Przełomowy traktat polsko-niemiecki i jego rocznica

Ze znaczenia polsko-niemieckiego traktatu z roku 1991 zdać sobie można sprawę lepiej wtedy, gdy przypomni w jakiej sytuacji politycznej  była Polska w wieku XX i wcześniej. Określa ją najlepiej fakt rozbiorów i podwójna napaść na Polskę w roku 1939 ze strony Niemiec i Rosji. Położenie pomiędzy dwoma agresywnymi potęgami stwarzało kolosalne zagrożenie.

Rosja i po upadku komunizmu nie przestała być groźnym sąsiadem. Niemcy natomiast weszły w skład większego organizmu politycznego, jakim jest jednocząca się Europa i zasadniczo zmieniły swoją politykę. Zawarcie traktatu z Niemcami było jednym z najistotniejszych czynników otwierających Polsce drogę do Unii Europejskiej a także zabezpieczeniem przed Rosją, w której jak się okazało ambicje neoimperialne nie gasną.

Należy zwrócić uwagę, że stosunki polsko-niemieckie od wczesnego średniowiecza aż po wiek XVIII pozbawione były zasadniczych konfliktów. Dopiero Prusy za namową Moskwy stały się groźnym sąsiadem. Kulminacją wrogości i agresji stała się II wojna. Przesunięcie granic i utrata przez Niemcy terenów wschodnich zdawała się tworzyć trwałe źródło niezgody. Jeśli takie nadzieje miał Stalin, nie spełniły się one. Polacy i Niemcy umieli przezwyciężyć złą przeszłość.

W Niemczech związane to było z rozrachunkiem z okresem 1933-45. Dokonywał się w Republice Federalnej Niemiec na Zachodzie poprzez powszechną publiczną debatę. Ma ona istotne znaczenie aż do dzisiaj. Jest ona też przykładem jak trudny jest rozrachunek z totalitaryzmem i autorytarnymi rządami, jeśli zakorzenią się one w jakimś społeczeństwie. W Niemczech wschodnich okupowanych przez sowietów autentyczny rozrachunek nie był możliwy a propagandowy „antyfaszyzm” stanowić miał listek figowy dla komunistycznych rządów. Trudne problemy przeszłości podjęły się kręgi opozycyjne, z których najbardziej znaczący przyjął samą ze siebie mówiącą nazwę „Akcja Pokuty”.

Trzeba podkreślić jak wielkiego to wymagało wysiłku i że to było wynikiem intensywnej pracy wielu odważnych osób, które sprzeciwiły się powszechnym po wojnie stereotypom wrogości. Traktat był nie tylko wynikiem kalkulacji politycznej obu stron, ale także a może przede wszystkim dziełem pojednania. Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski, Stanisław Stomma, Wojciech Wieczorek, o których niezbędnie trzeba pamiętać, mówiąc o trudnej drodze do polsko-niemieckiego traktatu. Willy Brandt, Ludwik Mehlhorn, Guenther Saerchen  i wielu i innych to partnerzy tego owocnego dialogu po stronie niemieckiej.

Gdy teraz obchodzimy rocznicę tego historycznego traktatu warto dokonać refleksji nad położeniem Polski w świecie, gdy sytuacji międzynarodowa staje się tak napięta i widocznych jest tyle nowych zagrożeń.

Nimecy jest największym polskim sąsiadem. Stosunki z nimi wymagają uwagi i wiedzy. Interesy Polski i Niemiec w sprawach strategicznych są zbieżne, co nie wyklucza rozlicznych rozbieżności i konfliktów (takich jak obecnie kwestie polityki energetycznej czy uchodźców). Umiejętność ich negocjowania jest żywotną kwestią dla obu krajów a jakiekolwiek napięcia nie powinny eskalować do tego stopnia, aby naruszać strategiczne partnerstwo. Dzieło traktatu powinno być trwałe, gdyż jest to jeden z fundamentów tej europejskiej polityki, dzięki której Polska może czuć się bezpieczna.

Wojny geografów. Uwagi politologa

ksiazka BrusewitzRec.  Gernot Briesewitz, Raum und Nation in der polnischen Westforschung 1918-1948,  Osnabrück 2014

Polska myśl zachodnia jest odpowiedzią na „Ostforschung” – tak brzmi główna teza obszernej pracy Gernota Briesewitza. Zaznacza on przy tym, że taki kontekst nie może w najmniejszym stopniu relatywizować czy usprawiedliwiać uwikłania niemieckiego Ostforschung w narodowy socjalizm III Rzeszy.

Autor we wnikliwy sposób opisuje ewolucję polskiej myśli zachodniej, pokazując jak reagowała ona na zmieniającą się sytuację polityczną w kolejnych etapach od  odzyskania przed Polskę niepodległości, w 1918 roku, poprzez okres międzywojenny i II wojny aż po czasy objęcia władzy przez władze komunistyczne. Autor nie wyjaśnia wyraziściej tej ostatniej cezury, ale jak się wydaje, wiąże ją  z nadejściem  stalinizacji.  W istocie praca Briesewitza obejmuje dłuższy okres niż tylko lata 1918-1948. W pracy  sięga się  bowiem do prac Wacława Nałkowskiego i Eugeniusz Romera z okresu sprzed I wojny, jak również  dzięki obszernym przypisom można śledzić dzieje myśli zachodniej po roku 1948. Książka jest ciekawym wykładem dziejów koncepcji nie tylko geografii politycznej w Polsce, ale także szerszych wyobrażeń terytorialnych w polskiej myśli politycznej.

Briesewitz uważa terytorium i przestrzeń, o jakiej mówi geografia, za twór wyobrażeń kulturowych,  podobnie jak Anderson mówi o „przeszłości wyobrażonej”, a także używana pokrewnego pojęcia „przestrzeni mentalnej”. Powoduje to, że z dużym dystansem odnosi się do geografii politycznej opartej o założenia obiektywnych czynników, determinujących przynależność danego terytorium do danej wspólnoty politycznej. Dlatego też autor jak najsurowiej osądza niemiecką geografię polityczną II i III Rzeszy, podkreślając, jak dalece konstruowała ona antypolskie stereotypy.

