Rosja, Białoruś,Ukraina – co z gospodarką?

Trudno mówić o ekonomii, gdy brzmią armaty – to zdanie  było mottem  wystąpienia b.prezydenta Juszczenki, podczas okrągłego stołu obecnej Warsaw East European Conference. Gospodarka Ukraina w ciągu ostatnich trzech lat zmalała o 20%. Ukraiński polityk i zarazem ekonomista nie był jednak pesymistą. Wskazał też na liczne osiągnięcia gospodarki ukraińskiej, która po rozpadzie ZSRR znalazła się w bardzo trudnej sytuacji (tym bardziej, że już przed tym gospodarka komunistyczna była katastrofą). Zwalczano inflację, ustanowiono własną walutę, utrzymano elementarną dyscyplinę budżetową. Popełniono  jednak poważne błędy, z których najpoważniejszym wedle Juszczenki była błędna koncepcja prywatyzacji. Prywatyzowany majątek dostał się ręce ludzi, którzy go nie wypracowali i nie umieli o niego dbać. To utrudniło napływ zewnętrznego kapitału, a bez światowych instytucji finansowych nie ma skutecznych reform gospodarczych, stwierdził Juszczenko. Mimo wojny prowadzonej przez Putina przeciw Ukrainie ostatni czas to okres intensywnych reform. Należy zwrócić uwagę jak mylące mogą być wszelkie statystyki dotyczące ukraińskiej gospodarki, skoro wedle niektórych danych aż 67% to szara strefa. Juszczeno stwierdził w podsumowaniu, że gospodarka ukraińska najgorsze czasy ma już za sobą.

Nawet cienia optymizmu nie było natomiast w wystąpienia Leonida Zlotnikova, który mówił o gospodarce Białorusi.  Wskazał on jak bardzo Białoruś korzystała ze wsparcia Moskwy  przede wszystkim na zaniżone ceny energii. Ten czas się jednak skończył. Moskwa ma mniej pieniędzy ale także napięcie Putin-Łukaszenko ma na to wpływ. Model gospodarki białoruskiej opartej o państwowe i niewydajne inwestycje jest całkowicie niewydajny. Regres jest widoczny i przyspiesza.

Nie wiele bardziej optymistyczny był opis gospodarki rosyjskiej. Mówił o niej Vladislav Inozemtsev. Gospodarka rosyjska jego zdaniem zdegradowała się do gospodarki surowcowej. Po upadku ZSRS nie było w Rosji żadnej koncepcji jak wydobyć się z pułapki gospodarki państwowo-nakazowej. Nastąpiła głęboka dezinstrializacja. Przez pewien czas ratowały ten stan wysokie ceny ropy ale i to się skończyło. Gospodarka rosyjska runie a co dalej nie wiadomo, stwierdził rosyjski ekonomista.

W naturalny sposób spowodowało to pytanie co dalej z reżymem Putina, który jest przyczyną braku jakichkolwiek reform. Rosjanin i w tym wypadku nie był optymistą. Uważa, że perspektywa upadku dyktatora to rok 2030. Zarazem wykluczył on skuteczną współpracę rosyjsko-chińską. Chiny idą własną drogą i tranzyt z Chin do Europy nie pójdzie przez Rosję (inaczej mówiąc jedwabny szlak pójdzie południem drogą morską a nie północą drogą lądową).

Saakashvili w Warszawie czyli Balcerowicz contra postkomunizm

W trakcie wykładu Saakashvilego  podczas konferencji na Uniwersytecie Warszawskim miała miejsce krótka i nieudolna prowokacja najprawdopodobniej proputinowskich krzykaczy. Straż uniwersytecka szybko  dała sobie  radę. Właściwie był to sygnał jak bardzo boli Kreml to co Saakashvili mówi wszem i wobec i głosi.  Wykład bardzo ciekawy dotyczący pojęcia „postkomunizmu”. Dowodził on jak bardzo dwuznaczne jest to pojęcie. Służy ono również Moskwie i znaczy tyle „z tego bagna nie można się wydobyć”. I to często chętnie powtórzy wielu i to takich, którzy z Putinem nic nie mają wspólnego. O postkomunizmie w tym znaczeniu można usłyszeć zarówno w byłych krajach bloku jak i na Zachodzie. Znaczy to trochę tyle co – wszystko pozostanie po staremu. Rosja celowo chce utrzymać taką atmosferę pesymizmu i niepewności.

