Platforma Obywatelska – rachunek słabości zwycięzców

Wygrana Platformy Obywatelskiej jest wyrazista. Trudno przesądzać o wszystkim bez oficjalnych, ostatecznych wyników, ale odnowiona koalicja PO-PSL wydaje się najbardziej prawdopodobna. Co to oznacza dla kraju i dla przyszłego rządu?
Platforma winna przede wszystkim dokonać rachunku swoich słabości. Zwyciężyła, ale nie powinna zapominać o tym, jak wielu wyborców głosowało jedynie z braku lepszej opcji, przeciw PiS. Sukces ruchu Palikota, będąc sygnałem schorzeń kultury politycznej, może być również traktowany za jeden z mankamentów zwycięstwa PO.
Platforma musi zdobyć się na więcej inicjatywy i na zwracanie się do społeczeństwa, a nie tylko do swoich opononetów. Opłakany stan „Fundacji Obywatelskiej” instytucji związanej z PO i przeznaczonej do takiego dialogu wymaga z pewnością zmiany, jeśli PO ma utrzymać swoje oddziaływanie.
Platforma musi zadbać o właściwy nabór do partii i właściwe mechanizmy awansu. Do dzisiaj, choć PO ma przeciętnie młodszych wyborców, to jednak młodzież zostawiona jest przez tą partię samej sobie.
Słabością PO jest też niska frekwencja. Trudno jest rządzić, gdy tak wielu ludzi nie jest zainteresowanych polityką, dystansują się od niej lub wprost nią pogardzają. Stworzenie w państwie szerokich form edukacji obywatelskiej jest czymś niezbędnym a zarazem bardzo trudnym.
PO znajdzie się między tradycjonalistami z PiS, starającymi się zmonopolizować narodową symbolikę, a super modernistą Palikotem, którym głosi, że całą polską tradycję wraz z Kościołem należy wyrzucić do kosza (SLD nigdy nie było tak radykalne). Powinno to skłonić PO do wypracowania znacznie bardziej dojrzałej polityki historycznej (kultury pamięci), od której formacja ta dotychczas wyraźnie stroniła.
Jeśli PO chce przetrwać tą kadencję i stać się (niezależnie od wyników przyszłych wyborów) trwałym nurtem polityczno-ideowym musi zdecydowanie bardziej zadbać o własną tożsamość i jakość prowadzonych debat. Ataki prowadzone na PiS, gdy zwycięstwo jest odniesione, mogą PO bardziej szkodzić niż pomagać. Rządy PO, jeśli mają być udane potrzebują ucywilizowania języka polskiej polityki i poprawy jakości debat publicznych. Znów wraca problem mało dotychczas użytecznej, bo niemrawej instytucji, jaką jest Instytut Obywatelski.
Oczywiście zwycięscy, zamiast rachunku słabości, mogą ogłosić triumf. Będzie to nie tylko niebezpieczne dla PO, ale i całego kraju. Druga kadencja w okresie kryzysu może okazać się dużo trudniejsza od pierwszej. Rządząca przez dłuższy czas partia gromadzi też wielu konformistów i lizuzów (dzieje się tak z każdą partią rządzącą). I istotnie Premier Tusk miał rację, że „nie miał z kim przegrać”. Co jednak będzie, jeśli ta jedyna siła, która „mogła wygrać” zacznie słabnąć”?
Dylematy polityki gospodarczej – konieczność oszczędności i potrzeby inwestycji w nowoczesność – będą wymagały wielu trudnych decyzji, często nie przysparzających popularności.
Zwrócić trzeba uwagę, że paradoksalnie również nader słabym punktem rządów PO będzie marna opozycja. Rozbita lewica długo się nie pozbiera. Pozbędzie się najpewniej nieudolnego Napieralskiego, trudno jednak będzie o nową twarz skutecznego przywódcy. Młodzież spod znaku „Krytyki politycznej” i Sierakowskiego jest chyba jeszcze nie dość dojrzała by przejąć ster. Po PiS w obecnym stanie trudno się niestety spodzieać, że będzie konstruktywną opozycją. Stosunkowo dobry wynik ok. 30% nie pozwala myśleć o zmianie szefa. Zresztą ta wodzowska partia rozpadła by się najpewniej bez Jarosława Kaczyńskiego. Można spekulować czy część młodzieży związanych ze środowiskami „Frondy”, Fundacji Republikańskiej, czy mogący mieć wpływ na te środowiska wpływowy tygodnik „Uważam Rze” nie zechcą szukać nowej twarzy dla polskiego konserwatyzmu. Na ten temat jest jednak spekulować zdecydowanie za wcześnie.
Najniebezpieczniejszy dla PO okazać się może ruch Palikota. Jego hasło „przyjaznego państwa” jest, jak się okazało, chwytliwe, choć jest to polityk, którego przecież właśnie nie wiele ponad owe 10% jest w stanie traktować jako przyjaznego. Jego wulgarny antyklerykalizm może zaogniać konflikty. Jego świadomie skandalizujące zachowanie odwracać może uwagę od istotnych problemów i czynić z życia politycznego magiel. I to wszystko dziać się będzie w parlamencie. Obecność populizmu i demagogii bardzo przeszkadza dobremu rządzeniu. Ci, którzy się pocieszają, że Palikot jest rzekomo inteligentny i zrozumie, że trzeba się ustatkować mogą się srogo rozczarować. Jego kampania wyborcza z pewnością na to w każdym razie nie wskazuje. Wodzowski już dziś styl zachowania również tego nie znamionuje.
Zwycięska Platforma nie ma więc przed sobą łatwego zadania. To, że sama formacja może rządzić drugą kadencję jest świadectwem stabilizacji polskiej polityki, wbrew wszystkim narzekaniom (skąd inąd słusznym) na stan kultury politycznej. Z tego można być zadowolonym. Aby jednak spełnić nadzieje, jakie mogą być związane ze zwycięstwem Platformy musi ona przezwyciężyć swoje słabości, które są równie widoczne jak jej obecny wyborczy sukces.

Reklamy

Instytuty badania opinii publicznej przegrywają wybory

Niezależnie kto wygra wybory, już przegranym są instytuty badania opinii publicznej. Sondaży mieliśmy nadmiar i  z wszelkimi możliwymi wynikami, co znaczy że większość musiała się mylić. Autorzy tych nietrafionych przewidywań mogą się oczywiście bronić, że odnotowywali jedynie chwilowe nastroje a robiąc  jeden sondaż po drugim wskazywali na zmienne tendencje. Taki argument nie wydaje mi się jednak przekonywujący.

Wyraźne też było, że publikowanie wyników sondaży służyło wyborczej  manipulacji. Piszę świadomie manipulacji, bowiem  publikowanie wyników sondaży nie ma nic wspólnego z zrozumiałą  i rzetelną wyborczą agitacją. Wyborca winien głosować wedle własnych przekonań a nie podług tego jak głosują inni.

