym świecie jest w stanie dać sobie radę sama i izolowana, gdy inni coraz ściślej ze sobą współpracują, to mogę tylko powiedzieć, że to naiwne, że to myślenie, które pomyślności naszego kraju nie służy.

Jeśli jednak ktoś zwątpił w euro, jedynie z powodu bieżącego kryzysu i tego że może on się przeciągać, to gorąco go namawiam, by  nie tracił z oczu dłuższej nieco i strategicznej perspektywy.

Z pewnością ci którzy zapowiadali wstąpienie do strefy euro w roku 2012 okazali się w jakimś stopniu naiwni. Można im to wypominać, nie należy jednak zamieniać tego w złośliwą satysfakcję.

W szczególny sposób dotyczy to opozycji. Opozycja nie może sobie pozwalać na myślenie typu „jeśli coś złe dla rządu, to dobre dla nas”. Może się bowiem wtedy okazać że w wielu przypadkach, że „to co dobre (rzekomo) dla opozycji jest bardzo złe dla Polski”. W sprawach bieżących opozycja krytykuje rząd i to jest zrozumiałe i tego się od opozycji oczekuje. W sprawach strategicznych obowiązują inne reguły. A wejście do strefy euro to dla Polski kwestia jak się powiedziało strategiczna.

Integracja europejska polegać musi i polegać będzie na wspólnej polityce fiskalno-finansowej związanej z istnieniem wspólnej waluty. Kto jej nie będzie chciał, jak Wielka Brytania, będzie pozostawał w Unii coraz bardziej na uboczu. Wielka Brytania ze swoim położeniem i powiązaniami może sobie na to pozwolić. Polska z pewnością nie.

Niebezpieczne więc może być rozbudzanie dzisiaj nadmiaru wątpliwości co do waluty euro dla Polski. Raz rozbudzony sceptycyzm może w przyszłości być trudny do przezwyciężenia. To na uwadze winni mieć też rządzący, dla których łatwiejsze obecnie może być ustępowanie wytłumaczalnym skądinąd eurosceptycznym nastrojom. Polska jednak na dłuższą metę i w historycznej perspektywie euro potrzebuje. I w tej sprawie nie należy ustępować. Łatwo zagubić się w labiryncie bieżążcych wydarzeń. Dlatego warto przypominać, że Polska euro potrzebuje. Tak i jeszcze raz tak.

Polacy i ich emerytury

Debata na temat podwyższenia wieku emerytalnego będzie z całą pewnością trwała i może być nawet burzliwa, sądząc po wypowiedziach opozycji i związków zawodowych. Można żałować, że dyskusja nie była nieco dłuższa i że o jednym z najważniejszych problemów naszego kraju nie rozważano w dostatecznie pogłębiony sposób wcześniej.

Po części decydował o tym kalendarz polityczny. Przed wyborami ostatniej jesieni 2011 było to niemożliwe, bowiem nikt nie wszczyna tak trudnych tematów w okresie kampanii wyborczej. Po wyborach rząd, do pewnego stopnia słusznie, wziął się za tę niemal najtrudniejszą sprawę, zgodnie z regułą, że to, co najtrudniejsze trzeba załatwiać na początku kadencji. Rządzącymi wyraźnie jednak kierowała obawa, że spektakularne protesty (z blokadą parlamentu włącznie) mogą sprawę opóźniać, a następnie „anihilować”. Działano więc pospiesznie. Nie wprowadzano w obieg publiczny dostatecznej porcji informacji, że decyzje owe są konieczne. Być może nawet część ludzi pozostało przekonanych na podstawie cząstkowych relacji prasowych, że polski rząd robi to przede wszystkim ze względu na zalecenia Brukseli.

Tymczasem problem należało podjąć, nawet jeśli Bruksela by milczała a nawet zalecała obniżenie wieku emerytalnego.

Zacznijmy od zasadniczych faktów i danych, które podniesienie wieku emerytalnego czynią w Polsce niezbędną. Decyduje o tym stan demograficzny polskiego społeczeństwa. Starzeje się ono w dramatyczny sposób. Powodem tego jest niska rozrodczość. Na „statystyczną” kobietę przypada jedynie 1.24 dziecka, a potrzeba co najmniej dwojga dzieci, aby liczba ludności mogła być zachowana (reprodukcja prosta).

Drugim istotnym czynnikiem jest to, że statystycznie żyjemy dłużej, w szczególności w porównaniu z okresem przed 1989 rokiem. Dla mężczyzny to 5 lat życia więcej.