Briesewitz dostrzega zasadniczą różnicę polskiego i niemieckiego dyskursu geografii politycznej przed I wojną światową. W Niemczech silnie zinstytucjonalizowana geografia polityczna wyrażała imperialne ambicje  państwa, pytała o przestrzeń życiową i możliwość ekspansji (z czasem staje to politycznym projektem agresji).  Tymczasem w polskim przypadku  był to dyskurs ruchu narodotwórczego, który usiłował swoje państwo uzyskać i odbudować, mając w tle obraz dawnej przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Po ponad stuletnim braku państwowości i ogromie przemian etnicznych i cywilizacyjnych na tym obszarze, uzgodnienie historycznej mapy z współczesnymi realiami stawało się trudnym problemem. Stwarzało to  szczególny związek kształtującej się polskiej geografii politycznej z geografią symboliczno-historyczną. Jak wiadomo pytanie, jakie terytorium obejmować powinno odradzające się państwo polskie było około roku 1918 wewnątrzpolskim przedmiotem kontrowersji.

Autor omawia spór Nałkowskiego z Romerem, jako jeden z najistotniejszych w dyskusji dotyczących terytorium i położenia Polski poprzedzających odzyskanie niepodległości. Prace czołowych polskich geografów, Wacława Nałkowskiego i Eugeniusza Romera, umieszcza autor w kontekście sporów intelektualnych przełomu XIX i XX wieku. i twórczości Friedricha Ratzela, który powszechnie uważany jest za jednego z głównych twórców geografii politycznej jako dyscypliny naukowej. Postać niemieckiego geografa do dzisiaj wywołuje ożywione spory, dotyczące tego, w jakim stopniu tworzone przez niego pojęcia (Lebensraum, przestrzeń życiowa) współtworzyły później ideologię nazizmu. Spór dotyczy tego, czy pojęcia te zawierały od samych początków treści rozwinięte przez ideologów narodowego socjalizmu, a tacy geografowie uwikłani w nazizm jak Karl Kaushoffer to  bezpośredni spadkobiercy Ratzela. Terminologia używana przez Nałkowskiego i Romera (twór przyrodzony, organizm życiowy), wykazuje jednak podobieństwo i pokrewieństwo do terminologii Ratzela. Skoro więc polscy geografowie używają takich terminów, to  skłania do oceny, że terminologia niemieckiego geografa bardziej przynależy do  epoki, w której była tworzona i przede wszystkim w tym  kontekście należy ją intepretować. Jej „degeneracja” nastąpiła później.

Okres II RP nie tylko nie złagodził kontrowersji polskich i niemieckich geografów, ale w znaczący sposób je zaostrzył. Niemiecka geografia polityczna w pracach takich geografów jak właśnie Hausdorf, zradykalizowała antypolską argumentację, co poprzez terytorialny rewizjonizm republiki weimarskiej doprowadziło do zbrodniczej polityki III Rzeszy.  II RP konfrontowana była z rewizjonistycznymi tendencjami ze strony Niemiec, a po stronie polskiej istniało niezadowolenie z wyników referendów 1920.

Powstała koncepcja jagiellońsko-piastowska, która konstruowała „kontinuum czasowo-przestrzenne” od początków państwa polskiego do współczesności.  Argumentacja historyczna łączy się tu z argumentacją geograficzną.  Briesewitz skłonny jest sądzić, że uwaga polskiej geografii politycznej skierowana  została przede wszystkim ku Prusom Wschodnim i morzu Bałtyckiemu (kwestia poszerzenia polskiego korytarza). Chodzi bardziej o poprawę „geostrategicznego” położenia państwa bardziej niż jakiegokolwiek argumenty etniczne czy nawet historyczne. Dolny Śląsk i Pomorze Zachodnie nie stoją w takim stopniu w centrum zainteresowania koncepcji  jagiellońsko-piastowskiej, a polska myśl polityczna zdominowana jest przez ideę jagiellońską, skierowaną ku Wschodowi.  „Myśl zachodnia” pobudzana jest jednak przez rewizjonistyczne tendencje w Republice Weimarskiej. Koncepcje Eugeniusza Romera „naturalnego terytorium”, według których zachodnią granicą jest Odra i Nysa znajdują kontynuację w pracach Zygmunta Wojciechowskiego, gdzie kwestia granicy na Odrze i Nysie była wyraziście  zarysowana.

W okresie II wojny myśl zachodnia ulega zrozumiałej radykalizacji, by już po wojnie dostarczać uzasadnień granicy na Odrze i Nysie, wtapiając się  w komunistyczną  koncepcję Ziem Odzyskanych. Tragicznym paradoksem tej historii jest to, że realizacja koncepcji myśli zachodniej II RP nadeszła wraz klęską w II wojnie światowej. Polska uzyskała granicę na Odrze i Nysie z woli Stalina dławiącego w Polsce niepodległość. Uczeni tacy jak Zygmunt Wojciechowski, wpisywali swoje idee w powojenne koncepcje piastowskiej Polski, legitymizujące nową władzę.  Ratowali resztki  tego, co pozostawało z idei jagiellońsko-piastowskiej”,  konfrontując się z zagrożeniem, że Polska mogłaby być zredukowana do terytorium mniejszego od Kongresówki, a ideę jagiellońską starano się całkowicie zdyskredytować.

