Debata 4 Recenzja wystawy „1947. Barwy ruin”

Recenzja z wystawy „1947. Barwy ruin” w Domu Spotkań z Historią. Wracam uwagę,  że oglądanie zdjęć  historycznych to zajęcie szczególne. Jest to coś z „Alicji w krainie czarów”.  Należy stanąć w skupieniu  i na chwilę przejść na drugą stronę zdjęcia. Jak się po takiej wystawie biega i jedynie spogląda wokoło to się nic nie zobaczy. Na zdjęcia historyczne trzeba się umieć patrzeć i z ich pomocą podróżować w czasie.

Recenzje proszę napisać do 09.12.2012. Zostaną dostarczone do DSH i będą podstawą zajęć z prawconikami DSH w dniu 17.12.2012. Zwracam uwagę, że DSH użycza nam lokalu na wykłady i jest naszym gospodarzem. Zajęcia te więc są szczególnie ważne. Fajnie by było, gdybyście mogli się jakoś zorganizować i podziękować jako grupa naszym gospodarzom.

Recenzja ma liczyć od 1800 do 3000 znaków.

37 thoughts on “Debata 4 Recenzja wystawy „1947. Barwy ruin”

  1. Dom Spotkań z Historią po raz kolejny prezentuje w sposób niezwykle interesujący i plastyczny przeszłość Warszawy i Polski. Placówka ta tym razem przygotowała wystawę pt. „1947 BARWY RUIN. Warszawa i Polska w odbudowie na zdjęciach Henry’ego N. Cobba”. Wydawać by się mogło że będzie to kolejna wystawa, jakich wiele, która pokazuje nam dramat zniszczonego wojną kraju.
    Jest jednak jedna rzecz która odróżnia tą ekspozycję od setek pozostałych – zaprezentowane fotografie są kolorowe, co w ogromny sposób zmienia postrzeganie problemu zniszczeń wojennych i dramatu tamtego czasu.
    Dzięki wystawie dowiadujemy się o niesamowitym rozmachu urbanistycznym, jaki opanował Polskę po II Wojnie Światowej. Zdjęcia pokazują zmiany dokonane po 2 latach po jej zakończeniu, cały trud związany z dewastacją kraju przez nawałnice wojny, heroizm z jakim Polacy zmagali się z odbudową kraju. Na wystawie przedstawione jest codzienne życie w miastach, które mimo ogromnych zniszczeń funkcjonują niemal normalnie.
    Największym walorem wystawy zdaje się być jednak jej wykonanie, czyli barwność. Potęguje to efekt całości, co sprawia, że zdjęcia pozostawiają niezapomniane wrażenia. Oglądając zdjęcia czarno-białe nie da się uniknąć wrażenia braku realizmu, oderwania od rzeczywistości, nierealności przedstawionych obrazów. Zdjęcia kolorowe dają wrażenia niemal namacalności przedstawianych treści. Ludzie przedstawiani na zdjęciach stają nam się bliżsi, czujemy wobec nich empatię, utożsamiamy się z ich problemami.
    Ten aspekt wystawy DSH jest najważniejszy. Zmniejsza dystans dziejów jaki dzieli lata 1947 – 2013. Jest to szczególnie ważne w czasach gdy społeczeństwo zapomina o swojej przeszłości, kiedy narodowe tragedie i dramaty stają się czymś odległym i zapomnianym co pozornie nie ma znaczenia na życie współczesne. Ukazanie tak realnych obrazów zniszczeń i odbudowy pokazuje jak duże piętno historia odcisnęła na otaczającej nas rzeczywistości.

  2. „1947 – barwy ruin” to spotkanie z powojennymi widokami polskich miast, utrwalonymi na niezwykłych zdjęciach Henry’ego N. Cobba. Autor fotografii przyjechał do Polski w 1947 roku z grupą amerykańskich i kanadyjskich architektów, aby zapoznać się z planami odbudowy miast ze zniszczeń wojennych.
    Jesteśmy przyzwyczajeni do czarno-białych obrazów zniszczonej Warszawy i innych polskich miast. Widzieliśmy ich wiele, chociażby w podręcznikach historii czy w okolicznościowych wydaniach gazet. Nie robią już na nas specjalnego wrażenia, są smutne, a ich kolory jakby dostosowały się do treści.
    Natomiast kolorowe zdjęcia z okresu powojennego są niezwykłe. Niezwykłe przede wszystkim dlatego, że nie znamy innych tego typu fotografii z tuż powojennego okresu. Niezwykłe także przez to, że widzimy je po raz pierwszy po tylu latach. A więc nie dość, że nowe, to kolorowe. Zresztą słowo „kolorowe” nie oddaje w tym przypadku rzeczywistości, dlatego tak trudno opowiedzieć o tych zdjęciach słowami. Nie jest to współczesna fotografia, o wspaniałej rozdzielczości i palecie barw. Jednak w porównaniu z fotografiami czarno-białymi widzimy na tych zdjęciach o wiele więcej. Pojawiają się szczegóły, które dotychczas niknęły w odcieniach szarości. Widoki stają się bardziej rozpoznawalne, chociaż ja, ani pewnie żaden z moich rówieśników, nie bylibyśmy w stanie powiedzieć, który dokładnie fragment danego miasta jest na oglądanej właśnie fotografii. Dobrze, że są szczegółowe opisy…
    Przeważają zdjęcia zrujnowanych budynków, ale autor uchwycił również wiele momentów codzienności. Furmanka w środku miasta, ludzie spieszący się do codziennych obowiązków, nieliczne, ale jednak jeżdżące już wówczas samochody. To wszystko przybliża klimat tak odległej historii, czyni ją bardziej ludzką. Nie widzimy tylko statycznych obrazów, ale czujemy budzące się w tych miejscach życie.
    Wystawa jest dobrym miejscem do zastanowienia się, ile wysiłku i ile poświęcenia zostało włożone w to, aby Warszawa i inne miasta wyglądały tak jak teraz. Staje się jasne, że w niektórych miejscach oznaczało to budowę praktyczne od zera. Warto zobaczyć te zdjęcia, choćby dla uświadomienia sobie tego faktu.

  3. To że do Polski po II Wojnie Światowej wybrał się Henry N. Cobb by pooglądać architekturę nie powinno nikogo dziwić zawłaszczą jeśli ktoś widział zdjęcia przed wojennej Warszawa nazywanej również „Paryżem Europy środkowo-wschodniej ” .Został wpuszczony do Polski ze względu na to że z początku socjalistyczny reżim chciał pokazać jak się ”wspaniale” odbudowuje po nazistostwskiej okupacji. Przy takiej podróży w tamtych czasach łatwiej było wjechać nienaruszonym niż wyjechać . Należy podziękować Henremu N. Cobb-owi za to że udostępnił nam zdjęcia po wojennej Polski z własnej prywatnej kolekcji .Niestety mało mamy zdjęć z tamtych czasów a w szczególności kolorowych . Oprócz koloru wyróżnia wystawę to że nie są to zdjęcia z jednego miejsca , lecz z najróżniejszych miejsc w Polsce . W tym dwóch najbardziej zniszczonych miast ;Wrocławia i Warszawy . Te zdjęcia przedstawiają piękno ruin , coś co wydawało się nie do pokazania , gdyż ruiny kojarzą nam się tylko ze zniszczeniem, upadkiem i śmiercią. Zdjęcia nasuwają mi skojarzenia z Upadkiem Rzymu czy Jerozolimy. Ruiny są naświetlone przez słońce , a w tle jasne niebo . Zdjęcia te nie mają tylko wartości artystycznej ale w szczególności historyczną ułatwiają historyczne odtworzenie miast. Dla nie ekspertów rozpoznanie gdzie w Warszawie zostało zrobione zdjęcie , jest niezwykle trudne gdyż miasto przeszło olbrzymią metamorfozę . Choć złośliwi powiedzą że wtedy wyglądała dużo lepiej. Dla architektów zburzone miasto to istny raj , szansa na zaprojektowanie dla nich nowoczesnego miasta ( które i tak ostatecznie będzie przestarzałe) bez żadnych ograniczeń przestrzennych .Obecnie architekci nadal mają pole do popisu , gdyż Warszawa jako jedyne miasto nie ma zagospodarowanego ścisłego centrum.

  4. Wystawa „Barwy Ruin” ma szczególny wymiar, gdyż prezentuje jedyne dostępne kolorowe zdjęcia Warszawy z drugiej połowy lat 40. Trudno tu właściwie mówić o mieście, gdyż na fotografiach dominuje morze gruzów, pojedyncze ostańce oraz bujna zieleń. Oto co zostało z metropolii, która przed wojną liczyła dobrze ponad milion mieszkańców. Prezentowane zdjęcia zrobił w 1947 roku Henry N. Cobb, wówczas student architektury na Uniwersytecie Harvarda, który wraz z kolegami przyjechał do Europy zapoznać się z planami powojennej obudowy miast.
    Fotografie robią piorunujące wrażenie. Po raz pierwszy mamy do czynienia z tak realistycznymi obrazami zniszczonej stolicy. Zdjęcia czarno-białe zawsze wywołują u odbiorcy pewne poczucie dystansu bądź też noszą piętno artyzmu. Kolor pozwala spojrzeć na prezentowane miejsca w dokładnie taki sam sposób, w jaki spoglądamy na nie dzisiaj, mijając je po drodze do pracy lub na uczelnię. Fotografie te wydają się „codzienne”, są niczym kalendarium przedstawiające Warszawę roku 1947. Do tej pory jedynie dwa filmy w równie silny sposób unaoczniły mi, jak ogromne były zniszczenia stolicy i z jakim trudem musieli się zmagać jej powojenni mieszkańcy. Pierwszy z nich to „Miasto Ruin” – prezentowany w Muzeum Powstania Warszawskiego kilkuminutowy dokument, który ukazuje zbombardowaną Warszawę z lotu ptaka. Drugi to jeden z odcinków Polskiej Kroniki Filmowej, w którym przedstawiono warunki życia w stolicy na początku lat 50. W jednej ze scen widać niemowlę, które raczkuje uwiązane na sznurku niczym pies, gdyż zaraz obok drzwi wejściowych do mieszkania rodziny znajduje się ogromna wyrwa w kamienicy, najpewniej pozostałość po bombie.
    Warto pójść na tą wystawę, aby przez chwilę poczuć więź ze zrujnowanym miastem i jego mieszkańcami. Nie myśleć o nich tylko w kategoriach historycznych, ale spróbować wyobrazić sobie, co odczuwali nasi ówcześni rówieśnicy spacerując po bezkresnym morzu ruin i jak ogromnych nakładów pracy, sił i determinacji było trzeba, abyśmy my dziś mogli mieszkać w tym mieście.

  5. Idąc na wystawę myślałem, że po raz kolejny ujrzę tragizm Polski powojennej Zniszczone ulice, domy czy zabytki. Jednakże mojke odczucia zmieniły się wraz z ujrzeniem pierwszej fotografii. Nie były one bowiem czarno-białe lecz pełne koloru. Prezentowane na wystawie pt: ” Barwy Ruin 1947″ barwne fotografię zostały wykonane przez młodego studenta architektury na Harvardzie Henry’ego N. Coob’a. Jak się później dowiedzaiłem autor zdjęć wraz z grupą amerykańskich architektów przyjechał do Europy w celu zapoznania się z planami odbudowy powojennych miast europejskich. Dom Spotkań z Historią jest instytucją , w której po raz pierwszy publicznie pokazany zostanie dorobek Coob’a. Przywiózł on bowiem do ojczyzny ponad 100 fotografiiz podnoszone się z ruin Rzeczpospolitej. Muszę przyznać że choć duża częśc zbioru amerykanina to zdjęcia z Warszawy powojennej, trudno było rozpoznać ulice czy budynki gdyby nie przypisy wątpię bym zdał sobie sprawę gdzie zostały wykonane te zdjęcia. Głównym ale i szczególnym atutem tej wystawy jest oczywiście kolor z uwagi iż jest on bardzo rzadko spotykany na fotografiach z lat 40′ ubiegłego wieku. Zdjęcia biało-czarne , które widujemy zazwyczaj w książkach, tudzież filmach dokumentalnych obrazuje ogrom zniszczeń wojennych oglądając je dziś, dają efekt pewnego rodzaju dystansu. Przy ówczersnym rozwoju technologicznym widząc stare zdjęcia uświadamiamy sobie ogromną przepaść czasową. Kolor niweluje poczucie odległości w czasie oraz zwiększa wrażnie rzeczywistości zarejestrowanego obrazu. Uczestnik wystawy patrząc na fotografię dochodzi do wniosku że to zdarzyło się całkiem niedawno, stwierdza iż Poslka zrobiła ogromny krok na przód i potrafila podnieść się z upadku. Wystawa jest piękna, znakomicie przygotowana i godna obejrzenia. Mimo wielu pięknych fotografii jedna z nich zwróciła moją największą uwagę. Wykonana została na ulicy ( dokładnie nie pamiętam jakiej ) pokazująca tak jakby zwyczajny dzień. W oddali widać ruiny kamienic, zaś na pierwszym planie oko przykówają pojazdy codziennego użytku: tramwaje, ciężarówki czy dorożki. Poprzez to zdjęcie można sobie uświadomić że mimo zniszczeń życie polaków wróciło do normy z przedwojnia. Gdyby nie ta nowa władza?!

