Przełomowy traktat polsko-niemiecki i jego rocznica

Ze znaczenia polsko-niemieckiego traktatu z roku 1991 zdać sobie można sprawę lepiej wtedy, gdy przypomni w jakiej sytuacji politycznej  była Polska w wieku XX i wcześniej. Określa ją najlepiej fakt rozbiorów i podwójna napaść na Polskę w roku 1939 ze strony Niemiec i Rosji. Położenie pomiędzy dwoma agresywnymi potęgami stwarzało kolosalne zagrożenie.

Rosja i po upadku komunizmu nie przestała być groźnym sąsiadem. Niemcy natomiast weszły w skład większego organizmu politycznego, jakim jest jednocząca się Europa i zasadniczo zmieniły swoją politykę. Zawarcie traktatu z Niemcami było jednym z najistotniejszych czynników otwierających Polsce drogę do Unii Europejskiej a także zabezpieczeniem przed Rosją, w której jak się okazało ambicje neoimperialne nie gasną.

Należy zwrócić uwagę, że stosunki polsko-niemieckie od wczesnego średniowiecza aż po wiek XVIII pozbawione były zasadniczych konfliktów. Dopiero Prusy za namową Moskwy stały się groźnym sąsiadem. Kulminacją wrogości i agresji stała się II wojna. Przesunięcie granic i utrata przez Niemcy terenów wschodnich zdawała się tworzyć trwałe źródło niezgody. Jeśli takie nadzieje miał Stalin, nie spełniły się one. Polacy i Niemcy umieli przezwyciężyć złą przeszłość.

W Niemczech związane to było z rozrachunkiem z okresem 1933-45. Dokonywał się w Republice Federalnej Niemiec na Zachodzie poprzez powszechną publiczną debatę. Ma ona istotne znaczenie aż do dzisiaj. Jest ona też przykładem jak trudny jest rozrachunek z totalitaryzmem i autorytarnymi rządami, jeśli zakorzenią się one w jakimś społeczeństwie. W Niemczech wschodnich okupowanych przez sowietów autentyczny rozrachunek nie był możliwy a propagandowy „antyfaszyzm” stanowić miał listek figowy dla komunistycznych rządów. Trudne problemy przeszłości podjęły się kręgi opozycyjne, z których najbardziej znaczący przyjął samą ze siebie mówiącą nazwę „Akcja Pokuty”.

Trzeba podkreślić jak wielkiego to wymagało wysiłku i że to było wynikiem intensywnej pracy wielu odważnych osób, które sprzeciwiły się powszechnym po wojnie stereotypom wrogości. Traktat był nie tylko wynikiem kalkulacji politycznej obu stron, ale także a może przede wszystkim dziełem pojednania. Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski, Stanisław Stomma, Wojciech Wieczorek, o których niezbędnie trzeba pamiętać, mówiąc o trudnej drodze do polsko-niemieckiego traktatu. Willy Brandt, Ludwik Mehlhorn, Guenther Saerchen  i wielu i innych to partnerzy tego owocnego dialogu po stronie niemieckiej.

Gdy teraz obchodzimy rocznicę tego historycznego traktatu warto dokonać refleksji nad położeniem Polski w świecie, gdy sytuacji międzynarodowa staje się tak napięta i widocznych jest tyle nowych zagrożeń.

Nimecy jest największym polskim sąsiadem. Stosunki z nimi wymagają uwagi i wiedzy. Interesy Polski i Niemiec w sprawach strategicznych są zbieżne, co nie wyklucza rozlicznych rozbieżności i konfliktów (takich jak obecnie kwestie polityki energetycznej czy uchodźców). Umiejętność ich negocjowania jest żywotną kwestią dla obu krajów a jakiekolwiek napięcia nie powinny eskalować do tego stopnia, aby naruszać strategiczne partnerstwo. Dzieło traktatu powinno być trwałe, gdyż jest to jeden z fundamentów tej europejskiej polityki, dzięki której Polska może czuć się bezpieczna.

Tadeusz Mazowiecki. Ein polnischer Christ schaut auf die Deutschen

Ab Ende der 1950er Jahre, also ab dem Zeitpunkt, an dem man davon ausgehen muss, dass Tadeusz Mazowiecki die Grundlage seiner politischen Haltung entwickelte, wird er zum Fürsprecher der polnisch-deutschen Versöhnung, und zwar nicht nur der Verbesserung der polnisch-deutschen Beziehungen, sondern der Umsetzung einer grundlegenden Wende in ihnen. Offenbar gab es hierfür zwei Voraussetzungen.

Die eine war vor allem politischer Natur. Die polnisch-deutsche Versöhnung war für den zukünftigen Ministerpräsidenten eine unerlässliche Bedingung dafür, dass Polen seine Selbständigkeit wiedererlangen und sich die unglückselige geopolitische Situation verändern wird. Das nach Westen verschobene Polen, ein Drittel des Territoriums auf ehemaligem deutschem Gebiet, schien eine Geisel Moskaus zu sein. Die real existierenden, aber auch unablässig von den Machthabern der Volksrepublik propagandistisch hervorgehobenen revisionistischen Tendenzen der Bundesrepublik Deutschland sollten dazu bewegen, unter den Fittichen des Großen Bruders zu bleiben. Dies war vielleicht das wichtigste Argument der Legitimierung der kommunistischen Machthaber in Polen. Jeder Schritt in Richtung Annäherung an die Deutschen hat also diese Legitimierung geschwächt und war insofern eine Annäherung an den Westen.

Klar war, dass der Weg hin zu besseren Beziehungen mit den Deutschen schwierig werden würde. Der damalige Redakteur des  Magazin Więź suchte in Deutschland Dialogpartner für eine lange Stecke. Er fand sie im westdeutschen PAX Christi und dem Bensberger Kreis sowie in Günter Särchen und der Aktion Sühnezeichen Friedensdienste  in Ostdeutschland. In den 1960er und 70er Jahren schienen dies marginale und politisch bedeutungslose Kreise zu sein. Erst nach Abschluss des Warschauer Vertrages vom Dezember 1970 konnte man von den Mitgliedern des PAX Christi als Pionieren der Versöhnung sprechen. Im Falle von Günter Särchen war es eindeutig, dass er als Oppositioneller in Ostdeutschland am Rande der großen Politik bleiben würde. Mazowiecki wollte jedoch immer Politik mit Menschen guten Willens betreiben und Politik, die auf Hoffnung gründet und nicht nur auf den Bedingungen der Realpolitik.

Die Zeit, unmittelbar an der großen internationalen Politik teilzunehmen, kam für den nunmehr ehemaligen Redakteur von Więź und des Tygodnik Solidarność im Jahr 1989. Der Moment war auch deshalb von historischer Bedeutung, weil sich damals das Schicksal Deutschlands entschied. Er war Befürworter der deutschen Vereinigung, stellte aber gleichzeitig eindeutige Bedingungen, wozu die bedingungslose Anerkennung der territorialen Integrität der Republik Polen gehörte. Es scheint nicht so, als hätte Bundeskanzler Kohl bezüglich der Grenze Zweifel gehabt, allerdings wollte er die Angelegenheit bedingt durch die innenpolitische Situation auf für sich bequeme Art und Weise regeln. Mazowiecki erwies sich als harter Verhandler, der keine zweideutigen Situationen zuließ. Auf diese Weise schuf er auch die Voraussetzung für die weiteren gutnachbarlichen Beziehungen. Die Versöhnungsgeste in Kreisau (Krzyżowa) erwies sich infolge dessen als bedeutungsvoll, obgleich sich beide Politiker, Kohl und Mazowiecki, nie sympathisch fanden und ihr gegenseitiges Misstrauen bewahrten.

Bestimmender Faktor für Tadeusz Mazowieckis Haltung Deutschland gegenüber war nicht nur die Politik. Als Christ wollte er nicht Hass als gemeinsame Beziehung zwischen Menschen und Gesellschaften akzeptieren. Allerdings waren Antipathie und häufig Hass nach dem Krieg verbreitete Gefühle in der Einstellung der Polen und der Deutschen. Eine Voraussetzung dafür war, auf der jeweils anderen Seite nur ein Kollektiv im Lichte von Stereotypen zu sehen und nicht individuelle Menschen und ihre Gesichter.