Historię tej sondażówej manipulacji można też prześledzić przywołując ostatnie miesiące. Najpierw sondaże wykazywały, że PO ma dużą przewagę i politycy PO to podkreślają. Gdy jednak zbliżają się wybory okazywało się, że frekwencja może być nader niska, co czynić mogło wynik wyborów bardziej przypadkowym. PO zauważa, że zbyt dobre wyniki sondażowe mogą być kontra produktywne. PiS zarazem zaczyna ogłaszać, że do PO się zbliża a po tym, że PO przegonili. Wobec czeka PO zmienia taktykę i zaczyna głosić, że różnica jest nie wielka i koniecznie trzeba pójść do wyborów, bowiem PiS może wygrać. PiS tym silniej głosi, że już właściwie wygrał, o czym świadczyć mają coraz to nowe (własne i nieogłaszane) sondaże. Ma to również zmobizować wyborców PiS. Mówi się „patrzcie, zwycięzstwo jest tuż, tuż, jeśli tylko pójdziecie do urn”.

Każda jednak strategia „sondażowej kampanii wyborczej” ma swoje wady. Jeśli dana partia ogłasza, że już wygrała to część jej zadowolonych, potencjalnych wyborców może pozostać w domu. Głosi się z kolei, że jest się zagrożonym, to dla innych będzie to powód absencji wyborczej (albo głosowania na jakieś inne ugrupowanie), bowiem nikt nie lubi glosować na przegrywających. I tak źle i tak źle.

To, że politycy chcieli manipulować sondażami, to można powiedzieć ich sprawa. To jednak, że instytuty badania opinii wyborczej  dostarczały wyników mogących wspomóc taką czy inną taktykę każdej z partii, jakby na życzenie, to sprawa druga. W konkluzji można więc powiedzieć, że owe instytuty dały się politykom zmanipulować i stały się ich narzędziem.

Czego natomiast ze strony polskiej socjologii zabrakło? Pogłębionych analiz możliwych preferencji wyborczych w poszczególnych środowiskach. Zabrakło głosu czołowych, wybitnych polskich socjologów. Dawniej  opracowania prof. Nowaka czy nie tak dawno prof. Czaplińskiego służyły zorientowaniu się, co jako społeczeństwo myślimy. Ostatniej kampanii wyborczej takie opracowania nie towarzyszyły. Pomocne analizy nie musiały wcale powstawać na zamówienie polityków. Ich prezentowanie jest powołaniem socjologii. Poważniejsze badania, badania jakościowe, szukanie rozumienia co dzieje w społeczeństwie zastąpiła jednak w dużym stopniu socjologia komercyjna, sondażowa. Można badać, jakie są preferencje przy kupowaniu nowego gatunku  pasty do zębów albo jakie są preferencje wyborcze. Ganz egal. A wybory to jeszcze jednak kampania reklamowa, której potrzebne są sondaże.

Polska socjologia powadze ostatniej kampanii wyborczej nie pomogła. Przejdzie ona pewnie do historii pod nazwą kampanii sondażowej. I kampania ta daje dużo do myślenia nie tylko o mizernym stanie polskiej kultury politycznej, ale także niestety każe pytać o stan części polskiej socjologii. Jest to dziedzina wiedzy, która wraz ze Znanieckiem, Ossowskimi, Chałasińskim, Nowakiem, Karpińskim ma ogromny wkład w polską kulturę. Oby mogło być tak dalej.

Ostatecznie jednak można się pocieszyć tym, że wyborca winien głosować zgodnie z własnymi poglądami więc skoro nawet sprzeczne sondaże nie mogą go zdezorientować. Więcej nawet. Skoro sondaże są tak sprzeczne to tym bardziej musi wykazać się samodzielnością.

Palikot – „czarny koń” kampanii wyborczej czy produkt jej słabości?

W jednej z warszawskich kawiarni spotkałem się z trójką członków i średniego szczebla działaczy SLD. Najpierw powiedzieli, że nie mogą już znieść Napieralskiego (co mnie nie zdziwiło), po tym zadeklarowali się jako „właściwie liberałowie” (to mnie już nieco zaskoczyło), by wreszcie oświadczyć, że najpewniej głosować będą na Palikota (poczułem zawrót głowy). W próbnych wyborach organizowanych w ostatnich klasach liceów Palikot zdobywa sobie często zdecydowaną większość. Znajoma nauczycielka dzwoni do mnie zaszokowana, po podliczeniu głosów w jej szkole. To są przecież takie miłe i inteligentne dzieciaki – skarży się.

Czy  ruch poparcia Palikota jest trwalszym  zjawiskiem, okaże się wkrótce. Dzisiaj cieszy się ok. 8% poparcia, a wyprzedzając PSL a przede wszystkim SLD  nazywany jest powszechnie „czarnym koniem” obecnej kampanii wyborczej.  Być może jednak ów czarny koń podoba się potencjalnym wyborcom, a nie tym którzy pójdą do urny. Jeśli Palikot nie przekroczy 5%, czarny koń zostanie w stajni. Ale nawet wejście do sejmu nie gwarantuje jeszcze Palikotowi dalszej wielkiej politycznej kariery. Jego ugrupowanie złożone  z całkowicie przypadkowych osób może się rozpaść. Również to, że sam Palikot, który zaczynał swoją karierę jako skandalista, zmieni się w odpowiedzialnego polityka, wydaje się mało prawdopodobne.  Po wielce prawdopodobnej, nowej serii skandali,  większość, a nie tylko jego oponenci, przypomną sobie, o jego wcześniejszych występach i jego czar prysnąć może ostatecznie. Trudno jest dzisiaj prorokować, co będzie. Wcześniej czy później dowiemy się wszyscy, na co stać Palikota.

Jego mocno zaskakująca popularność powoduje, że szuka się porównań. Przeciwnicy znajdują  podobieństwa z Lepperem. Porównanie to nie wydaje mi się trafione. Lepper odwoływał się do interesów określonej grupy społecznej, starał się odegrać rolę współczesnego, wioskowego  Robin Hooda. Ci których chciał reprezentować, odeszli od niego, gdy okazało się że Unia Europejska, jaką tak straszy,  daje więcej. Za Palikotem nie stoi żadna zwarta  grupa interesów i jego poglądy będzie trudniej zweryfikować. Źródłem jego popularności jest rozczarowanie innymi partiami. Tym rozczarowanym serwuje on papkę sprymityzowanego liberalizmu (obniżyć podatki) z nie mniej zwulgaryzowaną lewicowością (agresywny antyklerykalizm, wolność dla konopii itd.). Jego atrakcyjność (głównie dla młodszego pokolenia)  polega na tym, że jest brutalnie wyrazisty i atakuje wszystkich („polityka to prostytucja”).

Znam mało zamożną polską rodzinę (skądinąd bardzo sympatycznych ludzi) która uważa, że dzięki zmniejszeniu podatków, będą mieli więcej pieniędzy. Ten liberalizm uboższej warstwy społeczeństwa  jest zadziwiającym fenomenem i wymaga moim zdaniem zbadania.

Wypada jednak zapytać, czy popularność Palikota jest jego własną zasługą, czy też jest raczej przypadkowym produktem naszej kulejącej kultury politycznej. Ci którzy nie lubią Palikota (nie będę ukrywał,  że mam go za wyjątkowego szkodnika) uznają, jego popularność za skutek niedojrzałości części naszego społeczeństwa. Nie chcę dyskutować tej kwestii, zawsze jednak skłonny jestem sądzić, że społeczeństwo jako całość jest bardziej dojrzałe i mądrzejsze od poszczególnych polityków. Uważam, że popularność Palikota za wytwór błędów innych poważniejszych (mimo wszystkich ich słabości) polityków, a nie braku dojrzałości społeczeństwa.