Myśl Zachodnia, ze zrozumiałych powodów bezpośrednio po wojnie  antyniemiecko nastawiona,  staje się podporą prowadzonej przez komunistyczne władze polityki niemieckiej. Dzieje się tak  aż do roku 1989, mimo że rosnący dystans czasowy do II wojny rodzi nowe idee i potrzeby polityczne. Instytut Zachodni i Instytut Śląski, jako podpory instytucjonalne, wspomagały wojnę z „zachodnioniemieckim” rewizjonizmem, w szczególności ze środowiskami niemieckich przesiedleńców. Podtrzymywały też tezę o piastowskim odwiecznym charakterze Ziem Zachodnich. Jest to jeden z powodów, dla którego proces budowania polskiej tożsamości na ZZ, którego istotnym czynnikiem stawało  się z czasem rozpoznanie niemieckiego dziedzictwa i jego przejmowanie, umyka większości późniejszych prlowskich adeptów „myśli zachodniej”. Trwają oni cały czas w atmosferze konfrontacji z Niemcami, gdy tymczasem od lat 70-tych obserwować można wiele objawów polsko-niemieckiego zbliżenia. Ośrodki te pozostaną na uboczu procesów, które doprowadzą polsko-niemieckiego pojednania po roku 1989.

W kontekście polsko-niemieckiego sporu geografów „myśl zachodnia” interpretowana być może być bardziej jako składnik dyskursu politycznego niż spór naukowy wewnątrz dyscypliny, jaką jest geografia. Rok 1989 całkowicie dezaktualizuje „myśl zachodnią” wobec zbliżenia Warszawa-Berlin i demaskuje jak dalece wyobrażenia geograficzne i terytorialne wpisywały się uprzednio w kontekst propagandowy. Nawet jednak przy tak krytycznej ocenie konieczne jest nie zapominanie, jak dalece od roku 1945 „myśl zachodnia” znajdowała swoje uzasadnienie polityczne wobec wymuszonych, rzadkich w historii w takiej skali, przesunięć terytorialnych.

Jeśli uzasadniona jest teza, że „myśl zachodnia”  po roku 1989 przynależy już bardziej do historii idei niż do aktualnego dyskursu politycznego, to nie usuwa to pytania jak skonstruowana jest „przestrzeń wyobrażona” współczesnej Polski, będącej członkiem Unii Europejskiej i jak owa konstrukcja ma się do wyobrażeń wyniesionych z przeszłości.

Lektura pracy Briesewitza nasuwa też drugą ogólniejszą kwestię, dotyczącą znaczenia i roli, jaką w procesach politycznych odgrywa geografia polityczna i tworzone w jej obrębie idee i wyobrażenia przestrzeni, w jakim stopniu idee geografów wpływają na politykę, w jakim zaś są jedynie uzasadnieniem ex post jej rozstrzygnięć z pomocą „geograficznych argumentów”, Jest to kwestia pokrewna pytaniu dotyczącemu  stosunków między naukami o polityce i geografią. Briesewitz skłania się co oceny, że  takie posługiwanie się geografią w celu argumentacji politycznej staje się nadużyciem naukowym, mimo że w kontekście epoki w jakiej tworzą Ratzel, Nałkowski czy Romer takie podejście było powszechne i traktowane za uzasadnione.

Okres przed I wojną światową to epoka ruchów narodowotwórczych na obszarze opanowanym przez europejskiej imperia takie jak II Rzesza i carska Rosja. Narody mające ambicję tworzenia własnych państw stały wobec konieczności określenia ich granic. To książka Briesewitza w ciekawy sposób uwypukla.  Zarazem i równolegle kształtują się pierwociny nauk politycznych, czego istotnym przejawem są narodziny geopolityki. W intelektualnej atmosferze zdominowanej scjentyzmem końca XIX wieku geopolityka z pretensjami do zobiektywizowanej niemal na wzór nauk przyrodniczych naukowości sięga do geografii i darwinizmu. Stosunki przestrzenne, układ pasm górskich, nizin i rzek w połączeniu z warunkami klimatycznymi tworzyć ma warunki determinujące niemal stosunki polityczne. Owa geopolityka znajduję się od samego początku w sytuacji dość dwuznacznej. Jej geograficzna argumentacja na ogół uzasadnia i objaśnia to, co już zdarzyło się i o czym wie historyk, geograf  twierdzi jednak dodatkowo , że musiało się to zdarzyć, ponieważ decydowała o tym geografia.

Geopolityka odnosi się jednak nie tylko do przeszłości ale i do przyszłości. Warunki geograficzne określać mają określony, dla danej wspólnoty politycznej obszar naturalny i jeśli w danej chwili ona go nie zajmuje, to stan ten należy przywrócić. Takie rozumowania łączy się na przełomie XIX i XX wieku z absolutyzowaniem podziałów etnicznych a także ideologiami rasizmu. Nic więc dziwnego, co zaznacza Briesewitz, że część twórców geopolityki tak łatwo zawarło mariaż z narodowym socjalizmem.

Geografia, dostarczająca rzekomo zobiektywizowane kryteria obrysowywania przestrzeni politycznej,  stawała się do dyspozycji polityki, która przestrzeń polityczną chciała ukształtować. W taki sposób polityczna samowola, a nawet agresja miała zdobyć sankcję naturalnej obiektywności.

W istocie po II wojnie światowej porzucono „geopolitykę”  taką, jaką kształtował przełom XIX i XX wieku. Stało się tak między innymi w skutek kompromitacji, jaka związana była ze wspieraniem geopolitycznymi argumentami ideologii III Rzeszy.

Mimo to polsko-niemiecki spór geografów nie wygasł i trwał długo jeszcze po II wojnie, co działo się  wskutek ogromnych powojennych przesunięć terytorialnych, których w Polsce musiano z konieczności bronić, a których w Niemczech z naturalnych względów długo nie chciano zaakceptować. W istocie dawne argumenty pochodzące z dawniejszego okresu odgrywały w tym sporze niewielką rolę. Po 1989 polsko-niemiecka wojna geografów ostatecznie straciła sens i wygasła. Mogło wydawać się, że geografia przestanie już odgrywać przynajmniej w Europie rolę propagandową.