Will man das Denken von Tadeusz Mazowiecki über das deutsche Problem erfassen, muss unbedingt an die von Więź herausgegebene Sammlung von Texten des von den Nazis hingerichteten Theologen Dietrich Bonhoeffer erinnert werden  sowie an ein Buch, das Mazowiecki intellektuell ungeheuer nahe war, und zwar „Der Christ im Dritten Reich“ von der heute etwas in Vergessenheit geratenen Publizistin  Anna Morawska. Beide Bücher, die er selbst herausgegeben hat, gaben auch von den tiefsten Schichten seiner ideellen Einstellung Zeugnis. Es ging nicht nur um die Gestalt des guten Deutschen als Gegenbeispiel zum negativen Stereotyp. Die Person Bonhoeffer erscheinen zu lassen war ein Überschreiten der künstlichen Grenze bei der Einteilung in Polen und Deutsche. Der deutsche Theologe wurde ein Partner in ein und derselben universalen Frage nach dem Widerstand des Einzelnen gegen eine Diktatur. Polen und Deutsche sollte der moralische Imperativ verbinden – der Christ im Dritten Reich hatte seine Entsprechung im Christen im Kommunismus – und nicht die schlechte und düstere Vergangenheit sie trennen. Dietrich Bonhoeffer war für Mazowiecki eine ungeheuer wesentliche Persönlichkeit und er unternahm große Anstrengungen für die Herausgabe beider Bücher, wobei er die Zensur überwand.

Unbedingt erinnernswert ist auch, dass Mazowiecki die deutsche Frage in einem größeren europäischen Kontext betrachtete.  Der Gedanke, der später mit der Gründung des „Weimarer Dreiecks“ Früchte tragen wird, ist in den Diskussionen um Więź herum bereits in den 1970er Jahren präsent. Gesprochen wird über den Bedarf, ein Zentrum des europäischen Kontinents zu schaffen, zu dem Frankreich, Deutschland und Polen gehören sollen. Für die Anhänger der Realpolitik konnte das damals wie ein Plan, der auf Zuwachs konzipiert ist, wirken, ähnlich wie die Versöhnung mit Deutschland in die fernere Zukunft verlegt werden sollte. Auch Tadeusz Mazowiecki konnte nicht die Zeit vorhersehen, in der sich dieses Gedanken realisieren würden, jedoch war er ein Politiker der Hoffnung. Er dachte mit der Kategorie der Hoffnung und war bestrebt, Politik mit menschen guten Willens zu gestalten. Dies erwies sich überraschend als außerordentlich wirksam.

Übersetzung aus dem Polnischen: Silke Plate

Mazowiecki, personalizm i orientacja prozachodnia (8)

O ile Niemcy były dla Mazowieckiego szalenie ważne, a nawet stały na pierwszym miejscu, gdy chodzi o spojrzenie na zagranicę, to Francja była niezwykle istotna,  gdy chodzi o inspiracje intelektualne. Mazowiecki,  jak całe środowisko „Więzi”,  odwoływał się do myśli Emmanuela Mounier.

Mounier był personalistą, co oznaczało położenie w jego filozofii społecznej i politycznej  ale także w rozumieniu katolicyzmu,  bardzo silnego akcentu na osobie ludzkiej. Mounier czerpał wiele inspiracji od Jacques Maritaina, dwudziestowiecznego odnowiciela tomizmu, autora znaczącego dzieła, jakim był „Humanizm integralny”. Personalista Mounier wykroczył jednak poza ramy tomizmu, myśląc bardzo samodzielnie i bardziej od Maritaina zaangażowany był sprawy polityczne. I kwestia osoby ludzkiej (stąd nazwa personalizm) również w tym społecznie zaangażowanym i politycznym myśleniu i działaniu odgrywać miała kluczową rolę. Dzisiaj zdaje się to o tyle oczywiste, że Karol Wojtyła jako papież Jan Paweł II, godność osoby ludzkiej uczynił jednym z zasadniczych wątków swego nauczania. W latach 60-tych i 70-tych sformułowana takie były jeszcze pewną nowością. Kościół zdawał się mówić przede wszystkim o Bogu (personalizm sugerował, że zapominając nieco o człowieku zanurzonym w teraźniejszości) a marksizm lekceważył sprawy jednostki podporządkując ją społeczeństwu. Mounier ze swym personalizmem rozwiązywać dylematu żywego wówczas sporu między chrześcijaństwem  a marksizmem.

Mounier przeczył też jakoby katolicy mogli się angażować politycznie i w życie publicznie jedynie poprzez formacje czysto i w całości katolickie, co było poglądem silnie jeszcze obecnym w latach trzydziestych i czterdziestych i podzielanym przez znaczącą cześć hierarchii kościelnej również i później. Takie stanowisko bliskie było natomiast Tadeuszowi Mazowieckiemu.

W latach siedemdziesiątych redaktorem „Esprit” był Jean-Marie Domenach a po nim Paul Thibaud. „Esprit” traktowane było też w Warszawie jako redakcja-partner. W każdym razie wizyty kolejnych redaktorów „Esprit” w Warszawie były jakimś ważnym momentem dla samej „Więzi”. Mogłem obserwować, co to znaczyło dla Tadeusza, bowiem znał on farncuski dość powierzchownie (znakomicie porozumiewał się natomiast po niemiecku) i często służyłem za tłumacza-amatora.

Personalizm, trzeba też dodać, wpisywał się znakomicie w atmosferę intelektualną lat sześćdziesiątych. Wszyscy dyskutowali wtedy o egzystecjalizmie, co było szeroko rozpowszechnioną intelektualną modą, a którego zwolennicy prowadzili walkę na dwa fronty z religią i z marksizmem. Mounier uchodził niekiedy za chrześcijańskiego czy katolickiego egzystencjalistę, Mógł być więc traktowany przez katolików jako ten,  który egzystencjalizm nawrócił na wiarę, zarazem dalej jako egzystenckalista i katolik był oponentem marksizmu. Były to też jeszcze czasy  kiedy Paryż zachowywał swoją pozycję niemal stolicy intelektualnej całej Europy. Personalizm czy mounieryzm  zachowywał więc tym bardziej swoją atrakcyjność. Z uwagi na moje studia na KUL, gdzie dzięki profesorowi Swieżawskiemu mogłem poznać bezpośrednio prace Jacques Maritaina byłem skłonny traktować Mouniera raczej jako publicystę niż filozofa całą gębą. Niewątpliwie jednak to właśnie Mounier a nie Maritain był szerzej znany i pociągał wielu atrakcyjnością swojej myśli.

Z czasem znaczenie personalizmu zaczęło blednąć. Właściwie w momenci, gdy dostałem się do redakcji „Więzi” dyskusja o personalizmie była już trochę passé i nie budziła takiego zaangażowania  jak pięć czy dziesieć lat przed tym.  Dla Tadeusza Mazowieckiego były to jednak nadal sprawy ważne. Kwestia „osoby ludzkiej” przeformułowana w pewien sposób stała się jednym z istotnych kluczy do rozumienia problemów praw człowieka, tematyki która od konferencji w Helsinkach  w 1975 była w centrum nie tylko intelektualnych ale i politycznych debat. Mazowiecki, dzięki swemu personalizmowi i także dzięki swoim studiom prawniczym (choć niedokończonym) był do tego znakomicie przygotowanym.

Należy zwrócić uwagę jak bardzo formacja intelektualna Tadeusza Mazowieckiego skierowana była zdecydowanie ku zachodowi  Europy. Był związany z Francją i Niemcami. Czytał i mówił po niemiecku. Jego prywatna biblioteka pełna była niemieckich książek, o które w owym czasie nie było łatwo i które przywoził pieczołowicie ze swoich wyjazdów. Myślę, że bliżej obserwował życie polityczne w Niemczech niż we Francji. Stosunki z Niemcami uważał za kluczowe dla Polski. Poprzez fascynację Mounierem i personalizmem i powiązanie z „Esprit” istotny akcent w zainteresowaniach redakcji położony był jednak również na Francję. Jasne było z wszystkich rozmów, że  kierunek zachodni jest priorytetem.

Problematyka rosyjska, uznawana w środowisku „Więzi” w oczywisty sposób za istotną. Były to sprawy, którymi należało się interesować,  nie budziły jednak wielkiej fascynacji.

W latach siedemdziesiątych trudno było przewidywać rozpad bloku wschodniego czy tym bardziej rozpad samego Związku Radzieckiego (sowieckiego). Żywe też były wyobrażenia i dla wielu była to realna perspektywa, że dominacja rosyjska jest czymś trwałym i nienaruszalnym z punktu widzenia żyjących pokoleń. Bieżąca polityka pozwalała myśleć jedynie o powiększaniu marginesu swobód. W dłuższej nawet jednak perspektywie wydawało się, że to co jest do uzyskania to jedynie dalsze poszerzanie tego marginesu. Oczywiście powszechnym i głębokim przekonaniem było, że Polska przynależy do Zachodu a rosyjska dominacja nie może trwać wiecznie. Niezależnie jak silne było to wyobrażenie, bywało ono zarazem często czymś nader ogólnikowym, przekonaniem przynależącym raczej do kultury niż polityki. Tak działo się w każdym razie w latach sześćdziesiątych i długo jeszcze w siedemdziesiątych. Działo się tak tym bardziej, że Zachód coraz bardziej traktował Polskę jako część Wschodu i nawet jeśli widziano odmienność Polski, to jednak podział świata wyznaczony zimną wojną uważano za coś bardzo trwałego.