Nieustanna wyniszczająca walka na słowa i wzajemne dezawuowanie się między dwoma największymi partiami PO i PiS to z pewnością jedna z poważnych przyczyn.

Politycy tych dwóch największych stronnictw zdają się nawzajem siebie obrzydzać, zdają się natomiast zupełnie nie zwracać się do obywateli i wyborców. Mówią, że nie głosować na tych drugich, nie wyjaśniają natomiast dlaczego mielibyśmy głosować właśnie na nich.

Politykom wtóruje większość mediów, które zależnie od orientacji uprawiają polowanie z nagonką na polityków.

W rezultacie mamy w mediach dwie Polski „wykształciuchów” i „mocherów”, między którymi nie ma możliwości jakiekolwiek dialogu. Od razu dodam, że wcale takiego obrazu naszego kraju nie uważam za prawdziwy.

Młodzież albo odwraca się od polityki zupełnie albo też organizuje się na marginesach w dość skrajnych ugrupowaniach (Młodzież Wszechpolska z jednej strony, po drugie „Antyfaszyści”). Dorosłe partie młodzieżą zdają się być zupełnie nie zainteresowane młodszym pokoleniem, a ich młodzieżowe organizacje są niemrawe i wyjątkowo słabe.

Zwróćmy jeszcze uwagę, że większość tematów, które obecne są kampanii wyborczej nie wiele mają wspólnego z praktyką i realiami rządzenia. Jeśli nie jest tylko wzajemne wymyślanie sobie, to jest sprawa kibiców sportowych. Jedni są gotowi bronić kiboli, bo rzekomo krzywdzi ich łamiący prawo rząd. Po drugiej stronie z okładki popularnego tygodnika telewizyjny showman, który wsławił się tym, że wtykał flagę narodową w psie odchody, oświadcza, że boi się jednego z kandydatów (Kuba Wojewódzki na okładce „Wprost” o Kaczyńskim).     Zarazem  kopie się nie przekraczalne rowy, tocząc spory o nierozstrzygalnych sprawach fundamentalnych wartości  (np. zakazu lub liberalizacji prawa o usuwaniu ciąży/ochronie życia poczętego), gdzie elementarne zrozumienie demokracji kazałoby poszukiwać konsensusu (choć nikogo nie może on do końca zadowolić, jak dzieje się to gdy chodzi o takie właśnie fundamentalne różnice). W świecie, któremu zagraża wielki kryzys gospodarczy i dokonują się w niesłychanym tempie zmiany demograficzne, społeczne i technologiczne,  w kraju jakim jest Polska, nie dyskutuje się na tematy mogące decydować o dobrobycie i bezpieczeństwie społeczeństwa.

W tej sytuacji, kto głośno krzyczy i opanował sztukę uproszczeń może nagle zabłysnąć jako polityczna gwiazda. To nie 8-10% deklarujących poparcie dla Palikota jest nierozsądnych i ograniczonych, ale winni są politycy, którzy do tych potencjalnych wyborców nie raczyli się zwrócić  i rozmawiać z nimi.

Palikot to nie drugi Lepper. Jeśli już szukać podobieństw, to raczej jest to zjawisko pokrewne trochę Tymińskiemu, choć najbardziej wydaje się on być nowym, sprytniejszym wydaniem Janusza Korwina Mikke. Człowiek w muszce był zbyt ekscentryczny, by zdobyć szersze poparcie, choć nadal jest ze swoją  „likwidacją podatków” idolem absolwentów zawodówek. Palikot, choć skandalista, jest znacznie bardziej wyrafinowany i cyniczny. Gotów jest, jak trzeba, na nowe uczesanie,  ma więcej pieniędzy i gotów jest na sojusz z Jerzym Urbanem, który lewicę z SLD spisał na straty. Zjawisko „Palikot”, niewątpliwie nie pozbawione znaczeni, niezależnie od tego, co się o nim sądzi, nie budzi też poważniejszej refleksji. Dla PiS to jedynie powód, by zacząć mówić o „Tuskopalikocie”, natomiast w niektórych kręgach PO zwycięża nierozważna schadenfreude, że Napieralskiemu wreszcie powinęła się noga.

Można mieć tylko nadzieję, że tak jak być powinno, ogół obywateli i wyborców okaże się rozsądniejszy od  polityków i przeżywających głęboką zapaść mediów. Pójdą do urn i dokonają rozsądnego wyboru. To rozstrzygniecie trzeba zawsze szanować. Nawet jednak, jeśli ktoś taki jak Palikot wejdzie do Sejmu RP, nie powinno winić się za to wyborców. Należałoby by jedynie zacząć rozmawiać o polskiej polityce w poważny sposób. I nie przede wszystkim między politykami w studiach  telewizyjnych, ale między obywatelami. W końcu znajdą się może jacyś politycy, którzy do takiej rozmowy zechcą się dołączyć. Obecna kampania wyborcza jest świadectwem słabości polskiej kultury politycznej, ale nie demokracji, którą tworzą odpowiedzialni obywatele.

Groźba rozdrobnionego parlamentu i niestabilnego rządu

Ostatnie notowania sondaży wyborczych wskazują na niepokojącą tendencję. Wybory wyłonić mogą parlament rozdrobniony, w którym nader trudno skonstruować będzie koalicję rządową. W okresie kryzysu Polska potrzebuje polska potrzebuje stabilnego rządu bardziej niż kiedy indziej. Poważniejsze perturbacje na szczytach władzy mogą spowodować, że kryzys ze zdwojoną siłą uderzy w nas kraj.

Co zapowiadają obecne sondaże? 35% dla PO, 28% dla PiS, 13% dla SLD, 8% dla PSL i 6% dla Palikota. Ważne jest jak owe procenty przekładają się na miejsca w sejmie. PO – 183, PiS – 146, SLD – 63, PSL – 37, ruch Palikota – 31. Wiadomo, że mogą się one zmieniać, rosnąca tendencja wskazuje na podobny wynik.

Wyłonienie rządu w  sejmie o takim składzie będzie bardzo trudne. PO i PSL nie starczy głosów do uzyskania większości (razem tylko 220 miejsc z 464). PO musiałaby rządzić razem z SLD, co może być nader trudne, z uwagi na „wytrzymałość” konserwatywnego skrzydła PO. Rząd taki mógłby się długo nie utrzymać.

Szukając koalicjantów innych niż SLD Platforma musiałaby wziąć do rządu nie tylko PSL ale także Palikota. Ten celebryta i skandalista mógłby jednak paraliżować prace rządu, gdyby zachowywał się tak jak dotychczas, co jest najbardziej prawdopodobne. Mając oparcie w klubie liczącym 31 głosów, koniecznych dla utrzymania koalicji rządowej mógłby on prowokować nieustanne kryzysy. To one stałyby się przedmiotem  polskiej polityki, a nie koncentrowanie się na najważniejszych problemach gospodarczych.

Wielka koalicja PO-PiS jest nie do pomyślenia, mimo że wielu krajach w okresach, gdy trzeba podejmować trudne decyzje, dochodzi do takich mariaży (CDU i SPD w Niemczech). Wcześniejsze spekulacje o koalicji PiS-SLD też nie mogłyby się spełnić (razem tylko 209 miejsc). Nawet dołączenie PSL byłoby niewystarczające. Musiałaby to być powiązanie PiS-SLD-PSL i Ruchu Palikota. Bardzo trudno, a właściwie nie sposób wyobrazić sobie stabilny rząd, za którym stałaby taka koalicja.