Trzeba jednak przypomnieć, jak wielkie znaczenie posiada mapa i jak wielką siłę perswazyjną ona posiada. Owe mentalne mapy nie są też koniecznie dziełem samych  geografów.  Obraz przeszłości zachowany  na mapie stanowi sugestywne dziedzictwo, które często nawet po kilku pokoleniach w sprzyjających okolicznościach może zostać ożywione. Również w Polsce zaczęto powracać do wyobrażeń terytorialnych, z którymi zdawałoby się, że już się pożegnano, takimi jak „międzymorze”,  co  jest pojęciem odziedziczonym po dawniejszych sporach. To nic innego jak echo wyobrażeń terytorialnych związanych z dawną Rzeczypospolitą. Dla Węgrów mapa stoi w centrum dyskusji o narodowej tożsamości.

Współczesnej wędrówki ludów i procesów migracyjnych również nie sposób dyskutować bez mapy.

Groźnego  przykładu użycia mapy, a więc wyobrażeń przestrzeni mentalnej,  dostarcza  dwuznaczny renesans  geopolityki, do czego  przyczyniła się putinowska Rosja. Mapy rysowana przez zwolenników takich propagandzistów jak Aleksander Dugin dobrze ilustrują wyobrażenia rosyjskiego neoimperializmu i są projektem nowego ładu międzynarodowego.

Każda ogólniejsza debata polityczna, w jakimś zakresie odwołuje się do mapy.  Istnieje też oczywiste powiązanie między naukami politycznymi a geografią w wielu jej naukowych odmianach. Granica między tymi dziedzinami nie jest z pewnością wyrazista. Pochopne jej przekraczanie czynić może z geografii narzędzie polityki, a politologowi podpowiadać uproszczone wyjaśnienia procesów politycznych. Przypomnienie o tych dawniejszych dyskusjach może być dzisiaj użyteczne nie tylko gwoli pilnowania reguł dyscypliny naukowej. Nierozważne wodzenie palcem po mapie może zakończyć się nie tylko wojną  geografów.  I to jest jeszcze jeden powód, dlaczego lektura książki Briesewitza może być nader pożyteczna i dobrze byłoby,  aby mogło ukazać się jej polskie tłumaczenie.

„Islam należy do Niemiec” – wnioski dla Polski

Adam-Balce-foto-internet

W ostatnich kilku latach pogłębiła się integracja zróżnicowanej wspólnoty muzułmańskiej w Niemczech. Obywatele Niemiec wyznania muzułmańskiego weszli na szeroką skalę do głównego nurtu życia politycznego. Istnieją wszelkie przesłanki, że ta intergracja będzie kontynuowana w najbliższych latach – pisze w raporcie Akademii Europejskiej Krzyżowa Adam Balcer.

Sukcesy procesu integracji muzułmanów niemieckich niemal nie dostrzega się w Polsce. Dominuje przekonanie o fiasku tego procesu. W Polsce brakuje także refleksji na temat konsekwencji wzrostu obecności muzułmanów w niemieckim życiu politycznym na relacje polsko-niemieckie oraz możliwych pozytywnych skutków tego zjawiska dla spójności interesów Polski i Niemiec.

Niestety wysoki poziom niechęci do muzułmanów w polskim społeczeństwie oraz w rządzących elitach może stać się źródłem problemów w relacjach polsko-niemieckich. Może także w poważany sposób utrudniać zrozumienie współczesnych Niemiec.

Kryzys uchodźców wywołał w Polsce szeroką falę islamofobii opartej na przekonaniu, że przyjęcie muzułmanów stanowić by miało poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa i spójności społecznej kraju. Muzułmanie w Europie budzą lęk i widzi się w nich w Polsce przede wszystkim jako potencjalnych terrorystów, przestępców i gwłcicieli, zaś ich integracja w całej Europie miała się rzekomo zakończyć się fiaskiem. Taka opinia dominuje w polskim społeczeństwie i mediach. Została ona wzmocniona przez bezprecedensowe wydarzenia sylwestrowe (kilkaset przypadków molestowania seksualnego kobiet i kradzieży w kilku miastach niemieckich, w tym szczególnie w Kolonii dokonanych przez nowo przybyłych imigrantów i uchodźców muzułmańskich). Niemal nie dostrzeżono w Polsce, że np. Turcy, stanowiący zdecydowną większość niemieckich muzułmanów i mieszkający od wielu lat w Niemczech nie byli zamieszani w te wydarzenia. Warto także przypomnieć, że nigdy wcześniej w Niemczech nie doszło do takich zdarzeń. Nie jest to przypadkowe, gdyż proces integracji społeczności muzułmańskiej postępuje, a nawet w ostatnich latach uległ przyspieszeniu. W sytuacji burzliwej dyskusji toczącej się obecnie w Niemczech na temat integracji nowych imigrantów jest niezwykle ważne, aby nie zapomnieć o tym fakcie.
Pomimo niezaprzeczalnych problemów z integracją muzułmanów, w Niemczech – najważniejszym sąsiedzie Polski- w ostatnich latach można zaobserwować zdecydowany wzrost ich obecności w głównym nurcie życia publicznego. W Polsce popularna jest obecnie opinia o nie znajomości polskich realiów w Niemczech. Jednak, bardzo ograniczona świadomość zjawiska postępującej integracji muzułmanów pokazuje, że wiedza w Polsce na temat Niemiec jest wciąż nie wystarczająca.