  6. Przepraszam za opoznienie komentarza.
    Wlaczajac sie do dyskusji chce zauwazyc ze sam fakt iz Polska powojenna byla sfotografowana w kolorze jest unikalnym. Tymbardziej to ze zrobil to amerykanin wowczas gdy panstwo juz podpadalo pod wplywy radzieckie. Kolejnym niemalowaznym faktem jest to ze zdjec nie bylo duzo, tylko ok. 100 a setka nigdy nie pokaze wszystkich szczegolow, tylko te ktore autor uwazal za potrzebne pokazac (must be seen). Dlatego odczytujac zdjecia zawsze musimy znajdowac i liczyc sie z subjektywizmem zdjecia, obecnoscia autora obok nas przy tym odczytaniu.
    Apropos samych zdjec – wiadomo ze ich moznaby podzielic na dwie kategorie:
    – miasta prawie niedotkniete wojna;
    -miasta zniszczone wojna.
    To ze w kolekcji tych ty zdjec znalazla sie i Warszawa i Krakow, Katowice i Wroclaw nie jest faktem wypadkowym, przynajmniej jabym tak uwazal. Zribiona autorem to dla tego zeby w porownaniu pokazac massztab wplywow wojny. Widocznie autor poprawnie stosowal elinistyczne pojecia ze veritas rodzi sie w porownaniu, w dyskusji.
    Pozatym wlasciwym miejscem dla wystawy uwazam przedszkola, podstawowki i liceum. Chyba nie musze tlumaczyc sie dla czego. Kiedy dziecko wie co potrafili zrobic dziadkowie, to co oni przezyli, wtedy ono ma calkiem inne relacje i podejscie do historii panstwa, sytuacji obecnej oraz perspektyw go rozwoju.

    1. Wybuchowe II wojny światowej (jak i wszelkiego rodzaju tragedii) towarzyszy dwukolorowa wizja świata, a mianowicie, w czarno-białych barwach. Tymczasem, kolorystyka jest bardziej zróżnicowana i obejmuje przynajmniej jeszcze pięć odcieni kolorów, myślę, że wystawa „Barwy ruin”, ma sama w sobie taki podtekst. zobaczyć powojenną Warszawę w kolorze. Ale czy mogły takie zdjęcia zrobić warszawiacy? Czy były w stanie, po sześciu latach czarno-białych opar mgły od bomb, kul i pocisków zobaczyć Warszawę w innych kolorach. Zdjęcia amerykańskiego fotografa, pokazuje od razu ze dla niego istniało więcej kolorów niż czarno-biały świat. Zdjęcia jego są dość cenne, ponieważ pozwalają zobaczyć Warszawę, które nie mogła być dostępna dla wielu warszawiaków, chociaż chcieli, ale widzieli tylko czarno-białe ruiny.

  7. Ponad rok temu byłam na wystawie w DSH pt. „Kronikarki”. Zaprezentowano oryginalne fotografie powojennej Warszawy. Pamiętam, że już wtedy zainteresowałam się rozmiarami zniszczeń, jakie dotknęły polską stolicę w II Wojnie Światowej. Odnotowałam w pamięci wiele wad tamtej wystawy: mało zdjęć, nikt nie pomyślał o ich powiększeniu, wobec czego trudno było wyłowić z nich jakieś ciekawsze detale. Ta tematyka ma charakterystyczną cechę – dopiero po chwili skupienia można zreflektować się, jak bardzo widziane obrazy są one bogate w treść. Niektóre kompozycje były statyczne, pozbawione życia, inne natomiast przedstawiają powrót codziennego, normalnego życia do powojennej stolicy. Do dziś mam przed oczami licznych sklepikarzy z ich improwizowanymi kramami. Wszystkich tych zwykłych ludzi próbujących nadać nowy sens swojej stolicy. Dopiero na sam koniec spaceru między zdjęciami, spojrzałam przypadkowo na podłogę. Okazało się, że na podłodze umieszczono – niczym wykładzinę – jeszcze jedno, wielkie zdjęcie zrujnowanej Warszawy.

    Rok później miałam ponownie okazję zetknąć się z tą tematyką w DSH. Okazję ku temu dała nowa wystawa „Barwy ruin”. Pokazywane zdjęcia nie były typowe – fundamentalnie różniły się od poprzedniej wystawy. Były żywe i kolorowe, co pozwoliło zlikwidować wcześniejszy dystans, tak utrudniający ich bezpośredni odbiór. Barwa umożliwiła przekroczenie historycznej bariery oddzielającej mnie od świata przedstawionego. Tym razem zdjęcie pustki po getcie robiło większe wrażenie – spotęgowane zostało przez czerwone, osierocone cegły, szary horyzont zniszczonych kamienic, i błękitne niebo, kontrastujące ze smutkiem ziemi…

    Pomnik Kilińskiego dzisiaj stoi w innym miejscu niż przed wojną. Kiedyś zajmował honorowe miejsce na Placu Krasińskich, dziś jest przy ulicy Piekarskiej pod murami Starego Miasta. Na wystawie możemy go zobaczyć uwiecznionego w swojej starej lokalizacji, otoczonego warszawską, pałacową ruiną, krzakami i trawą – morzem dzikiej trawy, która wdarła się do opuszczonego przez Warszawiaków miasta.

    Taka Warszawa była prawdziwym urbanistycznym laboratorium dla nowej, komunistycznej władzy. Pustkę można było zapełnić dowolnie, zaprojektować na nowo, wg planów imperialnego centrum. By się niczym nie wyróżniała od pozostałych stolic imperium. Wysiłkiem całej Polski odbudowano stolicę – już nie jako kolejny Paryż, jak nazywano przedwojenną Warszawę – ale jako miasto Pałacu Kultury, czy MDM-u, stworzonych na wzór i podobieństwo Moskwy, czy Karl-Marx-Allee i Alexanderplatz w Berlinie.

    Świadomość piękna dawnej Warszawy, opiewanej we współczesnej narracji historyków, ogrom zniszczeń i empiryczna znajomość jej obecnego wyglądu pozwala lepiej zrozumieć historię Polaków i ich stolicy…

  8. Moje odczucia na temat wystawy zapisałam już w trakcie jej oglądania. Właściwie nie jest to recenzja, a raczej zbiór przemyśleń.
    „Początek wystawy nie wskazuje jeszcze na to, co mnie czeka. Przede mną znajduje się kilka biało-czarnych fotografii i tablic przedstawiających dokumenty podróżujących architektów. Nie przeczuwam, że za chwilę znajdę się w innym świecie. W świecie dawnej Warszawy, która dopiero dwa lata wcześniej wyrwała się z sideł wojny. Przede mną rozpościera się obraz z rzutnika, gdzie wyświetlane są Kroniki Filmowe z 1947 roku. Ogląda je starszy mężczyzna siedzący przy kawiarnianym stoliku. W ręku trzyma starą gazetę. Jego wygląd doskonale współgra z wizerunkiem dawnej Warszawy. W następnej sali roztacza się przede mną widok mojego miasta sprzed lat, o wiele bardziej realny niż kiedykolwiek. Po raz pierwszy nie czuję tak wyraźnego dystansu od odległej historii. Dostrzegam olbrzymią różnicę między oglądaniem starych zdjęć w czarno-białej tonacji i w kolorze. Kolorowe zdjęcia stwarzają nieodparte wrażenie aktualności. Oprócz żywego zainteresowania rozbudzają one we mnie poczucie uczestniczenia w żywej historii. Po obejrzeniu wystawy mam wrażenie, że byłam w Warszawie w 1947 roku i patrzyłam ze smutkiem na moje zburzone miasto. A było to… jakby wczoraj”.
    Wystawa wywarła na mnie bardzo duże wrażenie. Po raz pierwszy zidentyfikowałam się aż tak intensywnie z odległym w czasie obrazem na zdjęciu. Cieszę się, że w Warszawie odnajdują się ludzie, którzy chcą szukać głębiej, pokazywać więcej, poszerzać horyzonty i ujmować historię w świeżej i unikalnej formie.

  9. Znałam powojenny obraz polskich miast z czarno-białych fotografii, wydobywał się z nich krzyk i ciągła obawa, że coś się jeszcze wydarzy.
    Ruiny są przejmujące, wzruszają mnie, myślę o nich w kontekście kondycji psychicznej powojennego człowieka. A jednak w fotografiach Cobba jest światło, jest nadzieja, jest nutka radości. Czy to tylko mój stosunek do barwy pozwala mi wydobyć z nich coś pozytywnego, chyba jednak nie. Jestem przekonana, że widok tych miast zawładną myśli autora, fotografując je wyraził to co czuł. Dla Henry’ego Cobba miasta ruin były atrakcyjne, jako architekt wykształcony w paradygmacie modernistycznym, zdawał sobie sprawę z decyzyjności jaką posiada co do nadania nowego kształtu powojennej przestrzeni. Nie myślał on o dramacie wojny, cieszył się on wolnością planowania. Dlatego z jego fotografii nie przemawia smutek. Udało mu się uchwycić to co go najbardziej ujęło, a mianowicie ludzi, ludzi, na których twarzach wymalowany jest optymizm, ogromna chęć tworzenia nowej rzeczywistości. Wystawa ta daje nam wiele, ukazuje to co do tej pory było niedostępne, nieuchwytne. Wąska i płaska przestrzeń jaką dawały czarno-białe zdjęcia zmienia się w szeroką i głęboką perspektywę. Chętnie spaceruje po barwnych ruinach, między zapracowanymi ludźmi i dostrzegam w nich wiele ujmującego piękna.

  10. Oglądając czarno-białe zdjęcia odczuwamy pewien dystatns do przedstawionych zdarzeń lub postaci. Fotografie te odbierane są przez nas jako tajemnicze, fascynujące, mające więcej wspólnego ze sztuką, niż z codziennością. Do tej pory zdjęcia z Powstania Warszawskiego, czy fotografie powojenne dostępne były tylko w takim wydaniu. Przeglądając je ciężko było wyobrazić sobie, że gdy martwi ludzie układani byli na stosie przed spaleniem ich ciał, mogło świecić słońce, a niebo było pełne różowych i białych chmur.
    Wystawa „ Barwy ruin 1947” z fotografiami Henry’ego N. Cobba była absolutnie wyjątkowa pod wieloma względami. Oto pierwszy raz mieliśmy możliwość zobaczyć to, co zostało z Warszawy i innych polskich miast w kolorze. To właśnie kolor, tak ważny element naszej rzeczywistości, ułatwia nam wejście do środka fotografii. Zniszczona Warszawa przestaje być tylko wspomnieniem wypełnionym skalami szarości, czerni i bieli. Ludzie uwiecznieni na fotografiach zdają się być tacy sami jak my. Możemy powiedzieć: „Zobacz, ta dziewczyna ma taką samą sukienkę jak Ty. A ten chłopak ma podobny kolor oczu do Ciebie”. Refleksje i uczucia, które rodzą się w nas podczas oglądania tych zdjęć, sprawiają, że pełniej odczuwamy realność minionych wydarzeń. Tramwaj stojący wśród ruin nie jest czarny, ma taki sam czerwony kolor, jak ten do którego wsiada się jadąc na uczelnię, czy do pracy.
    Wychodząc z wystawy odczuwamy smutek, za utraconym pięknem polskich, przedewojennych miast, pomieszany z dumą. Oto Ci ludzie ubrani podobnie do nas, wcale nie odlegli bohaterowie dawnych epok, poświęcili być może najpiękniejsze swoje lata, walcząc za sprawę, wśród zieleni drzew i błękitu nieba.
    Wystawy takie jak ta pomagają zupełnie inaczej spojrzeć na historię. Być może po obejrzeniu tych zdjęć przestaniemy odczuwać czas dzielący nas od minionych wydarzeń, bo zrozumiemy, że tworzyli je ludzie tacy sami jak my, a nie czarno-białe postacie.