Media, kierując się sondażami,  piszą, że Ruch Palikota jest czarnym koniem obecnej kampanii wyborczej. Istotnie na to wygląda i należy się zastanowić, dlaczego tak jest. Zastanawiające jest, dlaczego tak wielu wyborców chce oddać głos na ugrupowanie polityczne tak mało poważne, na czele którego stoi postać słusznie nazywana  „skandalistą”. Jako polityk Palikot nie sprawdził się w roli przewodniczącego komisji sprawnego państwa, zastępując działanie kolejnymi „wygłupami”. To wszystko jest mu obecnie zapominane.

Trudno jednak winić o to wyborcę. Obserwuje on bezbarwną i nie zajmującą się istotnymi sprawami  kampanię, w której dwie główne siły PO i PiS dość prostacko zwalczają się, dezawuując się nawzajem. Nic dziwnego, że zdezorientowany wyborca szuka jakiejś alternatywy. Dla większości nie może być to PSL. SLD,  w obecnym stanie, również nie może wykorzystać nadarzającej się szansy. Zostaje więc krzykliwy Palikot, który być może przyciąga swoim bezkształtnym programem, w którym każdy może wyczytać, co chce.  Może stawać się przyciągający dla niszowych  środowisk takich  jak wyborcy Janusza Korwina-Mikkego. Palikot odgrywa rolę niemal jedynego ożywczego elementu w tej kampanii, co znudzonego nią wyborcę może pociągać, zwłaszcza, że nikt z nim nie polemizuje i go nie krytykuje.  Medialne określenie „czarny koń” czynić go może nawet bardziej atrakcyjnym dla wyborcy, który nie otrzymuje od polityków rzetelnej informacji.

Zadziałać więc może prawidłowość, że w atmosferze politycznej pozbawionej powagi wyłaniają się nieodpowiedzialni politycy a wyłoniona reprezentacja wydaje się być przypadkowa. Nie wiele jest czasu, by obecna kampania umożliwiła wyborcy poważniejszy namysł. Sytuacja natomiast, w której parlament będzie miał trudności z wyłonieniem rządu lub wyłoni rząd niestabilny może być w okresie kryzysu nader niebezpieczne. „Czarny koń” polskiej gospodarki w Unii, zamieniony zostanie na „czarnego konia”  Palikota. Najprawdopodobniej najgorzej wyjdą na tym ci, którzy na niego zagłosują. Winić jednak będą mogli o to też tych, którzy ich nie ostrzegli.

Odpowiedz Janinie Jankowskiej w sprawie udziału w wyborach

Piszesz dlaczego nie będziesz głosowa(patrz: komentarze blogu) . Motywujesz to „rozczarowaniem do stylu uprawiania polityki w Polsce i ludzi, których się niegdyś szanowało”. I dalej piszesz „to naprawdę nie ma znaczenia , która partia zwycięży”. Jestem przekonany, że głęboko nie masz racji nie idąc do wyborów, a Twoja argumentacja jest płytka.

Ale najpierw muszę się z Tobą zgodzić. Sposób uprawiania polityki w Polsce jest okropny. Żadna z partii np.: nie traktuje poważnie kwestii „korpusu cywilnego” czyli stworzenia bezstronnej (bezpartyjnej) i fachowej warstwy  urzędniczej. Po każdych wyborach odbywa się obsadzanie większości stanowisk „swoimi”. Pracujesz w mediach i jesteś znaną dziennikarką, więc oczywiście i tu masz prawo być krytyczna. Kolejni rządzący usiłują zawładnąć mediami Zamiast mieszanych rad nadzorczych (z wszystkich wiodących stronnictw politycznych), są znów gremia „swoich”. Krytykę można rozbudowywać i mnożyć. Język naszej polityki jest okropny, pełen wyzwisk, obelg. Nie wiadomo o co chodzi, ale wiadomo że polityk X nie znosi polityka Y. Ale…

Znam dobrze co najmniej kilka krajów europejskich i nigdzie, jak się lepiej przyjrzeć, nie jest lepiej. Weźmy przykłady Włoch (Berlusconi), Grecji (mówi to samo za siebie) Czechy (jeden Havel nie ratuje sytuacji) itd. A więc demokracja to nie jest wspaniała utopia, gdzie wspaniali wyborcy wybierają najlepszych. W demokracji wszystkie wady danego społeczeństwa są widoczne i wychodzą na wierzch. Stan polskiej kultury politycznej to lustro nas samych, całego społeczeństwa.

Nie prawdą jest, że wszystko jedno kto zostanie wybrany. Między konserwatystami z PiS, liberałami  z Platformy a lewicą z SLD istnieją bardzo znaczące różnice. Nie rozstrzygam, kto ma rację (od straszenia PiS-em jest Waldek Kuczyński, a od straszenia PO Bronek Wildsztajn). Jasne jest jednak, że nie jest obojętne, kto będzie rządził. Dotyczy to zasadniczych spraw  polityki zagranicznej, polityki kulturalnej, a także kwestii gospodarczych. Tych ostatnich może najmniej, bowiem każdy rząd, jeśli jest rozsądny, uwarunkowany jest sytuacją (budżet państwa musi się zgadzać).

Do polityki należą też media. Mnie martwi nie tylko styl polityków, ale też styl mediów. Nasza koleżanka Janina Paradowska zdaje się umieć komentować jedynie polityczne sfary a nie prawdziwą politykę. Jacek Żakowski nie komentuje, ale ma zawsze „moralną rację” i zna jeden gatunek dziennikarski „homilię”. Z Bronkiem Widsztajnem nikt nie polemizuje (choć to najwybitniejszy dziennikarz opozycji), a ten ma już takie kompleksy, że walczy z całym światem (Nowym Światem). To jest fatalna sytuacja, bowiem nasze dziennikarstwo zamiast objaśniać i komentować politykę bierze w niej udział i to dokładnie w takim stylu, na jaki Ty narzekasz.

Wreszcie Twój argument, że małe partie nie mają szans. Szanuje Pawła Kowala (to mój młodszy kolega z Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie), ale zbyt zbyt dużą ilością partii w Sejmie byłbym niezadowolony. Jestem za dużymi partiami, które reprezentują szerokie nurty polityczne, a nie partiami-sektami (już choćby z tego powodu, że są małe – bynajmniej nie chcę nazwać PJN sektą). Trzy-cztery partie w Sejmie to całkowicie wystarczy. Inaczej politycy będą zawiązywać jakieś skomplikowane koalicje, które miałyby mało wspólnego z wolą wyborców.

Masz oczywiście powody krytykować stan wszystkich partii. Nie są to żywe społeczności polityczne, w których dyskutuje się i spiera. Tak naprawdę, wszystkie nasze partie to w gruncie rzeczy kilkadziesiąt, góra kilkaset osób na górze, a tylko kilka, kilkanaście ma decyzyjne znaczenie. W partiach nie ma też młodzieży i nie ma sensownych dróg politycznych karier (poprzez aktywność społeczną). Awansują asystenci posłów, a więc klasa polityczna powiela się, a nie rozwija.

To wszystko smutne, a jednak nie będzie poprawy bez większego udziału w polityce nas wszystkich. Wydaje się to błędne koło – ponieważ styl polityki jest zły, to obywatele nie biorą w niej udziału i wobec polityka zdaje się coraz gorsza i tak w kółko. Można jedynie czekać, jak na Godota, na jakieś radykalne przesilenie, mając takie stanowisko jak Twoje Janino.