Obraz europejskich muzułmanów w Polsce

W debacie publicznej można często usłyszeć, że Polacy nie są tacy naiwni jak mieszkańcy zachodniej Europy i nie wpuszczą do Polski muzułmańskich uchodźców- islamskiego konia trojańskiego. Muzułmanie w Europie są bowiem w Polsce utożsamiani z zamachami terrorystycznymi, przestępstwami, gwałtami, zamieszkami i płonącymi przedmieściami, na które nie może wejść policja oraz żądaniem wprowadzenia szariatu. W Polsce niemal codziennie w mediach czyta się o fiasku polityki integracji, choć przebiega ona bardzo różnie w poszczególnych krajach, a nawet miastach Europy. To fiasko wynika z faktu, że europejscy muzułmanie są w Polsce przede wszystkim postrzegani jako kompletnie obcy kulturowo. W efekcie ich integracja jest uznawana za niemożliwą do realizacji. Taki stosunek do europejskich muzułmanów oznacza, że większość Polaków nie akceptuje ich jako współobywateli w ramach UE.
Teza o rzekomej porażce integracji muzułmanów w całej Europie pokazuje, że większość Polaków i rządzaca elita kultywuje uproszczony i jednoznacznie negatywny obraz islamu, który jest uogólniony na wszystkich europejskich muzułmanów traktowanych jako homogeniczna masa. Islam jest postrzegany przez wielu Polaków jako totalitarna cywilizacja stanowiąca śmiertelne zagrożenie dla Zachodu, gdyż dąży do jego podboju wszelkimi metodami. W rzeczywistości cywilizacja islamu jest tak zróżnicowaną i skłóconą wewnętrznie wspólnotą religijną na świecie, że aż trudno mówić o jednej cywilizacji. Bardzo jednoznaczne poglądy na temat europejskich muzułmanów prezentują dziennikarze i politycy, często pozbawieni elementarnej informacji, którzy nie potrafią powiedzieć jakie są dwa najważniejsze święta muzułmańskie czy też na czym polega różnica między sunnizmem i szyizmem. Krytykują Zachodnią Europę za brak wiedzy na temat naszego regionu, wydają się znać świetnie na wszystkim, także na sytuacji muzułmanów w Berlinie czy Kolonii.
Najbardziej zaskakujący jest fakt, że nie dostrzega się w Polsce położenia niemieckich muzułmanów żyjących tuż za miedzą, którzy nigdy nie przeprowadzili w Niemczech żadnego zamachu terrorystycznego i nie wywoływali żadnych zamieszek. Praktycznie nie ma refleksji czy w Niemczech nie zachodzi – przy pewnych trudnościach tego procesu – ich integracji oraz czy może być to zjawisko dotyczące spraw polskich również w pozytywnym sensie.
Muzułmanie w Niemczech
W Niemczech mieszka ponad cztery i pół miliona osób pochodzenia muzułmańskiego (nie uwzględniając uchodźców przybyłych w 2015 r.) o różnym stopniu identyfikacji z islamem i praktyki religijnej. Około dwie trzecie z nich pochodzi z Turcji, mając etniczne tureckie i w mniejszym stopniu kurdyjskie korzenie. Pozostali pochodzą przede wszystkim z Bałkanów, Iranu, Tunezji i Maroka oraz Afryki Zachodniej. Około 3/4 niemieckich muzułmanów jest sunnitami, a pozostali przede wszystkim należą do różnych odmian szyizmu. W przypadku osób pochodzących z Turcji mniej więcej połowa z nich posiada obywatelstwo niemieckie. Muzułmanie w Niemczech w zależności od pochodzenia etnicznego, klasowego i wyznaniowego oraz miejsca zamieszkania (różnorodne polityki integracyjne w poszczególnych landach i miastach) są w różnym stopniu zintegrowani w poszczególnych sferach życia społecznego, ekonomicznego i politycznego. Oceniając drogę jaką pokonali muzułmanie w Niemczech należy uwzględnić fakt, że startowali oni przeważnie z niższego poziomu (wykształcenie, sytuacja materialna) niż imigranci z Grecji, Włoch czy Hiszpanii.
Zwrócić trzeba przede wszystkim uwagę, że wspólnymi cechami społeczności muzułmańskiej w Niemczech jest:
-brak dużych gett charakteryzujących się wysokim poziomem przestępczości,
-brak napięć związanych z bolesną spuścizny kolonialną
-brak relatywnie większych islamistycznych środowisk ekstremistycznych pochodzenia imigranckiego (szczególnie w przypadku muzułmanów pochodzących z Turcji, Iranu i Bałkanów), gotowych do użycia przemocy.
Przez kilka dekad muzułmanie byli traktowani w Niemczech jako tymczasowi imigranci zarobkowi. Mieli małe szanse na uzyskanie niemieckiego obywatelstwa, co z pewnością nie sprzyjało integracji. Sytuacja zaczęła się zmieniać w XXI wieku. W 2000 r. nastąpiła liberalizacja zasad przyznawania obywatelstwa. Obecnie trwają prace nad dalszą liberalizacją tego prawa. Te zmiany postępują wraz z rosnącą akceptacją przez Niemcy własnej różnorodności. W tym kontekście bardzo symboliczne znaczenie, potwierdzające ten fenomen społeczny miała deklaracja „islam należy do Niemiec” kanclerz Angeli Merkel wygłoszona w styczniu 2015 r. Liberalizacja prawa obywatelskiego spowodowała, że od końca lat 90. XX wieku ponad sześciokrotnie wzrosła liczba osób pochodzących z Turcji, która uzyskała obywatelstwo niemieckie. W bardzo szybkim tempie i na wielką skalę włączyli się oni w życie polityczne, co jest istotnym dowodem potwierdzającym postępy integracji. W ciągu kilku lat Niemcy muzułmanie zdobyli zdecydowanie lepszą reprezentację w życiu politycznym niż udało się osiągnąć społecznościom muzułmańskim uprawnionym do głosowania przez kilkadziesiąt lat w innych krajach zachodnich, np. we Francji. Warto pamiętać, że muzułmanie mieszkają w olbrzymiej większości w Niemczech Zachodnich oraz Berlinie, dlatego ich obecność w życiu publicznym jest w rzeczywistości jeszcze większa, jeśli uwzględnimy tylko te landy. Cezurą był rok 2008, gdy współprzwodniczącym Zielonych został Cem Ozdemir. Dzisiaj politycy niemieccy o korzeniach muzułmańskich zajmują wysokie pozycję w Partii Socjaldemokratycznej (wiceprezes i sekretarz generalny) i Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej CDU (członek prezydium) i przewodniczącej klubu Die Linke (pół-Perska). Jeszcze bardziej znacząca jest ich reprezentacja w prezydiach partyjnych w landach, gdzie jest blisko 30 Niemców przede wszystkim pochodzenia tureckiego lub kurdyjskiego i w mniejszym stopniu arabskiego i perskiego (w tym współ-przewodniczący i wiceprzewodniczący partii).
