Na blokpostach hybrydnej wojny

Zrobienie sobie zdjęcia z ukraińśkim żołnierzem na posterunku w strefie ATO mogłoby należeć do  turystycznej atrakcji, gdyby nie było działaniem niestosownym i do pewnego stopnia niemoralnym. Dla „turysty” nie byłoby  to związane z żadnym niebezpieczeństwem (tylko w  Warszawie myśli się, że dzisiaj samo przkroczenie granicy z Ukrainą wymaga bohaterstwa), bowiem strefa ATO jest na tyle szeroka, że zewnetrzne posteerunki są poza jakimkolwiek obstrzałem. Słowiańsk, niegdyś okupowany przez moskiewskiego najemnika Striełkowa, który zamordował lokalnego radnego Wołodymira Rybaka i dlatego w centrum uwagi światowych mediów, jest dziś spokojnym miastem, które powróciło do roli letniego kurortu (chociaż ze zroumiałych względów mało kto tam przyjeżdzać na urlop). Życie toczy się tam normalnie. Wojna jest hybrydowa czyli jak wielu uważa na niby.

A jednak niemal codziennie giną w niej ludzie. Sympatyczni, żołnierze, jacy pozwalają zrobić sobie zdjęcie (bo jestem Polakiem) mogą zostać przesunięci na posterunek bliski linii rosyjskiej okupacji i zginąć od przypadkowego ostrzału. Nie ma on żadnego militarnego znaczenia. Jest jedynie sygnałem politycznym z Moskwy, ale lepiej nawet powiedzieć pogróżką.   Ta sytuacja kosztawała już jednak życie paru tysięcy młodych Ukraińców (trzeba też dodać młodych Rosjan, których wysyła się potajemnie, a gdy giną rodzinę zawiadamia się, że mieli wypadek w czasie wojskowych ćwiczeń). Turystyczne fotki są więc w tym niestosowne, ponieważ spotykamy się to również ze śmiercią i ludzką tragedią.

Pobyt w regionie ATO usprawiedliwić można tym, że dopiero tutaj zrozumieć można lepiej logikę zdarzeń. Stereotyp o „zwycięskim Putinie”, który robi co chce, znika dość szybko. Widać tu, że Moskwa nie realizuje swego planu A, ale zmuszona jest realizować swój plan nawet nie C a D i jest w defensywie a nie ofensywie.

Zacznijmy od planu A. Miało być to „bratnia pomoc” Ukrainie (na wzór Czechosłowacji 1968) na wezwanie Janukowicza. Ten drobny kryminalista stchórzył i ku rozczarowaniu wielkiego kryminalisty Putina zwiał ze swoim łupem do Rosji. Plan B to była Noworosja. Zajęto więc na początek Krym i krymski scenariusz miał być powtórzony na całym Wschodzie i Południu Ukrainy. To już jednak nie udało się. W miastach takich jak Charków czy Odessa nasłane przez Moskwę bojówki napotkały skuteczny opór. Bojówkarzom udało się tylko w Ługańsku i częściowo w Doniecku. Plan C był więc taki, aby stworzyć automiczne republiki doniecką i ługańską, które pozostając w składzie Ukrainy, będą paraliżowały działanie całego państwa. Na to jednak, aby to się udało cały oblast doniecka i ługańska winien była znaleźć się w rękach „separatystów”. I przez chwilę tak było. Uzbrojeni w broń, która jak twierdził Putin, każdy może sobie kupić, zajeli konieczny teren. Latem 2014 ukraińska armia (która zdołała się nadspodziewanie szybko zreformować po poniżającej sytuacji na Krymie) przystąpiła do ofensywa. Zakończyła by się ona szybkim odzyskaniem terytoriów zajętych ukraińskich  prowincji. To zmusiło Putina do wprowadzenia regularnych oddziałów rosyjskiej armii. Była to najbardziej dotychczas gorąca faza konfliktu, znaczona bitwami w Iłowajsku (była to jeszcze poważna ukraińska porażka), Debalcewie i o port lotniczy w Doniecku, które można nazwać ukraińskimi Termopilami i na czym buduje się do dzisiaj morale armii.

Ostatecznie w rękach Moskwy pozostała tylko połowa terytorium ługańszczyny (mniej niż połowa ludności) i jedna trzecia doniecczyny (dużo mniej niż połowa ludności). Obie pseudorepubliki nie mają już w najmniejszym stopniu uzasadnienia. Do symbolu urasta to, że Światogorska Ławra (obok kijowskiej i Pociejowa najważniejsze centrum ukraińskiego prawosławia) znalazła się ostatecznie po ukraińskiej stronie. W ten sposób nawet plan C nie wypalił.

Teraz Putin usiłuje realizować plan D. Z prowokacyjnego obstrzału giną na blokpostach ukraińscy żołnierze, aby bandyta z Moskwy mógł grozić i jak mu się wydaje wzmocnić swoje pozycje negocjacyjne. I tak toczy się „hybrydnaja wojna”.

 

Rosyjska wojna informacyjna 3.0

Nasza cywilizacja dostała do ręki nowe narzędzie komunikacyjne – Internet. Jest ono wykorzystywane przez putinowską Rosję w sposób inteligentny, perwersyjnie twórczy i szalenie niebezpieczny. Tu raczej nie chodzi o wojnę informacyjną, bo też informacji jest tam mało. Króluje za to dezinformacja. Uważam, że nie doceniamy strony rosyjskiej.

Każdy kto wejdzie do moskiewskiej księgarni, znajdzie bez trudu duży dział zatytułowany „politologia”. Kłują nas tam w oczy tytuły „Wojna hybrydalna 3.0”, „Wojna informacyjna”, „Wojna psychologiczna”… Wojna psychologiczno-propagandowa jest tam opisana dość precyzyjnie. To znaczy, możemy bez trudu odnaleźć jej scenariusze w codziennej rzeczywistości.

——–

Artykuł opublikowany na łamach „Para Bellum – Niezależny Magazyn Strategiczny”.

——–

Związek Radziecki dysponował ideologią komunizmu, którą usiłował propagować. Z czasem stało się to szalenie mało przekonujące, ale do końca niemal próbowano starano się przekonywać o „wyższości komunizmu nad kapitalizmem”. Dziś w Rosji mamy do czynienia z innym zjawiskiem, z propagandą skierowaną do wewnątrz, mówiąca o „wielkości Rosji”. Z gruntu szowinistycznej. Niestety, musimy sobie uzmysłowić, że w te bzdury wierzy przeciętny Rosjanin. Nam natomiast nie-Rosjanom funduje się coś zupełnie innego.

Poszczególne kraje atakowane są w taki sposób, by zdezorganizować opinię publiczną za pomocą dezinformacji. To nie ma nic wspólnego z bezpośrednimi, otwarcie wyrażanymi celami polityki rosyjskiej. Chodzi o to, by Polacy nienawidzili Ukraińców, a Ukraińcy nienawidzili Polaków. Chodzi o to, by Niemcy byli podburzeni przeciw polityce Angeli Merkel. Chodzi o to, by poszczególne kraje Europy czuły się zagrożone islamem. W Niemczech będzie to hasło antyfaszyzmu, bo jest ono związane z wojną, a u nas będzie chodziło o banderowców. Inaczej będzie to wyglądało w Słowacji, a inaczej – w Czechach.

Po drugiej, rosyjskiej stronie internetowego kabla siedzą psycholodzy, historycy i socjolodzy. Zastanawiają się oni, jak wewnętrznie skłócać oponentów w krajach będących przedmiotem ataku. A zatem, nie jest to żadna propaganda.