Dalszą nader poważną konsekwencją tego wszystkiego jest, że pogarsza się proporcja ludzi w wieku produkcyjnym do ludzi w wieku nieprodukcyjnym. Inaczej mówiąc, coraz więcej ludzi brać będzie emerytury, a coraz mniej pracować na nie. Mniejsza liczba pracujących będzie musiała utrzymać większą liczbę emerytów.

Trudno tej sytuacji zaradzić na jeden sposób. Z pewnością jednak podwyższenie wieku emerytalnego jest jednym z koniecznych sposobów. Decyzja taka nie jest oczywiście łatwa i dotyka ona poszczególnych środowisk zawodowych w różny sposób. Oczywiste jest, że jest ona najtrudniejsza dla robotników niewykwalifikowanych, pracujących fizycznie, natomiast nie stanowi żadnego problemu dla profesora wyższej uczelni, by wymienić przypadki skrajne. Ogólnie jednak przy dzisiejszych nastrojach i nastawieniu życiowym ludzie chcą pracować krócej a nie dłużej, więc decyzja wydłużająca wiek emerytalny nie może być popularna. Taką decyzję zaakceptować można jedynie jako konieczność, a nie jako zdobycz. Wszelkie decyzje mogą być społecznie zaakceptowane tylko wtedy, gdy dostarczy się dostateczną porcję wysoce przekonywujących argumentów.

Paradoks polega na tym, że najgłośniej protestują ci, którym powinno jak najbardziej zależeć na zmianach – ludzie dziś młodsi. Sytuacja osób dzisiaj trochę po pięćdziesiątce, gdy dojdą do emerytury za lat 10, będzie jeszcze nie najgorsza. Dla obecnych trzydziestolatków, gdy staną się emerytami, może być dramatyczna.

Argumentem przeciw wydłużaniu wieku emerytalnego jest też, w dość kulawo prowadzonej debacie, stan zdrowie Polaków. Stwierdza się, że jeśli wydłuży się wiek emerytalny to własciwie nie będzie trzeba wypłacać emerytur, bowiem statystyczny Polak niemal zaraz po przejściu na emeryturę umrze. Nie jest to na szczęście argument trafiony. Przypomnijmy – oczekiwany wiek życia to dziś w Polsce 76 lat (dla mężczyzn to 72 lata, dla kobiet 80). Obecnie po przejściu na emeryturę statystyczny mężczyzna żyje 7 lat, w przyszłości ten okres skróci się do lat 5, a kobieta 20 lat, dla niej okres życia na emeryturze ulegnie skróceniu do 13 lat. Jak z tego widać fundusze emerytalne „zarobią” bardziej na przedłużeniu wieku emerytalnego kobiet niż mężczyzn, ale nie jest prawdą, że wiek emerytalny przedłużony pokrywać się będzie ze średnią długością życia.

Stwierdzenie o złym stanie zdrowia Polaków (przyjmując taką tezę, która zawsze w jakimś stopniu jest prawdziwa) winno skłaniać do dyskusji o służbie zdrowia, ale nie o wieku emerytalnym.

Są też jednak jeszcze inne argumenty za przedłużeniem wieku emerytalnego. W szczególności umiejętności i wiedza ludzi starszych. W wielu dziedzinach odchodzą oni na emeryturę, mogąc i chcąc pracować dalej. Czują się użyteczni i mogliby być jeszcze długo użyteczni. Obecny system emerytalny zmusza ich jednak do odejścia i częstym argumentem jest to, że trzeba zrobić miejsce dla ludzi młodych. Argument dość dwuznaczny, bowiem bezrobocie wśród młodzieży jest co prawda wysokie, ale jest i będzie coraz mniej młodych pracowników. Czy nas kraj stać na to, aby zlekceważyć wiedzę i doświadczenie życiowych tych starszych już osób, które mogą i chcą pracować?

Trzeba też zastanowić nad prawem do pracy dla ludzi starszych, a nie tylko zastanawiać jak wcześnie czy też później wyłączać ich z rynku pracy. Obecne prawodawstwo jest w tej dziedzinie sztywne i szalenie nie elastyczne. Jak widać, starzenie się społeczeństwa stwarza ogromną ilość wyzwań, nie tylko zresztą wobec systemu emerytalnego.