Ja na Godota nie chcę czekać. Dlatego głosuję, dlatego uważam, że do partii politycznych trzeba się zapisywać i tam „rozrabiać”. Nie zamierzam z dystansu narzekać na polityków, widząc że społeczeństwo jest dokładnie takie same jak oni. Ty i ja byliśmy uczestnikami ruchu „Solidarności” Był on wspaniały m.in. dlatego, że było w nim tylu ludzi aktywnych. Ja zamierzam być nim nadal. Serdecznie Cię pozdrawiam i namawiam do udziału w wyborach zgodnie z Twoim własnym osądem sytuacji w naszym kraju.

I jeszcze dodam. Nawet jeśli uważasz, że Twój  głos jako wyborcy liczy się mało, to nie możesz zaprzeczyć, że Twój głos jako dziennikarza i osoby publicznej liczy się znacznie bardziej. Jakżesz więc możesz głosić, że do wyborów nie idziesz.Absencja wyborcza nie poprawia, lecz pogarsza „styl polskiej polityki”.

Prognozy powyborcze warto rozważać przed oddaniem głosu

Niektórym może się  wydawać, że wiemy już co się zdarzy, bowiem czyta sondaże wyborcze.  Najwięcej głosów zdobędzie PO, drugie będzie PiS, na trzecim miejscu SLD a inni nie wejdą a jeśli wejdą to ledwie, ledwie. Kilku jednak procentowe różnice wyników poszczególnych ugrupowań mogą jednak całkowicie odmienić obraz przyszłego parlamentu. Rysowanie  scenariuszy, jaki będzie sejm po wyborach, nie powinno być traktowane jako bawienie się w proroctwa. Prognozy takie mogą być pomocne dla wyborców. Niekoniecznie bowiem mamy wybierać najlepszą w naszych oczach partię (lub najmniej złą). Możemy też głosować taktycznie udzielając głosu tej partii, która decydować mogłaby o określonym układzie w sejmie.

Media bawią się wciąż z publikowania przedwyborczych sondaży, ile poszczególne partie zdobędą głosów. Obecna kampania wyborcza przejdzie dlatego do historii pod nazwą „sondażowej”, bowiem instytuty opinii publicznej odgrywają w niej poważniejszą rolę niż politycy. Spróbujmy jednak zarysować kilka możliwych scenariuszy przyszłego sejmu nie rozstrzygając stopnia ich prawdopodobieństwa, choć pewnie nie jest ono we wszystkich wypadkach jednakowe.

Scenariusz koalicji PO-PSL (czyli wszystko po staremu)

W tym wypadku wszystko zewnętrznie pozostaje nieco po staremu, choć z biegiem czasu „zużycie” takiej koalicji w oczach opinii publicznej rośnie. Przede wszystkim PO musiałoby dokonać poważnej mobilizacji, jeśli takie rządy Platformy miałyby przetrwać następną kadencję. Otwartym pytaniem pozostawałoby, kto będzie w takim wypadku bardziej skuteczną opozycją PiS czy SLD.

Scenariusz koalicji PO-SLD (centrowo-lewicowej)

Taka koalicja byłaby niewątpliwie dość trudna dla PO, bowiem nie wiadomo jak znosiłoby ją prawe skrzydło Platformy. Byłaby to też dość wygodna sytuacja dla PiS jako opozycji, można powiedzieć niemal wymarzona. Nie wiadomo też, jak długo taka koalicja mogłaby się utrzymać. Być może za dwa lata mielibyśmy nowe wybory, zwłaszcza jeśli światowa sytuacja gospodarcza pogorszyłaby się z widocznymi skutkami dla Polski.

Zwróćmy też uwagę, że taka koalicja mogłaby być wymuszona, gdyby do sejmu weszły tylko trzy partie PO, PiS oraz SLD i istniałby konieczność stworzenia rządu. Bez gotowości zawarcia jakiejś koalicji przez te ugrupowania trzeba by rozpisać nowe wybory.

Scenariusz koalicji PIS-SLD (czarno-czerwonej)

przy wyraźnie gorszym wyniku PO. To również oznaczałoby mało trwały parlament. Trudno wyobrazić sobie te dwie formacje, często deklarujący silny antagonizm, tworzące wspólny rząd. Motywem zawarcia takiej koalicji mogłaby być przede wszystkim chęć władzy, a w każdym razie byłoby to tak komentowane.

Ten nieco egzotyczny (choć analizowany w mediach scenariusz) miałby nieco większe szanse realizacji chyba jedynie, gdyby jak w scenariuszu poprzednim do sejmu weszły jedynie trzy ugrupowania.

Scenariusz koalicji PIS-PSL (konserwatywno-ludowej)

W przypadku słabego rezultatu PO a dobrego rezultatu PiS i PSL byłaby to alternatywa dla dzisiejszej kolacji. PSL wydaje się być ugrupowaniem „lobbingowym” gotowym do różnych sojuszy byle pozostać przy władzy

Scenariusz sejmu rozdrobnionego.

Do sejmu wchodzą drobniejsze ugrupowania  przede wszystkim ruch Palikota. Z całą pewnością byłby to sejm bardziej „rozrywkowy”, co nie koniecznie byłoby jego zaletą. Zauważmy jednak, że możliwy jest arytmetycznie taki rozkład (jeśli prawdą jest, że Palikot zabiera głosy PO), że koalicji PO-PSL zabrakło by głosów by zdobyć większość. Jeszcze bardziej skomplikowana sytuacja wytworzyłaby się w przypadku nie wejścia do sejmu PSL a wejściu ruchu Palikota. Wtedy też możlwie byłyby aż dwie możliwie koalicje PO-PSL-Palikot albo PO-PSL-SLD albo PiS-PSL-Palikot.

Scenariusz absolutnej większości dla PO.

Nie trzeba wtedy dyskutować jakie inne partie weszłyby do Sejmu. Na Platformę może podziałać to dwojako – kompletnie ją uśpić w samozadowoleniu albo przeciwnie zmobilizować. PO byłaby partią ponoszącą wyłączną odpowiedzialność za sprawy kraju, bez możliwości tłumaczenia się koalicjantami, układami etc.

                                                             ***

Powtórzę raz jeszcze. Wyborca nie musi głosować na swoich ulubieńców (ani na najmniej nielubianych), może też głosować taktycznie, zastanawiając się komu oddać swoją kartkę wyborczą, aby określony scenariusz został zrealizowany. Wybiera się nie tylko partię (w Niemczech oddaje się dwa głosy, główny i wspomagający i można je oddać na dwa ugrupowania), ale również na odpowiedni układ w parlamencie. Dlatego warto rysować takie scenariusze.

Ekonomia polityczna w czasach kryzysu jest dla wszystkich

Polacy po 89 wzięli wielką lekcję ekonomii. Była to przede wszystkim lekcja liberalizmu. Lekcję dobrą i skuteczną. Następnym etapem jest poszerzenie i pogłębienie tego kursu ekonomii politycznej. Nie ma co porzucać tego, czego nauczyło się społeczeństwo o działaniu rynku. Trzeba to uzupełnić o wiedzę o związku naszych portfeli z wielką polityką w czasach kryzysu światowej gospodarki.