Internet stworzył zupełnie nowe relacje w stosunkach społecznych. Na początku to była zabawa, wymyślona w garażu przez kilku hipisów. Tak jak Gutenberg drukując klockami pierwsze strony Biblii, nie zdawał sobie sprawy, że dokonuje rewolucji, tak pojawienie się Internetu niesie z sobą nieprawdopodobne skutki cywilizacyjne, których nie potrafiliśmy przewidzieć.

Dzięki Internetowi można trafić do kraju-oponenta, do każdego domu i każdego mieszkańca. Co przedtem nie było możliwe. Przed atakiem następuje rozpoznanie słabych punktów opinii publicznej, miejsc gdzie najłatwiej i najboleśniej można ją zdezorganizować. Potem wystarczy założyć fałszywe portale, zorganizować trolli i liczyć na naturalny idiotyzm sporej części społeczeństwa. Użyteczni kretyni powtórzą najgłupszą informację. Nie zdając sobie z tego sprawy, będą pełnić funkcję broni dywersyjnej.

W fachowej literaturze rosyjskiej znajdziemy, często powtarzane hasło „prawo-lewo”. Chodzi o to by podburzyć wszelkie marginesy. W Polsce są wspierani narodowcy oraz wszelkie elementy postkomunistyczne. To dla rosyjskiego ataku wszystko jedno. Pamiętajmy, że celem jest zdezorganizowanie opinii publicznej. A kogo można najłatwiej podburzyć? Motłoch! Tak nazywa najsłabsze ogniwo społeczne Hannah Arendt. Chodzi o to, by motłoch, ze swą głupotą i agresywnością, znalazł się w centrum opinii publicznej.

Europa, wedle założeń Moskwy, jest dekadencka i dlatego ma upaść. Jeżeli podburzy się motłoch i głupotę, to Europa unijna, demokratycznych i wolnych społeczeństw (pojęcia puste dla moskiewskich czynowników) upadnie. Jednak, mimo, że Moskwa chce mobilizować z hołotą, narzędzi do sterowania nią używa zaiste subtelnych.

Można namówić idiotę, ślęczącego po nocach przed laptopem, by pojechał do Doniecka. Tak jak islamiści skutecznie namawiają młode Europejski, by rzuciły wszystko i wyjechały do Iraku. Dlaczego? Bo działa „digital density” – gęstość środowiska internetowego. Jeśli wchodzę do Internetu, bo zainteresowałem się Wołyniem, to choćbym nie wiem co zrobił, zawsze trafię na strony, które będą mnie przekonywać, że Ukraińcy nigdy nie przeproszą, a my nigdy nie wybaczymy.

To niestety działa, bo jest dobrze zrobione. Do pewnego stopnia, wobec takiej agresji, jesteśmy bezbronni.

A zatem, nie sama analiza tej wojny psychologicznej, jest najistotniejsza. Najważniejsze jest to, że nie opanowaliśmy narzędzia, jakim jest Internet. Wciąż za mało o nim wiemy. Internet jest całkowicie nowym i szalenie niebezpiecznym narzędziem. Początkowo był utopią powszechnej komunikacji. Dziś stał się sferą bezlitosnej i niebezpiecznej gry.

Wygrana wojna psychologiczna kończy się agresją militarną. To nie dzieje się „zamiast”. Celem wojny psychologicznej jest przygotowanie do agresji militarnej. Jeżeli zatem dostrzegamy natężenie działań dezinformacyjnych, to powinniśmy się zastanawiać czy niebem nie pójdzie za nimi tradycyjny atak. Na Ukrainie nie było dalszej agresji, bo Rosja przegrała wojnę propagandową.

Dziś mamy do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją, bo cała Europa podminowana jest problemem uchodźców. I to jest główny cel zmasowanego ataku. Doskonale przeprowadzono akcję dezinformacyjną, przekonującą, że w Szwecji muzułmanie gwałcą kobiety. Pozakładano „fake’owe” strony po angielsku. A informacje stamtąd błyskawicznie podchwyciły polskie portale. Efekt jest taki, że na Nowym Świecie spotykam dżentelmena, który oczywiście nie ma nic przeciw uchodźcom, ale… przecież oni gwałcą!

Lecz cała ta konstrukcja opiera się nie na tym, że oni są tacy sprytni. To, niestety my jesteśmy tacy głupi. Ten przekaz odwołuje się wszakże do tego, co gdzieś tam jest uśpione w naszych głowach.

Jedyną możliwą obroną jest mobilizacja intelektualna dla stworzenia przestrzeni publicznej, która w taki hybrydowy sposób nie może być atakowana. Jeżeli nie obronimy się w wojnie psychologicznej, przegramy również starcie militarne.

 