Starzenie się społeczeństwa wymaga więc wciąż wielostronnej dyskusji. Dla polityków jest to problem tym trudniejszy, że muszą podejmować z konieczności niepopularne decyzje już dziś, gdy tymczasem chodzi o efekty, które przyjdą, gdy z dużą dozą pewności ich polityczne kariery, nawet jeśli by były nadzwyczaj długie, zakończą się. Najłatwiej więc politykom nieodpowiedzialnym powiedzieć – nie róbmy dzisiaj nic. Obecni trzydziestolatkowie, gdy dociągną do wieku emerytalnego i otrzymają znikomą emeryturę, nie będą mieli szansy ukarać ich kartką wyborczą, nawet może nie będą pamiętali tych, którzy rzekomo stanęli w ich obronie, a w istocie zrobili im krzywdę.

Źle więc, że rząd wprowadzając konieczne reformy bał się szerokiej społecznej debaty, nie umiał jej przygotować (winne są też media) i nie podjął trudu przekonywania opinii publicznej. Być może podjęte decyzje mogłyby być nieco lepsze. Jeszcze chyba gorzej, że opozycja nie rozumie konieczności takich decyzji, niezależnie od tego, że jej szczegóły można było dyskutować i być może jeszcze teraz dokonać można pewnych korekt. Niewątpliwe jest jednak, że starzenie się społeczeństwa polskiego stanowi jeden z najpoważniejszych problemów, jakie stoją przed naszym krajem i nie podejmowanie tej decyzji dzisiaj byłoby wyrazem skrajnej nieodpowiedzialności wobec przyszłości.

Tekst opublikowany równolegle w Obserwatorze Konstytucyjnym

Absolwent bez pracy – dlaczego? Dalsze przykłady i dalszy ciąg dyskusji

Opublikowanie pod pseudonimem Jan Kamiński autoreportażu o problemach absolwenta jednej z wyższych uczelni ze znalezieniem pracy, poruszył temat ważny, skoro miał około 3.5 tys. czytelników i wiele komentarzy. Podzielić je trzeba na trzy grupy: „liberałów”, którzy uważają, że jak ktoś nie ma pracy, to sam sobie winien, „krytyków naiwność” – jak ktoś studiuje politologię, to czego ma się spodziewać, „krytyków rynku pracy” – jest on źle skonstruowany i młodzież nie potrafi się na nim odnaleźć. Niektóre komentarze są nieco skrajne w sformułowaniach w istocie jednak wskazują różne aspekty tego samego problemu. Z pewnością jednak 25% bezrobotnej młodzieży i wysokie bezrobocie wśród kończących studia wyższe to poważny problem społeczny, niezależnie od tego jakie są jego przyczyny. Nawet jeśli rację mieliby nawet „liberałowie”, że chodzi o nieudolność w szukaniu pracy, to pozostawałoby jeszcze pytanie, skąd się ona tak masowo bierze.

            Jan Kamiński kontynuuje swój reportaż, odpowidajac na głosy w dyskusji i opowiadając losy innych absolwentów mających trudności z pracą. Warto by mieć więcej zróżnicowanych przykładów namawiam więc do kontynuowania i włączenia się w debatę.

Część głosów dotyczyła oceny mojego postępowania. Wiele było bardzo krytycznych. Wskazywano w nich na błędy przy poszukiwaniu pracy oraz wyborze studiów. Pojawiły się też głosy wsparcia.

Jednak szczególnie cieszą te głosy, które wykorzystały mój przykład jako asumpt do szerszej dyskusji. Taki zresztą był cel opublikowania autoreportażu.

Ta część dyskusji dotyczyła rozważań nad: kryzysem na rynku pracy (ze szczególnym uwzględnieniem segmentu „młodzi”), tym czy mamy do czynienia z rynkiem pracownika czy pracodawcy (oraz czy taki podział ma w ogóle sens), jaka powinna być polityka państwa, jaki jest stan szkolnictwa wyższego, czy boom edukacyjny szkolnictwa wyższego był pozytywnym zjawiskiem.

Tym razem opiszę dwie kolejne historie młodych ludzi. Moich znajomych. Mam nadzieję, że dadzą one kolejny asumpt do dalszego pogłębionia rozpoczętej debaty. Oto one:

Piotrek, 25 lat. Absolwent dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Dyplom obroniony na 5. Roczne stypendium na Uniwersytecie Poczdamskim. Znajomość dwóch języków obcych (angielski, niemiecki).  2 lata doświadczenia w telewizji (TVN, Polsat, TVP), w tym na samodzielnym stanowisku reporterskim.

Piotrek myślał, że stypendium na dobrym niemieckim uniwersytecie, dodatkowo zwiększy jego atrakcyjność na rynku pracy. Dlatego pomimo, że po dwóch latach pracy w telewizji dorobił się stabilnej pozycji i naprawdę imponującej pensji zdecydował się na wyjazd.