Saakashvili twierdzi, że postkomunizm niknie tam, gdzie dokonuje się zdecydowanych reform. Były prezydent Gruzji podaje przykład własnego kraju. Wedle stereotypu był on całkowicie zanurzony w korupcji i niemożności. Miał być koronnym przykładem postkomunizmu (czyli i pewnej zależności od komunistycznej przeszłości i Moskwy), z którego nie można się wydobyć. I oto Gruzja w krótki czasie dokonała skutecznych reform. Saakashvili nie krytykował nowego rządu Gruzji (który go zwalcza i ściga) i wprost przeciwnie podkreślił jak reformy okazały się trwałe i jak są kontynuowane.

Wystąpienie Saakahvilego podkreślało ogromną rolę reform na Ukrainie. Jeśli się one udadzą będzie to największy cios dla rosyjskiej ideologii. Pokazane będzie, że z postkomunizmu można się wydobyć i to w takim kraju. który Rosja chciała trzymać przy sobie. Rosję w postkomunizmie trzyma przede wszystkim sam Kreml.

Podobnie Saakashvili podkreślił ogromną wagę reform Balcerowicza w Polsce. Polska pokazała jak szybko można się z postkomunizmu wydobyć (zwolennicy PiS na sali jakoś na to nie reagowali). Waga polskich reform była ogromna. Uwagi gruzińsko-ukraińskiego polityka o Balcerowiczu są w tym sensie istotne, iż rzekomo miał on polskiego ekonomistę ostro krytykować (co rozeszło się w internecie). W Warszawie mówił o nim z najwyższym szacunkiem, podkreślając jak istotny jest obecny plan Balcerowicza dla Ukrainy. Jedyna krytyczna uwaga dotyczyła kontekstu czysto społecznego i plan ów kontekst dostatecznie uwzględnia. Ekonomiczne wskazania Balcerowicza uznał Saakaschvili za całkowicie słuszne.

Osobowość Saakasshvilego jako mówcy ujmująca. Żartobliwy, z dystansem do sobie.”Gruzini są tacy sami jak wszyscy inni, tylko gotują lepiej”. Pyszne. Bezpośrednie spotkanie z tym politykiem pozwala zrozumieć jego charyzmę i zarazem siłę, która jest siłą jego przekonań i optymizmu. Istotnie, pojęcie postkomuznimu jest często ględzeniem o nie bardzo wiadomo o czym i wyrazem bezradności tych, którzy nie mają żadnej wizji przyszłości.