Od 2008 r. zwiększyła się kilkakrotnie reprezentacja Niemców o korzeniach muzułmańskich w parlamentach landowych, w których zasiada ich ponad 40 osób. Osoby o korzeniach muzułmańskich przede wszystkim tureckiego są szefami frakcji w dwóch parlamentach landowych, wiceszefami klubów w trzech parlamentach i zasiadają w kierownictwie dwóch klubów parlamentarnych. Niemieccy muzułmanie zajmują także funkcje kierownicze w parlamentach landowych (jeden wiceprzewodniczący, pięciu członków prezydium parlamentów). Ten sam spektakularny wzrost reprezentacji politycznej nastąpił na poziomie lokalnym (np. rady miast). Już w 2011 roku w prawie 80 dużych miastach niemieckich politycy pochodzenia tureckiego i kurdijskiego stanowili prawie 40% radnych o korzeniach migracyjnych, choć osoby wywodzące się z Turcji stanowią tylko około 20% imigrantów.
W 2010 r. po raz pierwszy w historii Niemiec ministerem w rządzie landowym została muzułmanka Niemka pochodzenia tureckiego. Dziś w rządach landowych jest obecnie trzech ministrów pochodzenia muzułmańskiego. Jeden z nich pełni równocześnie funkcję wicepremiera.
Po wyborach w 2013 r. wzrosła prawie dwu i półkrotnie w porównaniu z 2009 r. reprezentacja osób o korzeniach muzułmańskich. W Bundestagu zasiada obecnie 16 osób o korzeniach tureckich i kurdyjskich (11), perskich (3) i senegalskich (1). W izbie wyższej zasiada obecnie 2 polityków pochodzenia muzułmańskiego (tureckiego i arabskiego). W 2013 roku wydarzył się kolejny precedens. Po raz pierwszy w historii Niemiec osoba pochodzenia tureckiego została powołana na stanowisko ministra w niemieckim rządzie federalnym.
W Polsce muzułmanów postrzega się często jako żelazny elektorat lewicy nie dostrzegając, że zaczynają oni coraz częściej głosować na prawicę. Wzrost poparcia wśród niemiecko-tureckich wyborców dla CDU i rosnąca obecności polityków niemiecko-tureckich w tej partii jest prawdopodobnie najsilniejszym wskaźnikiem trwającego procesu integracji. Pierwszym w historii ministrem na poziomie landowym, pochodzącym ze społeczności tureckiej była polityk CDU. W 2013 roku, po raz pierwszy, Niemka pochodzenia tureckiego została wybrana do Bundestagu z listy CDU. W parlamentach krajowych (czterech posłów do niedawno pięciu- przejście do biznesu) oraz w kierownictwie partii na poziomie landowym (pięć osób) jest nawet lepiej. Według niektórych szacunków poparcie elektoratu niemiecko-tureckiego dla CDU (z wyłączeniem małych partii tureckich) w wyborach 2013 roku wzrosło do prawie 25% (wcześniej około 10%). Pryncypialna pozycja Angeli Merkel w sprawie kryzysu uchodźców i jej pozytywne wypowiedzi na temat muzułmanów w Niemczech prawdopodobnie doprowadzą do znacznego wzrostu poparcia CDU przez elektorat niemiecko-turecki w następnych wyborach. Znamiennym faktem jest wyraźna nadreprezentacja kobiet wśród polityków niemiecko-tureckich. Prawie 60% posłów niemiecko-tureckich w Bundestagu stanowią kobiety.
Wnioski dla Polski
Proces integracji muzułmanów w życiu publicznym Niemiec jest ważny dla relacji polsko-niemieckich. Polska polityka wobec Niemiec powinna uwzględniać postępująca integrację muzułmanów w życiu politycznym Niemiec. Im więcej będzie polityków pochodzenia muzułmańskiego w niemieckiej polityce tym bardziej problematyczna i konfliktogenna może być islamofobia powszechna w społeczeństwie polskim i w ramach elity rządzącej. Co więcej, integracja muzułmanów w życiu politycznym Niemiec może mieć pozytywny wpływ na sprawy polskie, z czego niemal nikt w Polsce nie zdaje sobie sprawy. Politycy pochodzenia tureckiego w Niemczech są znacznie częściej niż niemiecki main stream polityczny pozbawieni sentymentów lub powiązań biznesowych z Rosją. Na przykład, proporcjonalnie najwięcej polityków o korzeniach muzułmańskich jest w partii Zielonych, które to ugrupowanie ma najbardziej krytyczne podejście do Rosji ze względu na swoje wyczulenie na prawa człowieka. Jego wejście po następnych wyborach w koalicję z CDU byłoby optymalnym scenariuszem dla Polski. Z drugiej strony w przypadku powstania koalicji Zielonych z SPD i Die Linke, ta pierwsza formacja- która prawdopodobnie kierowałby MSZ jak w czasach koalicji (1998-2005)- mogłaby wpływać moderująco na politykę zagraniczną Niemiec w sytuacji zbyt pro-rosyjskiego stanowiska lewicowych partnerów koalicyjnych. Dla zrozumienia postawy Zielonych ważny jest także kontekst kulturowy. Cem Ozdemir lider Zielonych wymieniany od lat jako poważny kandydat na szefa MSZ wywodzi się z Kaukazu (Czerkiesja), na którym Rosja dokonała nie raz ludobójstwa na miejscowych muzułmanach. Nie przypadkiem Ozdemir napisał wstęp do pierwszej w Niemczech monografii na temat ludobójstwa na Czerkiesach, którego 150 rocznicę obchodzono w 2014 r.
Brak świadomości postępującej integracji muzułmanów niemieckich w Polsce jest związany z bardzo negatywnym wizerunkiem islamu bez którego przezwyciężenia trudno sobie wyobrazić właściwe zrozumienie przez polskie elity polityki wewnętrznej Niemiec. Niestety istnieje poważne zagrożenie, że islamofobia części polskiej elity rządzącej przyczyni się do postrzegania integracji muzułmanów jako przejawu islamizacji Niemiec i zagrożenia dla Polski.
(Adam Balcer)