Jeszcze będąc w Niemczech, szukał pracy. Po kilku pierwszych miesiącach, wysłaniu niezliczonej liczby CV i odezwaniu się do wielu swoich dawnych kolegów z telewizji, upewnił się co do jednego – wyjazd do Niemiec to nie był dobry pomysł. Stało się dla niego jasne, że kryzys na rynku pracy dotknął także media.

W siódmym miesiącu poszukiwań wydawało się, że karta się odwróciła. Znalazł pracę! W oddziale jednej z telewizji w Krakowie. Dostał 2500 zł netto. Pieniądze nieporównywalne do tego, co zarabiał wcześniej, ale biorąc pod uwagę ogólną sytuację na rynku był wniebowzięty. Cieszył się tym bardziej, że pochodził z miejscowości pod Krakowem. Mógł więc często odwiedzać rodziców.

Po miesiącu pracy okazało się, że szef był „nieprecyzyjny” przy omawianiu warunków zatrudnienia. Wysokość pensji Piotrka nie była sumą gwarantowaną, ale uzależnioną od liczby wykonanych materiałów, która… także nie były gwarantowana. W kontekście jego osobistych doświadczeń było to niemiłe zaskoczenie. W praktyce pensja mogła wynosić 2,5 tyś, a równie dobrze 1,5 tyś. Piotrek cały czas był zadowolony. Mówił, że średnia na pewno będzie dobra.

Po kolejnym miesiącu nawet on – człowiek z zasady pozytywnie nastawiony do życia – miał dosyć. Szef poinformował go, że stawki pracowników „nieetatowych”, czyli bez umowy o pracę (a Piotrek oczywiście do nich należał), zostają zredukowane… o 40%.

Piotrek starał się postawić. Powiedział, że jego pensja miała wynosić 2,5 tyś zł. A teraz wyliczył, że będą miesiące, w których zarobi kilkaset złotych! W odpowiedzi usłyszał: „Na Twoje miejsce jest wielu chętnych.”

Stało się jasne, że przy tak niskich i niestabilnych dochodach samodzielne życie w Krakowie i wynajmowanie pokoju nie wchodzi już w grę. Przeprowadził się do starszych rodziców. Na dojazdy przeznacza 3 godziny dziennie. Dodać do tego trzeba 10 – 11 godzin spędzonych w pracy.

Emerytury rodziców oraz skromna pensja Piotrka pozwalają przeżyć. Cały czas szuka nowej pracy. Warszawa, Gdańsk, Wrocław. Nieważne. Byle mógł się sam utrzymać.

Marta, 26 lat. Martę, podobnie jak Piotrka, znam od lat. Absolwentka psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyplom z wyróżnieniem. Dwa języki obce. Liczne staże w działach HR. Docelowo właśnie w HR chciała pracować.

W trakcie studiów pomagali jej rodzice. Po ich zakończeniu miała trzy miesiące na znalezienie wymarzonej pracy. Na dłuższe poszukiwania nie mogła sobie pozwolić. Potem musiała iść do jakiejkolwiek.

Wymarzonej pracy nie było. Znalazła za to zatrudnienie w jednej z krakowskich restauracji. Po znajomości. Nie powinno dziwić, że potrzebowała znajomości do dostania tej pracy. Z napiwkami od bogatych turystów z zagranicy, zarabia średnio 5 tyś zł netto miesięcznie.

Pytałem czy szuka jeszcze wymarzonej pracy. Po długim zastanowieniu powiedziała, że tak.