  11. Co student architektury z Harvardu może widzieć w zrujnowanym mieście? Na pewno nie powód do zadumy nad niszczycielską siłą wojny i przejściami jego mieszkańców.

    Rozpoczynając zwiedzanie wystawy „Barwy ruin” wchodzimy w skórę grupy amerykańskich studentów architektury, którzy w 1947 roku podróżowali po Europie. Dokumentując zniszczenia, zbierali materiał do badań nad problematyką odbudowy zrujnowanych miast. Szczęśliwie dla nas, jeden z nich, Henry N. Cobb, posiadał aparat fotograficzny i film Kodaka o nazwie Kodachrome, jeden z pierwszych na świecie umożliwiajacych robienie kolorowych zdjęć. Dzięki temu dzisiaj dysponujemy barwnymi fotografiami Warszawy roku 1947.

    Patrzymy więc na miasto oczami amerykańskich architektów. Dla nich Warszawa nie była miejscem, z którym odczuwali emocjonalny związek, lecz jedynie przedmiotem badań, rodzajem artefaktu. Pobyt w Warszawie był jedynie studencką wyprawą naukową.
    Ich punkt widzenia znajduje odbicie w fotografiach, które w zdecydowanej większości przedstawiają gruzy, zniszczone kamienice, porośnięte trawą place i ulice. Te zdjęcia miały przecież stanowić podstawę do badań. Jak ludzie robią zakupy? W jakich warunkach mieszkają? Gdzie pracują? Na te pytania na wystawie nie znajdziemy odpowiedzi. Jest jeden wyjątek: kilka zdjęć z targu w Radzyminie. Uwagę skoncentrowanego na ruinach Cobba przykuł nagle tłum ludzi i koni na rynku małego miasta.

    Kolory pozwalają nam, oglądającym dzisiaj te zdjęcia, mieć lepsze wyobrażenie o tym, jak wyglądało zburzone miasto. Kolor sprawia, że obraz jest bardziej realistyczny, historia staje się bliższa. Fotografie uzupełniają mapy architektoniczne, a nawet makieta zabudowy późniejszego Placu Defilad. Tłem dla wystawy jest kronika filmowa z roku 1947 wyświetlana na ekranie. Nadaje ona zdjęciom kontekst polityczny. Ciekawym pomysłem jest zamieszczenie egzemplarza magazynu „Stolica”.

    Zapewne wiele osób wytknęłoby wystawie brak negatywnej oceny tej epoki albo nawet afirmację ówczesnej komunistycznej propagandy ( w której odbudowa miast była jednym z głównych punktów). Wszak w dominującej obecnie w życiu publicznym narracji rok 1947 to czas pacyfikacji podziemia, fałszowania wyborów, umacniania się kontroli ZSRR nad Polską. Tymczasem patrząc z perspektywy amerykańskich architektów widzimy przede wszystkim optymizm. Dostrzegamy, jak wielkim przedsięwzięciem była odbudowa miast.

    Warto jednak mieć świadomość, że to tylko jeden z wielu punktów widzenia. Warszawa czy Wrocław z perspektywy swoich mieszkańców mogły wyglądać zupełnie inaczej. Daleko jest też temu obrazowi roku 1947 do wizji przedstawionej np. w omawianej ostatnio na zajęciach książce „Wielka Trwoga”.

  12. Od 26 października w Domu Spotkań z Historią przy ul. Karowej dla zwiedzających otwarta jest wystawa pod tytułem „1947 BARWY RUIN. Warszawa i Polska w odbudowie na zdjęciach Henry’ego N. Cobba”. Kolorowe fotografie wykonane zostały przez harvardzkiego studenta architektury, który wraz z grupką innych studentów w ramach edukacyjnego wyjazdu Word Studytour przybył do Europy aby podejrzeć postępującą powojenną odbudowę. Wystawa jest bardzo ciekawa, ponieważ kolorowe zdjęcia polskich miast w latach 40. to rzadkość. Według mnie bardzo dobrym pomysłem było umieszczenie wystawy również na zewnątrz. Zimową porą, kiedy wszystko przykrywa biała pierzynka na zmianę z topniejącym, brudnym śniegiem obrazy są wyrazistsze i jeszcze bardziej namacalne. Wystawa prezentuje zdjęcia z kilku polskich miast, przede wszystkim z Warszawy i jej okolic, Szczecina, Katowic, a także z Wrocławia. Przyznam szczerze, że najbardziej zainteresowały mnie te, które ukazywały ruiny stolicy. Kiedy wpatrywałam się dokładnie w zbombardowane budynki z czerwonej cegły, po raz kolejny zdawałam sobie sprawę z tego, ile Warszawa przeżyła. W głowie huczał mi wiersz Miłosza:
    „Co czynisz na gruzach katedry
    Świętego Jana, poeto,
    W ten ciepły, wiosenny dzień?”
    To naprawdę niesamowite, że w dużym stopniu udało się prawie wszystkie budynki odbudować. Plany architektoniczne, które umieszczone zostały obok fotografii Cobba, doskonale moim zdaniem z nimi współgrają. Urozmaiceniem wystawy jest niewątpliwie film, zapewne z Polskiej Kroniki Filmowej, prezentujący odbudowę stolicy, a także budowę trasy W-Z.
    Kiedy podziwiam Kraków, Poznań, Wrocław i inne stare miasta polskie nie tak dotkliwie potraktowane przez wojnę, zdaję sobie sprawę z tego, że Warszawa nie może tak wyglądać jak one i ma tylko swoją pięknie odrestaurowaną „perełkę” w postaci Starego Miasta, Krakowskiego Przedmieścia czy też Nowego Światu. Architektom dziękujemy. Wystawa możliwa do podziwiania i zachwycania się do końca kwietnia 2013 roku.

  13. Projekt „1947 BARWY RUIN” prezentowany w Domu Spotkań z Historią był czymś fantastycznym. Teraz każdy z nas ma możliwość oglądania zdjęć polskich miast po II wojnie Światowej. Zawsze były to zdjęcia czarnobiałe. Kolor na fotografiach z Polski w latach 40. to ogromna rzadkość. Najczęściej spotykane zdjęcia były zniszczone i oglądanie ich dawało efekt dystansu; kolor niweluje poczucie odległości w czasie, zwiększa wrażenie rzeczywistości zarejestrowanego obrazu.
    Autor zdjęć wraz z grupą amerykańskich architektów przyjechał do Europy w ramach wyjazdu edukacyjnego World Studytour mającego na celu zapoznanie się z planami powojennej odbudowy europejskich miast. Henry N. Cobb przywiózł z tej podróży z Polski około 100 fotografii, które po raz pierwszy zostały publicznie pokazane na wystawie. Zdjęcia pochodzą m.in. z Warszawy, Katowic, Piekar Śląskich, Szczecina, Wrocławia. W te czasy Henry N. Cobb był studentem kierunku architektury na Harwardzie i zupełnie po innemu rozumiał rzeczywistość Polski w czasie powojennym. Kolor tych zdjęć i bardzo dobra jakość sprzyjają zachwycającemu oglądaniu wystawy, robią na zwiedzającego wrażenie realnych budynków. Kolorowe zdjęcia zbliżają nas do tych czasów, to tego życia.
    Większość zdjęć przedstawia miejsca nam znane. Na tej wystawie można porównać przeszłość z przyszłością. Szybka odbudowa Polskich budynków, odrodzenie się polskiej architektury. Wystawa to jednak o wiele więcej niż porażające realnością fotografie niemal startych z powierzchni miejscowości. Te zdjęcia symbol odbudowy Polski.
    Wystawa została bardzo dobrze przygotowana i przemyślana. Przedstawiony były nie tylko zdjęcia, ale i możliwość poćwiczyć swoją znajomość historii i poczytać informację na temat Polskich miast. Na ścianach wywieszono kilkunastu planów rekonstrukcji Warszawy i wielu innych projektów. Pokaz filmów archiwalnych był niesamowity. Na wystawie „1947 BARWY RUIN” w Domie Spotkań z Historią dowiedziałam się dużo nowego i interesującego. Było przyjemno zobaczyć coś wybitnego, wyjątkowego związanego z historią Polski.

  14. Ruiny powojennych miast są odnakowe. Tylko różnią się w tym, jak ich sprzyjmają ludzi. Szkielet tego, co wczoraj było domem dla mieszkańca Warszawy jest ruiną częsci jego życia, dla Wrocławiaka te ruiny są tylko symbołem tragedii. Zresztą, wyburzony budznek jest symbołem dla wszystkich, nawet dla tych, kto nie miał w swoim mieście wojny. Ale statyczne budynki nie robią takiego wielkiego wrażenia jak wideo. Bo na zdjęczach generalnie tylko budynki, na wideo – ciekawe spostrzegać życie ludzi. Te wideo – kolekcja kronik Polskiej telewizji. Bardzo podobne do kronik telewizji soviecjkiej. Dotycze różnych stron życia – od wiejskiej gospodarki i podział gruntów między chłopami – do tego, jak „rośnie zbiorowa świadomość”. Propaganda staje farsem, kiedy Ciebe z ekranu uśmiecha śię bezzeębnymi ustami ojciec-bohaterz czy matka-bohaterka, jakie mają bliźnięt czy trojaczków, i taky „postęp” włada przypisuje sobie. 1947 r. – pierwszy pociąg jadę przez odbudowany most, dumne ślusarzy i radosne ludzie dookoła… zgodne tradycij socrealiymu… i dalej – powstanie odbudowanego kraju. Wszystko to odbywa się na tle powojennym.
    Wystawa nie tylko pokazuje JAK to było, ale daje więcej powodów do rozmyślania. Dla mnie – to dokaz tego, że dużo mamy wspólnego, niż tego, co rozłącza.
    Jednym minusem wystawy je te, że nie ma kojażenia między tym, co było, i tym co jest teraz – gdyby autorzy umieścili poriad ze zdjęczami 1947 roku zdjęcza nowych domków i ulic, wizja miast byłaby piełniejszej.

  15. Henry N. Cobb w krótkim wywiadzie wspomina, że nie zdawał sobie sprawy, że posiada coś unikatowego i cennego; przywożąc zdjęcia do Polski myślał, że będą one po prostu ciekawe. Tymczasem gorąco poleciłabym każdemu, kto zna widoki polskich miast po wojnie tylko z przerażających – ale i wytwarzających dystans – czarno-białych fotografii, odwiedzenie tej wystawy. Dzięki nim można zdać sobie sprawę, że to wszystko rzeczywiste wydarzenia – a obok życie toczyło się dalej. Właśnie to najbardziej uderza: kontrast; martwe miasto, żywe kolory. Dodatkową ciekawostką są zestawienia zdjęć ruin z planami architektonicznymi. Brakuje natomiast aktualnych zdjęć tych miejsc, najlepiej z mapą. Uważam, że bardzo trudno jest wyobrazić sobie ogrom pracy, którą musieli wykonać urbaniści i projektanci – praktycznie zaprojektować miasto od nowa. Wrażenie robi również mapa Polski z obszarami zniszczeń, a zwłaszcza ogromny okrąg oznaczający prawie całkowite zniszczenie Warszawy.
    Jednak najbardziej interesujące są, moim zdaniem, zdjęcia przedstawiające ludzi. To, że po niedawnych tragicznych przeżyciach uśmiechają się, że idą odbudowywać swoje miasta. Czy myśleli, sprzątając stosy cegieł, gruz, pogorzeliska, że po 65 latach Warszawa, Wrocław, Szczecin – że będą wyglądały właśnie tak? Czy domyślali się, że przez Plac Zamkowy będą przewijały się tłumy miejscowych, przyjezdnych i turystów, że ludzie będą tam organizować flash moby, pokazy tańców, grać na afrykańskich instrumentach, że w arterie miast znów zostanie tknięte życie? Może oczekiwali innych (lepszych?) efektów swojej ciężkiej pracy…?
    Pan Cobb także wyraźnie zaznaczył, że najlepiej zapamiętał nie ruiny, a ludzi, którym przyszło zmierzyć się z takim wyzwaniem, którym legło w gruzach wszystko.
    Dużą zaletą wystawy jest to, że nie prezentuje ona dokumentacji zniszczeń, a po prostu życie w powojennej Polsce. Niektóre obiekty uchwycone na fotografiach po prostu przykuły uwagę młodego Amerykanina, jak np.: wieżowiec, obecnie niewiele lepiej wyglądający (przy Pl. Napoleona) czy osamotniony pomnik Jana Kilińskiego. Natomiast zdjęcie, które przedstawia widok z terenów getta na coś, co kiedyś było Starym Miastem, pokazuje inny niesamowity kontrast: pośród sterty jaskrawych cegieł idzie samotna kobieca postać w czerni, podkreślając tragizm sytuacji. P
    Zdecydowanie jest to wystawa dla każdego, zwłaszcza, że fotografie są bardzo dobrej jakości, duże i wyraźne.