Zakarpacie wyśmiewa Putina

Uzgorod-Mukaczewo. Na początek zostałem tu sam wyśmiany, gdy zacząłem wypytywać o walki „prawego sektora” w Mukaczewie. Miejscowi nie widzą w tym nic innego, jak napuszczenie jeden gang na drugi miejscowy gang kilku młodych ludzi. I nic więcej w tym by nie było, gdyby nie fakt, że rozgłosiła to zaraz moskiewska telewizja, podkreślając, że był to właśnie „prawy sektor”. Kontakt podpuszczonych młodzieńców z „prawym sektorem” był raczej sporadyczny, ale pasowało to do stereotypu, z którego moskiewska propaganda chciała korzystać. W każdym razie news z dalekiego Mukaczewa dotarł do rosyjskiej państwowej telewizji w ciągu kilku minut i znalazł się od razu na czołówce. Jest to już dwa tygodnie temu, ale skoro tu na Zakarpaciu jestem powracam do tej historii z ogólniejszych względów. Region ten jest szczególnym celem putinowskiej propagandy, chcącej dowodzić rzekomo silnego tutaj regionalizmu. Ma to pasować do „federacyjnych” planów Moskwy wobec Ukrainy.
Moskiewscy propagandziści twierdzą, że istnieje tu silna rusińska mniejszość, a państwo ukraińskie „jak wiadomo” ma być wobec mniejszości nietolerancyjne. W istocie wśród miejscowych mniejszości, z który węgierska jest najbardziej znacząca a po niej rumuńska, rusińskiej w zasadzie nie ma. Na ponad milion mieszkańców regionu tylko 10 tysięcy deklaruje się jako Rusini, a większość z nich to prorosyjscy działacze, związani z dawnym sowieckim aparatem władzy. „Sprawa rusińska” ma też swego adwokata w osobie kanadyjskiego historyka Paula Mogocsi. Jego książka „Naród znikąd” została przetłumaczona na kilkanaście języków, dzięki „specjalnemu” finansowaniu. Twierdzi tam, że naród Rusiński istnieje od wieków i choć przyznaje się do bycia Rusinami garstka, to jednak na świecie żyje ich miliony. Ów „uczony” jest również autorem obszernej pracy poświęconej historii Ukrainy, gdzie istnieje ona tylko na prawobrzeżu, a na lewobrzeżu Dniepru jest już tylko Rosja. Nie wiem czy profesor Mogocsi jest już członkiem Akademii Nauk Rosyjskiej Federacji, ale jeśli nie jest, to najpewniej wkrótce zostanie. W Polsce za Mogoscim owe dyrdymały powtarza wytrwały aktywista rosyjskiej partii w Polsce p.Koprowski. Jego książka „Zakarpacie – inna Ukraina” to wierne powtórki za mateczką Rosyją.
Prawdą jest natomiast, że Zakarpacie stało się częścią Ukrainy dopiero od roku 1945. Przed I wojną światową należało ono do habsburskich Węgier, po Trianon do Czechosłowacji. W czasach węgierskich była to zabiedzona prowincja, choć z całkiem interesującą burzliwą przeszłością. Czesi przyczynili się do znacznego cywilizacyjnego postępu, budowy dróg i przemysłu. Mogły też tutaj działać ukraińskie stowarzyszenia kulturalne, współdziałające z emigracyjnym ośrodkiem w Pradze. Po rozpadzie Czechsłowacji postała tutaj trwajaca zaledwie kilka tygodni Zakarpacka Ukraińska Republika, która o oczach ukraińskiego ruchu narodowego, miała być ukraińskim Piemontem. Zamiast tego nadeszła okupacja węgierska. II wojna przyczyniła do zagłady bardzo licznej tutaj społeczności żydowskiej. Do dalszego etnicznego „ujednolicenia” regiony przyczynił się Stalin wysyłając miejscowych Węgrów do GuŁagu lub przesiedlając ich na Węgry. Mimo to Węgrzy są miejscową największa mniejszością, liczącą ok.10%. Ta wojenna i powojenna tragedia przyczyniła się do „ukrainizacji” regiony. Napływ sowiecko-rosyjskiego aparatu nie zmienił już w zasadniczy sposób proporcji ludnościowej. Ludność, w przewadze grekokatolicka, zmuszona była przejść na prawosławie, ale Kościół Grekokatolicki przetrwał w podziemiu. W roku 1991 Zakarpacie tak jak cała Ukraina, opowiedziało się za niepodległością. Tutejszy Majdan w Uzgorodzie, tak jak w wielu stolicach ukraińskich regionów, stanowił ważny punkt oporu wobec kliki Janukowycza.
Tak jak Stalin niechcący dokończył ukrainizacji regiony, tak Moskwa po 1991 chciała region za wszelką cenę od-ukrainizować. Pomysł z rzekomymi Rusinami pochodził z XIX wieku i był wykorzystywany przez Węgrów. Po 1991, a w szczególny sposób w ostatnim dwóch latach, sięgnęli po niego moskiewscy propagandziści. Nagromadzone historyczne kłamstwo (typowy rys moskiewskiej wojny hybrydalnej) w połączeniu z działaniem miejscowych gangsterów jest narzędziem moskiewskich prowokatorów, w „propagandowej wojnie”, którą Moskwa coraz bardziej przegrywa. Zakarpacie bowiem to piękną i spokojną ukraińska prowincją, gdzie stosunki z mniejszościami układają się w niemal przykładowy sposób. Przeglądam tom poświęcony tej problematyce „Zakarpacie 1918-2009” w ramach ciekawego projektu „politycznego regionalizmu”. Ta znakomicie przygotowana studium jest owocem ukraińsko-wegierskiej współpracy.

„Nocne wilki” czyli na prowokacje należy reagować szybciej

Sprawa „nocnych wilków”, którzy mieli odbyć rajd motocyklowy, była jedną z intensywnie dyskutowanych kwestii w polskich mediach ostatnich tygodni. Rząd nie reagował, więc dyskusja stawała się coraz gorętsza. Już sam fakt, że sprawa była tak głośna budził rozliczne kontrowersje.
Byli tacy, którzy twierdzili, że najlepiej byłoby o sprawie milczeć, wtedy rajd „wilków” spokojnie by sobie przez Polskę przyjechał i byłoby po wszystkim. Padały nawet sformułowania cóż to za państwo, które czułoby się zagrożone przez kilkudziesięciu motocyklistów”.
Znaczna część opinii publicznej była przeciwnego zdania uważając, że zapowiadana jest gigantyczna prowokacja. Mówiono i pisano, że dojść może to rozlicznych awantur, zarówno ze strony samych „wilków” jak i tych wszystkim, którym „Wilki” się nie podobają. Milczeć więc o sprawie się nie dawało, ponieważ wilki wpuścić bez specjalnego szumu, i w ten sposób je zlekceważyć nie było sposobu.
Liczna była też grupa tych, którzy najzwyczajniej sądzili, że przejazd przez Polskę kolumny osobników z symboliką nie tylko rosyjską ale i sowiecką byłoby czymś wysoce niestosownym. „Wilki” trzeba dodać to jest zwykły gang motocyklowy, ale grupa bliskich przyjaciół Putina z którymi lubi się on fotografować jak również zbrojna banda biorąca udział w wojnie w Donbasie.
Wpuszczać więc „Wilki” czy nie wpuszczać”? Pytanie to ekscytowało dużo część Polski i całymi godziny debatowano o tym na najrozmaistszcyh internetowych forach.
Choć prowokacji spodziewano się w Polsce, ostatecznym celem „Nocnych wilków” miał być Berlin. Niemcy mieli więc w całej sprawie również coś do powiedzenia. Zwracano uwagę, że gdyby Niemcy odmówili wjazdu to powstałaby co najmniej dziwna sytuacja, w której „wilki” szalały by po Polsce, nie mogąc dotrzeć właściwego celu podróży.
Strona niemiecka najpierw zabroniła grupie motocyklistów wjazdu do Berlina, dopatrując się w tym niezarejestrowanej a więc nielegalnej demonstracji. Na koniec nie dano „wilkom” schengenowskich wiz, co było wynikiem zgodnego działania trzech rządów Polski, Niemiec i Czech.
Najbardziej zdumiewający był końcowy epizod całej historii. Na polsko-białouskiej granicy w Terespolu spotkały się dwie grupy, aby witać mających przybyć do Polski putinowskich bikerów. Jedną grupą byli polscy motocykliści z „komandorem” Węgrzynem na czele, a drugą działacze proputinowskiej partii „Zmiana”. „Wilków” nie wpuszczono, ale doszło jednak do ostrej kontrowersji, kto ma większe prawo witać przyjaciół Putina. Przedstawiciel partii „Zmiana” stwierdził podczas tej sprzeczki, że „Wilki” przyjeżdżają do Polski na jej zaproszenie, o czym dotychczas nie było wiadomo. Argument ciekawy, bowiem uprzednio cały czas głoszono, że impreza „wilków” nie ma charakteru politycznego i nie chodzi w niej o nic więcej jak tylko o uczczenie rocznicy zwycięstwa.
Należy zadać sobie pytanie, jaki cel stawiały sobie „wilki”, skoro należy przypuszczać, że ich cele były inne niż deklarowane. Na czym polegać miała prowokacja, o którą ich podejrzewano? Niektórzy opatrywali w „wilkach” awangardę „zielonych ludzików”. To jednak była przesada. Jak się wydaje, chodziło właśnie o ten szum medialny. „Wilki” miały przejechać, demonstracyjnie prezentując swoje rosyjsko-sowieckie emblematy, jednocześnie z otwartą hipokryzją odwiedzając miejsca-symbole polskiego patriotyzmu. Polacy mieli to wszystko grzecznie strawić, jednocześnie piekląc się i podnosząc wrzawę medialną. „Wilki” zaś, tak jak już mówiły powtarzały by, że „każdy Polak, który przeciw nim występuje, to ten sam, który był strażnikiem żydowskich gett”. Poddane takiej próbie, społeczeństwo miało być podzielone, a po wyjeździe „wilków” przeżywać solidnego kaca. Wszystko to miało zdarzać się dzięki rozemocjonowanym mediom, choć motocykle „wilków” miały być jak najbardziej realne.
Pouczające w najwyższym stopniu jest to, że gdy „Wilków” nie wpuszczono, sprawa niemal natychmiast przycichła, a nawet więcej znikła. „Wilki” co prawda odgrażały się, że jeszcze spróbują wjechać, ale nic z tego poważnego nie wynikło i był to tylko kundli skowyt. Zaprotestowała tylko na chwilę Moskwa, oświadczając oficjalnie że niepuszczenie „wilków” to dowód pogorszenia się polsko-rosyjskich stosunków. Moskwa potwierdziła tylko w ten sposób tezę tych, którzy twierdzili od samego początku, że nie chodziło o niewinny rajd motocyklowy, a o zaplanowane posunięcie propagandowe, które tym razem w dużym stopniu udaremniono.
Jaki wniosek należy wyciągnąć z całej tej historii? Paradoksalnie rację w sporze o wilków miały obie strony. Mieli ją ci, którzy twierdzili, że wokół „Nocnych wilków” za dużo było gadania ale też ci, którzy wołali i apelowali głośno by „wilków” nie wpuszczać. Okazało się jednak, że najlepszym sposobem, aby owo gadanie ukrócić nie jest nawoływanie do milczenie, ale jednoznaczna decyzja aby przyjaciół Putina nie wpuszczać. Aby nie prowadzić zbędnych dyskusji, trzeba więc przede wszystkim podejmować szybkie i zdecydowane decyzje. Na prowokacje należy reagować błyskawicznie i zdecydowanie. Tego w całej sprawie zabrakło, choć ma ona swój happy-end.