Dopiero w prasie drugiego obiegu (ale to już była końcówka lat siedemdziesiątych) powiedziano głośno, że opozycja odrzuca jakąkolwiek formę dominacji rosyjskiej.  Głośny był spór o tak zwaną „finladyzację”, której perspektywę część opozycji zakwestionowała jako niedopuszczalny kompromis. Był to w istocie spór nie o strategię ale między idealistami a pragmatykami. Idealiści mówili, że domagać się należy pełnej niepodległości już teraz.  Ci zaś których tu umownie nazywam pragmatykami myśleli o kolejnych etapach jej odzyskiwania i jednym z nich miała być „finlandyzacja”. Takie stanowiska miał Jacek Kuroń, za co był atakowany przez ugrupowania nazywające siebie niepodległościowymi.

Nie jest mi wiadome by Tadeusz Mazowiecki w jakikolwiek bezpośredni sposób miał zbierać głos w tym sporze. Gdyby musiał go zabrać, bo zmuszałaby go do niego sytuacja, pewnie by zajął stanowisko, że jeśli możnaby uzyskać status ówczesnej Finlandii to należy to brać,  nie rezygnując z dalszych dążeń do pełnej niezależności Polski od Moskwy.

Problem jednak z orientacją prozachodnią był bardziej złożony. Chodziło o to, by nie tylko ją zadeklarować, ale w istniejących wówczas warunkach podtrzymywać. Istniała obawa, że Polska powoli wsiąka w blok sowiecki, że społeczeństwo przyzwyczaja się do zastanej sytuacji,  nie widząc innych perspektyw. Również orientacja niepodległościowa nie koniecznie i jednoznacznie we wszystkich swoich odmianach była w pełni prozachodnia. Można było być za uwolnieniem się od wpływów Moskwy,  zarazem uważać, że Zachód też nie jest najlepszy i nie jest polskim politycznym przeznaczeniem. Nakierowanie na Amerykę oznaczało zwykle prozachodnią orientację, czasem jednak przeciwstawiono mityczno-heroiczną Amerykę po trosze dekadenckiej i przeżartej złudzeniami co do komunizmu zachodniej Europie. Takie wyobrażenia prowadziły do marzeń o niepodległości, która byłaby swoistym polskim izolacjonizmem przy wsparciu mitycznej Ameryki.

Istniał też moim zdaniem w tamtym czasie typ inteligenta, który był prozachodni jedynie w bardzo wąskim zakresie. Czytał on tłumaczenia z zachodniej literatury, chętnie korzystał z możliwości wyjazdu na Zachód, ale w niczym nie chciałby narazić się na utratę możliwości uzyskania paszportu. Uważał panujące stosunki za trwałe i nie do zakwestionowania a kontakt z zachodem był przyjemnym dodatkiem, który pomagał mu znieść wszelkie niedostatki życia w nie najpiękniejszym a nienaruszalnym systemie władzy.

Dopiero na takim tle ówczesnych sporów  i postaw, których kontury była oczywiście szalenie rozmyte, choć towarzyszyły im niekiedy nie małe emocje, można uwypuklić znaczenie prozachodniej orientacji Tadeusza Mazowieckiego. Zachód nie był dla niego ogólnikiem i nie chodziło tylko o wyobrażenia kulturowe. Zachód to były konkretne społeczeństwa i państwa – przede wszystkim Niemcy i Francja. Mimo też istniejących barier i przeszkód kontakty z owym realnym a nie mitycznym Zachodem należało podtrzymywać budując wszelkie możliwe mosty i drążąc kanały komunikacji.

Związki Tadeusza Mazowieckiego z personalizmem i francuskim „Esprit”, wówczas istotnym ośrodku myśli politycznej, należy rozważać również w tym kontekście. Jego myślenie o Polsce związane była przede wszystkim z Zachodem, choć głównym problemem pozostawało jak uwolnić się od dominacji ze Wschodu. Mazowiecki nie myślał jednak o żadnej specjalnej drodze dla Polski między Wschodem a Zachodem, lecz Polsce jako jednoznacznie kraju nie tylko zachodniej kultury, politycznie a nie tylko kulturowo przynależnego do Zachodu.

800×600

Mazowiecki i walka „Więzi” z cenzurą. Wspomnienia (7)

Cenzura była wielką bolączką miesięcznika „Więź” i to na wiele sposobów. Po pierwsze wycinano niekiedy  około 1/3 objętości numeru. Ofiarą interwencji cenzorskich były  całe artykuły albo też poszczególne fragmenty lub nawet słowa. Bywało, że jakiś artykuł wracał tak pokiereszowany skreśleniami, że trudno już było rozpoznać jego pierwotną treść.

Z cenzurą negocjowano. Można było w dyskusji obronić pewne sformułowania dowodząć (często nieszczerze), że jakieś sformułowanie nie jest tak „antyustrojowe” jak przypisuje mu to cenzor. Czasem można było jedno sformułowanie zastąpić innym bliskoznacznym. Czasem, rzecz dziwna, sam cenzor podpowiadał coś bardzo podobnego  co do znaczenia, mając odgórny zapis zabraniający jakiś ścisle formalnie określonych sformułowań, więc to sformułowanie skreślał ale sam mówił, że można napisać to samo tylko że trochę inaczej. W pewien więc sposób pomagali nam. Czasem więc zastanawialiśmy się i  na tym, co właściwie owi pracownicy cenzury sobie myślą, na ile identyfikują się ze swoją pracą. Nie sposób określić tego inaczej jak istnej i dziś niewyobrażalnej paranoi.

Zmuszonym się było nie tylko do negocjacji z cenzorami.  Znacznie trudniejsze negocjacje  i w gruncie rzeczy znacznie bardziej przykre negocjacje oczekiwały nas z autorami tekstów. Jeśli spadał cały artykuł lub był tak pocięty przez cenzora, że tracił sens, sprawa była jasna i komunikowano to autorowi a obie strony równo klęły na cenzurę i na ustrój. Jeśli jednak, mimo cięć, coś z meritum zostawało, redakcji zależało na publikacji i  z autorami naradzano się. Jedni godzili się łatwo na ustępstwa wobec ul.Mysiej, inni nie chcieli okaleczonej publikacji. Wtedy chcąc nie chcąc redaktor wcielał się niemal w cenzora usiłując przekonywać „słuchaj, przecież mimo wszystko tak wiele zostało, nie bądź taki zasadniczy.” Itd.

Do cenzury chodziło często z jednym i tym samym tekstem kilka razy. Tekst ocenzurowany raz, po wynegocjowanych ustępstwach autora, szedł do cenzury po raz drugi. I czasem się udawało a czasem nie. Było to poza wszystkim niebywale uciążliwe i utrudniało druk pisma i jego regularne ukazywanie się. Tylko nieoceniony sekretarz redakcji Józef Smosarski, umiał zapanować nad chaosem wywołanym interwencjami cenzury.

Byliśmy świadomi, że oddziaływanie cenzury jest znacznie głębsze. Pisząc, z myślą, że artykuł musi przejść przez cenzurę, musiało powodować, że w jakiś sposób dostosowywano się do jej wymogów. Nikt chyba przecież nie pisał z  góry zakładając, że cenzura jego tekst odwali. Nie zawsze było wiadomo, gdzie cenzura uderzy, Z drugiej jednak strony pewne sprawy w zasadzie nawet całkowicie niecenzuralne można było opisać w taki sposób z pomocą jakiś metafor, że przechodziło to i było czytelne.

Do cenzury chodził w zasadzie sam Tadeusz i Wojciech Wieczorek. Z autorami natomiast negocjowali często ci członkowie zespołu, który dany tekst redagowali.Podobno interwencje cenzuralne w „Więzi” i „Tygodniku Powszechnym” to było niemal połowa wszystkich interwencji.

Nie mogliśmy z powodu cenzury pisać o wielu sprawach, o których pisać byśmy chcieli. Tym niemniej „Więź”, podobnie jak „Znak” i „Tygodnik Powszechny” odróżniała się w sposób zasadniczy od wszystkich czasopism oficjalnych. Decydował o tym ton i język. Język uwolniony był od wszystkich kalek językowych oficjalnej mowy publicznej. Był znacznie bardziej przybliżony do tego,  co mówiono prywatnie. Różne aluzje i metafory, choć nie zawsz dość czytelne, działały jednak en masse. Nie każdej aluzji mógł się czytelnik, nawet ten najbardziej przenikliwy,  domyśleć, ale skoro raz i drugi i trzeci aluzju poniał , to cały tekst, czy ogólnie wszystkie teksty w „Więzi” były odczytywane w tym świetle.