Tego można oczekiwać od dobrej kampanii wyborczej. A  tego właśnie nie ma i będzie to stanowić wielki problem, dla każdego rządu, jaki powstanie po tych wyborach. W gospodarce bowiem nie ma cudów, jest tylko dobra, zła a czasem katastrofalna (jak w Grecji) kalkulacja. A te katastrofalne kalkulacje są produktem tchórzliwych polityków i czasem jeszcze bardziej skutkiem ogłupiałych mediów.

Oszczędzać zaczyna Ameryka. Toczy  się tam m.in. debata, jak podwyższyć podatki bogatym, Poparł to Bill Gates, choć znaczna część republikanów protestuje. Czy amerykańskie spory to dla nas abstrakcja? Nie. Polska ma też oszczędzać. Temat ten jednak nie pojawia się w poważniejszych sposób w kampanii wyborczej. PiS zapowiada, że pieniędzy dołoży, a PO boi się oczywiście tracić głosy i milczy.

Drugim istotnym czynnikiem jest brak czytelnej i powszechnie zrozumiałej, bezstronnej publicystyki ekonomicznej. Nie ekonomista musi wysłuchiwać pokrzykiwania na siebie licznych „guru” od gospodarki, nikt jednak nie stara się mu wytłumaczyć o co chodzi. Ekonomia jest oczywiście dziedziną niezwykle skomplikowaną, ale pewne sprawy dają się w uproszczeniu objaśnić. Opinia publiczna musi w takich debatach uczestniczyć, rozumiejąc jakie konsekwencje mają poszczególne „fachowe” rozstrzygnięcia, zarazem być na tyle dobrze poinformowana, by nie ulegać całkowitym szarlatanom i demagogii.

Jak jest się zadłużonym, to trzeba oszczędzać. To wie każdy. Polska jest zadłużona na ok.750 mld, co stanowi 53% naszego PKB. Jest to proporcjonalnie o wiele mniej niż w innych krajach Unii. Gdyby światowa sytuacja gospodarcza była w lepszym stanie, nie byłoby to niebezpieczne. Jeśli byłby wzrost gospodarczy, to dług relatywnie z czasem malałby. Wiadomo, jeśli rośnie moja pensja, to moje długi stają się relatywnie coraz mniejsze. Mam problem, gdy moja pensja nie rośnie, a procenty narastają. Obecny kryzys światowej gospodarki powoduje, że nasz wzrost gospodarczy jest zagrożony.

Robiąc plan finansowy państwa na rok następny (i dalsze lata) trzeba to wszystko brać pod uwagę. Skoro nie ma wzrostu lub jest mały, to znaczy, że trzeba oszczędzać. Ale na czym i na kim można oszczędzić? Odpowiedz jest tylko jedna. Jak rodzina jest zadłużona, to wszystkie dzieci dostaną mniej zabawek, a mama z tatą nie kupią nowego samochodu. Z publicznymi finansami jest do pewnego stopnia tak samo. Oszczędzić może tylko społeczeństwo. Demagogią jest powiedzenie, że rząd oszczędza na społeczeństwie. Tak powiedzieć może tylko demagogiczna opozycja (wiadomo bowiem, że wszelkie rządy mają przede wszystkim tendencje do rozdawania społeczeństwu zabawek, nie zaś do mówienia mu, że mu zabawki odbiorą. Rząd, który miałby jakaś zabawkę odebrać społeczeństwu, choćby to nawet było konieczne, gdy opozycja wrzeszczy, że to niepotrzebne, pewnie tego nie zrobi. Tak było w Grecji).

Analogii z rodziną-państwem  nie można jednak posunąć zbyt daleko. Ważna jest też analogia między  państwem a przedsiębiorstwem. Żeby mieć zysk trzeba zainwestować. Skąd inwestować jednak, skoro trzeba oszczędzać? Zdaje się to błędnym kołem. Gdy nie ma długu, można się zadłużyć. Bowiem dług może dawać środki na inwestycje (choć te mogą okazać się opłacalne lub nieopłacalne). Gdy dług jednak jest duży, nie można go powiększyć.

Jaki stąd wniosek? Trzeba oszczędzić nie tylko na spłatę długu, ale jeszcze na inwestycje. Tylko inwestycje mogą pobudzić wzrost gospodarczy, a bez wzrostu nie ma spłaty długu. Owa potrzeba „podwójnego oszczędzania”  – na spłatę długu i inwestycje –  praktycznie oznacza możliwość zatrzymanie poprawy poziomu życia lub nawet jego pogorszenie. Sposobem wyciągnięcia od społeczeństwa pieniędzy są m.in. podatki. O tym właśnie dyskutuje się w Ameryce. U nas milczy się.

Jedni bujają w obłokach i jeszcze wciąż śnią o podatku liniowym, inni chcą wciąż coś rozdawać.

Kluczowym zagadnieniem politycznym staje się zaś po pierwsze, które grupy  społeczne będą „oszczędzaniem” najbardziej dotknięte (np.: czy rolnikom dzięki KRUS tak się poprawiło, że można im już dalej ekstra nie dokładać – kontrargumentem będzie to, że wieś przeciętnie ma wciąż gorzej niż miasto).

Po drugie zaś, czy chcemy i możemy zaoszczędzić tyle, aby starczyło na rozwój w kierunku nowoczesności, a nie tylko na przetrwanie i płacenie odsetków. Jeśli ktokolwiek mówi o nowoczesnej Polsce, to jeśli chce być poważny, musi powiedzieć, skąd wziąć na nią pieniądze.

Dbając o własną kieszeń i o własną przyszłość, trzeba zacząć znów, jako społeczeństwo, uczyć się ekonomii. Bardzo źle, że obecna kampania wyborcza temu nie pomaga.

Prognozy powyborcze warto rozważać przed oddaniem głosu

Niektórym może się  wydawać, że wiemy już co się zdarzy, bowiem czyta sondaże wyborcze.  Najwięcej głosów zdobędzie PO, drugie będzie PiS, na trzecim miejscu SLD a inni nie wejdą a jeśli wejdą to ledwie, ledwie. Kilku jednak procentowe różnice wyników poszczególnych ugrupowań mogą jednak całkowicie odmienić obraz przyszłego parlamentu. Rysowanie  scenariuszy, jaki będzie sejm po wyborach, nie powinno być traktowane jako bawienie się w proroctwa. Prognozy takie mogą być pomocne dla wyborców. Niekoniecznie bowiem mamy wybierać najlepszą w naszych oczach partię (lub najmniej złą). Możemy też głosować taktycznie udzielając głosu tej partii, która decydować mogłaby o określonym układzie w sejmie.

Media bawią się wciąż z publikowania przedwyborczych sondaży, ile poszczególne partie zdobędą głosów. Obecna kampania wyborcza przejdzie dlatego do historii pod nazwą „sondażowej”, bowiem instytuty opinii publicznej odgrywają w niej poważniejszą rolę niż politycy. Spróbujmy jednak zarysować kilka możliwych scenariuszy przyszłego sejmu nie rozstrzygając stopnia ich prawdopodobieństwa, choć pewnie nie jest ono we wszystkich wypadkach jednakowe.