Ratowanie Europy i Polski

Istotna faza negocjacji dotyczących ratowania strefy euro dobiegła do finału. Z polskiego punktu widzenia szalenie istotne jest to, że ratując strefę euro nie wyodrębniono jej. Ustalone regulacje dotyczyć mają całej Unii, stąd niebezpieczeństwo tworzenia się Unii dwóch prędkości zostało zażegnane (przynajmniej w tym momencie). Ustalenie, jako powzięto są takie jakich należało się spodziewać i są one zdroworozsądkowe. Każdy kto choć trochę interesuje się ekonomią może zrozumieć ich sens, choć z pewnościa ich techniczna materia jest bardzo trudna. Chodzi o to by się nie pozwolic rządom poszczególnych państw na bezpodstawne zadłużanie własnych gospodarek i by karać rządy, które coś takiego chciałyby czynić.
Z dotychczasowych dyskusji w Polsce łatwo wyobrazić sobie, jakie argumenty będą wysuwane przez część opozycji.
Pierwszy z nich dotyczy braku ograniczenia suwerenności. Można tylko na to odpowiedz, że każda umowa międzynarodowa stanowi ograniczenie suwerenności zawierających je stron. W oczywisty sposób członkostwo w Unii stanowi również ograniczenie suwerenności. Bardzo naiwne jest jednak wyobrażenie, że można być nieograniczenie suwerennym. Pytanie brzmi natomiast, czy te ograniczenia suwerenności, którym dany kraj się poddaje są w jego interesie czy też są mu narzucone i są wbrew jego interesom. W przypadku regulacji dotyczących ratowania strefy euro należy z całą mocą stwierdzić, że są one w polskim interesie.
Dodać należy, że ustalenia z Brukseli są stosunkowo najlżejsze dla Polski. Dzieje się tak z prostego powodu. Polska gospodarka jest w dużo lepszym stanie od większości gospodarek europejskich i dlatego spełnia większość warunków, które w innych krajach dopiero będą musiały być zrealizowane. Przypomnijmy, że polski dług wynosi ok.55 % GDP, gdy tymczasem średnie zadłużenie w Unii to ok.80% a w niektórych krajach przekracza ono 100%. Polska może być więc wzorem dla innych.
Kwestia zadłużenia oczywiście i w Polsce jest istotna. Ci którzy przejmują się „zegarem Balcerowicza”, zamiast krytykować rząd za poddanie się unijnej dyscyplinie, winni być przede wszystkim zadowoleni. Jeśli nie ufają Tuskowi, to został ustanowiony nadzorca, który będzie go jeszcze bardziej skutecznie nadzorował niż Balcerowicz z jego zegarem.
Inny argument krytyków to rzekoma dominacja niemiecka w Unii. Daleki jestem od tego, by akceptować wszystko co Niemcy proponują. Polska jest mniejszym partnerem i dlatego ma prawo być podwójnie podejrzliwa wobec silniejszego. Jednak podejrzliwość polegająca na tym, że jeśli Niemcy czegoś chcą to my Polacy z pewnością powinniśmy czegoś odwrotnego i mówić nie, pozbawiona jest w moich oczach rozsądku. Przypomina zachowanie dziecka „nie włożę czapki, na złość mamie niech mi uszy zmarzną”.
Interes narodowy dyktuje nam, by strefa euro była uratowana. Jej rozpad a w konsekwencji możliwy rozpad Unii, przywrócił by większość zagrożeń dla Polski. W szczególności szalenie wzmógłby zagrożenie ze strony Rosji, uniemożliwił wzrost gospodarczy, zepchnął Polskę do pozycji prowincjonalnej. Jeśli natomiast ktoś wysuwa argument, że za ratowanie strefy euro będziemy płacili z własnej kieszeni, to prostu mija się z faktami. Nawet jeśli musielibyśmy coś płacić, to i tak wychodzić będziemy na poważny plus, bowiem póki Unia istnieje czerpiemy z jej kasy poważne pieniądze (w ciągu każdych siedmiu lat jeden dodatkowy budżet państwa).
Jeśli więc to Niemcy mają receptę na ratowanie Unii to obowiązkiem polskiego rządu jest się do nich przyłączyć (jak zrobiła cała niemal Unia z wyjątkiem Londynu z czego Anglicy gęsto się tłumaczą).
Obowiązkiem opozycji jest krytyka rządu. Dobrze jednak byłoby, gdyby była to krytyka kompetentna, a nie oparta o pozbawionych treści ogólnikach o „utraconej suwerenności” i „złych Germanach”.

Upadek euro – czarny scenariusz niepewnej przyszłości

Ostatni „The Economist”  przynosi artykuł „Pod wulkanem”. Rzecz jest, jak się można domyślać,  o możliwym upadku euro. Można  też spekulować, co taka perspektywa oznaczałaby dla Polski. Autorzy dostrzegają prawdopodobieństwo upadku europejskiej waluty, zarazem stwierdzają, że niemal nie sposób wyobrazić sobie, jak miałby on przebiegać. Oczywiste jest jednak dla nich, że byłaby to gospodarcza katastrofa. Wprowadzanie z powrotem narodowych walut w warunkach improwizacji musiałoby wywołać ogólny chaos. Wzajemne rozliczenia między tak ściśle w Unii powiązanymi podmiotami gospodarczymi byłyby na pewien czas niemal uniemożliwione. Ustalanie kursów poszczególnych walut wywoływać by musiały ogromne konflikty. Najistotniejsze byłoby zmniejszenie się produkcji i gwałtowna obniżka stopy życiowej. To kolei musiałoby wywołać gwałtowane ruchy protestu, aż po możliwe zakwestionowanie w niektórych wypadkach porządku demokratycznego.