Interesujące jest to, że pewne treści mogły przejść fragmentami, w małych porcjach, nie mogły być  publikowane w całości, bowiem wtedy okazywały się zbyt wyraziste. Sam tego w szczególny sposób doświadczyłem.  Zrobiłem serię wywiadów z poetami tzw „nowej fali”, Stanisławem Barańczakiem, Adamem Zagajewskim, Zdzisławem Jasułą, Wiesławem Sułkowskim, Antkiem Pawlakiem i Marianem Terleckim. Była to poezja o dużym ładunku treści społecznych, krytyczna, odwołująca się do aktualnych wydarzeń i sytuacji. Chciałem wydać te wywiady później razem i zupełnie jasne było, że razem przejść one by nie mogły. Stoją więc na półce z starych zeszytach „Więzi”.

Zamiast tego spróbowałem opublikować artykuł „Poeci i inni”, który padł ofiarą cenzury i ostatecznie ukazał się w paryskiej „Kulturze” w roku 1975.  Sprawy tej z Mazowieckim bynajmniej nie uzgodniłem. Dałem go Wiktorowi Woroszylskiemu, który ocenzurowane szczotki tekstu najzwyczajniej przekazał Giedroyciomi podczas swojej wizyty w Paryżu.  Reakcja Warszawy była taka, że na Mysiej w cenzurze powiedziano Mazowieckiemu, że  jest zapis na moje nazwisko. Trochę się obawiałem, co na to wszystko powie Tadeusz. Nie usłyszałem od niego ani słowa wymówki. Przyjął tą sytuację tak jak przyjmuje się złą pogodę.

Praca w „Więzi” dawała ten ogromny luksus, że PRL nie docierał tu bezpośrednio. Gratulowano mi takiej publikacji, choć mogła ona oznaczać jakieś trudności dla całego zespołu.

Stosunki w perwersyjnym trójkącie redakcja—autor-cenzura istotny sposób zmieniło pojawienie „drugiego obiegu”. Dla wielu autorów powstawał wybór, czy z pokiereszowanym tekstem dalej gimnastykować się z cenzurą, czy też dać go do któregoś z podziemnych czy też drugoobiegowych periodyków.  W końcu lat siedemdziesiątych nie koniecznie już trzeba było posyłać tekst do paryskiej „Kultury” aby wziąć rewanż na cenzurze. Można było publikować w „Zapisie”, „Brulionie” czy wielu innych potajemnie drukowanych periodykach.

Tadeusz Mazowiecki, jako naczelny „Więzi” nie mógł podzwalać sobie w tamtym czasie ani na druk w „Kulturze” ani trochę później na druk w „drugim obiegu”. Mimo przeszkód, jakie stawiała cenzura  Tadeusz Mazowiecki pisał dużo. Starczy spojrzeć do bibliografii jego twórczości by się o tym przekonać. Wymagało by to szczegółowych archiwalnych poszukiwań,  jakie przygody przeżyły jego teksty sprzed 1989,  a jeszcze bardziej te z lat 70-tych w starciu z cenzurą.

Było by niedorzecznością twierdzenie, że styl pisarski Mazowieckiego ukształtowało owo ograniczenie. Omijanie zakazów cenzury wymagało jednak bardzo precyzyjnego wyrażania się, szukania metafor, aluzji, unikania dosłowności.  Pewien młodszy już człowiek, który nie dawno przeglądał „Więź” powiedział mi, że mimo upływu czasu wiele z nich nie zestarzała się, tkną one bowiem uniwersalizmem. Przyszło mi najpierw go do głowy myśl, że to może dzięki cenzurze. Ale to nie prawda. Ten uniwersalizm był wynikiem inteligencji tych, którzy cenzurę umieli omijać i przechytrzyć. Trzeba tylko w każdych warunkach być zdeterminowanym, by wyrażać to, co się myśli.

Mazowiecki. Polski chrześcijanin patrzy na Niemcy. Wspomnienia (6)

Od końca lat pięćdziesiątych, a więc od momentu, w którym wypada uznać, że Tadeusz Mazowiecki ukształtował zasadniczy zrąb swojej postawy  politycznej, staje się on rzecznikiem polsko-niemieckiego pojednania i to nie tylko poprawy stosunków polsko-niemieckich, ale dokonania w nich zasadniczego przełomu. Ma to jak się wydaje dwie przesłanki.

Jedna była przede wszystkim polityczna. Pojednanie polsko-niemieckie było dla przyszłego premiera  niezbędnym warunkiem odzyskania przez Polskę samodzielności  i zmiany nieszczęsnej sytuacji geopolitycznej. Polska przesunięta ku Zachodowi, z jedną trzecią terytorium na byłych ziemiach niemieckich, zdawała się być zakładnikiem Moskwy. Realnie istniejące,  ale też nieustannie propagandowo uwypuklane przez władze PRL tendencje rewizjonistyczne w Republice Federalnej Niemiec,  miały skłaniać do pozostawania pod skrzydłami Wielkiego Brata. Był to bodajże najpoważniejszy argument legitymizacji władzy komunistów w Polsce. Każdy więc krok zbliżenia z Niemcami osłabiał ową legitymizację i w ten sposób zbliżał do Zachodu.

Jasne było, że droga do lepszych stosunków z Niemcami będzie trudna. Ówczesny redaktor „Więzi” szukał w Niemczech partnerów do dialogu na długi dystans. Znalazł ich w zachodnioniemieckim PAX Christi  i Bernsbergerkreis na Zachodzie oraz w Guenterze Saerchenie i Akcji Pokuty w Niemczech wschodnich. W latach 60-tych i 70-tych wydawały się to być środowiska marginalne i bez politycznego znaczenia. Dopiero po zawarciu układu z grudnia 1970 można było mówić o ludziach z PAX Christi jako o pionierach pojednania. W przypadku Guentera Särchen oczywistym było, że jako opozycjonista w Niemczech wschodnich będzie on pozostawał  na marginesie wielkiej polityki. Mazowiecki chciał jednak zawsze uprawiać politykę z ludźmi dobrej woli i uprawiać politykę w oparciu o nadzieję a nie tylko uwarunkowania realpolitik.

Czas na bezpośredni udział w wielkiej polityce międzynarodowej nadszedł dla byłego już redaktora „Więzi” a także „Tygodnika Solidarność” w roku 1989.  Moment był o historycznym znaczeniu również z tego powodu, że rozstrzygały się wtedy losy Niemiec. Był zwolennikiem ich zjednoczenia,  zarazem stawiał temu wyraziste warunki, jakim było bezwarunkowe uznanie integralności terytorialnej Rzeczpospolitej. Nie wydaje się by kanclerz Kohl miał w sprawie granicy wątpliwości, chciał jednak załatwić tą sprawę w sposób wygodny dla siebie, warunkowany sytuacją wewnętrzną. Mazowiecki okazał się twardym i nie dopuszczającym dwuznacznych sytuacji negocjatorem. W ten sposób stwarzał też przesłankę dla dalszych dobrosąsiedzkich stosunków. Gest pojednania z Krzyżowej okazał się dzięki temu pełen znaczenia, mimo że obaj politycy Kohl i Mazowiecki nigdy nie czuli do siebie sympatii i zachowywali wzajemną nieufność.

Determinantą postawy Tadeusza Mazowieckiego wobec Niemiec była nie tylko polityka.  Jako chrześcijanin nie chciał akceptować nienawiści jako wzajemnego stosunku do siebie ludzi i społeczeństw. A niechęć i często nienawiść były po wojnie jakże powszechnymi uczuciami w postawie Polaków i Niemców. Jednym tego z uwarunkowań było widzenie po drugiej stronie jedynie zbiorowości, widzianej w świetle stereotypów, a nie poszczególnych ludzi i ich twarzy. Chcąc uchwycić sposób myślenia Tadeusza Mazowieckiego o problemie niemieckim trzeba niezbędnie przypomnieć wydaną przez „Więź” wybór pism niemieckiego teologa  Dietricha Boenhoffera straconego przez nazistów oraz książkę szalenie bliskiej Mazowieckiemu intelektualnie, świetnej choć zapomnianej dzisiaj po trosze publicystki, Anny Morawskiej „Chrześcijanin w Trzeciej Rzeszy”.  Obie książki, których był wydawcą, dawały też świadectwo najgłębszym warstwom jego postawy ideowej. Chodziło nie tylko o postać dobrego Niemca, jako kontrprzykładu do negatywnego stereotypu.  Ukazanie postaci Boenhofera było  przekroczeniem sztywnej granicę podziału na Polaków i Niemców. Niemiecki teolog stawał się partnerem w tej samej uniwersalnej sprawie oporu jednostki wobec dyktatury. Polaków i Niemców miał łączyć ten moralny imperatyw – chrześcijanin w Trzeciej Rzeszy miał swojego odpowiednika w chrześcijanina w komunizmie – a nie tylko dzielić zła i mroczna przeszłość. Dietrich Boenhoffer był dla Mazowieckiego postacią szalenie istotną i włożył on wielki wysiłek w wydanie obu książek, przezwyciężając opór cenzury.