  16. Przed obejrzeniem wystawy ,,1947. Barwy ruin” przeczytałam jej opis, gdzie największą rolę przypisano kolorom na tych zdjęciach- ,,kolor niweluje poczucie odległości w czasie, zwiększa wrażenie rzeczywistości zarejestrowanego obrazu”. Sprawdziłam to na własnej skórze i muszę stwierdzić, że to właśnie fakt, iż te zdjęcia są kolorowe, a nie czarno- białe, jak większość zdjęć wojennych, wywiera piorunujące wrażenie. Bardziej dotarła do mnie perspektywa powojenna i jej smutna rzeczywistość. Oglądając zdjęcia między innymi skrzyżowania alei Sikorskiego- obecnie alei Jerozolimskich z Nowym Światem i porównując je z obecnym stanem, wprost nie można uwierzyć, że tak wyglądała ta reprezentatywna dzisiaj część stolicy, jaki jest to ogromny dystans. To kolory mają tak niesamowitą moc oddziaływania na widza, niwelują wspomniane w opisie wystawy efekt dystansu. Dla mnie jest to szczególna wystawa, ponieważ urodziłam się w Warszawie i tu się wychowałam. Mogę na własnym doświadczeniu powiedzieć jak stolica się zmienia, ile powstaje nowych budowli, jak bardziej nowoczesna staje się Warszawa. Jednakże jest to perspektywa dwudziestu lat i to w innej rzeczywistości. Wystawa pozwoliła mi pogłębić moje wyobrażenie o Warszawie, ale także i innych miastach Polski, które także widnieją na fotografiach. Moim zdaniem lepszą formą przekazu byłoby porównanie zdjęć z 1947 roku z obecnym stanem, wywarło by to mocniejsze wrażenie. Muszę zgodzić też się z opinią jednego z recenzentów o opisie tych zdjęć. Każdy początkowo czyta te opisy, ale wiadomo, że potem już tylko skupia się bardziej na fotografiach, to one są najwymowniejsze, słowa są tu zbędne, każdy może dokonać własnego opisu i refleksji nad nimi. Zdjęcia Placu Zamkowego i murów Starego Miasta z lat 40-tych są po prostu dla mnie nie wyobrażalne, prawie codziennie przechodzę tamtędy na uczelnie i to miejsce wygląda zupełnie inaczej. Nie jesteśmy w stanie sobie tego wyobrazić, dlatego dla każdego, kto jest związany z Warszawą i innymi przedstawionymi na fotografiach miastach, jest to bardzo istotna wystawa. Pokazuje jak wielki postęp nastąpił w Polsce i to, że pomimo wielu trudności po II wojnie światowej udało się odbudować nasze państwo. Chciałabym też zwrócić uwagę na sam tytuł wystawy ,,1947. Barwy ruin”. Sam tytuł wskazuje na to, że te zdjęcia są czymś innym niż możemy znaleźć w wielu książkach. Zdjęcia są oryginalne i wywierają ogromne wrażenie. Każdy zainteresowany powinien zobaczyć choć kilka fotografii.

  17. Zdjęcia zniszczonych w czasie wojny polskich miast, a w szczególności Warszawy, to na pewno coś, co każdy z nas dobrze zna. Jednak wystawa eksponowana w DSH „1947 BARWY RUIN” jest wyjątkowa i wywołuje wiele emocji. Nie można przejść obok niej obojętnie, myślę, że nie tylko mój wzrok przyciągnęła ta wystawa jeszcze przed otrzymaniem zadania napisania recenzji. Z pewnością może sprawiać to fakt, że Henry N. Cobb przywozi nam prawdziwy skarb, o którego istnieniu nie zdawaliśmy sobie sprawy. Dzięki niemu po latach możemy na nowo zobaczyć tamten powojenny świat, powojenną Warszawę, z tym że z innej perspektywy. Kolorowe zdjęcia przybliżają nas do rzeczywistości z końca lat 40., bo to nie są tylko zdjęcia archiwalne, dokumentalne, to przede wszystkim prawdziwy obraz ówczesnego życia. Kolor znosi barierę między widzem a zdjęciami, będąc na wystawie prawie możemy „wejść” w tamten świat. Barwy potęgują w nas wrażenie, że to wszystko wydarzyło się naprawdę i wcale nie jest tak odległe w czasie jakby się mogło pozornie zdawać. Jednak moim zdaniem w tytułowych barwach jest ukryte też coś więcej. To przede wszystkim nadzieja zawarta w procesie odbudowy; zapał ludzi do rekonstruowania świata, który zniszczono w tak brutalny sposób; wiara w to, że wspólnymi siłami będzie można na nowo zbudować wspaniały świat i znowu zacząć normalnie żyć. Sam autor zdjęć podkreśla, że dla niego najważniejsi podczas wizyty w Polsce byli ludzie, których tu spotkał, zobaczył ich życie na tle ruin i dostrzegł to co dla wielu nie było tak oczywiste, a mianowicie barwy w tym szaroburym powojennym świecie. Tak, to właśnie ruiny są w centrum zainteresowania fotografa-architekta, ale nie mniej ważni są ludzie pojawiający się na poszczególnych fotografiach: kobieta w niebieskiej sukience na moście we Wrocławiu, dwie kobiety przy samochodzie ledwie widoczne na tle zniszczonego miasta, ochotnicy odbudowujący stolicę i wielu, wielu innych.
    Oglądając wystawę musiało pojawić się też inne pytanie: skoro mnie i w moich rówieśników tak bardzo poruszają te zdjęcia, to jak wiele emocji muszą budzić w ludziach, którzy jeszcze w swojej pamięci trzymają obrazy z tamtego okresu, którzy na własne oczy widzieli zrujnowane polskie miasta?
    Co do kwestii organizacji wystawy, to bardzo podoba mi się pomysł z wyjściem z nią poza ściany DSH. Wyeksponowanie zdjęć na skwerze ks. Jana Twardowskiego pozwoliło na zapoznanie się z wystawą szerszemu gronu odbiorców, w tym rodzinom z dziećmi, które zwyczajnie wybrały się na spacer po Krakowskim Przedmieściu. Takie inicjatywy są potrzebne, bo raczej coraz rzadziej zdarza nam się odwiedzać tak specyficzne miejsca jak Dom Spotkań z Historią.

  18. W Domu Spotkań z Historią można zobaczyć wyjątkową wystawę pt. „Barwy ruin”. Jest to prezentacja znakomitych, kolorowych zdjęć wykonanych przez H. N. Cobba podczas jego pobytu w zniszczonej, powojennej Polsce. Bez zastanowienia mogę powiedzieć, że wystawa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Przede wszystkim dla tego, że było to pierwsze moje spotkanie ze zdjęciami Pana Cobba. Oglądanie kolorowych zdjęć przedstawiających zniszczenia wojenne, rzuciło zupełnie nowe światło na moje postrzeganie tego okresu. Oczywiście każdy z nas wyniósł ze szkoły wiedzę na temat skali strat poniesionych przez Polskę w II wojnie światowej. Znamy liczby: ilu mieszkańców zginęło, ilu wywieziono, w jakim procencie uległa destrukcji Warszawa. Brzmią przerażająco. Informacje te często popierane są zdjęciami zniszczonych miast, stosów ciał, ciągnących kolumn ludności cywilnej. Jednak czarnobiałe zdjęcia nie pozostawiają wrażenia, że oglądane na nich sceny miały miejsce naprawdę. Bez kolorów wydają się bardzo odległe albo nawet nierzeczywiste. Zdjęcia, które miałem okazję oglądać w Domu Spotkań z Historią nie tylko przybliżają tamten okres i rozszerzają perspektywę. Kolorowe zdjęcia tych samych zniszczeń wyglądają piorunująco, niemal natychmiast przenoszą widza w zupełnie inny świat. Pokazują one jak bardzo realne są wydarzenia znane z opowieści, że nie były to tylko legendy, lecz fakty wypełnione treścią z prawdziwych ludzi i ich losów. Od razu pojawiają się myśli o tym, co my byśmy zrobili na ich miejscu, jak poradzili sobie z niesamowitą traumą, widokiem zgliszcz po horyzont w miejscach tętniących dawniej życiem miast. Jednak ze zdjęć tych bije niesamowity kontrast postapokaliptycznego krajobrazu i zwyczajnie wyglądających, nierzadko uśmiechniętych ludzi, wykonujących swoje codzienne zajęcia. Swobodnie przemieszczają się ulicami, otoczonymi praktycznie samymi fasadami dawnych gmachów. Zupełnie jakby nic się nie wydarzyło, na przekór wszystkim zniszczeniom próbują żyć normalnie. Mimo iż widać to jak na dłoni, nadal jest to dla mnie perspektywa nieprzenikniona – niewyobrażalne zachowanie, które podziwiam, mimo że nie mogę go zrozumieć. Szczególnie uderzające są zdjęcia ukazujące miejsca nam znane, jednak zupełnie odmienione, zdewastowane i zapomniane. Jedno z moich ulubionych zdjęć ukazuje pomnik Kilińskiego (obecnie stojący na podzamczu) na tle łąki wyrosłej na opuszczonym Placu Krasińskich. Jestem pewien, że ten widok pozostanie w pamięci i będzie stawał przed oczami za każdym razem, gdy znajdę się na Miodowej. Jedyną rzeczą, której moim zdaniem zabrakło na niemal doskonałej ekspozycji, są fotografie współczesne. Gdyby widz mógł skonfrontować zdjęcia z obecnym widokiem na ukazywane miejsca, znacznie wzmocniłoby to siłę przekazu. Jednak ich brak niczego nie ujmuje wystawie, którą gorąco polecam każdemu.

  19. Powojenna wyprawa po Europie amerykańskiego architekta Henry’ego N. Cobba w 1947 przyniosła zbiór niesamowitych fotografii przedstawiających odbudowę po II wojnie m.in. polskich miast: Warszawę, Szczecin, Wrocław oraz Katowice. Od 26 października Dom spotkań z Historią przenosi nas za sprawą wystawy „1947. Barwy Ruin” i zdjęć Cobba będących jej przedmiotem, w czas dla każdego miasta trudny, czas zniszczeń i ich odbudowy.

    Hałdy gruzu, palonych w słońcu pagórków cegieł, nagość konstrukcji z jednej strony przytłaczają z drugiej, widząc obecnie te same miasta, place, skwery czy kamienice, rodzi się podziw dla wysiłku odbudowy. Za sprawą kolorowych zdjęć ruiny nabierają innego wymiaru. Stają się bliższe, bardziej wiarygodne niż fotografie czarno białe, jak by ogrom zniszczeń dopiero co przeszedł przez polskie miasta. Fotografia przedstawiająca wieżowiec Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Prudential” przy placu Napoleona (obecnie plac Powstańców Warszawy) wzbudza właśnie takie emocje. Sam stojący wieżowiec, pokiereszowany z każdej strony, odsłonięta konstrukcja niczym wychodzące na wierzch żebra, nachodzący nań zarośnięty chodnik którym przemierzają jakieś postacie. Tak zniszczony a jednak nadal stoi w tym samym miejscu.