Bogumił Luft: Czy Putin unicestwi Rosję? Polemika

Rozumowanie Kazimierza Wóycickiego jest logiczne. Szczególnie ważna jest teza, że lęk przed zagładą nuklearną, którą grozi Putin jest złym doradcą. Wydaje się z tego wynikać – jak twierdzi Wóycicki – że jedyną postawą Zachodu w tej rosyjskiej ruletce powinna być totalna nieustępliwość wobec Putina, tak by sam przestraszył się nieuniknionych, katastrofalnych skutków własnej  strategii. Jeśli chce Pan zabić całą ludzkość, a choćby jej połowę – prosimy bardzo. Zabije Pan przede wszystkim Rosję i samego siebie. Wątpliwości co d0 słuszności takiej – postulowanej przez Wóycickiego – postawy Zachodu mogą jednak wynikać nie tylko z lęku, ale również z chłodnego i równie logicznego rozumowania. Nikt nie wie co jest w głowie Putina, ale tym bardziej należy poszerzyć katalog hipotez na ten temat.

Dlaczego prezydent Rosji rozpętał tę całą awanturę? W powszechnym przekonaniu w celu odbudowania imperium. Ale do czego mu to jest potrzebne? Być może doszedł do wniosku, że podjęcie takiej próby jest jedynym sposobem ratowania przed upadkiem Rosji, której z jej własnej winy nie udała się jak dotąd modernizacja mogąca zapewnić jej na przyszłość utrzymanie mocarstwowej pozycji w światowej skali. Być może oznacza to, że dostrzegł, iż może utracić władzę, którą tak bardzo lubi, jeśli nie dostarczy narodowi satysfakcji, której ów naród nie znalazł innymi sposobami, niż znana z poprzednich wieków dominacja nad innymi narodami. Jeśli tak, to już się mu udało dostarczenie owej satysfakcji – jak wolno sądzić z miażdżącego poparcia Rosjan dla jego działań i jego osoby.

A jednak pytanie, co Putin dalej zamierza, nie jest pytaniem retorycznym, a twierdzenie, że totalna nieustępliwość jest jedynym sposobem powstrzymania jego agresji, jest mocno dyskusyjne. Nie wiadomo czy Putin jest szaleńcem, ale na pewno znalazł się w pułapce, którą sam na siebie zastawił. Nie może się cofnąć. Ale niewykluczone, że może, a nawet chce się zatrzymać. Być może już się boi tego, co rozpętał, choć na pewno nigdy się do tego nie przyzna. Być może opór jaki jednak napotkał – i na Ukrainie i ze strony Zachodu – trochę go zaskoczył. Warto to sprawdzić i dać mu szanse na modyfikację pierwotnych marzeń z zachowaniem twarzy wobec  własnego społeczeństwa. Dawanie tego rodzaju szans nawet (a może nawet zwłaszcza) najbardziej parszywym partnerom to abecadło dyplomacji. Brak takich szans może spowodować, że Putin zamknie się sam w kokpicie,  jak pilot-samobójca i zabójca lecący nad Alpami.

Cóż zresztą dziś oznaczałyby owe ustępstwa wobec Putina? Do zelżenia sankcji na razie nie ma powodu, ale chwilowo nie istnieją wyraźne powody, by je zaostrzać. Nie można po prostu uznać aneksji Krymu, ale trzeba przyjąć do wiadomości, że większość mieszkańców tego półwyspu nie miała nic przeciwko, a ukraińska armia wycofała się z niego bez jednego wystrzału. Nie można uznać Noworosji powstałej w Dombasie, ale można pogodzić się z tym, że powstało kolejne Naddniestrze, skoro ponad dwudziestoletnia uparta egzystencja nieuznawanego przez nikogo mołdawskiego Naddniestrza mało przeszkadzała Europie. Można by dostarczyć znaczną ilość broni Ukrainie, ale w jakim celu? Po to, by odbiła Krym, a przynajmniej Dombas? To jest niewykonalne, bo założę się, że rosyjska armia uniemożliwi taką opcję i to bez użycia broni nuklearnej. Więc może nie dostarczać broni Ukrainie, chyba, że z twardą gwarancją, że będzie używana w celach wyłącznie defensywnych.

Cóż miałaby z kolei oznaczać owa totalna nieustępliwość wobec Putina? Żądanie zwrotu Krymu i Donbasu? Tego na pewno nie zrobi, bo na własnym rosyjskim podwórku byłby politycznym samobójcą. Udzielenie Ukrainie jakiegoś militarnego wsparcia (choćby w postaci dostaw broni) w odbijaniu zaanektowanych terytoriów? To byłoby oczywiste wejście do wojny ze skutkami trudnymi do przewidzenia, nawet jeśli nie oznaczały by nuklearnej katastrofy lub taktycznej katastrofki. A wchodząc do wojny warto mieć przynajmniej jakiś zarys skutków takiej decyzji, bo inaczej sytuacja łatwo wymyka się spod kontroli.

Ukrainy nie wolno pozostawić samej. Trzeba jej udzielić pomocy w dziedzinie gospodarki i modernizacji na miarę jej własnej determinacji we wdrażaniu reform. Do tego trzeba dużego wysiłku i dużo pieniędzy, a szafowania pieniędzmi Europejczycy niestety jeszcze bardziej nie lubią niż szafowania krwią, a zwłaszcza uzbrojeniem. Jeśli jednak Europa w tej kwestii zawiedzie, to będzie to niewybaczalny błąd. Przede wszystkim nie może jednak zawieźć sama Ukraina, która – jak się zdaje – dorobiła się wreszcie elity zdecydowanej na reformy, ale przez poprzednich ponad dwadzieścia lat przespała najlepsze pięć minut, gdy rosyjski niedźwiedź schował przejściowo swoje pazury. Zanim zadeklarujemy gotowość umierania za Ukrainę warto by się przekonać, że ten kraj ma rzeczywiście stanowczą wolę i możliwości podjęcia takich przemian, które stworzą mu szanse dołączenia do europejskiej rodziny. Brzmi to brutalnie, ale taka jest prawda i nie jest żadnym argumentem twierdzenie, że ten, kogo zaatakowała Rosja ma taryfę ulgową.