Niezbędne trzeba też pamiętać, że problematykę niemiecką postrzegał Mazowiecki w szerszym europejskim kontekście. Myśl, która owocuję później, utworzeniem „trójkąta weimarskiego” obecna jest w dyskusjach środowiska „Więzi” już w latach 70-tych. Mówi się o potrzebie stworzenie centrum europejskiego kontynentu, w którym ma być Francja, Niemcy i Polska. Przez zwolenników realpolitik mogło  to wówczas być traktowane jako pomysły na wyrost, podobnie jak pełne pojednanie z Niemcami miało być odkładane na dalszą przyszłość. Tadeusz Mazowiecki też nie mógł przewidywać czasu spełnienia się takich myśli, był jednak politykiem nadziei, myślał podług nadziei i dążył do kształtowania polityki z ludźmi dobrej woli. Okazało się to niespodziewanie nadzwyczaj skuteczne.

Mazowiecki i barwny Klub Inteligencji Katolickiej (5)

W okresie polskiego października 56 Tadeusz Mazowiecki zaczął współdziałać ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego” i w ten sposób stał się współtwórcą formacji, którą nazwano z czasem ruchem „Znak”. Jego główne postacie takie jak  Jerzy Turowicz, Stanisław Stomma czy Stefan Kisielewski, byli  o co najmniej pół pokolenia starsi od Tadeusza. Był nie tylko młodszy, ale miał też i inną biografię. Działalność w PAX-ie musiała działać w jakimś stopniu na jego niekorzyść, tym niemiej Mazowiecki umiał zyskać sobie zaufanie kolegów z Krakowa i zorganizować własne niewielkie środowisko, tworząc miesięcznik „Więź”, a następnie stać się ideowym liderem warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, formacji która miała odegrać nie małą rolę w najnowszej historii Polski.

Na ruch „Znak” składał się nie tylko „Tygodnik Powszechny”, miesięcznik „Znak” i „Więź”, małe, choć o burzliwej historii koło poselskie „Znak”, ale także początkowo liczne kluby inteligencji katolickiej. Na fali poluzowania politycznego w roku 1956  powstało ponad trzydzieści klubów, choć w niektórych wypadkach były to inicjatywy efemeryczne a i wkrótce wiele z nich władze zlikwidowały. W tak pojętym szeroko ruchu „Znak” były też nader różne żywioły i temperamenty polityczne.

 Najbardziej widoczne było to w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej. Spośród tych KIK-ów, które się ostały w Krakowie, Wrocławiu, Toruniu i Poznaniu kllub warszawski był zdecydowanie największy. Liczył ponad trzy tysiące członków. Było to więc nie wcale nie małe środowisko i do tego bardzo sprawnie wewnętrznie zorganizowane.

Polityczny profil KiK trudny był do precyzyjnego określenia. Były w nim osoby i kręgi osób, które swoją działalność polityczną zaczynały jeszcze przed wojną lub czynne były zaraz po wojnie, a ich działalność przerwała stalinizacja.  Byli to chrześcijańscy demokracji i działacze dawnej partii pracy Popiela, narodowi demokraci różnych zabarwień a także byli działacze najrozmaitszych drobniejszych ugrupowań i środowisk politycznych. Wiele z nich wyobrażało sobie, że „październik 56”  stwarza okazję do  powrotu do życia politycznego i odtwarzania znanych im form życia politycznego II Rzeczypospolitej. W gruncie powrót taki okazywał  się niemożliwy.

I bardzo wielu tych działaczy znalazło się w Klubie Inteligencji Katolickiej, bowiem katolicyzm i Kościół wydawał się jedynym a zarazem szalenie istotnym wspólnym mianownikiem. W klubie było też wielu członków rodzin polskiej inteligencji, czasem ziemiaństwa a nawet arystokracji bez wyraźnego profilu politycznego ale z  bardzo silnym zaangażowaniem obywatelskim. Była to więc znacząca część przedwojennej elity inteligenckiej i jej potomków, która ocalała z wojennej hekatomby. Władze wyraźnie nie doceniały potencjału tego środowiska i najpewniej wydawało się im, że zamknęli całą tą wyraźnie nie mającej sympatii do komunistycznego ustroju inteligencką menażerię w jakimś getcie. Jak się okazało getto to zyskało fantastyczną zdolność promieniowania na zewnątrz i stało się wyrazicielem szerokich narodowych dążeń. I ono też stało się politycznym zapleczem Tadeusza Mazowieckiego. Swoją na koniec niekwestionowaną pozycję zdobywał jednak bardzo powoli.

Jedną z istotnych dziedzin działalności Klubu były najrozmaitsze dyskusje i sesje dyskusyjne. Istotne miejsce miała w nich problematyka historyczna, będąca też często przykrywką dla dyskusji politycznych. Dyskusje te były niezwykle ciekawe, choć czasami, kogoś z mojego pokolenia mogły zaskakiwać. Starsi wówczas dla mnie panowie (rzadziej były to panie) spierali się z taką zawziętością o politykę w II RP, jakby miały to być spory o sprawy jak najbardziej aktualne. Pielęgnowanie przedwojennych tradycji politycznych rozumienia byłe w tych zgromadzeniach jako konieczny czynnik odzyskiwania niepodległości i pamięć historyczna miała być niczym twierdza broniąca przed atakami bolszewizmu. Zarazem byli to ludzie rozsądni i świadomi, że poza pewne ramy dyskusja w KIK nie może wykroczyć, bowiem byłoby to zagrożeniem jego egzystencji. Dla mnie spory te, choć niezwykle ciekawe i będące wspaniałą lekcją historii, były te nieco antykwaryczne. Mazowiecki, jako realista, który wyraźnie zakładał, że polityka w Polsce nie wróci już na stare koleiny i trzeba szukać dla niej nowych dróg, traktowany był też często przez owych wielbicieli tradycji jako konformista o nie dość jasnych politycznych poglądach. Zdarzało się też , że wypominano mu w takich czy innych sposób (czasem tylko gadaniem po kątach jego Pax-owską przeszłość). Jego obecność w sejmie wraz ze Stanisławem Stommą w ramach pięcioosobowego koła poselskiego Znak też budziła kontrowersje.

Mazowiecki  uznawał jednak w tamtym czasie wyraźnie, że pospieszne działania polityczne polegające na budowie czy też odtwarzaniu tradycyjnych struktur politycznych skazane będą na nieskuteczność. Należy pamiętać, że choć XX zjazd KPZZR z „tajnym przemówieniem Chruszczowa” przyczyniał się do kompromitacji ruchu komunistycznego,  to jednak nie widać było jeszcze jego wyraźnego kryzysu. To właśnie sowieci pierwsi wystrzeliwują w tamtym czasie pierwszego sztucznego satelitę, „sputnika”, a następnie pierwszego kosmonautę, co czyni wrażenie w całym świecie. Na Zachodzie wpływy komunizmu i marksizmu pozostawały wciąż bardzo znaczące.

Tematem niemal numer jeden wielkich debat publicznych, nie tylko w Polsce,  była konkurencja marksizmu i chrześcijaństwa. W tej właśnie atmosferze tezą Mazowieckiego i środowiska, jakie on kształtuje,  jest stwierdzenie, że o przyszłości zadecyduje jakoś polskiej religijności. Trzeba najpierw wygrać długotrwałą ideową batalię z marksizmem. Polski katolicyzm może okazać się zwycięski w walce z ateizacją, którą propagują na wszelkie sposoby komuniści, jeśli będzie wysokiej próby intelektualnej. Przeglądając pierwsze numery „Więzi”, choć miesięcznik odróżnia się swym tonem całkowicie od oficjalnych wydawnictw, aż po połowę lat 60-tych nie można się tam dopatrzeć prób krytyki  panującego ustroju. Dlatego Mazowiecki uchodzi wśród wielu nawet za kogoś o opcji lewicowej. Nie wydaje się jednak, że takie określenie go było trafione. Redaktor „Więzi” był przede wszystkim dalekowzrocznym politycznym pragmatykiem. Szukał takiej  stanowiska, które umożliwiałoby   polityczne działania.

„Wieź” nie idzie na żadną otwartą konfrontację. We wczesnych latach sześćdziesiątych jest tam ustanowiona wyraziście jedna tylko i zasadnicza linii frontu, jaką wyznacza konfrontacja katolicyzmu z marksizmem. Tadeusz Mazowiecki zdaje się w tamtym czasie przyjmować w dużej mierze poglądy „Tygodnika Powszechnego”. Wedle nich walka winna być  zaplanowana  na długi dystans. O konfrontacji z komunizmem zdecyduje nie frontalne starcie  polityczne,   ale kultura i zaplecze ideowe obu stron. Wielkim wydarzeniem, które utwierdzało Mazowieckiego w jego postawie był Sobór Watykański rozpoczęty w 1962 roku.  Mazowiecki upatrywał w tym wielkiej szansy. Sobór miał czynić Kościół bardziej nowoczesnym, a przez to też silniejszym w konfrontacji z komunizmem. Prowadzona przez Mazowieckiego „Więź” piórami tak świetnych katolickich intelektualistów jak Stanisława Grabska i Anna Morawska poświęca się w ogromnej mierze komentowaniu obrad Soboru.