    Wszystkie miasta przedstawione na fotografiach Cobba w większym bądź mniejszym stopniu „odczuły” wojnę. Jednakże zdjęcia Warszawy robią największe wrażenie. Pustynia cegieł na terenie dawnego getta, samotny Kiliński pośród surowych szkieletów konstrukcji. Zniszczenia stolicy były olbrzymie, ale miasta „giną” gdy pogrzebią je w swojej świadomości ich mieszkańcy. Dlatego Warszawa przetrwała – Warszawiacy chcieli aby przetrwała – także w jak najbliższym do przedwojennego, kształcie.

    Wystawa „1947. Barwy Ruin” jest na pewno obowiązkową nie tylko dla Warszawiaka ale przede wszystkim dla Polaka, mając przed sobą dowód niesamowitego procesu odbudowy oraz woli oraz wysiłku całego narodu.

  20. Zdjęcia pana Henry’ego N. Cobba są trochę jak królicza nora. Kolory pozwalają uświadomić sobie jak nieodległa jest to przeszłość, choć w tym samym momencie umysł buntuje się mając w pamięci obecne obrazy miast. Na fotografie historyczne trzeba tak patrzeć, żeby dostrzegać ich treść. Niewprawne oko obserwatora wyłapuje coraz to liczniejsze szczegóły, zwały gruzu, resztki zniszczonych budynków, dziurawe ulice, uschnięte drzewo, ale też coś więcej. Życie, ruch, codzienność. Większość zdjęć daje wrażenie głuchej ciszy miast –widm. Dopiero pojawiające się sylwetki ludzi ożywiają ruiny. Historia miast, to historia związanych z nimi ludźmi. Obserwator stawia się w roli nieznanych osób uwiecznionych na zdjęciach. Nachodzi refleksja. Jak wyglądała codzienność w ‘47 ? Dokąd zmierzają ludzie na fotografii? Jak żyli? I jak wielka musiała to być tragedia dla ludzi, którzy widzieli tak zdewastowane rodzinne miasta. I chyba najważniejsze- zdziwienie i niedowierzanie, że obecnie te miejsca, odbudowane, tętnią życiem. Dziś Krakowskie Przedmieście sypia pewnie z rzadka, w ‘47 patrząc na Plac Zamkowy widzimy rumowisko, zburzone ściany budynków, gruz i wymowna pusta przestrzeń. Miasta przetrwały, bo byli ludzie, którzy pragnęli wrócić do swoich domów, korzeni, swoich miast nawet jeśli trzeba było budować je na nowo.

    Człowiek zaczyna zastanawiać się ile pracy i wysiłku trzeba było włożyć w odbudowę każdego budynku, każdej ulicy. I nachodzi mnie pytanie- czy młodzi potrafią docenić to, co dostali na stracie – ładne budynki, kolorowe neony, dogodne połączenia komunikacyjne. Miasto. Czy nie jesteśmy trochę ignorantami, którzy nie zwracają uwagi na przeszłość, bo przecież nas to nie dotyczy, miasto ogranicza się do ztm, na który możemy przeklinać dowoli za 5 minutowe późnienie? Cała wystawa pozostawia u widza poczucie przytłaczającego ogromu zniszczeń. Jakiejś dziwnej próżni nie do udźwignięcia, spustoszenia nie do naprawienia. Gruz staje się symbolem powojennej warszawy.

    Potem człowiek ubiera kurtkę, wychodzi na Krakowskie Przedmieście i widzi tłumy ludzi, słyszy wesołą wrzawę, ciepłe i kolorowe świąteczne światełka i zaczyna się zastanawiać, wspominając fotografie, czy uda mu się kiedykolwiek wyjść z króliczej nory. Szkoda, że miasta nie zostały wiernie odbudowane, może wtedy można by poczuć bardziej tego ducha historii, zadumy nad przeszłością. Chociaż, nie oszukujmy się, historia jest oddalana na II plan, a polityką miast jest bycie reklamą wielkopowierzchniowa.

    Brakuje mi tylko współczesnych zdjęć tych miejsc dla porównania.

  21. Kolorowe zdjęcia wykonane przez Henry’ego N. Cobba wystawione przez Dom Spotkań z Historią są swego rodzaju rarytasem – „białym krukiem”. Kolorowe zdjęcia z pierwszej połowy XX wieku są swoistą rzadkością – oczywiście istnieją nieliczne materiały w kolorze ( zdjecia i nagrania ) dotyczące tamtego okresu. Jednak wielkim unikatem są archiwalia tego typu dotyczące terytorium Polski. Zdjęcia zaprezentowane na wystawie -“1947. Barwy ruin” przygotowanej przez Dom Spotkań z Historią są wyjątkowe ponieważ dotyczą najbardziej znaczącego okresu w losach miasta Warszawy – czyli jego zniszczeń i powojennej odbudowy. Wystawa została tak zbudowana by w prosty sposób unaocznić ogrom zniszczeń stolicy. Plansze ze zdjęciami wystawione przed DSH zostały wykonane w sposób warty uwagi – na każdej z nich znajdują się po trzy fotografię. Głównym obiektem jest zdjęcie z 1947 roku a obok znajdują się dwa mniejsze przedstawiające widok przedwojenny i dzisiejszy, a także krótki opis przedstawionego miejsca. Pozwala to każdemu nawet osobie słabo związanej z miastem na świadome przeżywanie zaprezentowanych zdjęć. Ponadto barwna fotografia przełamuję pewną granice – wykorzystana technologia pozwala przybliżyć się zwiedzającemu do jakby mogło się wydawać bardzo odległych czasów. Za wielką zaletę tej wystawy uważam właśnie to że uświadamia ona człowieka że proces odbudowy stolicy wcale nie odbył się tak dawno. W szczególności kiedy się zastanowimy i okaże się że ostatni symbol Warszawy został zrekonstruowany pod koniec lat 80 ubiegłego wieku ( Zamek Królewski). Oglądający mogą też dowiedzieć się jak zmienił się układ miasta – niektóre fotografię ukazują już dziś nie istniejące ulice. Również w dość okrojony sposób można zaobserwować życie ówczesnych mieszkańców Warszawy. Wystawa “1947. Barwy ruin” pozwala w przystępny sposób zbliżyć się do traumatycznej historii stolicy

  22. Wystawa zorganizowana w Domu Spotkań z Historią jest czymś naprawdę niezwykłym. Mieliśmy niejednokrotnie możliwość oglądania zdjęć polskich miast po wojnie. Jednak zawsze były to zdjęcia czarnobiałe, często źle zachowane. Wystawa „1947. Barwy ruin”, ze zdjęć autorstwa Henry’ego N. Cobba, który w tamtym czasie był amerykańskim studentem architektury na Harwardzie, jest jednak zupełnie innym spojrzeniem na ten okres. Co powoduję tę różnicę? Pozornie błahy element, który jest dla nas w dzisiejszych czasach oczywisty i nierozłączny, czyli kolor, sprawia, że odbiór tej wystawy jest zupełnie inny. Czarno białe zdjęcia powodują od razu skojarzenia z zamierzchłą przeszłością tworzą dystans trudny do pokonania. Natomiast kolor tych zdjęć i ich niezwykle dobra jakość sprawiają, że oglądając wystawę, mamy wrażenie jakbyśmy byli w tym momencie w tym miejscu. Zbliża odbiorcę do tamtych czasów, pozwala się wyobrazić swoją obecność w tamtych miejscach, tworzy swoistą więź. Większość zdjęć przedstawia miejsca dobrze nam znane, że powoduje to w nas niesamowite uczucie, przemian, odbudowy, siły polskiego narodu. Patrząc na ruinę kościoła na placu trzech krzyży, od razu przychodzi też na myśl, tragedia wojny, która była niszczycielską siłą nie tylko dla architektury, ale też dla ludzi, których to dotknęło. Ale na zdjęciach przedstawieni są też zwykli ludzie, targi, co uświadamia nam w jak trudnych warunkach ludzie potrafili dalej żyć i funkcjonować. Wywołuje to poczucie bliskości, solidarności, która skłania nas do głębszej refleksji. Szczególną uwagę, przykuły zdjęcia miejsc powszechnie znanych, jak obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, które na zdjęciach z 1947 roku, wyglądają tak samo jak dziś.
    Sama wystawa jest niezwykle dobrze przygotowana. Oprócz obejrzenia samych zdjęć, mamy też możliwość przeczytania wielu informacji na temat miejsc, które przedstawiają, na ścianach jest także wiele planów rekonstrukcyjnych warszawy i różnych poszczególnych projektów, jak choćby trasy W-Z, którą tak często uczęszczam. Dodatkowo jest na wystawie można też obejrzeć filmy archiwalne z tego okresu, czy przeczytać reprint gazety.
    Jeszcze nigdy nie widziałam kolekcji zdjęć, która tak by krzyczała do widza.

  23. Od 26 października 2012 roku w Domu Spotkań z Historią i na skwerze Twardowskiego można oglądać wystawę „1947 / barwy ruin”. Kolorowe fotografie, które są autorstwa Henry’ego N. Cobba zostały wykonane w roku 1947 w trakcie jego podróży po Europie. Na przełomie sierpnia i września przemierzał Polskę odwiedził m.in. Warszawę, Szczecin, Wrocław i Kraków.
    Zbiór fotografii sam w sobie jest niezwykły ponieważ przedstawia zdjęcia w wersji kolorowej. O jego istnieniu opinia publiczna dowiedziała się dopiero w listopadzie 2011 roku. Jeden z portali internetowych związany z historią Warszawy opublikował na swojej stronie zdjęcia Cobba, niestety odbyło się to bez zgody i wiedzy autora. Po konsultacji z Amerykaninem okazało się, że w prywatnych zbiorach pozostawała duża kolekcja zdjęć wykonanych nie tylko w Warszawie. Dlatego też w tym roku podjęto trud organizacji wystawy, która prezentowałaby większą część kolekcji.
    Wśród fotografii wykonanych w Warszawie możemy zobaczyć między innymi: Plac Krasińskich z samotnym pomnikiem Jana Kilińskiego, za plecami, którego majaczą ruiny Pałacu, ruiny Starego Miasta wraz z Katedrą św. Jana, otoczenie Placu Napoleona wraz z budynkiem Prudentialu. Dopełnieniem tego były plany architektoniczne odbudowy stolicy w tym prace przesłane na konkurs zagospodarowania Placu Defilad, szkice prezentujące projekty nowej fasady Katedry św. Jana oraz fragment kroniki filmowej dotyczącej odbudowy stolicy. W drugiej części wystawy możemy zobaczyć zdjęcia niezniszczonego Krakowa, Wrocławia, Szczecina, Auschwitz oraz mazowieckich miejscowości (Radzymin, Pułtusk i Piaseczno).
    Głównym motywem wystawy nie jest wbrew pozorom prezentowanie zniszczeń polskich miast dokonanych podczas II Wojny Światowej, ale ukazanie kompleksowej wizji architektonicznej dotyczącej odbudowy kraju po wydarzeniach z lat 1935-1945.
    Wystawę można oglądać do 30 kwietnia 2013.

  24. Nie będę oryginalną: kolor zawsze sprawia wrażenie czyli coś w kolorze jest mi bliżej, robię „uczestniczą” tego, co oglądasz.  [a propos czasami mi brakowało rozumienia, jak te miejsca teraz wyglądają – być może dlatego, że były bardzo zniszczone – ale mało było zdjęć dla takiego porównania, czego bym chciała dla siebie]. Także dobry był pomysł pokazać jednocześnie np. tą strasznie zniszczoną Warszawę i Kraków, oraz podać trochę historycznej informacji tekstowej.
     No i nareszcie o najważniejszym – o wrażeniach:
    Zachwycenie, jak była odbudowana np. Warszawa było u mnie i wcześniej, po prostu kiedy chodzę po Starym miejsce i myślę, że większość tego, co widzę po prostu było zbudowano od nowa. I jeżeli, na ulicach mam takie pozytywne odczucie, jak mieszkańcy (w tym przypadku Warszawy) musieli poradzić sobie z odbudową i jak to świetnie się udało, to oglądając podobne dokumentalne świadczenia tragicznej przeszłości, zwracam najpierw uwagę, jak łatwo można zniszczyć wytwory ludzkości (tutaj chodzi najpierw o architekturze, ale z takimi przykładami szybko rozumiesz, że to naprawdę niestety może dotykać wszystkiego).
    Moje myśli, powiązane z naszą wystawą, również polegają na tym, że udało się amerykańskiemu studentowi (młodej osobie z innego dalekiego kraju) odtworzyć jakiś osobliwy klimat Polski powojennej, który nie jest bardzo daleki od nowoczesnego. Nie wyglądają te miasta obcymi obrazami z podręcznika historii. Być może w taki sposób każdy, oglądając te zdjęcia, może pomyśleć nie tylko o II wojnie światowej, historii, ale i o życiu teraźniejszym (np. ta cegła czerwona przypominać i nowoczesne budowy, ludzie nie są bardzo inne itd.) w kierunku filozoficznych refleksji, o tym, że nasza cywilizacja nie jest wieczna (tutaj jest wszystko zrozumiale), ale co najstraszniejsze – każda cywilizacja potrafię „siebie” i zniszczyć.