Ukrainofoby, ich kłamstwa i hipokryzja

Senat (PiS-owska większość) wezwał Sejm (jak są większością to się zdaniem opozycji nie przejmują) do uchwały w sprawie Wołynia 43. Ma być agresywnie i o ludobójstwie. I oni -Ukraińcy są wszystkiemu winni a my Polacy nic, a nic.
                 Ilustracją do tego tekstu jest zdjęcie sprzed lat prezydentów Kaczyńskiego i Juszczenki. Lech Kaczyński, warto to przypomnieć zwolennikom PiS, był inicjatorem wielu aktów polsko-ukraińskiego pojednania. Dziś ci którzy się tak chętnie na niego powołują, podążają w dokładnie odwrotnym kierunku.
                Zwolennicy „twardego” kursu w polityce pamięci wobec Ukrainy twierdzą, że do pojednania potrzebna jest prawda. Dlatego o „rzezi wołyńskiej” trzeba nieustannie z przytupem przypominać. Nie są jednak gotowi równie intensywnie przypominać o antyukraińskich pacyfikacjach w II RP z roku 1930 i 1938. I o samym Wołyniu 43 nie są gotowi do mówienia pełnej prawdy. Chcą widzieć tylko okrucieństwo UPA i nic więcej.
                 Ukrainofoby też   twierdzą, że Ukraińcy nie przeprosili. Z Niemcami mogliśmy się pogodzić –  mówią  -bo przeprosili , a Ukraińcy nie. Jest to oczywiste kłamstwo. Aktów przeprosin ze strony ukraińśkiej jest wiele. Podobnie historiografia ukraińska jest pełna jednoznacznych potępień zbrodni UPA na Polakach. Tylko że ukrainofobii nie chcę tego wiedzieć i niezależnie od tego ile razy Ukraińcy by przepraszali dla nich będzie to za mało.
                Ukrainofoby nie chcą też zauważać jak bardzo ich postępowanie sprzyja Moskwie, która dąży do skłócenia Polaków i Ukraińców, i nie widzą jej inspiracja. Cała działalność proputinowska w Polsce powiązana jest z wybijaniem na plan pierwszy i w agresywny sposób problematyki „rzezi wołyńskiej”.
               Barbarzyńskim natomiast zwyczajem jest manipulowanie pamięcią o zmarłych w bieżących celach, przypominanie o okrucieństwach, po to by zwrócić emocje przeciw żyjącym. Pasja wielu ukrainofobów ciągłej potrzeby przywoływania najbardziej drastycznych obrazów z Wołynia  jest bliższa jakiejś próbie symbolicznej zemsty niż aktowi upamiętnienia ofiar.
              W istocie polsko-ukraińskie pojednanie wciąż postępuje naprzód, stąd też narastajaca histeria tych, którzy wciąż żądają przeprosin (w istocie chodzi im o akt upokorzenia się drugiej strony) i wciąż pisać chcą coraz ostrzejsze deklaracje. Jak ogłoszą oficjalnie, że Wołyń 43  to ludobójstwo to będą dalej żądać stwierdzenia, że było to ludobójstwo wyjątkowe (już się takie elaboracje pojawiły).
              Ukrainofobii twierdzą, że dbają o pamięć o ofiarach. W tradycji chrześcijańskiej i europejskiej pamięć o ofiarach związana z pokojem i pojednaniem. Tego wymagają zmarli.

Nad grobami trzeba się godzić i mówić o pojednaniu.

              Wołyń 43 wciąż wymaga badań historycznych mimo wielkiego wysiłku dokonanego już przez polskich i ukraińskich historyków. Warto tu wspomnieć świetne prace Grzegorza Motyki (atakowanego systematycznie przez ukrainofobów). Po polskiej stronie upamiętnienie tragedii Wołynia 43 wymaga też poszerzenia wiedzy o Ukrainie i to również o Ukrainie współczesnej. Ukrainofoby zaś to ci, którzy o Ukrainie nie wiedzą nic więcej prócz „rzezi”, są ślepi, pielegnują swoją ignorację i ksenofobię i swoje antyukraińskie stereotypy. I w rezultacie jak bardzo są antypolscy.

NATO, Rosja, Obama, Tusk i PiS

Szczyt NATO dał wyrazistą odpowiedz na agresywną politykę Rosji. Rozpoczynając swoją awanturniczą politykę takiego zdecydowania Sojuszu Putin nie spodziewał. Swoją ocenę sojuszu muszą też skorygować ci wszyscy w Polsce, którzy powtarzali chętnie stereotypy o naiwnym (a nawet może zdradliwym) Zachodzie. NATO nie żywi wątpliwości, że Rosja jest potencjalnym agresorem i sojusz przyjął strategię odstraszania.

Zawarta umowa USA-UE jest nowym czynnikiem polityki bezpieczeństwa. Wskazuje też jak dużą uwagę przywiązuje Waszyngton do Unii Europejskiej. Wszelkie spekulacje, że amerykanie odwracają się plecami do Europy, ponieważ ich interesy są na Pacyfiku, zdają się już nieaktualne.

Wydaje się, że w tej dziedzinie polityki bezpieczeństwa odnośnie NATO nie ma zasadniczych rozbieżności  między obozem rządowym w Polsce  a opozycją. Ponad 80% Polaków jest też  za członkostwem Polski w NATO a jedynie 3% jest temu przeciwna (choć warto zwrócić uwagę na agenturalne próby kwestionowania członkostwa Polski w NATO z jakich natężeniem miało się do czynienia ostatnio).