Scenariusz koalicji PO-PSL (czyli wszystko po staremu)

W tym wypadku wszystko zewnętrznie pozostaje nieco po staremu, choć z biegiem czasu „zużycie” takiej koalicji w oczach opinii publicznej rośnie. Przede wszystkim PO musiałoby dokonać poważnej mobilizacji, jeśli takie rządy Platformy miałyby przetrwać następną kadencję. Otwartym pytaniem pozostawałoby, kto będzie w takim wypadku bardziej skuteczną opozycją PiS czy SLD.

Scenariusz koalicji PO-SLD (centrowo-lewicowej)

Taka koalicja byłaby niewątpliwie dość trudna dla PO, bowiem nie wiadomo jak znosiłoby ją prawe skrzydło Platformy. Byłaby to też dość wygodna sytuacja dla PiS jako opozycji, można powiedzieć niemal wymarzona. Nie wiadomo też, jak długo taka koalicja mogłaby się utrzymać. Być może za dwa lata mielibyśmy nowe wybory, zwłaszcza jeśli światowa sytuacja gospodarcza pogorszyłaby się z widocznymi skutkami dla Polski.

Zwróćmy też uwagę, że taka koalicja mogłaby być wymuszona, gdyby do sejmu weszły tylko trzy partie PO, PiS oraz SLD i istniałby konieczność stworzenia rządu. Bez gotowości zawarcia jakiejś koalicji przez te ugrupowania trzeba by rozpisać nowe wybory.

Scenariusz koalicji PIS-SLD (czarno-czerwonej)

przy wyraźnie gorszym wyniku PO. To również oznaczałoby mało trwały parlament. Trudno wyobrazić sobie te dwie formacje, często deklarujący silny antagonizm, tworzące wspólny rząd. Motywem zawarcia takiej koalicji mogłaby być przede wszystkim chęć władzy, a w każdym razie byłoby to tak komentowane.

Ten nieco egzotyczny (choć analizowany w mediach scenariusz) miałby nieco większe szanse realizacji chyba jedynie, gdyby jak w scenariuszu poprzednim do sejmu weszły jedynie trzy ugrupowania.

Scenariusz koalicji PIS-PSL (konserwatywno-ludowej)

W przypadku słabego rezultatu PO a dobrego rezultatu PiS i PSL byłaby to alternatywa dla dzisiejszej kolacji. PSL wydaje się być ugrupowaniem „lobbingowym” gotowym do różnych sojuszy byle pozostać przy władzy

Scenariusz sejmu rozdrobnionego.

Do sejmu wchodzą drobniejsze ugrupowania  przede wszystkim ruch Palikota. Z całą pewnością byłby to sejm bardziej „rozrywkowy”, co nie koniecznie byłoby jego zaletą. Zauważmy jednak, że możliwy jest arytmetycznie taki rozkład (jeśli prawdą jest, że Palikot zabiera głosy PO), że koalicji PO-PSL zabrakło by głosów by zdobyć większość. Jeszcze bardziej skomplikowana sytuacja wytworzyłaby się w przypadku nie wejścia do sejmu PSL a wejściu ruchu Palikota. Wtedy też możlwie byłyby aż dwie możliwie koalicje PO-PSL-Palikot albo PO-PSL-SLD albo PiS-PSL-Palikot.

Scenariusz absolutnej większości dla PO.

Nie trzeba wtedy dyskutować jakie inne partie weszłyby do Sejmu. Na Platformę może podziałać to dwojako – kompletnie ją uśpić w samozadowoleniu albo przeciwnie zmobilizować. PO byłaby partią ponoszącą wyłączną odpowiedzialność za sprawy kraju, bez możliwości tłumaczenia się koalicjantami, układami etc.

                                                             ***

Powtórzę raz jeszcze. Wyborca nie musi głosować na swoich ulubieńców (ani na najmniej nielubianych), może też głosować taktycznie, zastanawiając się komu oddać swoją kartkę wyborczą, aby określony scenariusz został zrealizowany. Wybiera się nie tylko partię (w Niemczech oddaje się dwa głosy, główny i wspomagający i można je oddać na dwa ugrupowania), ale również na odpowiedni układ w parlamencie. Dlatego warto rysować takie scenariusze.

Pusta urna czyli dlaczego nie głosują?

Niegłosujący wydają się nie wpływać na wynik wyborów, więc mało kto się nimi zajmuje. Kim oni są? Rozczarowanymi wobec polityków, których słusznie lekceważą? Prostakami, którzy nie rozumieją, czym są wybory? Zdezorientowanymi wobec bełkotu  mediów? Obojętnymi, którzy przekonani są, że i tak nie będą mieli wpływu na cokolwiek oddajać swój głos?

O absencji wyborczej bardzo mało się u nas dyskutuje. Nie bada się prawie, skąd ona się bierze, mimo że jest to jedno z  najistotniejszych zjawisk polskiego życia politycznego. Polacy nie tylko nie głosują – więcej nawet, oni nie chcą głosować. Dotyczy to w szczególny sposób ludzi młodych. Niemal 30% Polaków świadomie nie chce korzystać z prawa wyborczego.

Przyczyn, których można się domyślać, dlaczego  „urna wyborcza” jest w Polsce pusta, jest  co najmniej kilka. Spróbujmy wyliczyć je po kolei, traktując je zarazem ostrożnie jako hipotezy.

Winni są politycy?

– politycy gadają (kłócą się) z innymi politykami, ale nie rozmawiają i nie zwracają się do ludzi. Wśród potencjalnych wyborców co najwyżej reklamują się, ale nie rozmawiają z nimi. Co drugi polityk to celebryta.

– duże stronnictwa  nie posiadają żadnych  poważnych  związanych  z sobą środowisk młodzieżowych.  Młodzież zainteresowana polityką prędzej trafi do marginesowych ale krzykliwych grupek niż w jakieś miejsce, gdzie polityka jest poważnie traktowana.

– nie ma w Polsce żadnych powszechniejszych form kształcenia obywatelskiego, gdzie bez partyjnego zaangażowania w ciekawy sposób można by o polityce dyskutować (takie fora istnieją w krajach zachodnich). Fundacje związane z partiami de facto nie istnieją albo też istnieją jedynie nominalnie.

– brak jest liczniejszych, pogłębionych ale mogących trafić do ogółu  analiz,  jakie alternatywne rozstrzygnięcia stoją przed krajem.  Raport „Polska 2030” nie wzbudził żadnej dyskusji, prócz partyjnie motywanych złośliwych przytyków lub banalnych pochwał. Poważne konferencja nie mają co liczyć na sprawozdania w prasie, trudniejsze książki nie są recenzowane nawet w poważniejszej prasie.

Winni są dziennikarze?

– przyczyn absencji wyborczej szukać też można  w tym, jakie są polskie mass media i duża cześć dziennikarstwa. Styl jego uprawiania nawet przez czołowych dziennikarzy, to zajmowanie się  głównie  sporami i spekulacjami personalnymi.

– polskie dziennikarstwo, tak szalenie odległe od stylu BBC (stanowi on wciąż wzorzec dobrego dziennikarstwa), nie ułatwia odbiorcom rozumienia życia politycznego i życia społecznego. Duża część Polaków nie wie, na kogo chciałaby głosować. Można pytać, czy nie jest to usprawiedliwione,  przy takim kształcie mediów. Bowiem z drugiej strony, przy małej liczbie liczących się partii politycznych, nie powinno być  tak trudno dokonywać wyboru.