  25. Miasta niczym ludzie, każde ma swoje ciało w postaci zabudowy i infrastruktury, które tworzą jego zewnętrzny wygląd, i duszę, czyli niepowtarzalny duch, ten właśnie przyciągający potencjał kryjący się w historii miasta, od samego jego powstania do dni dzisiejszych. Duch, odczuwalny w atmosferze jego powietrza, duch, dzięki któremu Warszawa jest właśnie Warszawą, Paryż jest Paryżem, Lwów jest Lwowem i nic innego. Miasto się rodzi, żyje i przetrwa różne wydarzenia. Ale nie każdemu miastu, jak i nie każdemu człowieku, sądzone jest przeżycie prawdziwej śmierci klinicznej, odnalezienie się w punkcie krytycznym, który polega na konieczności rozstrzygnięcia dylematu „Być albo nie być”. W przypadku Warszawy mamy do czynienia z takim właśnie miastem, które niczym Feniks odrodziło się z popiołów. Bez przesady „z popiołów” – to widać ze zdjęć nieprzeciętnej wystawy „1947. Barwy ruin”.
    Czy zdajemy sobie sprawę, mówiąc o zniszczeniach w trakcie II wojny światowej (czy jakiejkolwiek innej), o jakiej ich skalę chodzi, nie widziawszy tego na własne oczy? Tak do końca chyba nie. Ale dzięki takiego rodzaju rzeczom, jak wystawa zdjęć H.N. Cobba, możemy chociażby zbliżyć się do zrozumienia tych wydarzeń, ogarnąć atmosferę tego okresu, doznać coś podobnego do uczuć ludzi, którym wypadło być świadkami i jednocześnie twórcami tej w gruncie rzeczy nie tak dalekiej historii. To, co najbardziej przyciąga w tej wystawie i sprawia najsilniejsze wrażenie to jest, bez wątpienia, kolor. To właśnie dzięki temu patrząc na te zdjęcia, czułam się tak, jak gdyby to wszystko się działo wczoraj, a ja sama chodziłam tymi zniszczonymi ulicami, stałam obok ruin Starego Miasta, razem z tą kobietą na zdjęciu szłam w swoich sprawach przez gruzy dawnego getta. Dla mnie ta wystawa uchyliła drzwi w przeszłość, zrobiwszy jej bliższą i w miarę odczuwalną. Ruiny, które wcześniej mogłam zobaczyć na czarno-białych zdjęciach, teraz stały przede mną w barwach, jakby przypominając, że jednak ta inna, zniszczona Warszawa była rzeczywistością, a nie prosto obrazkiem z książek i czymś, z czym dzisiaj mają do czynienia wyłącznie historycy i inne badacze. Mówię „inna”, biorąc pod uwagę wygląd zewnętrzny, bo nie da się ukryć, że duch tego miasta, jego dusza, o czym wyżej była mowa, przetrwały ten, że tak powiem, okres „śpiączki” w gruzach i umożliwiły jego zmartwychwstanie. Stąd i źródło tego nadzwyczajnego entuzjazmu, z którym odbudowywano Warszawę, o czym mówił H. N. Cobb, wspominając swoją podróż po powojennej Polsce.
    Podsumowując, powiem, że wystawa „1947. Barwy ruin” to swoistego rodzaju wehikuł czasu, jak i w zasadzie każde poszczególne zdjęcie. Pozwala człowieku na realizację wędrówki w czasie i przestrzeni. Może dlatego wymieniona wystawa właśnie nie zawiera zdjęć widoków dzisiejszych, chociaż tak łatwiej byłoby porównać przeszłość z teraźniejszością. Moim zdaniem, nie to ma ona na celu, lecz w pełni odtworzyć tę atmosferę Warszawy tuż po wojnie, zniszczonej i leżącej w gruzach, ale wciąż żywej i pragnącej do odrodzenia się.

  26. Kolorowe wczesne lata powojenne?
    Zdjęcia wykonane w roku 1947 przez 21-letniego studenta harvardzkiej architektury odrywają od teraźniejszości. Tematyką tego cyklu fotografii było zapoznanie się z planami odbudowy miast ze zniszczeń wojennych. Jednak obserwator patrzący z dzisiejszej perspektywy widzi to inaczej. Bo jest to niewątpliwie unaocznienie wielkości zniszczeń, ale przede wszystkim zdegradowanej rzeczywistości powojennego pokolenia.
    Opustoszała i zagruzowana Warszawa, jako miasto w ogromnej części zniszczone podczas wojny zupełnie nie przypomina obecnej, tętniącej życiem, zurbanizowanej stolicy. Zatem obserwując fragmenty miasta zniszczonego wojną, widzimy efekty pracy rzeszy ludzi często fakultatywnie uczestniczących w odbudowie – często powiązanych z niechęcią do nowego ustroju – wyrażających chęć życia w lepszych warunkach, zgłaszających się do pomocy dla idei tworzenia nowego świata dla lokalnej społeczności.
    Autentyczność
    Kolor przybliża nas w czasie do „tamtej” Warszawy, sprawia wrażenie tu i teraz. W dodatku jakość kadrów jest tak porażająco dobra, że iluzorycznie przypominają lustrzane odbicie panoramy zdającej rozciągać się za plecami.
    Wystawa obrazuje również zniszczoną część otoczenia, czyli tego, co do pewnego okresu funkcjonowało na co dzień. Weźmy ‘na widelec’ chociażby dawną siedzibę angielskiej firmy ubezpieczeniowej – wieżowiec Prudential, przerodzoną potem w Hotel Warszawa, a obecnie restaurowaną na luksusowy hotel mający powrócić do przedwojennej świetności w stylu „art deco”. Jest to przecież legenda, chociażby ze względu na status symbolu nowoczesności Warszawy lat 30. – jeden z najwyższych budynków w całej Europie; to tutaj postawiono pierwszy w Europie nadajnik telewizyjny, podobno jeszcze przed uruchomieniem niemieckiego, tworzonego pod igrzyska olimpijskie w Berlinie. Krótko mówiąc – wizja potęgi. Na licznych fotografiach widzimy jak ta sama ‘potęga’ ledwo stoi, przechylona po ostrzelaniu… Każdy zatem kamyczek prezentowany na fotografiach to nieodłączna cząstka niegdysiejszej świetności czy funkcjonalności.
    Oś czasu
    Zdjęcia te stanowią protoplastykę dalszych zmian zachodzących w polskich jak też europejskich miastach i rzucają swoiste światło na elementy architektoniczne w dalszej części naszej historii powstające. Są nieodzownym elementem codzienności często zapomnianej. Nasuwają żywe wspomnienia już minionych wojennych zniszczeń. Obrazują na czym powstawały obecne budynki, są więc nie tylko zapisem fotograficznym zburzonej urbanistyki ale również warunków z jakimi wówczas przychodziło się zmagać ludności, która przeżyła wojnę. Tworzą początek drogi do powstania na nowo miasta, odradzania się zupełnie nowej obecnie świadomości ludzkiej.
    Rzeczywiście, dzięki temu, że rok 1947 widzimy w kolorze, możemy obserwować utrwalone na fotografiach zjawiska oczami ówczesnych przechodniów. To w tej wystawie chyba najbardziej porusza.

  27. Dom Spotkań z Historią przygotował niecodzienną i niespotykaną wcześniej w Polsce wystawę, którą z przyjemnością zarówno wizualną, jak i intelektualną mi się oglądało. Na wystawie zaprezentowane są zdjęcia Henry’ego Cobba, który zrobił je w 1947 roku w trakcie wycieczki edukacyjnej po Polsce. W Domu Spotkań z Historią możemy podziwiać obrazy m. in. Warszawy, Wrocławia, Szczecina, Krakowa, a także kilku innych mniejszych miast. Daje to możliwość porównania skali zniszczeń w różnych regionach Polski. Zdjęcia te po raz pierwszy są przedmiotem wystawy, co pokazuje jej znaczenie i wagę.
    „Barwy ruin” przedstawiają głównie obrazy z powojennej Warszawy – a właściwie tego, co zostało ze stolicy w wyniku działań wojennych – ale co ciekawe w kolorze. Jest to rzadki okaz. Jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania podobnych zdjęć, z tym że czarno – białych, co jeszcze bardziej przygnębia człowieka patrzącego na takie fotografie. Znajdziemy tam widoki na Stare Miasto, dzielnicę Muranów czy ulicę Marszałkowską. Jest to naprawdę doskonała okazja do chwili zadumy nad tym, jak wielkich zniszczeń dokonano w Warszawie i jak teraz wygląda stolica, po odbudowie. A warto zdać sobie sprawę, że odbudowa nie była procesem łatwym i oczywistym, gdyż w ruinę popadło 65 % zabudowań stolicy. Oprócz fotografii można obejrzeć przygotowane i wyselekcjonowane na tę okazję materiały filmowe, zapoznać się z sylwetką autora zdjęć oraz opisami sytuacji powojennej całego kraju. Mimo iż tematyka zdjęć nie jest optymistyczna, to jednak nie wychodzimy z wystawy przygnębieni. Dzięki ciepłym kolorom na fotografiach niwelowane jest w nas poczucie smutku czy przygnębienia. Szkoda tylko, że zdjęć jest tak mało. Mogło by ich być więcej, bo wystawa jest moim zdaniem trochę uboga. Zabrakło mi też zdjęć porównawczych z obecnego wyglądu danego miejsca – tak by osoba przyjezdna (nie z Warszawy) mogła sobie uświadomić, jak wiele wysiłku włożono w to, by doprowadzić dane miejsce do obecnego stanu. Mimo to bardzo polecam obejrzenie wystawy.

  28. Na wystawę zaprosiłem kolegę, który miał od początku sceptyczny stosunek do mojego pomysłu odwiedzenia DSH. Sądził, że nie zobaczy tam niczego nowego, ciekawego, czy zaskakującego. Nawet moja sugestia, że tam będą kolorowe fotografie, które pozwalają lepiej wczuć się w sytuację tamtych lat, nie wywarła na nim pożądanego przeze mnie entuzjazmu. Stosunek do wystawy zmienił od razu po obejrzeniu pierwszego zdjęcia, gdzie zielona, żywa trawa towarzyszyła gruzom warszawskich budowli. Darek miałeś rację- rzekł i zagłębił się w kolejne eksponaty wystawy. To główna zaleta tej inicjatywy- kolorowe zdjęcia- nie jakieś kolorowanki, tylko autentyczne, kolorowe zdjęcia z lat 40. XX wieku! Takie fotografie pozwalają zbliżyć się do tamtej rzeczywistości w zupełnie nowy sposób niż fotografie czarno-białe. Znika dystans czasu, jakby można było dotknąć trawę, czy pomarańczową cegłę. Oczywiście człowiek jest też zaskoczony barwami ruin, tym, że są takie kolorowe, że nie są brzydkie, choć przecież łączą się z ogromną tragedią. Zupełnie inne odczucie niż z czarno-białych fotografii, które z racji swoich barw wprowadzają w nastrój lekkiego pesymizmu, dystansu i obcości w stosunku do dzisiejszych czasów. Dobrze, że umieszczono też zdjęcia z innych regionów Polski, to daje świadomość, że nie tylko Warszawa musiała się odbudować. Moim zdaniem, wystawa ma też kilka wad, które jednak nie zmniejszają jej wartości. Po pierwsze myślę, że kolorowe ruiny wywierają takie wrażenie, że zwiedzający przykładają mniejszą wagę do eksponatów związanych z odbudową Warszawy. Projekty nie są tak interesujące,więc może lepiej byłoby na wystawie umieścić dzisiejszy widok miejsc, które przedstawiają zabytkowe fotografie. To pozwoliłoby zwiedzającemu na stworzenie więzi między tym, co było, a co jest. Po drugie, wydaje mi się, że dla przeciętnego zwiedzającego przygotowano za dużo tekstu do czytania. Jak jest za dużo tekstu, to ludzie z reguły rezygnują z czytania- w końcu obok są ciekawe, kolorowe fotografie. Po trzecie, jeśli już ustawiać na wystawie ekrany, to tylko dotykowe, ponieważ ludzie lubią, gdy mają na coś wpływ, coś mogą przesunąć, przybliżyć. Tak od razu pojawia się odczucie- “eee, nie dotykowy, chodźmy dalej”. W Zamku Królewskim jest wystawa poświęcona odbudowie Zamku Królewskiego i tam właśnie informacje przekazuje się w formie filmików lub informacji zamieszczonych na ekranach dotykowych. Jest tam dany wybór, można wybrać co się chce przeczytać. Sądzę, że zwiedzający powinien otrzymać takie poczucie, że ma wpływ na swoje zwiedzanie, a w dobie dzisiejszej techniki, gdy jest coraz więcej urządzeń dotykowych, trzeba się liczyć z tym, że zwiedzający będą raczej tego oczekiwać. Pomimo tych drobnych niedogodności, sądzę, że wystawa i tak dokonała czegoś wielkiego, bo w końcu można zobaczyć kolorową Warszawę i jej ruiny. W końcu można poczuć, że to co było kiedyś też było kolorowe i realne!