Trzeba zdać sobie sprawę z sytuacji końca lat pięćdziesiątych i początku sześćdziesiątych. Gomułka powoli ograniczał swobody, zdobyte przez społeczeństwo w epoce „polskiego października 56”, zmuszony był jednak do szukania kompromisów ze społeczeństwem. Nie było miejsca na partie polityczne, ale pozwalało to zaistnieć w przestrzeni publicznej  środowiskom katolickie, co władze gotowe były a nawet w pewien sposób zmuszone były tolerować. Oznaczało to możliwość podtrzymanie istnienia jeszcze niezlikwidowanych KiK-ów oraz działania   czasopism, w szczególności „Więzi”.

Pozycja Tadeusza Mazowieckiego w KIK rosła, ponieważ przekonywano się, że jego pragmatyczna postawa jest najzwyczajniej skuteczna.  Ci, którzy wyobrażali sobie, że KIK może być odskocznią czy też początkiem szybkich i wielkich politycznych inicjatyw przekonywali się, że ich myślenia nie prowadzi do żadnych konkretnych rezultatów. Wszelkie inicjatywy partyjne rodzące się okresie października w istocie zamarły, bowiem nie było warunków do ich rozwoju.  Kto żywił takie złudzenia musiał zamknąć się w jakimś wąskim prywatnym kręgu. Być może wielu żywiło złudzenia, że uczestniczą w ten sposób  w jakiejś niby-konspiracji. W istocie z polityki w jakimkolwiek sensie byli wykluczeni. Na jakąkolwiek poważną konspirację w społeczeństwie tak niebywale ciężko doświadczonym wojną i stalinizmem też nie było miejsca.

Mazowiecki zaś zdobywał sobie zaufanie członków KIK, również tych wcześniej sceptycznych wobec niego osób, bowiem  okazywało się, że umie być obecny w sferze publicznej, nie tracąc własnej samodzielnej pozycji. Nie mógł sobie pozwolić na wypowiadanie wszystkiego (na co mogli sobie pozwolić ci, którzy wyżywali się w sferze prywatnej) , ale też nie mówił niczego co by było nieautentyczne, co by pozbawiało własnego suwerennego stanowiska. Choć jego poglądy były zbliżone do „Tygodnika Powszechnego” Mazowiecki różnił się od przyjaciół z Krakowa tym, że był bardziej od nich zwierzęciem politycznym. Oni tkwić chcieli na pozycjach broniących polskiej kultury, tożsamości i polskiego katolicyzmu.  Mazowiecki  okazywał się z czasem coraz bardziej ofensywny,  wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, by posunąć się o krok naprzód, by poszerzać zakres swobody w sferze publicznej. I to właśnie w Klubie coraz bardziej zauważano  i czyniło go przywódcą tego, jakże ważnego dla Polski środowiska.

Mazowieckiego rozrachunek z PAX-em i granice polityki (4)

Mazowiecki należał do pokolenia, które wkraczało w życie polityczne zaraz po wojnie. Jako rocznik 1927 miał w roku 1945 lat dokładnie osiemnaście. Doświadczał porażkę wszystkich wojennych nadziei a następnie widział  nieskuteczność polityki Mikołajczyka. Opisywał to jako doświadczenie generacyjne. Jako bardzo młody człowiek szukał drogi politycznej dla siebie i dla Polski. Jako niedokończony jeszcze prawnik zaczyna działać w organizacji PAX, która dla młodej i nie wiele jeszcze wiedzącej osoby stwarzała złudzenie względnej niezależności w gęstniejącej atmosferze narastającego stalinizmu. Dla osób dzisiaj młodszych trzeba dodać, że PAX był organizacją powołaną poprzez przedwojennych działacz skrajnej prawicy, którzy po wojnie zdecydowali się na kolaborację z komunistami. Organizacja ta, deklarująca się jako katolicka, służyła komunistom do rozbijania Kościoła. Tadeusz Mazowiecki uzna z czasem, że jego zaangażowanie w PAX było wielkim błędem. Ja dopowiem, że było wielkim błędem, który go bardzo wiele nauczył i z którego wyciągnął daleko idące wnioski.
W 1955 Mazowiecki występuje z PAX-u rozczarowany i rozżalony, uświadamiając już sobie w pełni fałszywe oblicze ideowe Bolesława Piaseckiego. Krok ten wymagał pewnej determinacji, bowiem mimo pierwszych objawów odwilży zadarcie z PAX-em mogło grozić poważnymi konsekwencjami.
Bez stałej przystani znalazł się  w podobnej sytuacji jak  starssi od niego o pół pokolenia redaktorzy  „Tygodnika Powszechnego”, który zlikwidowany został za odmowę wydrukowania czołobitnego nekrologu Stalina. Owa sytuacji lat 1955-56 zbliżyła Mazowieckiego do ludzi takich jak Jerzy Turowicz. Był to początek drogi, z której już nie zboczył.
Jak bardzo owa przeszłość bolała Tadeusza, przekonałem się dość szybko będąc pracownikiem „Więzi”   z bardzo jeszcze krótkim stażem. Stosunki w redakcji musiały opierać się zaufaniu, wobec groźby nie tylko penetracji przez SB, ale jeszcze większego zagrożenia jakiś nieodpowiedzialnych. Mazowiecki przyjmował mnie nie tylko na etat ale członka zespołu. Towarzyszyły temu niekończące się rozmowy z kolegami z „Więzi” i samym Mazowieckim, które w jakiejś mierze miały sprawdzić nowicjusza. Bohdan Skaradziński, Zdzisława Szpakowski i Jerzy Bakinowski stosowali wypróbowaną metodę, jaką było wspólne picie wódki – wiadomo jest się po niej bardziej szczerym. Byłem wtedy ścisłym wegetarianinem, co nie bardzo łączyło się z wódką oraz fryzurę afro, jaką nosiłem i co nie bardzo pasowało do wyglądu nieco starszych panów, z których jeden był partyzantem NSZ na Podlasiu do roku 1947. Jakoś mnie jednak zaakceptowali, ponieważ moja chęć walki z komunizmem po wódce jedynie się zwiększała.
Metody redaktora naczelnego (wtedy jeszcze nie zaproponował mi zaszczytnego przejścia na ty) były znacznie bardziej wyrafinowane. Zapraszał do siebie do domu. Zwykle na dość późne godziny na dziesiątą lub nawet jedenastą wieczorem. Gość umieszczany  był na kanapie w niewielkim gabinecie (mieszkanie było na wysokim piętrze na Marszałkowskiej) a Mazowiecki siedział naprzeciwko. W zasadzie nic nie mówił i patrzył się na ofiarę. Moim zdaniem mało jest osób, które w takiej sytuacji same nie zaczną mówić. Aby podtrzymać tą dość jednostronną rozmowę, w której tylko z rzadka padały ze strony Mazowieckiego jakieś pytania a nawet pojedyncze słowa i aby delikwent nie zasnął, dolewano mu po kropelce jakiejś wysoko gatunkowej whisky (z kolegami partyzantami piło się czyściochę). Rozmowa trwała długo, do drugiej, trzeciej w nocy i tak obrabiany delikwent wyśpiewywał wszystko co potrzeba. Mazowiecki o niczym nie starał się drugiego przekonywać i w niczym nie dążył do naginania jego poglądów. Chciał znać poglądy drugiej strony i w ten sposób zdecydować, czy z tą osobą jest mu po drodze.
Miałem oczywiście również własne pytania do niego, ale nie śmiałem ich mu zadawać. Ku nie małego memu zdziwieniu przy którymś z kolei spotkaniu Mazowiecki zaczął sam mówić i dotyczyło to w dużym mierze jego przeszłości w PAX-ie. Fakty są powszechnie znane, to że był zaangażowany w PAX bardzo głęboko i że napisał nieszczęsny artykuł towarzyszące stalinowskiemu procesowi jednego z biskupów. Mazowiecki i rzeczowo chłodno to relacjonował nie usiłując siebie usprawiedliwiać. Mówił tylko, że wtedy zdawało mu się, że wciąż uprawiał politykę, brnąc w coraz dalej idące kompromisy, wreszcie kompromisy już niedopuszczalne. Wniosek był z tego jeden. Uprawianie polityki kończy się w tym momencie, w którym zawierane kompromisy naruszają zasady moralne. Zasada ta wydaje się szczególnie ważne wtedy, gdy uprawienie polityki, tak jak Mazowiecki ją rozumiał, polega na zawieraniu ciągłych kompromisów. Nie można jednak zawierając je zagubić celu i zagubić podstawowych princypiów. Taka jak się wydaje była Mazowieckiego lekcja, jaką sam odebrał w bolesnym doświadczeniu.
Nie wyczerpywało to jednak całego sensu nocnych rozmów na wysokim piętrze nad Marszałkowską pogrążoną w nocy. Chciał się przekonać, czy może mieć do mnie zaufanie przyjmując mnie do zespołu. Dopiero później przekonałem się, że nie była to tylko kwestia zminimalizowania ryzyka, że przyjmuje się kogoś zdolnego nielojalnych zachowań, ale również podjęcia zobowiązania, jakie i on względem mnie (jak i innych swoich współpracowników ) podejmował. Ale było jeszcze w tym coś więcej. Choć byłem od niego bez porównania młodszy i w hierarchii redakcyjnej wyłącznie podwładny, chciał też abym miał też zaufanie dla niego. To było też celem jego opowieści o PAX-ie. Właściwie wtedy opowiedział mi ze swojej biografii przede wszystkim tą dla niego tak bolesną historię, po której jako człowiek wrażliwy, odczuwać musiał wstyd i wyrzuty sumienia. Oczywiście i z obcych ust słyszałem coś o tych sprawach, często w niechętnym a nawet wysoce niechętnym wobec Tadeusza tonie, to więc że mogłem o tym wszystkim usłyszeć od niego i z jego komentarzem było szalenie istotne i budziło zaufanie do niego, które mogłoby być nadszarpnięte być może, gdybym wysłuchiwał o tym tylko z cudzych ust. Partnerów (choć w moim wypadku właściwszym było powiedzieć pomocników) do polityki szukał Tadeusz, do których miał zaufanie ale także takich, które mieli mieć zaufanie do niego. Tadeusz uchodził za wielkiego indywidualistę, wiele cech jego charakteru powodowało, że brano go trochę za samotnika. W istocie bardzo zważał na ludzi wokół siebie. Nie otaczał się entuzjastami swojej osoby, lecz szukał ludzi wzajemnego zaufania.
Nie chciałbym aby ktokolwiek zrozumiał, że w tym wspomnieniu w jakikolwiek sposób ważna jest moja osoba. Jedynie bez opowieści o moim doświadczeniu z nocnych rozmów na Marszałkowskiej nie potrafiłbym objaśnić, jak rozumiem kwestie zaufania i kompromisu w myśleniu politycznym Tadeusza Mazowieckiego. Sądzę, że w kontaktach z osobami bez porównania ważniejszymi ode mnie postępował w sposób bardzo podobny, jak i ja to doświadczyłem.
I jeszcze jeden istotny epizod. Dzieje się to już długo po 89 roku. Tadeusz Mazowiecki, już jako były premier, przebywa krótko w Paryżu. Bierze udział w dyskusji panelowej w Instytucie Polskim. Biorę też w niej udział i jednym z wątków mojej wypowiedzi są złamane przez PRL życiorysy. Tadeusz, jakby nawiązując do tego, nadmienia krytycznie swoją „przygodę” z PAX-em. Poczułem się nie zręcznie, nie miałem bowiem w dyskusji tej wcale właśnie jego na myśli. Zacząłem się przepraszająco wycofywać. I słyszę od niego – ale przecież i mnie coś takiego się przydarzyło. Po zakończeniu dyskusji usiłowałem go przepraszać jeszcze raz. W żadnym wypadku nie masz za co przepraszać, powiedział, tak było i nie ma co tego ukrywać.
Nie wiem do końca, co Tadeusz myślał o lustracji, z pewnością jednak był zdania, że ci, którzy są osobami publicznymi i dopuścili się czynów niegodnych winni mieć odwagę, by sami się do tego przyznać. Takie wymaganie stawiał sobie samemu, nigdy nie słyszałem by odnosił ten wymóg do innych i wypominał komuś jego przeszłość. Sądzę jednak, że zaufanie miał do tych, którzy o wszystkich epizodach swych życiorysów, również tych nie koniecznie chwalebnych, potrafili mówić otwarcie.