– media zamiast komentować i wyjaśniać, być pośrednikiem między politykami a społeczeństwem polaryzują, wzmagają emocje, dzielą kraj na „dwie Polski”. Ten kto nie chce w tym uczestniczyć może też nie chcieć iść do wyborów.

– język polityki jest prostacki, a wyrażanie niechęci do strony przeciwnej staje się powszechnym zwyczajem. Życie polityczne przestaje być w dużym częścią kultury i coraz zdominowane jest przez złe, a czasem niemal wulgarne obyczaje. To nie zachęca do udziału w nim.

– w opłakanym  stanie są media publiczne (bardziej TV niż radio). Pozbawione są one należnego prestiżu, bowiem są przedmiotem politycznych walk (każdy kolejny rząd usiłuje je zawłaszczyć) i pozbawione są odpowiedniej obiektywności, a w konsekwencji społecznego zaufania.

– fatalnym zjawiskiem jest mediatyzacja polskiej polityki. Politycy „pchają się” do  studiów  telewizyjnych i spędzają tam o wiele za dużo czasu. Zamiast uprawiać politykę uprawiają gadanie w mediach. Są wciąż przepytywani i stają się komentatorami tego, co sami robią, z braku dobrych komentatorów-dziennikarzy.

Winne jest społeczeństwo?

– nie można pominąć  samego  społeczeństwa i szukać przyczyn „pustej urny”  tylko wśród polityków i dziennikarzy. Niezależnie od niedoróbek  polityków i mediów,  jest ono to społeczeństwo szalenie zdystansowane wobec polityki, w którym dążność do udziału w życiu publicznym jest nader ograniczona.

– pytać trzeba o wypaczony stosunek do polityki wśród przeciętnych obywateli. Być może sprawa zaczyna się już w rodzinie, gdzie jakże rzadko, znając polską obyczajowość,  dyskutuje się poważniej o sprawach publicznych (prócz najrozmaitszych form narzekania). Polityka, jeśli dochodzi do rozmowy o niej, traktowana jest szalenie emocjonalnie, nie zaś jako sfera trudnych wyborów. Zamiast namysłu i zainteresowania są „dwie Polski”, fenomen znany nie tylko z mediów.

Wszystko to dodajmy dzieje się w kraju, który zasłynął fenomen Solidarności i zdawała się, że odpowiedzialność do sprawy publiczne była dość powszechna. Być może jednak Polacy silni są w narzekaniu i proteście, słabi jednak we wspólnym konstruowaniu. Ten często powtarzany stereotyp nie wyjaśnia jednak wiele.

„Pusta urna” – temat na czas kampanii wyborczej

Mamy więc marnie zachowujących się polityków, ( choć nie oskarżajmy ich w czambuł), marne media i społeczeństwo, które od polityki ucieka. Gdzie w tym diabelskim kręgu jest punkt, od którego należy zacząć, aby coś zaczęło się zmieniać na lepsze? Aby Polak poszedł do urny?

Trzeba przede wszystkim głośno powiedzieć – i to właśnie teraz w okresie kampanii wyborczej – że niska frekwencja wyborcza to zjawisko niebezpieczne nie tylko dla demokracji, ale również dla naszych perspektyw na przyszłość, naszego dobrobytu i bezpieczeństwa. „Pusta urna” to symptom największych słabości naszego społeczeństwa, który powinien być brany na poważnie. Dyskusję o „pustej urnie” z „nieobecnymi wyborcami” trzeba rozpocząć już dziś.

I co najbardziej dziwne o niskiej frekwencji wyborczej nie  dyskutują prawie politycy. Jakby się bali, że gdyby wyborców było więcej oni byliby mniejsi i mniej ważni.

Wybory bez kampanii wyborczej

Kampanie wyborcze nazywane są świętem demokracji.  To czas intensywnych publicznych debat. Trudno uznać obecny okres przedwyborczy za takie święto. Gdyby nie wciąż ponawiane spekulacje kto wygra, trudno by się nawet domyśleć, że wkrótce pójść mamy do  urn. Brak kampanii wyborczej, obniżyć może  frekwencję wyborczą. Może też ułatwić dostanie się do sejmu postaciom marginesowym i nieodpowiedzialnym. Dlaczego tak się dzieje?
P.Kaczyński wyraźnie nie chce debaty z p.Tuskiem. Decydować o tym może nie tylko złe doświadczenie z kampanii prezydenckiej. „Prawu i Sprawiedliwości” może się wydawać, że PO biorąc udział w dyskusjach z mniejszymi partiami (jak stało w debacie o polityce zagranicznej) samo pozbawia się nieco znaczenia. Będzie atakowane i będzie traciło punkty, podczas gdy PiS stojąc z boku będzie zyskiwał.
Taka dyskusyjna absencja może też odpowiadać części elektoratu PiS, któremu w wyborze tej formacji, nie chodzi o jakieś szczegółowe kwestie, lecz o wybór „innej drogi”. Ci wyborcy chcieli by widzieć w p.Kaczyńskim niezłomność, nie zaś polityka, który wikła się w drobiazgowe spory. Debata z p.Tuskiem jest więc przy takiej kalkulacji niepotrzebna.
Ponadto taka debata ożywiając kampanię mogłaby bardziej zmobilizować zwolenników PO niż PiS.
Zupełnie inaczej wygląda kalkulacja ze strony Platformy Obywatelskiej. Niby proponuje ona taką wielką debatę, ale nie czyni tego z wielkim sercem. Sondaże są dla PO w zasadzie bardzo korzystne. Dyskusja Tusk-Kaczyński, mogła by wywołać duże poruszenie i wzrost emocji. Nawet jeśli p.Tusk byłby zwycięzcą, nie wiadome, jakie byłyby dalsze skutki.
Niższa frekwencja wyborcza, spekulują niektórzy, to sytuacja mniej korzystna dla PO. Z drugiej jednak strony w prawie wszystkich sondażach to właśnie w grupie respondentów zdecydowanych iść do wyborów liczba zwolenników PO jest najwyższa.
Skoro jest więc całkiem dobrze, lepiej nie dostarczać opinii publicznej zbyt dużej porcji wrażeń, które mogłyby sytuację skomplikować.
Również SLD sprawia wrażenie, jakby wynik wyborów w granicach 10% całkowicie ich zadawalał. Od pewnego czasu można mieć wrażenie, że nie chodzi tej partii o wiele więcej, jak tylko o utrzymanie się w sejmie. Partia ma być lewicowa, gdyby jednak nie dyskusja o aborcji i skrzydło feministek, trudno byłoby to rozpoznać.
Ta bierność dużych partii, może dawać szansę ugrupowaniom i politykom, którzy wg. sondaży najprawdopobniej mogą się w sejmie nie znaleźć. Janusz Palikot lub Janusz Korwin-Mikke chcą przyciągać, z czego są znani, ekstrawagancją i arogancją. Ostatnia książka p.Palikota wskazuje, że byłby on dobrym redaktorem prasy bulwarowej, nie koniecznie jednak, że nadaje się do parlamentu. Najgorsza nawet porażka nie odwiedzie też pewnie p.Korwina-Mikke od startu w następnych wyborach prezydenckich.
Brak kampanii wyborczej, obniżyć może więc frekwencję wyborczą, i tak niską, co z pewnością kulturze politycznej nie służy. Może też ułatwić dostanie się do sejmu postaciom nieodpowiedzialnym, dla których parlament staje się miejscem celebryckich popisów.