  29. Już sam tytuł wystawy bardzo silnie intryguje. Bo czyż ruiny mogą mieć barwę? Te wątpliwości zostaną w pełni rozwiane, kiedy spojrzy się na fotografie Henry’ego N. Cobba. I nie tylko z tego powodu, że zostały one wykonane na kolorowym filmie.
    Zdjęcia nie są jedynie obrazem tragicznej sytuacji, ale pozwalają również dostrzec estetyczny wymiar rzeczywistości. Ukazują nam obraz nieprawdopodobny, współcześnie przywołujący człowiekowi na myśl dekoracje filmowe. Miasto jest głównym bohaterem – bohaterem tragicznym. Miejscem zniszczonym, lecz czy opustoszałym? Spójrzmy na zdjęcie pokazujące ulicę Boudena w kierunku ulicy Szpitalnej. Dostrzegamy osoby ubrane na czarno. Niemniej ich kolor powoduje, że nasz wzrok przyciągają ruiny, znajdujące się na drugim planie. Ruiny, które składają się z czerwonych cegieł. Ruiny, które dzięki tym cegłom wydają się barwniejsze od ludzi….
    To właśnie one, pojawiające się niemal na każdej fotografii, są najwyraźniejsze poprzez swój koloryt. Ówcześni mieszkańcy z pewnością tak ich nie postrzegali – był to towar szalenie potrzebny przy odbudowie stolicy. I nie mogą nas zatem dziwić słupy cegieł (junacy z OBOS), czy furmanki wożące ten budulec przed ocalałym gmachem „Zachęty”.
    Najmocniej uderza widza panorama getta. Ziemia, która cała zaścielona jest czerwoną barwą. A wśród tego dostrzegalna jest kobieta, ubrana cała czarno, krocząca i najprawdopodobniej spoglądająca w naszą stronę.
    Z drugiej strony, pomimo całkowitego zniszczenia, widać normalny tryb życia. Na ulicy Świętokrzyskiej ujrzymy dwie kobiety przy niebieskim samochodzie, zapewne z kimś rozmawiające. Wzmożony ruch przed, wspomnianym już, gmachem „Zachęty”. Jednakże przede wszystkim dotyka widza wysiłek tych ludzi, którego symbolem staje się starsza(?) kobieta przenosząca cegły przed „Prudentialem”. Zaś organizatorzy wystawy zadbali o to, by rezultaty tego wysiłku można było zobaczyć.

  30. „Barwy ruin” to wystawa dająca do myślenia. Zdjęcia H.N. Cobba ukazują gruzy stolicy z wielu różnych stron- widać np. wiele zniszczonych budynków, a pomiędzy nimi jeden całkowicie nienaruszony, czy uliczki zasypane gruzami. Wiele widziałam już zdjęć powojennej Warszawy, jednak nigdy nie zastanawiałam się jak wyglądały one przed zniszczeniem (budynek Poczty, Getta, banku). W zestawieniu ze zdjęciami z przed wojny ruiny tych budynków wywołują lęk i niepokój. A na zdjęciach Cobb uchwycił nie tylko ruiny, ale także codzienne życie warszawiaków- chodzących, rozmawiających i wszystko to pomiędzy tymi, dzisiaj wywołującymi w nas strach gruzami. Zapewne Ci sami ludzie, odnaleźli i ustawili na tymczasowym podeście pomnik Jana Kilińskiego. Patrząc na to zdjęcie wydaje się, że warszawiacy starali zachować choć trochę normalności w tym wielkim chaosie. Choć kolory zniszczonego miasta to głównie szarość, czerń i beż to rzeczywiście dodają one dużo więcej emocji. Czarno-białe zdjęcia nie odzwierciedlą tak dobrze na przykład zamierającego drzewa stojącego pomiędzy murami zniszczonej Warszawy. To zdjęcie jakoś najbardziej we mnie trafiło to tak jakby całe miasto umarło wraz ze zniszczeniami. Jednak to nie prawda, bo Warszawa pięknie narodziła się na nowo. Wiele budynków odbudowano i stolica odzyskała dawną świetność. Tu znów widać, że Polacy w trudnych sytuacjach potrafią się jednoczyć- zaplanować i odbudować największe zniszczenia.
    Spacerując pięknie ozdobionym świątecznymi światełkami Krakowskim Przedmieściem warto zatrzymać się na chwilę przy Domu Spotkań z Historią i pomyśleć choć przez chwilę w jak pięknych czasach przyszło nam żyć. Zastanowić się na tym czy nie warto pielęgnować w pamięci tych trudnych chwil, które były udziałem naszych przodków, a które dla nas często są tylko kilkoma stronami przeczytanymi w podręczniku do historii.

    1. pani pisze -„stolica odzyskała dawną świetność”
      Naprzeciwko – odzyskala NOWĄ swietosc
      Tragedia Warszawy, oprócz tego że naprawde to wielka tragedia, zrobiła stolice Polski nispodziewany prezent. Teraz Warszawa ma to, czego inni miasta nie mają. Chodzi mi o wolność w najbardziej ogólnym sensie. Małem zmoge zamieszkać w Krakowie na witers resinedence Willa Deciusza, rok po temu wylądowałem na stypendium ministra kultury w Warszawie i teraz moge porównać te dwa miasta. W Krakowie zawsze kazdy chce podkreslic piękność swego miasta, jego role w historii, jego pozycje w Europie, juz pry pierwszym spotkaniu otrzymujesz informacje o wybitnych mieskańcach – i aż do klubu piłkarskiego: chwalą się wszystkim. tak niby Kraków potrebuje obrony i kazdy krakowiak probuje cie przekonać ze Kraków jest najlepszy.
      W Warszawie tego nikt nie robi. Z dwóch powodów – nie bardzo jest sieczym chwalic (nawet „Eifel Tower” Warszawy jest Pałac Kultury), bo miasto bylo zniszczone; i nie barszo jest komu to robić, bo prawdziwych warszawiaków trudno znalezc, poniewaz po po Powsstaniu malo kto przezył.
      Dla tego Warszawa jest Berlinem Europy Srodkowej – miastem wolnym, kosmopolitycznym, często epatażnym, ale często cichym i kameralnym, czyli miastem wspólczesnym, glowną cennośćią ktorego jest nie zamek, a miskaniec, czlowiek. W Warszawie nie czyjesz sie obcym: chcesz być warszawiakem – poprostu przyjedz tutaj.
      Co to ma do barw ruin? Tylko jedno. Zdjęca czarno-biało nasz mózg spryjmuje jako bardzo dawne, kolorowe – jak cos bliskiego naszemu czasowi. Kolory ruin tylko slugują przykladem dla naszej swiadomosci histirycznej – jakie wielkie, olbrzymie zmiane mogą przejść za tak krótki (50-60 lat) czas z krajem, miastem i ludzmi.
      I wtedy juz mozna pomyslec – a co w takim rzie bede tu za 60 lat?
      Ale to juz inna rozmowa, o odpowiedzalnośći.

  31. Żyjemy w XXI wieku. Kochamy i nienawidzimy. Krzyczymy pragnąc prawdy i myślimy stereotypami. Być może rzeczywiście jest coś, co łączy ludzi wszystkich czasów i wszystkich ziem – miłość, tęsknota oraz dławienie w gardle na myśl o przeszłości. Twórczość, zdjęcia – to świadectwo uczuć. Czy tak bardzo te uczucia, troska zmieniły się od II wojny światowej do dzisiaj? Zastanówmy się chociaż przez chwilę gdzie podziały się dawne wartości? Czy zaginęły zupełnie, czy określiły naszą świadomość, nasz sposób myślenia? Prawdziwa trudność i wątpliwości pojawiają się dopiero z chwilą, gdy postawimy sobie pytanie o praktyczne wyniki dotychczasowych przemyśleń nad życiem oraz przemijaniem. Ks. Jan Twardowski pisał: „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą, zostaną po nich buty i telefon głuchy (…)”. Właśnie te słowa podkreślają kruchość, przemijalność ludzkości. Kolejnym znakiem owego przemijania są zdjęcia. Pragnę podkreślić słowa dr Kazimierza Wóycickiego, że na zdjęcia historyczne trzeba umieć patrzeć i z ich pomocą podróżować w czasie.
    W dniu 26 października w DSH odbyło się otwarcie wystawy fotograficznej pt. „Barwy ruin”. Prezentowane, kolorowe zdjęcia Henry’ego N. Cobba z 1947 t. pokazują nie tylko zrujnowaną Warszawę, ale także Szczecin, Kraków czy Wrocław. Krzysztof Jaszczyński i Maria Sołtys zestawili fotografie zniszczonych obiektów z projektami architektonicznymi, które w tych miejscach miały być realizowane.
    Początki odbudowy katedry, kościoła św. Aleksandra, ruiny Placu Zamkowego, pomnik Jana Kilińskiego na placu Krasińskich – to wszystko możemy zobaczyć na plenerowej wystawie fotograficznej na skwerze ks. Twardowskiego oraz w DSH. Niestety nie wszystkie budynki pozostały, nie wszystkie zrekonstruowano, nie wszystkie powróciły do poprzedniej formy. Zdjęcia wykonane przez amerykanskich i kanadyjskich architektów są prezentowane po raz pierwszy w Polsce. Spoglądając na zdjęcia na skwerze ks. Twardowskiego usłyszałam słowa: „Teraz rozumiem dlaczego Polacy mają taką antypatię do Niemców”. Nad tym twierdzeniem pragnę się skupić bardziej. Gdy się zatrzymamy na dłużej przy zdjęciu zrujnowanej Warszawy i zrujnowanego Krakowa, zobaczymy ogromną różnicę. Warszawa po 1947 r. była nie do rozpoznania, Kraków zaś nielicznie się zmienił.
    A. Besançon w swej książce pt. „Przekleństwo wieku. O komunizmie, narodowym socjalizmie i jedyności Zagłady” próbuje przeformować i rozwikłać problem (nie) pamiętania o narodowym socjalizmie i komunizmie. Kto właściwie (nie) pamięta? To ludzie, a nie społeczeństwa, bądź państwa. Uważam, że szczególnie ważne jest podkreślenie rozgraniczenia między kulturą pamięci, pierwotnym doświadczeniem a nauką historyczną. P. Ricoeur w pracy pt. „Pamięć, historia, zapomnienie” proponuje oddzielić dwa bieguny: pamięć indywidualną i zbiorową dodatkową, pamięć naszych bliskich. Właśnie Ci, bliscy, są najważniejszymi posiadaczami zachowanej oraz utraconej pamięci narodowego socjalizmu i komunizmu.
    W tej wystawie, bliskimi, zostali amerykańscy i kanadyjscy architekci, przedstawiający kolorowe zdjęcia Polski po 1947 r. Dlatego sama bym powiedziała: „Teraz rozumiem dlaczego Warszawiaccy są tak wrażliwi na przeszłość, historię swego kraju”. Niesamowicie trudno toczyć normalne życie na gruzach przeszłości, uśmiechać się i cieszyć się kolejnym dniem. Szczególną uwagę warto poświęcić kilku zdjęciom, na których przedstawieni są ludzie, na Ich wyraz twarzy. Zdjęcie, na którym są przedstawione dwie szczerze się uśmiechające kobiety na tle ruin, jest nie do wiary. Uważam, że ta wystawa jako źródło historyczne potrafi wstrząsnąć i bardziej zmusza zastanowić się jak ważne „śpieszyć się kochać ludzi….”