Wniosek z tego wszystkiego jest taki, że dumna wola pokonania Putina na Ukrainie za wszelką cenę może być również nienajlepszym doradcą. Warto przypomnieć decyzję Winstona Churchilla, który po zakończeniu drugiej wojny światowej snuł konkretne plany uratowania Polski od sowieckiej okupacji przy pomocy wojny ze Stalinem, ale porzucił ten projekt jako zbyt ryzykowny, bo mógłby się zakończyć sowiecką okupacją znacznie większej części Europy, co nawet dla Polski nie byłoby korzystne w dłuższej perspektywie historycznej. Nie była to decyzja moralnie estetyczna, ale być może realizm brytyjskiego premiera stworzył po dziesięcioleciach szansę na niepodległość również dla krajów wtedy przez Kreml podporządkowanych, bo przetrwała Europa od Sowietów niezależna.

Oczywiście jest czerwona linia, na której przekroczenie nie wolno Putinowi pozwolić. Jest to granica państw NATO. Jak dotąd nic takiego się jednak nie stało. Gdyby do tego doszło należałoby odpowiadać adekwatnie, więc spokojnie i nie przesadnie, ale stanowczo, zgodnie z traktatowymi zobowiązaniami. Na razie jednak warto powściągać namiętności oraz nie prężyć wojennych i wrogich Rosji muskułów, co niestety miewa w Polsce miejsce.

Strach pisać takie rzeczy, bo narasta atmosfera, w której jest się za nie podejrzewanym przynajmniej o tchórzostwo, jeśli nie o coś gorszego. To nie jest dobra atmosfera. Boję się. Nie wiem, który lęk jest większy – przed Putinem, czy przed takimi podejrzeniami. Piszę jednak, bo myślę. Wbrew temu, że się boję.

 

Bogumił Luft, niezależny publicysta, były ambasador RP w Rumunii i w Republice Mołdawii

Putin, bomba atomowa, samobójczy pilot. Czy Putin chce unicestwić Rosję?

Groźby ze strony Putina dotyczące zastosowania broni nuklearnej, traktowane są albo jako majaki szaleńca i zapowiedz apokalipsy albo jako groźny szantaż. Skoro jednak dyktator potężnego państwa i nuklearnej potęgi wciąż to powtarza, a za nim jego otoczenie, to należy się poważnie zastanowić, co to może oznaczać. Sam namysł budzi strach, więc łatwo o jedynie jednostronne i wizje przyszłości wypełnione jedynie lękiem (skądinąd uzasadnionym), a przez to irracjonalne.
Niewątpliwe jest to, że dzisiejszy władca Kremla używa wobec Zachodu szantażu nuklearnego – jeśli mi nie ustąpicie, gotów jestem zastosować broń nuklearną (ostatnio stwierdził to w filmie dotyczącym aneksji Krymu). Co by jednak było, gdyby mu ustąpić choć raz? Byłaby to namowa, aby szantaż został powtórzony. Powiedzmy, że w skutek tego szantażu Zachód ustępuje w sprawie Ukrainy. Następnie Putin stwierdza, że nie życzy sobie aby trzy państwa bałtyckie były w NATO, bowiem stanowi to zagrożenie dla Rosji. I dalej, gdyby szantaż działał, dlaczego nie miałby stwierdzić, że Polska i Europa środkowa miałaby z NATO wystąpić. Gdyby to osiągnął, pozbawione broni nuklearnej Niemcy stanąć się mogą następnym przedmiotem szantażu. Granica imperium może się oprzeć na Atlantyku, albo wojna nuklearna wybuchnie, gdy „państwa nuklearne” Francja i Wielka Brytania nie ustąpią. Toczyłaby się ona między innymi na terenie Polski i Niemiec.
Ustępowanie więc wcale nie zapewnia Europie bezpieczeństwa. Może ona popaść w niewolę nie unikając przy tym wcale groźby wojny.
Zimna wojna nie zakończyła się wojną nuklearną z uwagi na wzajemne odstraszanie. Gdyby dzisiaj wybuchła między Rosją a Zachodem byłaby to katastrofa. Trzeba jednak stwierdzić, że nawet jeśli kilka wielkich amerykańskich miast zostało by zniszczonych, Stany Zjednoczone przetrwały by. Zniszczenie dwóch największych miast rosyjskich oznaczałoby, że Rosja jako organizm polityczny i państwowy przestała by istnieć. Najprawdopodobniej jej ogromne terytorium stało by się terenem ekspansji Chin i Islamu. To właśnie stojące z boku Chiny i radykalny islam mogłyby być głównymi zwycięzcami takiej wojny (kto bowiem mógłby powstrzymać ekspansję ISIS). Rosja nie unicestwiłaby swojego największego wroga, a unicestwiłaby się sama.
Należy przy tym przypomnieć, że użycie około stu bomb nuklearnych spowodowało by radykalną zmianę klimatu, a przy jeszcze większej ilości „zimę nuklearną” mogącą unicestwić znaczną część życia na Ziemi. Polityk, który decydowałby się na wojnę w takiej skali byłby jak ów niemiecki pilot, który zabił w Alpach siebie i 150 pasażerów swego samolotu. Przypuszczenie, że Putin jest takim „pilotem” czyni wszelką politykę bezprzedmiotową. Nie można jednak wykluczyć, że Kreml może postawić świat wobec szantażu – „albo nam ustąpicie albo dojdzie do totalnej zagłady”. Propagandowe videa, jakie putinowska propaganda rozpuszcza po internecie (jedno z nich pokazał bliski doradca Putina, Rogozin) daje tego przedsmak.
Scenariusz wojny nuklearnej może być jednak tylko „częściowo” apokaliptyczny. Załóżmy, że Putin użyje jedynie taktycznej broni nuklearnej przeciw Ukrainie (będzie to szczególny sposób zaakcentowania, że Ukraińcy są bratnim narodem Rosjan). Nie będzie to więc bezpośrednio wymierzone w Zachód, a jednak dość fundamentalne tabu, dzisiejszego świata zostałoby złamane. Jak należałoby zareagować? Znów należy powtórzyć, że niereagowanie oznaczałoby uleganie szantażowi i byłoby namową do następnych takich kroków. Wydaje się, że taki atak winien być potraktowany tak samo, jakby bezpośredni atak, na któryś z krajów Zachodu. Użycie taktycznej broni nuklearnej przez Kreml winno się spotkać z symetryczną odpowiedzią, mimo niebezpieczeństwa eskalacji konfliktu do pełnej wojny nuklearnej. Trzeba założyć, że doktryna „wzajemnego odstraszania” zadziała w sytuacji zbliżającej się apokalipsy. Jeśli nie, topowracamy do początku naszych rozważań.
Namysł nad skutkami wojny nuklearnej jest dziś niezbędnie potrzebny. Sam lęk, wywołany apokaliptyczną wizją nie może być dobrym doradcą. Ciągłe cofanie się zwiększa tylko prawdopodobieństwo totalnej katastrofy. Im wcześniej dojdzie do „przesilenia” tym większe szanse, że uratuje się świat i światowy pokój. Gdyby prezydent Kennedy nie zdecydował na kryzys kubański być może zimna wojna zakończyłaby się wojną nuklearną. Niewykluczone też, że Krem w ramach wojny psychologicznej, chce wykorzystać nasze lęki, pozbawiając nas zdolności racjonalnego i chłodnego myślenia. Nie tylko nie ulegając szantożowi ale i nie ulegając własnym lękom, dajemy największe szanse uratowania światowego pokoju i międzynarodowego porządku.
Nawet jeśli Putin przypomina samobójczego pilota pasażerskiego samolotu, sprawą należy zająć się już teraz, nie czekając aż nie gdy zamknie się już sam w kabinie, jak uczynił to samobójczy pilot.