Niemcy, Ukraina i walka o wolność z bronią w ręku

„O wolność walczy się również z bronią w ręku” – to stwierdzenie prezydenta Joachima Gaucka, mimo że w Polsce wyda się ono więcej niż oczywiste, wywołało w Niemczech burzę. Między innymi stało się powodem pełnej emocji debaty w Bundestagu. Nie po raz pierwszy ten wschodnioniemiecki pastor, związany niegdyś z opozycją i czerpiący przykłady z polskiego ruchu „solidarności” kwestionuje niemieckie stereotypy. Szalenie istotne przy tym jest to, że słowa Joachima Gaucka padły w bezpośrednim kontekście ukraińskim i konfliktu Ukrainy i Zachodu z Rosją.

Niemcy w sprawie konfliktu Ukraina-Rosja są głęboko podzielone. To ogólne stwierdzenie mówi  jednak nie wiele, a w Polsce łączy się łatwo ze stereotypem o zawsze zbyt przyjaznym Moskwie Niemcach. Dopiero przybliżenie, jak przebiegają te podziały pozwala na lepszą ocenę niemieckiego stanowiska.

Pierwsze istotne  przybliżenie daje Norbert Röttgen wiceprzewodniczący  komisji ds. polityki zagranicznej Bundestagu. Stwierdza on, że niemieckie elity polityczne, z wyjątkiem postkomunistycznej Die Linke, mają dość jednolite i jednoznacznie negatywnie stanowisko wobec polityki Putina.  Problem natomiast stanowi  znaczna część opinii publicznej, która zdaje się do 50% wykazywać aż nadmiar zrozumienia dla polityki Moskwy i wierzyć jej propagandzie dotyczącej np.: rzekomych ukraińskich faszystów. ( „Putin hat keine Zukunftsvision für Russland“ Interview mit Norbert Röttgen, Vorsitzender des Auswärtigen Ausschusses im Deutschen Bundestag. https://zeitschrift-ip.dgap.org/de/ip-die-zeitschrift/themen/putin-hat-keine-zukunftsvision-fuer-russland). Norbert Röttgen stwierdzając ów rozdźwięk dodaje, że politycy niemieccy muszą włożyć większy wysiłek w objaśnianie sytuacji niemieckiemu społeczeństwu. Joachim Gauck zdaje się w pełni podzielać pogląd Röttgena i jakby odpowiadać na jego apel.

Być może zadanie, jakie wyznacza sobie Norbert Röttgen nie będzie wcale takie łatwe. Owa niemal połowa niemieckiej opinii publicznej to nie są bynajmniej jacyś przekonani i zdecydowani zwolennicy Putina, lecz ludzie w szczególny sposób uwarunkowani niemiecką historią i sposobem myślenia ukształtowanym w ostatnich dekadach.

Istotnym czynnikiem tła jest powszechna ignorancja dotycząca  wschodniej części kontynentu, a w szczególny sposób Ukrainy. Kraj ten jako osobny naród z rozpoznawalną dla Niemców kulturą i historią właściwie nie istnieje. Kto używa cyrylicy i jest prawosławny rozpoznawany będzie najpewniej  jako Rosjanin. Ukraina wyłoniła się dla Niemców w ostatnim okresie jako nieznany ląd. To oczywiście ułatwia Moskwie szerzenie jakżeż zafałszowanego i kłamliwego obrazu.

Innym czynnikiem są niemieckie wyrzuty  sumienia związane z II wojną światową. Przyjmując sowiecką narracje w ofiarach II wojny na Wschodzie Niemcy widzą przede wszystkim Rosjan

Dalszym czynnikiem, związanym z owymi wyrzutami sumienia jest swoisty niemiecki pacyfizm, szczególnie wmówiony Niemcom na terenie byłego NRD (co związane było ze sporą dozą hopokryzji wobec daleko idącej militaryzacji społeczeństwa wschodnioniemieckiego.

Jak z tego widać debata na temat konfliktu rosyjsko-ukraińskiego dotyczy nie tylko kwestii niemieckiej polityki z zagranicznej, lecz w istocie  dotyka  istotnych kwestii niemieckiej tożsamości kształtowanej przez ostatnie pół wieku, definicji ich pozycji i odpowiedzialności za porządek międzynarodowy, a także zrozumienia idei wolności, co być może jest w całej debacie zagadnieniem centralnym.  W tle tych sporów jest też  rozkład terytorialny. Niemcy na wschodzie w byłym NRD wykazują  się znacznie większym zrozumieniem dla polityki Putina niż Niemcy na zachodzie z dawnej bońskiej Republiki Federalnej.