Jak dalece taka katastrofa dotknęła by Polskę? Znów trudno coś przewidywać. Można tylko spekulować zastanawiając się nad rozmaitymi scenariuszami.

Polska mogłaby być w pierwszej fazie mniej dotkliwie dotknięta upadkiem euro, ponieważ do strefy euro nie należy. Ogromne trudności z wprowadzaniem z powrotem własnej waluty mogłyby nas nie dotyczyć. Z całą pewnością jednak kryzys taki musiałby solidnie uderzyć w naszą gospodarkę. Trudności z wymianą handlową, brak inwestycji zagranicznych, masowy powrót Polaków z zagranicy  i brak dla nich miejsc pracy (obecnie pracujący poza Polską to 2.5 mln osób) i cała masy innych problemów, które są obecnie trudne do przewidzenia.

Najgroźniejsze dla Polski okazać się może ponowna zmiana otoczenia międzynarodowego, która po roku 1989 okazała się tak korzystna. Jak dalece likwidacja euro wpłynęłaby  na spójność Unii jest wielką niewiadomą. Trzeba zdawać sobie sprawę, że ostateczną konsekwencją mógłby  stać się rozpad samej Unii i koniec tego wielkiego historycznego projektu.

W każdym razie likwidacja euro w nadzwyczajny sposób osłabiłaby Europę, uwypuklając procesy przesuwania się głównych centrów władzy w świecie. Regionami wzrostu i względnej stabilizacji pozostawałyby  poza starym kontynentem (Chiny, Brazylia, Indie). Osłabione gospodarczo Stany Zjednoczone też nie byłyby w stanie pomagać czy też ratować Europy.

Osłabienie Unii, nie mówiąc już o jej upadku, oznacza też pogorszenie się sytuacji geopolitycznej Polski. Można to nawet określić dokładniej – byłoby to w jakimś stopniu przywrócenie uprzedniego   jakże niekorzystnego położenia między Zachodem a Wschodem (między Rosją a Niemcami). Radykalne osłabienie Unii oznaczałoby względne wzmocnienie pozycji Moskwy. M.in. umożliwiałoby to Moskwie tym skuteczniejsze użycie eksportu surowców energetycznych jako narzędzia politycznego.  Najczarniejszym scenariuszem byłaby polityka Zachodu polegająca na zezwoleniu Rosji na więcej wpływów w Europie Środkowej w zamian za dostawy tańszego gazu i ropy.

Można zauważyć, że nawet przy takim najczarniejszym scenariuszu historia nie musi się powtarzać. Na przykład Niemcy mogą okazać się dla Polski tym cenniejszym sojusznikiem, mimo na nowo kształtowanych stosunków Moskwa-Zachodnia Europa.

Zbyt dosłowne traktowanie takich czarnych wizji, a tym bardziej traktowanie ich jako proroctwa, byłoby ogromnym błędem. Racjonalne myślenie o przyszłości to nie prorokowanie, ale pisanie różnych i rozbieżnych scenariuszy. Nie należy więc zapominać, że istnieją też pozytywne scenariusze i możliwość, że Unia wyjdzie z obecnego kryzysy wzmocniona. Tylko bardzo nierozsądny eurosceptyk mógłby odczuwać satysfakcję snując jedynie pesymistyczne przewidywania. Warto jednak prowadzić brać je pod uwagę, by lepiej zdawać sobie sprawę ze skali zagrożeń. I tak czyni brytyjski renomowany tygodnik „The Ecomonist” (October 8TH-14TH 2011). Dobrze odnosić takie rozważania również do Polski.

Ekonomia polityczna w czasach kryzysu jest dla wszystkich

Polacy po 89 wzięli wielką lekcję ekonomii. Była to przede wszystkim lekcja liberalizmu. Lekcję dobrą i skuteczną. Następnym etapem jest poszerzenie i pogłębienie tego kursu ekonomii politycznej. Nie ma co porzucać tego, czego nauczyło się społeczeństwo o działaniu rynku. Trzeba to uzupełnić o wiedzę o związku naszych portfeli z wielką polityką w czasach kryzysu światowej gospodarki.

Tego można oczekiwać od dobrej kampanii wyborczej. A  tego właśnie nie ma i będzie to stanowić wielki problem, dla każdego rządu, jaki powstanie po tych wyborach. W gospodarce bowiem nie ma cudów, jest tylko dobra, zła a czasem katastrofalna (jak w Grecji) kalkulacja. A te katastrofalne kalkulacje są produktem tchórzliwych polityków i czasem jeszcze bardziej skutkiem ogłupiałych mediów.