  32. Wystawa “1947. Barwy ruin” opowiada o zniszczeniu powojennej Warszawy. Wywarła na mnie duże wrażenie.
    Od strony technicznej wystawa przygotowana jest w sposób dobrze przemyślany. Ustawienie fotografii – cała aleja po dwóch stronach oraz w jej końcu, prowadziły mnie przez historię miasta, ludzi i pokoleń. Zestawienie zdjęć przedwojennych, powojennych i widoków współczesnych daje możliwość skontrastowania architektury Warszawy na przestrzeni przynajmniej 80 lat. Wzmacnia również siłę odbioru, pozwala zorientować się dokładnie, które miejsce zostało przedstawione, często bez zapoznania się z opisem. Format i jakość kolorowych fotografii nie pozostają bez znaczenia. Kolorowe zdjęcia są domeną czasów mi współczesnych, więc na wystawę patrzyłam w kontekście nieznanego i całkiem bliskiego zjawiska.
    Nieznane są mi efekty tak wielkiego zniszczenia. Znam natomiast nowe technologie, orientuję się w postępie technicznym. Takie zderzenie z pewnością dociera do odbiorców (również młodych) i jest interesujące.
    Dla mnie nie pozostaje wątpliwe, że wystawa mówi o zagładzie, zniszczeniu. Chce pokazać je nie jako oddaloną przeszłość, ale jako niedaleką historię. Przypomina o rzeczach, nad którymi nie zastanawiamy się na co dzień – jak wyglądał świat jeszcze za naszych dziadków. Nie tylko z powodu czystej ciekawości ten temat jest interesujący. To wkład w szeroko rozumianą pamięć historyczną i przestrogę dla mojego pokolenia o sile i rozmachu wojny.
    Wystawa przedstawia nie tylko budynki użyteczności publicznej : pocztę, place, banki, ale również uliczkę starego miasta, czy gruzy Getta. Przez ruiny opisuje ludzkie tragedie, we mnie wywołała zadumę nad codziennym życiem w czasie przed 1950 rokiem.
    Ten świetnie wykonany projekt zasługuje na uznanie. Cieszę się, że mogłam tam być.

  33. To jest nie do opisania, co czuje w sercu oglądając te zdjęcia…
    na nowo zobaczyłem jak Warszawa mogła być zniszczona!!! Widziałam już sporo zdjęć zniszczonej Warszawy ale nie w kolorze! Czarno białe zdjęcia nie robią takiego wrażenia jak zdjęcia w kolorze! Miasto jakby wpadło do sieczkarni, same gruzy nic więcej! Jestem w szoku! Przedwojenna Warszawa już nigdy nie powróci, miasto rozwijało się i rozbudowywało na przestrzeni kilku epok a praktycznie decyzja jednego człowieka doprowadziła do takich zniszczeń.
    Jakie to straszne, że tylko jeden człowiek przyjechał z takim sprzętem i zrobił dokumentację. Jakie to przerażające jak cały świat miał gdzieś tragedię. W kolorze lepiej widać poziom zniszczeń, wrażenia są wstrząsające! To tak, jakby być tam wśród tych ruin. I pomyśleć ilu ludzi zginęło, ilu Polaków, ilu Żydów. Jaki był poziom nienawiści, który był w stanie doprowadzić do takiego gruzowiska! To zatrważające…
    Nie sposób słowami wyrazić, tego co czuje – patrząc na te zdjęcia !!! – na miasto…. Miasto, które przeżyło własną śmierć… tym bardziej bolą takie rzeczy jak wyburzenie koszar przy ul 29 listopada .Ten budynek przeżył to co widzimy na zdjęciach.. że już go nie ma….
    W kolorze zniszczona Warszawa przestaje być abstrakcyjnym bytem, który istniał dawno temu. Dużo czytałam o przedwojennej Warszawie, ale w ten sposób mogłam poznać tylko w teorii to co się wydarzyło. Inaczej było w przypadku zdjęć, które dobitniej ukazały mi straszną tragedię jaką przeszła Warszawa.
    Najbardziej mnie uderzyło to, jak miasto zarosło trawą i krzakami. A także pustka jaka panowała w tym mieście, która nasuwała mi skojarzenie, że w tym miejscu już nikt nie zamieszka i życie w nim nigdy nie powróci do dawnej świetności.
    Dla mnie pomnik Jana Kilińskiego na placu Krasińskich wydaje się pewnym symbolem wśród ruin. Patrząc na fotografię nie mogę uwierzyć, że to wszystko można było odbudować. Jednakże nie wszystko można odbudować i miasto mimo to do dzisiaj w większości pozostaje okaleczone.
    Zniszczenia były różnorakie. Kobb wymienia najbardziej zniszczone dzielnice. Getto nie zostało odbudowane, w Starym Mieście zachowały się podwale i cokoły, które wystarczyło nadbudować. Coś zostało postawione od nowa, jak na przykład Zamek Królewski (do początku lat siedemdziesiątych był tam skwer). Były też domy nie tak silnie uszkodzone, tak jak ten pokazany na jednej z fotografii. Tu i ówdzie zachowały się też praktycznie nienaruszone domy i dzielnice.
    Mimo to, chcę wyrazić mój żal, że miasto zostało unicestwione. Z drugiej strony podziwiam Polaków za nieprawdopodobną zdolność odbudowy miasta, które praktycznie zostało zrównane z ziemią. Bądźmy jednak świadomi, że to nie jest to samo miasto, co przed wojną.
    Swój komentarz chciałabym skonkludować słowami Stefana Starzyńskiego: „Chciałem, by Warszawa była wielka (…) I dziś widzę ją wielką …”.

  34. „1947. Barwy ruin” to wystawa nietypowa. Brzmi to nieco banalnie, ale w istocie jest to coś innego w porównaniu do tego, co miałem okazję dotychczas oglądać. Lata czterdzieste nam, młodym ludziom, urodzonym często już w nowym ustroju lub na jego granicy wydają się bardzo odległe. Ten dystans wzmacniają wszechobecne czarno-białe zdjęcia i filmy, przez które trudniej wyobrazić sobie, jak naprawdę wyglądała tamtejsza rzeczywistość. Dzięki wystawie kolorowych zdjęć poczułem się tak, jakbym widział te ruiny na własne oczy, stał na Krakowskim Przedmieściu i obserwował potworne zniszczenia. Jednak wystawa nie byłaby tak genialna, gdyby nie fotografie ludzi, którzy mimo powojennych zgliszczy i traum wiedli normalne życie. Tu widzimy Żyda w charakterystycznym stroju, tutaj panią, która biegnie z gąsiorem od wina przez ulicę, w tle pana z laseczką w białym berecie. Rok 1947 przestał być rokiem anonimowym, jednym z wielu, czarno-białym, kojarzonym tylko z lekcji historii. To autentyczna historia, wydarzenia i miejsca, wśród których mieszkali nasi dziadkowie, pradziadkowie. Toczyli normalne życie, zakładali rodziny, prowadzili życie towarzyskie – nie żyli tylko wojną, jak ludziom, którzy tego okresu nie przeżyli, może się wydawać. Zdawałem sobie sprawę, że Polska była zniszczona, szczególnie w ogromnym stopniu Warszawa, ale żadne wcześniejsze źródła dotyczące historii tego miasta nie przemówiły do mnie tak mocno, jak właśnie ta wystawa. Uderzyło mnie to, że fotografie są bardzo dobrej jakości, wyraźne, wyglądały jak fotosy z filmów, a nie obrazy z rzeczywistych wydarzeń. Z drugiej jednak strony mam wrażenie, że niepotrzebnie tyle miejsca zostało poświęcone autorom zdjęć i historii ich pobytu w Polsce. Wystarczyła, moim zdaniem, krótka informacja wyjaśniająca kto i dlaczego te zdjęcia wykonał, w jakich okolicznościach, to odbiorcy zupełnie by wystarczyło. Klimat wystawy zaburzyły też dwa ekrany w szarej obudowie, na których wyświetlano mapy. Według mnie to sztuczne uatrakcyjnienie i zupełnie niekonieczne, bowiem ekrany mają swoje uzasadnienie wtedy, kiedy są dotykowe – możemy coś przybliżyć, oddalić, przesunąć.

  35. Barwy Ruin. Czy ruiny mają barwy? Jako pozostałość tego co było, świadectwo tragedii, która spotkała dane miejsce, jawią się nam w kolorach ponurych. Czarne, szare, przygnębiające. A jednak w wystawie zorganizowanej przez DSH te ruiny nabierają kolorów żywszych, bardziej radosnych. I nie chodzi tutaj bynajmniej o kolorowe klisze, jakich używał H.N. Cobb. Na początku tego roku dla magazynu „Stolica” przeprowadzałem wywiad z prof. Tomaszem Szarotą. Opowiadając o symbolach okresu odbudowy Polski powiedział m.in. coś takiego: „Matka Jonasza Kofty w 1946 r. w ‚Trybunie Dolnośląskiej’ napisała tekst ‚500 dni naszego Wrocławia’. Wspominała tam uruchomienie pierwszych po wojnie tramwajów, otwarcie Uniwersytetu Wrocławskiego. To był szał odbudowy, autentyczny nie tylko na Ziemiach Odzyskanych”. I to samo można dostrzec na tejże wystawie. Szał odbudowy, będący udziałem ludzi, którzy jeszcze dwa lata wcześniej drżeli o to, czy przeżyją wojnę. I po tym koszmarze, mimo tej „Wielkiej trwogi” – żeby odwołać się do tytułu książki Marcina Zaremby – jaka trwała w społeczeństwie po roku 1945, potrafili zmusić się do wysiłku związanego z odbudową kraju. Mamy więc na wystawie plany i projekty przyszłej zabudowy, zdjęcia zniszczonych budynków. Budynków, które – w Warszawie jest to szczególnie mocno odczuwalne – dzisiaj w jakiejś części odbudowano, na nowo nadając im ich stare funkcje. Tutaj można żałować, że organizatorzy wystawy nie zdecydowali się wykonać przynajmniej kilku zdjęć z tych samych miejsc, z których swoje fotografie robił H.N. Cobb – oczywiście są rzuty z lotu ptaka, ale to jednak nie to samo. Pozwoliłoby to jeszcze silniej odczuć skalę zmian. „O, ten budynek jest jak był, a tego nie ma”. Nie wszystkie bowiem budynki zrekonstruowano. Niektóre przybrały inne formy, jeszcze inne zniknęły z mapy miasta. Uświadamia nam to, że tak naprawdę to nie te wszystkie gmachy są najważniejsze dla miasta. Jedne powstają, inne „giną”. Ale miasto trwa. Warszawa po Powstaniu Warszawskim była zniszczona w przerażającym stopniu. A jednak istniała. Istniała, bowiem byli ludzie, którzy tutaj wrócili, aby rozpocząć nowe życie na gruzach tego co było. Prezydent Stefan Starzyński mówił „chciałem, aby Warszawa była wielka”. I właśnie wtedy, w okresie swojego największego upadku, Warszawa paradoksalnie stała się miastem wielkim. Przeżyła własną śmierć i na przekór swoim oprawcom chciała wrócić do życia. Właśnie dzięki tym ludziom. Co ciekawe na samej wystawie większość zdjęć jest pozbawiona postaci ludzkich. Czasem gdzieś dojrzymy kilka osób, przemykających między zwałami gruzów. Ale to właśnie uświadamia nam, jak istotni dla miasta są ludzie. Bez nich czegoś w tych zdjęciach brakuje. Jak to pisał Tukidydes w swojej „Wojnie peloponeskiej”: „(…) państwo tworzą bowiem ludzie, a nie mury czy pozbawione załogi okręty”. I to należy uznać za największą zaletę wystawy (pomijając już samą jej wartość poznawczo-historyczną). Zmusza nas do refleksji nad tym, co jest naprawdę ważne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s