Spór trwa już od pewnego czasu. Choć tak wielu jest „rozumiejących Putina” stroną atakującą są ci którzy domagają się zmiany sposobu widzenia Rosji. Niemiecka prasa pełna jest artykułów, których tytuły mówią już same za siebie: „Nieobliczalna Rosja” (Michael Thumann, Unberechenbaras Russland, Die Zeit 12 Juni 2014), „Putin prowokator” (Provokateur Putin , Internationale Politik, Mai/Juni 2014) Jak Putin utracił Berlin (Andreas Rinke, Wie Putin Berlin verlor ( Internationale Politik, Mai/Juni 2014) itd.itd. Podobnie czołowe niemieckie thinktanki „Deutsche Gesellschaft fuer Internationale Politik” i „Stiftung fuer Wissenschaft und Politik”  przedstawiają w swoich analizach zasadniczą i ostrą krytykę polityki Putina i jego neoimperialnej ideologii. O pakcie na rzecz modernizacji, na czym polegać miała niemiecka polityka wobec Putina nie ma już mowy.

Bestsellerem jest książka Borisa Reitschustera, długoletniego korespondenta w Moskwie, który przyznaje się, że wiele lat temu jechał tam pełen entuzjazmu i opisuje swoje głębokie i fundamentalne rozczarowanie, dając tak czarny obraz Rosji, jak chyba nikt nie odważył się go malować po 1989 roku.

Mimo więc licznych „Putinvesteher” wydaje się, że niemiecka debata zmierza w dość określonym kierunku. Nie bez wpływu jest też pozycja polska i należy też wziąć pod uwagę, w jakim stopniu temat ukraiński jest dziś już i może być coraz intensywniej niemal głównym przedmiotem polsko-niemieckiego dialogu. Polsko-niemiecka wspólnota  poglądów w polityki wschodniej to sprawa niegatelna nie tylko dla obu krajów ale i dla całej Unii.

Berlin-Moskwa: „koniec z romantyzmem” i nawet Schröder Putinowi nie pomoże

Postawa Berlina wobec rosyjskiej agresji na Ukrainie to jeden z istotnych  czynników dalszego rozwoju sytuacji. Planiści z Kremla dość tradycyjnie stawiają na „rozmiękczenie” Niemiec a nawet na specjalne stosunki z Berlinem. Istnieją nawet pomysły aby oddać Niemco w tym celu resztkę Prus wschodnich jakim jest okręg kaliningradzki. Pozyskanie sobie tak znaczących  agentów wpływu jak b.kanlerz Schroeder pozwala Kremlowi trwać w iluzji, że Niemcy wyrwać można z zachodniego sojuszu. Do tego dołączają się też stereotypy wedle których z Berlina do Moskwy jest zbyt blisko.

Choć Niemcy sąw  sprawie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego podzielone, to jednak uważniejszy obserwator stwierdzić winien, że Berlin się od Moskwy oddala a nie przybliża.

Jak jednak skomplikowane są podziały na Sprewą i Renem wskazują nie tylko badania opinii publicznej i zachowania części przedsiębiorców. Około 50% Niemców uważa, że nie należy się angażować po stronie Kijowie, podobnie jak też, że NATO nie powinno wzmacniać swojej obecności w krajach takich jak Polska czy kraje bałtyckie.

W sprawie wzięcia przez prorosyjskich terrorystów zakładników z wojskowej misji OSCE i  zaangażowaniu się Bundeswehry w takich misjach  wypowiedział wiceprzewodniczący CSU Peter Gauweiler, podobnie jak rzecznik prasowy Partii Lewicy Christiane Buchholz a także przedstawiciel prawicowego AfD (Alternatywy dla Niemiec) Aleksander Gauland. Horst Seehofer szef CSU zdystansował się jednak wyraźnie od wypowiedzi swego zastępcy. Zieloni, CDU i jak również  socjaldemokraci, wciąż podejrzewani, że mają miętę do Rosji.

Minister spraw zagranicznych Steinmeier z SPD, którego niektóre wypowiedzi nacechowane były wcześniej pewną dwuznacznością, obecnie wysunął plan dalszych negocjacji z Moskwą, który wydaje się całkowicie jednoznaczny. Pierwszym jego punktem jest wsparcie wyborów na Ukrainie, co ma dać rządowi w Kijowie wzmocnioną legitymację, a więc dokładnie to czego Moskwa chce uniknąć. Punkt drugi mówi o wycofaniu wszystkich nie rządowych zbrojnych grup z Ukrainy. Jest to punkt umowy z Genewy, który Moskwa obecnie łamie.

Co do urodzin Schroedera w Rosji z gościem urodzinowego przyjęcia Putinem ocena mediów jest jednoznacznie negatywna.

Zarazem postawa kanclerz Merkel jest w tym również sensie zdecydowana i jednoznaczna, że w pełni poparła ona amerykańską politykę wobec Rosji podczas swego pobytu w Waszyngtonie. Tygodnik Der Spiegel (15/2014) zamieszcza esej „Koniec z romantyzmem. Dlaczego Niemcy muszą wreszcie skończyć z patrzeniem przez różowe na okulary na Rzeszę Putina”. Artykuł bez żenady porównuje Putina z Hitlerem i wskazuje na konieczność nowego chłodnego spojrzenia na rosyjską imperialną historię.

Niemcy są więc istotnie podzielone w sprawie stosunku do Rosji, ale  gotowość do „rozumienia” Rosji zdaje się być wynikiem pewnej inercji, postawą sierot po polityce detente (jak jest to w przypadku kanclerza Schmidta) w jakimś sensie niemieckich wyrzutów sumienia związanych z II wojną światową. Obóz natomiast proukraiński decyduje o polityce niemieckiej jak również słyszy się w nim zasadniczy i krytyczny głos wobec Rosji tak zdecydowany jak jeszcze nigdy niemal w Niemczech przed tym nie bywało. I wydaje się, że właśnie głosy decydują o ewolucji niemieckiej postawy wobec putinowskiej Rosji.