Oszczędzać zaczyna Ameryka. Toczy  się tam m.in. debata, jak podwyższyć podatki bogatym, Poparł to Bill Gates, choć znaczna część republikanów protestuje. Czy amerykańskie spory to dla nas abstrakcja? Nie. Polska ma też oszczędzać. Temat ten jednak nie pojawia się w poważniejszych sposób w kampanii wyborczej. PiS zapowiada, że pieniędzy dołoży, a PO boi się oczywiście tracić głosy i milczy.

Drugim istotnym czynnikiem jest brak czytelnej i powszechnie zrozumiałej, bezstronnej publicystyki ekonomicznej. Nie ekonomista musi wysłuchiwać pokrzykiwania na siebie licznych „guru” od gospodarki, nikt jednak nie stara się mu wytłumaczyć o co chodzi. Ekonomia jest oczywiście dziedziną niezwykle skomplikowaną, ale pewne sprawy dają się w uproszczeniu objaśnić. Opinia publiczna musi w takich debatach uczestniczyć, rozumiejąc jakie konsekwencje mają poszczególne „fachowe” rozstrzygnięcia, zarazem być na tyle dobrze poinformowana, by nie ulegać całkowitym szarlatanom i demagogii.

Jak jest się zadłużonym, to trzeba oszczędzać. To wie każdy. Polska jest zadłużona na ok.750 mld, co stanowi 53% naszego PKB. Jest to proporcjonalnie o wiele mniej niż w innych krajach Unii. Gdyby światowa sytuacja gospodarcza była w lepszym stanie, nie byłoby to niebezpieczne. Jeśli byłby wzrost gospodarczy, to dług relatywnie z czasem malałby. Wiadomo, jeśli rośnie moja pensja, to moje długi stają się relatywnie coraz mniejsze. Mam problem, gdy moja pensja nie rośnie, a procenty narastają. Obecny kryzys światowej gospodarki powoduje, że nasz wzrost gospodarczy jest zagrożony.

Robiąc plan finansowy państwa na rok następny (i dalsze lata) trzeba to wszystko brać pod uwagę. Skoro nie ma wzrostu lub jest mały, to znaczy, że trzeba oszczędzać. Ale na czym i na kim można oszczędzić? Odpowiedz jest tylko jedna. Jak rodzina jest zadłużona, to wszystkie dzieci dostaną mniej zabawek, a mama z tatą nie kupią nowego samochodu. Z publicznymi finansami jest do pewnego stopnia tak samo. Oszczędzić może tylko społeczeństwo. Demagogią jest powiedzenie, że rząd oszczędza na społeczeństwie. Tak powiedzieć może tylko demagogiczna opozycja (wiadomo bowiem, że wszelkie rządy mają przede wszystkim tendencje do rozdawania społeczeństwu zabawek, nie zaś do mówienia mu, że mu zabawki odbiorą. Rząd, który miałby jakaś zabawkę odebrać społeczeństwu, choćby to nawet było konieczne, gdy opozycja wrzeszczy, że to niepotrzebne, pewnie tego nie zrobi. Tak było w Grecji).

Analogii z rodziną-państwem  nie można jednak posunąć zbyt daleko. Ważna jest też analogia między  państwem a przedsiębiorstwem. Żeby mieć zysk trzeba zainwestować. Skąd inwestować jednak, skoro trzeba oszczędzać? Zdaje się to błędnym kołem. Gdy nie ma długu, można się zadłużyć. Bowiem dług może dawać środki na inwestycje (choć te mogą okazać się opłacalne lub nieopłacalne). Gdy dług jednak jest duży, nie można go powiększyć.

Jaki stąd wniosek? Trzeba oszczędzić nie tylko na spłatę długu, ale jeszcze na inwestycje. Tylko inwestycje mogą pobudzić wzrost gospodarczy, a bez wzrostu nie ma spłaty długu. Owa potrzeba „podwójnego oszczędzania”  – na spłatę długu i inwestycje –  praktycznie oznacza możliwość zatrzymanie poprawy poziomu życia lub nawet jego pogorszenie. Sposobem wyciągnięcia od społeczeństwa pieniędzy są m.in. podatki. O tym właśnie dyskutuje się w Ameryce. U nas milczy się.

Jedni bujają w obłokach i jeszcze wciąż śnią o podatku liniowym, inni chcą wciąż coś rozdawać.

Kluczowym zagadnieniem politycznym staje się zaś po pierwsze, które grupy  społeczne będą „oszczędzaniem” najbardziej dotknięte (np.: czy rolnikom dzięki KRUS tak się poprawiło, że można im już dalej ekstra nie dokładać – kontrargumentem będzie to, że wieś przeciętnie ma wciąż gorzej niż miasto).