Mazowiecki i „lewica laicka” (3)

Pod koniec lat siedemdziesiątych ruch opozycyjny rozrósł się na tyle, że pojawienie się pewnych rozbieżności a nawet sporów i konkurencji stawało się nieuniknione. Trudno o jednoznaczne wyznaczenie powstających podziałów, nie były to przecież partie polityczne o sformalizowanym członkostwie i nie rzadko ta sama osoba działała w kilku środowiskach na raz, które nie koniecznie miały ustalaną zgodność politycznych poglądów. Niewątpliwie w tym bogatym pejzażu, świadczącym o żywotności społeczeństwa obywatelskiego, mimo wszystkich strat zadanych mu przez komunistów, szczególną i ważną rolę zajmowała lewica laicka.
Pojęcie to urobił Adam Michnik w swojej głośnej książce „Lewica, Kościół, Dialog”.
Książka ta konstytuowała ważne pozycje ideowe i była próbą odrodzenia polskiej lewicy. Autor twierdził ze swadą i wielką erudycją, że polska lewica znalazła się po wojnie między młotem a kowadłem – komunistami sowieckiego rodu i nacjonalistami rodzimego rodu. Komuniści byli szczególnie groźni, bowiem podszywali się w pewien sposób pod lewicę, kradnąc jakby jej tożsamość. Teraz lewica winna się odrodzić, aby odrodziło się polskie życie polityczne.
Obok lewicy, jakiej wyznawcą był Adam Michnik, istnieć miała jeszcze inna lewica – katolicka, którą w oczach autora „Lewicy, Kościół, Dialog” była właśnie „Więź”. Młody myśliciel polityczny widział w owej lewicy katolickiej ważnego partnera, a cała książka była też wyciągnięciem ręki w kierunku Kościoła i próbą przełamywania stereotypu, iż między Kościołem a lewicą istnieje jakiś nieprzekraczalny antagonizm. Dodać trzeba, że Adam Michnik pisał spore fragmenty swojej książkę skryty u Sióstr Franciszkanek w Laskach. Odwiedzając ośrodek miałem go tam okazję widywać i rozmawiać z nim.
Konstrukcja książki była czytelna i jasna, nie było jednak jasne czy Tadeusz Mazowiecki uważa się istotnie sam za człowieka lewicy. Nie uważał się też za chrześcijańskiego demokratę, ani za narodowego demokratę (jakim był Wiesław Chrzanowski), ani za konserwatystę (jakim chcieli zostać Marcin Król i Wojciech Karpiński). Redaktora „Więzi” bardzo trudno było politycznie zaszufladkować. Mazowiecki postępował raczej zgodnie z receptą zawartą we wcześniejszej książce Bohdana Cywińskiego „Rodowody niepokornych”, wydanej w bibliotece „Więzi” – receptą która brzmiała – nieważne do jakiej partii należysz bylebyś postępował przyzwoicie. Ulubione powiedzenie Adama Michnika brzmiało co prawda podobnie – jak nie wiesz jak postąpić, to postąp przyzwoicie – wyraźnie jednak skłaniał się on przekonania, że dużo łatwiej postępować jest przyzwoicie na lewicy niż gdzie indziej. Dla Mazowieckiego skala była szersza. Uważając książkę Adama za ważną nie chciał wyraźnie być szufladkowany z pomocą kategorii w niej zawartych.
W owym zdawało się czysto intelektualnym sporze kryły się zaczątki walki o przywództwo w rosnącym wciąż ruchu opozycyjnym.
Stosunki otwartej opozycji antysystemowej, której ważny nurtem była lewica laicka i opozycji „szarej strefy”, do której należała „Więź” musiały być też skomplikowane również z innych względów. Bycie „pozalegalnym” związane było z wieloma zagrożeniami, ale pozwalało wypowiadać się z większą swobodą. W „szarej strefie”, która stanowiła istotny pomost między otwartą opozycją a potęgą Kościoła, trzeba było poruszać i wypowiadać się znacznie ostrożniej. Mazowiecki z „Więzią” zajmował wygodniejszą pozycję, posiadając legalnie wydawane pismo i redakcję, ale bardziej świadom był zawieranych kompromisów i obawiał się nadmiernego radykalizmu, choć sam w przeciągu lat siedemdziesiątych krok po kroku sam się radykalizował.
Do wyraźnego konfliktu obu formacji doszło na zakończenie strajku w stoczni gdańskiej w roku 1980 przy podpisywaniu końcowych porozumień (chodziło o historyczne dwadzieścia dwa punkty). Mazowiecki jako doradca strajku był zwolennikiem ich podpisania. Problem polegał na tym, że w tym czasie Jacek Kuroń i Adam Michnik siedzieli jeszcze w więzieniu. Obecne więc było stanowisko, że porozumienia należy podpisać dopiero, gdy zostaną uwolnieni. Ponieważ stało się inaczej, to głównie Mazowieckiemu (ale także Waldemarowi Kuczyńskiemu) zaczęto stawiać zarzuty niemal od zdradę. Mazowiecki miał dojść przejrzyste stanowisko w tej sprawie. Sam fakt podpisania porozumień – dowodził – stwarzał sytuację, w której Kuroń i Michnik musieli wyjść na wolność, przeciąganie zaś pertraktacji mogło doprowadzić do ich załamania i generalnej katastrofy, w skutek czego nie tylko nikt by na wolność nie wyszedł ale jeszcze wielu poszło by siedzieć.
Zastanawiając się nad istotą tej kontrowersji, trudno dopatrzeć się w niej w gruncie rzeczy jakiegoś głębszego sporu ideowego, mimo silnych emocji, jakie mu towarzyszyły. Rzecz dotyczyła raczej taktyki ale i mentalności politycznej. Mazowiecki reprezentował pragmatyzm i etykę odpowiedzialności, liczył się dla niego efekt działań. Jego oponenci myśleli w kategoriach etyki zasad. Z jednej strony było oskarżenie o zdradę, z drugiej o nadmiar radykalizmu i niedostatek politycznego rozsądku. Kuroń i Michnik wyszli na wolność, czy więc tylko Mazowiecki miał rację? Niezależnie od tego, jak przez co najmniej kilka tygodni spierano się niesłychanie zażarcie i to w kontekście bardzo konkretnej sytuacji, był to w istocie spór, jaki towarzyszy niemal zawsze poważniejszym wyborom politycznym. Polskie życie polityczne nie jest wolne od takich uniwersalnych dylematów. Wybór zaś jakiego dokonał Mazowiecki pokazuje , że sam głęboko motywowany moralnie, był przekonany że polityk winien kierować się etyką odpowiedzialności za skutki własnych działań bardziej niż etyką samych zasad, jeśli może ona przynieść złe skutki dla ogółu.
Rywalizacja lewicy laickiej i formacji Tadeusza Mazowieckiego znalazła swój finał w roku 1989. Adam Michnik pisząc latem tegoż roku swój jakże ważny polityczny tekst „Wasz prezydent, nasz premier” miał na myśli jako przyszłego premiera Bronisława Geremka. Tak się jednak nie stało. Premierem został on jednak Mazowiecki. Z redakcji „Gazety Wyborczej” poproszono mnie o tekst o Mazowieckim. Miał być krótki i ciepły. Dałem mu więc nieco przesłodzony tytuł „Pan Tadeusz”. W parę dni później spotkałem Adama, która rzucił mi zjadliwie, ale wazeliniarski tekst napisałeś.
Pluralizm polityczny nie obywa się więc bez emocji i drobnych zawiści, choć nie wątpię że Adam Michnik podziwiał i cenił Tadeusza, a Mazowiecki wysoko cenił Adama. Dawali jednak świadectwo różnym temperamentom politycznym, a Tadeusz Mazowiecki nie dawał się świadomie zaszeregować do żadnej politycznej szuflady, mimo miał mieć miejsce w szufladzie lewica katolicka tuż obok szuflady lewica laicka.