Putin jako kagiebista, internauta i ekonomista

Sporo ludzi uważa Putina za polityka skutecznego, ponieważ zajął Krym i Donbas oraz grozi dalej wojną. Inni twierdzą, że w istocie grzebie resztki rosyjskiego imperium, które pogrąża się w coraz większym kryzysie. Przyszłość pokaże, która diagnoza była trafniejsza. Warto się jednak zastanawiać na metodami, jakimi działa judoka z Kremla.
Putin po pierwsze liczy na swoją agenturę. Nie chodzi bynajmniej o jakiś szpiegów, którzy zdolni byliby wyciągnąć są z jakiejś szafy tajny dokument. Chodzi o takie osoby jak Gerhard Schroeder, były niemiecki kanclerz, Milos Zeman obecny prezydent Czech, Viktor Orban, premier Węgier. Marie Le Pen, przywódcę dużej opozycyjnej partii we Francji, polityków rządzącej greckiej partii SIRISA. W Polsce wpływy są skromniejsze ale zawsze liczyć może na Korwina-Mikke czy partię Zmiana. Dzięki takim politycznym aliansom Kreml chce dezintegrować Unię Europejską. Putin wierzy w swój wpływ, ponieważ za to zapłacił. Zemanowi kampanię wyborczą opłacił Łukoil, Le Pen dostała pożyczkę dla swojej partii, Schroeder popłatne stanowisko w Gazpromie. Tylko agentura dobrze opłacona może być skuteczna. Tak myśli kgbista. Przekupstwo należy doprawić strachem. Dlatego w Rosji zginęło od roku 2001 około 300 dziennikarzy i działaczy opozycyjnych. Putin jest bezwzględny i przed niczym się nie ugnie, głosi legenda. Opór na nic się nie zda. Świat w wyobrażeniu Putina składa się z ludzi przekupnych, a jeśli ktoś jest tak naiwny, że przekupić się nie daje, można go przestraszyć lub w przypadku najbardziej opornych zlikwidować.
Putin jest wreszcie największym w świecie internautą. Kreml zbudował gigantyczną maszynę propagandową, wykorzystującą to co wydaje się we współczesnym świecie najnowocześniejsze – internet. Poszczególne kraje UE dostają potężną dawkę dezinformacji, która jest tym bardziej skuteczna, że wydaje się być niejawna. W sieciach społecznościowych trafić można niemal do każdego indywidualnie. Dla konserwatysty Kreml dba o wartości chrześcijańskie przeciw gejeuropą, dla sieroty po detente Putin broni pokoju i równowagi naruszonej przez Kijów, dla lewaków sprzeciwia się Ameryce, dla Polaków cierpi razem z nimi za Wołyń, dla Czechów jest Słowianinem, dla antyklerykałów poganinem a dla kosmitów zielonym ludzikiem. Każdy dostanie w internecie to czego oczekuje wraz z sugestią, że jego marzenia spełni euroazja.
Jeśli zaś ktoś tak prosto nie daje się przekabacić, to można go napuścić na innych obok: „oburzonych” na niesprawiedliwy „system”, Węgrów na Słowaków, Słowian straszyć Niemcami, Niemców Ameryką, Polaków banderowcami, separatystów wszystkich krajów zwrócić przeciw krajowym rządom, opornych wobec Putina polityków ośmieszyć itd. Itd. I właściwie nawet nie trzeba się specjalnie wysilać się, aby prowadzić taką wojnę psychologiczną. Wszystkie takie konflikty i animozje istnieją, nie trzeba ich wynajdywać ani prowokować, należy je jedynie odpowiednio wzmocnić. I unijna Europa rozleci się i upadnie niemal sama z siebie.
Plan był dobry i wszystko miało iść jak po maśle. Putin miał pocisnąć, Unia miała się rozlecieć, a imperium w dawnej glorii miało wrócić dzięki agenturze i samej psychologii. Coś poszło jednak krzywo i Zachód zaczął wierzgać. Trudno powiedzieć, gdzie jest przyczyna, czy agentury było za mało, czy też w internecie nie poszło dość gładko – nomen omen – to wynalazek Silicon Valley, i nie dało się wszystkich w sieci oszukać, mimo że ma się po swojej stronie Snowdena.
Zachód sięgnął po sankcje gospodarcze. Putin wyśmiewał je początkowo, kpiąc, że bardziej zaszkodzą one Zachodowi niż „wielkiej” Rosji. Krym był cenną zdobyczą, ale zaczął dość drogo kosztować. Stwarza to konieczność zdobycia korytarza lądowego, by nie budować dla grube miliardy mostu. Podbity Donbas też zaczyna kosztować, jak każda wojna.
Z czasem sankcje zaczęły boleć. I tu Putin okazał się ekonomistą i pokazał swój plan „B”. Rosja gospodarczo odwrócić się ma na Wschód ku Azji, a Zachód zostanie sam, ze swoją gospodarką w kryzysie oraz bez ropy i gazu. Wybuduje się rury aż do Pekinu. To co nie udało Związkowi Sowieckiemu, zagospodarowanie Syberii i przez co Związek upadł, uda się mnie Putinowi. A sankcje? Sami je nałożymy na Zachód. Po co od niego kupować, skoro można to samo produkować u nas w domu. Import ogranicza własną gospodarkę, brzmi nowe prawo ekonomiczne Putina. Ma zadziałać w ciągu dwóch lat, inni mówią, że może w ciągu dziesięciu.
Na razie plan prawie działa. Chińczycy zaczęli coś inwestować pod warunkiem jednak, że będą mieli pakiet kontrolny w tworzonych przedsiębiorstwach. Co odebrano zachodnim inwestorom, dano chiński poszerzonym wymiarze.
Plan Putina może działać nadal ma bowiem wiele wariantów. Po niepowodzeniu wariantu A (niepostrzeżonym odzyskaniu imperium), można było przejść do wariantu B (zgwałcenia Ukrainy). Jeśli wariant B się sypie (co się chyba dzieje) można przejść do wariantu C, jakim jest eskalacja działań militarnych. Po wariancie C sięgnąć można po wariant D i otwartą inwazję. Właściwie czemu nie spróbować odbić Kijowa. Na Kremlu jest też może pewnie wariant Z, przy którym rosyjska misja pokojowa odwiedza Lizbonę (wariant Dugina). Po drodze jest też wariant N z wojną nuklearną.
W każdym wariancie agentura i internet przydadzą się w taki lub inny sposób. Każdy jednak kolejny wariant, wynik niepowodzenia poprzedniego, kosztuje coraz więcej. Agentura się demaskuje a i w internecie coraz mniej ludzi daje z siebie zrobić idiotów.
Być może jednak alfabet jest zbyt długi, by Putin zdołał zrealizować wszystkie warianty. Należy też uwzględnić odmienną kolejność liter w rosyjskiej cyrylicy i alfabecie łacińskim. Litera „w” jest nim trzecia co do kolejności, a w łacińskim prawie ostatnia. Putin jest z pewnością przy „w” w swoim alfabecie. Jeśli jednak Europa zapisuje swoje dzieje łacinką, to Putinowi nie zostało już wiele liter do końca.