Po drugie zaś, czy chcemy i możemy zaoszczędzić tyle, aby starczyło na rozwój w kierunku nowoczesności, a nie tylko na przetrwanie i płacenie odsetków. Jeśli ktokolwiek mówi o nowoczesnej Polsce, to jeśli chce być poważny, musi powiedzieć, skąd wziąć na nią pieniądze.

Dbając o własną kieszeń i o własną przyszłość, trzeba zacząć znów, jako społeczeństwo, uczyć się ekonomii. Bardzo źle, że obecna kampania wyborcza temu nie pomaga.

Gospodarczo Niemcy wschodnie dogonimy szybciej

Waldemar Kuczyński pisze (http://studioopinii.pl/) , że Niemcy dogonimy w dochodzie na głowę w ciągu najbliższych 15 lat.  Można dodać do tego  jeszcze lepszą wiadomość. Jesteśmy bliscy dogonienia dawnego NRD czyli obecnych Niemiec wschodnich.

            W roku 1990 polskie  GDP per capita stanowiło zaledwie 46%  tego samego wskaźnika poziomu życia w Niemczech Wschodnich. Dziś średnie GDP per capita pięciu wschodniniemieckich landów wynosi  25 tys $. W Polsce 18.8 tys%. Oznacza to, że polskie GDP per capita stanowi obecnie 75% wschodnioniemieckiego.

Tabela ukazuje GDP per capita całości Niemiec, Niemiec wschodnich i Polski.

Polskie GDP (PPP) per capita w relacji do ogólno-niemieckiego GDP
1990 – 29% ,2005 – 41%,2010 – 52%

Polskie GDP (PPP) per capita w relacji do wchodnioniemieckiego GDP
1990 – 46%, 2008 – 75%
Wschodnioniemieckie  GDP (PPP) w relacji do ogólnoniemieckiego.
1990 – 63%, 2008 – 69%

Tabela ta nasuwa jeszcze jeden wniosek, że Polska goni zachodnie Niemcy znacznie szybciej niż czynią to Niemcy wschodnie.

Do tej statystyki niezbędnie trzeba dodać, że 16 mln wschodnich Niemców otrzymało transfer 1.9 biliona $, gdy tymczasem pomoc dla polskiej transformacji to ok.100 miliardów na 38 mln. Oznacza to, że na stastycznego Osi przypadało w ciągu ostatnich 20 lat średnio w roku 6 tys $. Jest pewnym uproszczeniem ujmowanie od wschodnioniemieckiego GDP per capita tej sumy.  Jeśli jednak zdecydować się na nie, to należałoby stwierdzić, że gdyby nie pomoc z Zachodu Niemiec, poziom życia w Niemczech wschodnich i w Polsce byłby dzisiaj już na tym samym poziomie.

            Ponad 40% obywateli Niemiec wschodnich zależnych jest zresztą  od pomocy socjalnej. Tak może się dziać własnie wobec wciąż ogromnej pomocy Zachodu Niemiec dla ich wschodniej części.

            Wszystko to mówi bardzo wiele mówi, przez porównanie, o sukcesie polskiej transformacji. W pewnym sensie można powiedzieć, że najszybciej doganiamy Niemców, wobec których mieliśmy największe kompleksy. To prawda doganiamy Niemcy nierównomiernie, bowiem  tych Niemców zaraz za miedzą, a lepiej powiedziawszy tych zaraz za Odrą, doganiamy znacznie szybciej. Jeśli sprawy pójdą dotychczasowym trybem i tempem polskie GDP per capita powinno wyrównać się ze wschodnioniemieckim do roku 2020.

            Ogólna polsko-niemiecka relacja może oczywiście być rozmaicie ilustrowana. Mieszkaniec Mazowsza odwiedzający Mekleburgię przyjeżdża tam  jako ten  kto statystycznie ma większy dochód na głowę (Mazowsze podług tej miary jest najbogatszym polskim regionem). Mieszkaniec warmińskiego (jednego z biedniejszych polskich regionów) przyjeżdżający do Badenii-Witembergii (jeden z najbogatszych niemieckich  regionów) będzie miał GDP per capita niemal 10 razy mniejsze.

            Kuczyński zapowiada, że Niemcy dogonimy w 15-20 lat. Można to jednak trochę doprecyzować. Niemcy wschodnie dogonimy wcześniej, Niemców zaś na Zachodzie będziemy gonić będziemy trochę dłużej.