Mazowiecki z wizytą w Gnieźnie u kardynała Wyszyńskiego. Wspomnienie (1)

Gdy wszedłem do środowiska „Więzi” zatrudniony przez Mazowieckiego w roku 1974 znaczna część sporów dotyczących Soboru Watykańskiego z kardynałem Stefanem Wyszyńskim już wygasła. W roku 1976 Tadeusz Mazowiecki został zaproszony do Gniezna na dwudniowy pobyt i zaproszenie do oznaczało wyrażenie wobec niego zaufania. Z „Więzi” najważniejszą osobą był oczywiście Mazowiecki,  ale do Gniezna został on zaproszony ze swoimi współpracownikami wśród których byli Zdzisław Szpakowski, Jan Turnau, Jacek Wejroch i moja skromna osoba jako „przedstawiciel młodzieży”. Było to dla mnie wielkie i silne przeżycie, tym bardziej, że przez kardynała Wyszyńskiego byłem bierzmowany w roku 1958 na krótko po tym jak wyszedł on z więzienia i otoczony był nimbem bohatera. Kardynał Wyszyński zorganizował właściwie coś w rodzaju konferencji i najpierw z najwyższą uwagą słuchał Mazowieckiego i naszych „referatów”. Notował a następnie podsumowywał to co usłyszał. Robił to znakomicie i trafnie odczytując nie tylko treść ale i intencję wypowiedzi. Sens z kolei tego co mówił, czego adresatem też był przede wszystkim Tadeusz Mazowiecki był całkowicie czytelny. Mazowiecki w tym czasie coraz bardziej radykalizował politycznie i był w tym względzie w pewnym sporze ze środowiskiem krakowskim. Przesłanie kardynała Wyszyńskiego było wyraźnym wsparciem dla postawy Mazowieckiego. Kardynał oprowadzał nas osobiście też po katedrze gnieźnieńskiej czyniąc znamienne uwagi o długowieczności Kościoła i epizodycznej z punktu widzenia dziejowego władzy komunistów. Niekiedy też wtrącał dość zabawne i nieco ironiczne anegdoty ze swoich spotkań z władzami, wcześniej z Gomułką, w których wyobrażeni oni byli jako dość niegrzecznie zachowujący się jacyś chłopcy, których on człowiek dorosły o dojrzały musi dla dobra sprawy tolerować. Za zakończenie wizyty kardynał odprawił mszę w prywatnej kaplicy, wygłaszając drugie kazanie poświęcone kultowi maryjnemu do nas sześciu tam zgromadzonych wiernych. Było to jednak również kazanie z przesłaniem mającym wspierać zaangażowanie redaktora naczelnego „Więzi”.
Pamiętam, że wracaliśmy z Gniezna w jakiejś niebywale gęstej mgle, jadąc bardzo powoli, rozmawiając o spotkaniu i rozumiejąc jak wielkie ma ono dla całego środowiska znaczenie.
Na czym polegała ówczesna sytuacja? Widoczne już było, że „gospodarczy cud” epoki gierkowskiej kończy się i pozostają po nim tylko długi. Reżym skłócił się ze wsią wracając do posunięć, które sygnalizować mogły powrót do polityki organiczania właśnosci prywatnej ziemi oraz wprowadził do konstytucji sformułowanie o „wiodącej roli partii” co konfliktowało szerokie kręgi społeczne.
W kraju coraz wyraźniej ujawniały się nastroje opozycyjne zwłaszcza wśród młodzieży. Na KUL, gdzie studiowałem działało m.in. środowisko skupione wokół Janusza Krupskiego i Bogdana Borusewicza, któremu miejscowy oddział „Więzi” udział wsparcia. Mogło się ono tam spotykać pod opieką Zdzisława Szpakowskiego. To właśnie środowisko sprowadzi do Polski pierwsze powielacze, które będą u początku wielkiej kariery podziemnej bibuły. W Warszawie kwitło w wielu mieszkaniach życie salonowe, w których w dość zorganizowanych formach i regularnie dyskutowano o polityce, przygotowywano i podpisywano najrozmaitsze listy protestacyjne. Głośne były postacie Jacka Kuronia czy Adama Michnika, którzy tworzyli widoczne i bardzo aktywne środowisko opozycyjne.
Na dodatek do tego wszystkiego na konferencji w Helsinkach Moskwa zgodziła się podpisać tzw „trzeci koszyk” dotyczący praw człowieka, co dawało opozycji dodatkowy argument by się organizować.
Niewątpliwie najpotężniejszą siłą opozycyjną był w Polsce Kościół. Nie była to jednak siła bezpośrednio polityczna i taką być nie mogła. Mazowieckie rozumiał jednak, że w powstający ruch opozycyjny ludzie związani z Kościołem winni się włączać. I czyniąc tak stwarzał dla władz komunistycznych bardzo trudną sytuację. Dawał sygnał, że gotów jest solidaryzować się z rodzącą się opozycją. Oczywiście narażało to środowisko „Więzi”, ale uderzenie w to środowisko spotkałoby się z kolei z reakcją i obroną ze strony kardynała Wyszyńskiego. W ten sposób powstawał łańcuch zależności, z którym władze komunistyczne musiały się coraz bardziej liczyć, tym bardziej że zadłużenie czyniło ekipę Gierka coraz bardziej zależną od reakcji Zachodu. Maryjne kazanie prymasa Wyszyńskiego w Gnieźnie miało więc nie tylko silną podbudowę teologiczną ale i polityczną.

na zdj. od prawej prymas Stefan Wyszyński, Tadeusz Mazowiecki, Jan Turnau, Zdzisław Szpakowski, Kazimierz Wóycicki. Autorem zdj. jest Jacek Wejroch. Zdj wykonane na balkonie siedziby prymasa Wyszyńskiego w Gnieźnie