Merkel czy Putin: kto wygrał w Mińsku?

Pierwsza odpowiedz brzmi Putin. I wielu wydaje się oczywista, skoro rozejmu nie ma i zajęto Debalcewo. Rosjanin przechytrzył Niemkę, która rzekomo naiwnie wierzyła w to, co podpisywała, a on słowa nie dotrzymał. Niektórzy uważają zresztą, że Putin jest od samego początku sprytniejszy  i zwycięski. Jeśli jednak bliżej przyjrzeć się sprawie, to mierząc dotychczasowe  dokonania  ambicjami, jakie zdradza, odnosi on poważne porażki. Wygrywa bitwy, ale coraz bardziej przegrywa wojnę,  jaką wypowiedział Zachodowi.
Zdobycie kilku terytoriów, które przy okazji zdewastowano (Krym gospodarczo, Donbas jak najbardziej dosłownie) i w które wpompowywać trzeba pieniądze, to nie są wielkie zdobycze. Dokonując tej agresji ostrzegł jednak cały Zachód o swoich planach i spowodował powszechną zmianę poglądów na to, czym jest dzisiejsza Rosja i kim jest on sam jej prezydent. Wcześniej wierzono, że Putin będzie modernizatorem, a nawet nie w pełni demokratą, to jednak politykiem, z którym daje się jakoś współpracować. Putin Zachód tej naiwności innych pozbawił.
Łamiąc ostatnie umowy z Mińska pozbawił już tych złudzeń nawet tych, którzy chcieli mu wierzyć do ostatniej chwili. Czy kanclerz Merkel należała to takich naiwnych? Nie wydaje się. To ona pierwsza nazwała Putina człowiekiem oderwanym całkowicie od rzeczywistości i uczyniła to już dość dawno. Nie wydaje się, żeby mogła o tym zapomnieć. Zapomniał o tym natomiast, jak się wydaje Putin. Nie musiał prowadzić, żadnych rozmów w Mińsku i mógł agresję kontynuować bez tego. Wyobrażał sobie, że stwarzając bardzo krótkotrwałe złudzenia co do możliwości pokoju coś ugra. I kolejny raz prymitywnie skłamał.
Kanclerz Merkel wydaje się znacznie bardziej wyrachowana. Prowadziła negocjacje z kim, o kim wiedziała przecież, że wierzyć mu nie można. Prowokując jednak ponowne demonstracyjne kłamstwa zdobywa argumenty wobec tej reszty europejskich polityków, którzy wciąż są naiwni lub tą naiwność chcą dalej udawać.  Wciąganie Hollanda do tej gry było również dobrym posunięciem, bowiem i on czuć się musi oszukany i wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. W ten oto sposób Zachód dojrzewa do wniosku, co dla niektórych było może oczywiste od początku i napotykało jednak na spory opór, że Putina powstrzymać można tylko siłą.
Plany Putina nie przewidywały, że Zachód może dojść do takiego wniosku. W jego oczach Zachód, a zwłaszcza EU-Europa, miał być dekadencki i nie zdolny do jakiekolwiek zdecydowanego działania.Pomyłka Putina wynika z jego całkowitego niezrozumienia mechanizmów działania państw demokratycznych. Debata i refleksja, jaka towarzyszy i spowalnia proces podejmowania decyzji, to w jego oczach jedynie czcza gadanina. Nie dostrzega on, że dzięki temu, demokracje zdolne są też uczyć się i wypracowywać decyzje bardziej dojrzałe i na koniec skuteczne.

Niektórzy twierdzić jednak  będą dzisiaj, że Putin odniósł zwycięstwo nie tylko na Krymie i w Donbasie, ale prawie w samym sercu kontynentu bowiem w Budapeszcie. Należy jednak lepiej przyjrzeć się, co się tam stało. Był to dla Putina dość drogi wyjazd, zapłacił bowiem za bilet do Budapesztu 10 mlrd euro. Taka jest wysokość kredytu, jakiego udzielił Orbanowi. Jest to 1/35 jego zasobów i rezerwy, jaką jeszcze posiada. Można oczywiście powiedzieć, że Orban jest przekupny. Sedno sprawy jest jednak w tym, że względy polityków musi już Putin kupować za dość duże pieniądze a trudno sobie wyobrazić, aby tracący na popularności węgierski premier mógł zmienić politykę Zachodu.

Ci którzy widzą w Putinie zwycięzcę wydają się tak samo naiwni jak on sam, nawet a zwłaszcza jeśli uważają się za jego wrogów czy oponentów. Uprawianie i zrozumienie polityki wymaga wiele wyrafinowania, a kto widzi w niej tylko stosowanie siły  nie bardzo jest zdolny dostrzegać głębszy nurt wydarzeń. Nie wykluczone, że Putin wygra jeszcze kilka bitew, wybrał się jednak na wojnę z Zachodem. Podobno aby wygrywać trzeba wroga nieco uśpić i odwrócić uwagę od swoich planów. Putin zrobił wszystko, aby swojego wroga na Zachodzie ostrzec i pobudzić do mobilizacji.

Grexit, Pegida, Charlie Hebdo i Putin

Wydarzenia takie jak wyniki wyborów w Grecji, mogące doprowadzić do wyjścia tego kraju ze strefy euro a nawet UE, zamach islamistów na satyryczny tygodnik w Paryżu czy demonstracje przeciw imigracji w Lipsku i Dreźnie nie wydają się być w jakikolwiek sposób bezpośrednio powiązane. A jednak można dopatrzeć się między nimi związku, jeśli zdać sobie sprawę, że nasz kontynent jest w stanie pełzającej wojny z Putinem.
Nie chodzi bynajmniej o to, aby przypisywać Moskwie bezpośrednie współsprawstwo w tych wydarzeniach (choć w przypadku pegidy warto być podejrzliwym, a poparcie Moskwy dla nowego rządu w Atenach jest widoczne), lecz o pytanie jakie znaczenie ma to w toczącej się pełzającej wojnie. Ci, którzy śledzą wydarzenia polityczne na bieżaca i widzą związki między nimi są naogół w wysokim stopniu zaniepokojeni i mają do tego prawo.
To że wojna się toczy, jak najbardziej brutalna i barbarzyńska, widoczne jest na wschodniej Ukrainie. Zdjęcia torturowanych przez rosyjskich bandytów ukraińskich jeńców są przerażające. Stawka jest jednak bez porównania wyższa niż Donieck i Ługańsk a nawet cała Ukraina. W „Mein Kampf” Hitler zapowiadał to, co następnie usiłował zrealizować. Dzisiaj można bez trudu można wyczytać, co zamierza Putin. Chce odtworzyć imperium, doprowadzić do rozpadu Unii Europejskiej, skłócić narody europejskie ożywiając wszelkie możliwe etniczne i terytorialne konflikty, wreszcie powołać do życia euroazję od Lizbony do Kamczatki. To piszą wyraźnie ludzie z jego najbliższego otoczenia tacy jak Dugin, Surkov, Żyrynowski i wielu innych. Na rzecz Moskwy pracuje też ogromna armia internetowych trolli, nowego typu agentury, której zadaniem jest zdezorientowanie i zmanipulowanie opinii publicznej otwartych i wolnych społeczeństw. Z działalności trollingu też można odczytywać jakie cele wyznacza sobie Moskwa.
Plany Putina wydają się schizofreniczne i niemal niemożliwe do zrealizowania. Takie jednak były również plany Hitlera.
Putin straszy też świat bronią nuklearną. Wielu radzi więc, aby go nie drażnić. Nie wiadomo jednak co to by miało znaczyć i do czego by to miało prowadzić. Jeśli UE ustąpi w sprawie Krymu i Donbasu, następnym krokiem będzie pełny rozbiór Ukrainy. Jeśli i on nastąpi Moskwa zechce przywrócić swoje wpływ w całej Europie środkowej. A jeśli i to się stanie, to zażąda rozwiązania NATO (jeśli jeszcze będzie ono istniało) i stwierdzi, że musi zapanować nad całością kontynentu, aby nie powtórzyła się sytuacja z lat 1989-93.
Jak potraktowani mogą być jej oponenci, których zdefiniuje jako wrogów, można zobaczyć nie tylko z dziejów GUŁ-agu (ktoś powie może, przecież to były inne czasy), ale na podstawie losów ukraińskiego lotnika pani Szewczenko, mordowanych przez FSB osób takich jak Litwinienko, represji wobec Chodorkowskiego a przez wszystkim losów właśnie ukraińskich jeńców.
Historycy nie mają wątpliwości, że władza Hitlera była władzą przestępczą i to nie tylko w jakimś ogólnopolitycznym sensie. Sam Hitler zachowywał się jak gangster i bandyta również wobec swojego otoczenia. Podobnie jest z Putinem. Jest to gangster, bandyta i złodziej (nazywa się to bycie oligarchą), który dostał się na szczyty władzy i kieruje potężnym państwem. Jest inteligentny i bezwzględny. Umie korzystać ze słabości swoich wrogów, a jego głównym wrogiem jest Zachód. Dlatego zamach w Paryżu, demonstracje w Lipsku, zwycięstwo faszystowsko-lewackiej koalicji w Grecji są to bitwy, jakie Zachód przegrał w wojnie z Putinem.
Przegrane bitwy nie decyduje o wyniku wojny. Znacznie gorsze byłoby udawanie, że tej pełzającej wojny nie ma. Tak jak Hitler katastrofalnie przegrał, najprawdopodobniej przegra ją Putin, doprowadzając do rozpadu tak zwanej Federacji Rosyjskiej, czyli pozostałości moskiewskiego imperium. Przyszłość pozostaje jednak zawsze otwartą kartą. Aby wojnę tą wygrać (tym bardziej bez otwartej militarnej konfrontacji na wielką skalę) Zachód potrzebuje silnej mobilizacji – Zachód i każdy kraj Zachodu z osobna, który z Zachodem się identyfikuje.
Zdefiniowanie Putina jako bandyty podobnego do Hitlera może wielu razić. Co najmniej niepokoić może słowo wojna. Język polityki i dyplomacji bywa bardziej skomplikowany i pełen niuansów. Od polityków należy domagać się przede wszystkim działania a nie mocnych słów, które w pewnych wypadkach mogą ukrywać bierność. Nie oznacza to jednak, abyśmy jako opinia nie zdawali sobie sprawę, z kim mamy w Moskwie do czynienia. Błędy jakie popełniła Europa wobec Hitlera w latach 1930-tych nie można powtarzać. Nasz kontynent może tego nie przeżyć.

Лавров VS Схетына и «победа Сталина»

Министр Лавров утверждает, что победу во II мировой войне не позволит отобрать. Это реакция на слова Гжегожа Схеьыны, что в освобождении концлагеря Аушвиц-Биркенау принимали участие украинцы – солдаты Красной Армии Первого Украинского Фронта. Это вызвало мгновенную реакцию Москвы говорящую о «отобрании победы у России» и необходимости извинений со стороны Варшавы.

Для таких извинений, однако, нет никакого повода, а истерическую реакцию Москвы можно объяснить тем, что, казалось бы, незначительное замечание польского политика касается ключевой роли российской исторической политики. Москва хочет, чтобы военная слава оставалась ее монополией, поскольку состряпанная история отечественной войны – это один из основных мифов имперской России. «Великая Отечественная Война 1941-1945» является главным поводом для славы нынешней России, подобно как это было и для Советского Союза. Россия должна быть главным победителем II мировой войны и освободителем половины Европы. Огромные жертвы и потери послужить обоснованием для политических требований и морального шантажа по отношению к оппонентам. Слова «победа», «освобождение», «20 миллионов жертв» повторяются без устали, они должны заглушить все другие интерпретации событий II мировой. Следует, прежде всего, отметить, что нельзя утверждать, что кроме территории самой России Красная Армия кого бы то ни было освобождала. Так как освобождение должно приносить свободу, в то время как Красная Армия приносила коммунистическую власть и новую оккупацию. Поэтому вместо того, чтоб говорить об освобождении вообще следовало бы говорить об освобождении от Третьего Рейха. Можно быть освобожденным от одних палачей другими палачами. И так именно это и было, если принять во внимание террор, который установило НКВД на захваченных территориях. Второй существенный вопрос касается самой Красной Армии – чем она была? Министр Лавров жалуется, что у него «отобрали» победу во II мировой, косвенно признает, что это была армия колониальной империи, центром которой была Москва. Это русским должна принадлежать победа, хотя в Красной Армии служили все народы империи, от казахов, бурятов и таджиков до украинцев и белорусов. Нет точных статистических данных и исследований, но, вероятно, русские в этой армии составляли не более 50-60%. Если же верить мемуарам, они составляли абсолютное большинство среди офицеров-политруков, а также среди контролирующих армию спецслужб. Существенный вопрос касается также «была ли советская Россия одним из союзников?» На этот вопрос можно ответить так, что западные союзники были вынуждены признать Россию союзником, стараясь перетянуть ее на свою сторону. Однако цели, которые ставили перед собою члены альянса, то есть те с которыми Гитлер начал войну в 1939 году, а также самой России были полностью различными. В 1939-41 годах Сталин был союзником не Запада, а Гитлера. В 1939 Пакт Гитлер-Сталин помог III Рейху захватить Западную Европу. Сталин готовился к войне с Гитлером, но не для того чтобы вернуть свободу Франции, Бельгии или Голландии, а для того, чтоб захватить и коммунизировать весь континент. К войне на Западе в 1940 году он присматривался с удовлетворением, так как это была война между двумя его врагами – «капиталистический» Запад воспринимался как не меньший враг, чем III Рейх.  Следует также обязательно вспомнить о том, как Сталин трактовал свою Красную Армию. В его глазах это было «пушечное мясо». Его циническая поговорка касательно жертв в собственном строю «у нас людей много» хорошо известна. Он вел войну бандитским способом по отношению к солдатам собственной армии, с жизнью и жертвами которых он не считался. Не считался он не только с жизнью русских, но и тем более с жизнью солдат, включенных в имперскую армию из российских колоний. Украинцы, белорусы имеют право на собственную историю II мировой войны так же точно как американцы, Англичане или французы. Этот трагический период по-разному пережили все эти народы. Поляки прекрасно это понимают. Россия не может иметь монополию и навязывать другим свою интерпретацию, тем более, что в настоящее время эта интерпретация проистекает из советской тоталитарной идеологии и служит ее политическим и имперским целям. Тот факт, что именно украинец, будущий профессор права Игорь Побирченко, первым освобождал концлагерь в Аушвиц, можно посчитать случайным. В равной мере это мог быть солдат любой национальности. Но это все-таки символический факт, и именно это подчеркнул польский министр иностранных дел. Это хорошее вступление в празднования годовщины окончания II мировой войны, которая излагается Москвой как триумфальная победа российского империализма, для остальной Европы победой вовсе не является, является скорее трагедией, началом новой холодной войны и порабощением половины континента.