Szczyt ma też swoje znaczenie dla krajowe. Każda ze stron chce wyciągnąć z niego korzyści wewnątrz polityczne.  Rząd próbuje się zasługi wstąpienia Polski do NATO przypisać politykom PiS (delikatnie mówiąc są one znikome), co pokazywać ma kuriozalna wystawa pokazana z okazji szczytu, w której pomija się tych polityków III RP, którzy budowali zręby polityki bezpieczeństwa po 1989 i odzyskaniu niepodległości. PiS stara się we wszelkich dziedzinach pokazać,że wszystko zaczyna od nowa i lepiej, stąd teza, że obecny szczyt (przygotowywany rzekomo przez PiS – co jest nie prawdą, bowiem inicjatywa wyszła przed wielu lata od Bronisława Komorowskiego) jest niemal tak samo ważny jak samo wstąpienie do NATO w roku 2000.

Wbrew tym wysiłkom dobry nastrój politykom PiS psuć musi wystąpienie prezydenta Obamy  bez ogródek  mówił o tym, że wspólnota północnoatlatycka opiera na demokratycznych wartościach państwie prawa wyrażając zaniepokojenie tym, co dzieje się w związku w Polsce. Wspólna konferencja prasowa prezydenta Obamy i prezydenta Dudy pokazała też rażący kontrast obu wystąpień.  Można tylko spekulować czy spotkanie prezydenta Obamy z prezydentem Dudą mogła wywrzeć na tego ostatniego jakiś pozytywny wpływ i skłonić go do poważniejszego traktowania swego urzędu.
Widoczną postacią szczytu był natomiast Donald Tusk i to nie tylko z powodu pełnionej przez siebie funkcji. Oczywiste jest, że jest współautorem umowy USA-UE. Jego przemówienia podczas szczytu było wyraziste w sprawach polityki bezpieczeństwa zawierało również aluzje dotyczące wewnętrznej polskiej sytuacji. Zapowiedziane przesłuchanie Tuska w sprawie katastrofy smoleńskiej może okazać się istotnym wydarzeniem politycznym o dalece niekorzystnej wymowie dla PiS i Macierewicza propagującego teorię zamachu. Tusk na szczycie pokazuje się polityk europejskiego wymiaru. Próba niszczenia jego autorytetu może być dla jego przeciwników w Warszawie katastrofalna. W świetle wydarzeń globalnych (a takim jest szczyt NATO) widać małość polityki PiS jest jeszcze lepiej widoczna.

Energetyczna niepodległość Ukrainy

Od pięciu miesięcy Ukraina nie importuje gazu z Rosji. Jest to równie ważną informacją jak komunikaty z frontu rosyjsko-ukraińskiego na Donbasie. Dla Rosji eksport gazu był przez długi czas skuteczną bronią trzymania Ukrainy w zależności gospodarczo-politycznej.

Był to wynikiem wielu zaszłości. Dawne ZSRS, a więc i sowiecka Ukraina,  używała energii niebywale rozrzutnie. Po roku 1991 jej  koszty urealniały się i rosły. Ceny energii  pozostawały jednak dla konsumentów niedorzecznie niskie, a różnicę pokrywała państwowa subwencja.  Bano się zmian cen energii, tak jak bano się poważniejszych reform. Ukryta w cenie gazu subwencja pożerała lwią część budżetu.

Na dodatek handel gazem był motorem oligarchizacji. Gaz sprowadzono z Rosji, a ta dopuszczała do interesu tylko nielicznych. Tak rosły fortuny prorosyjskich  magnatów wiszących u kremlowskiej klamki.

Moskwa dyktowała też ceny. Były one często wyższe niż dla innych krajów. Trzeba  dodać, że gaz odgrywał w ukraińskim miksie energetycznym bardzo znaczącą rolę, bez porównania większą niż w polskim wypadku. Gaz jako źródło zaopatrzenia w energię (33%) ma dla Ukrainy to samo znaczenie jak węgiel (34%). Bez gazu więc na Ukrainie ani rusz. I każdy kto tam był, pamięta rury i rurki  biegnące przez cały kraj od domu do domu.

W roku 2013 gaz z importu, to 57% zużycia wynoszącego 50 mld m3.  Był to oczywiście głównie gaz z Rosji.  W 2014 zużycie spada do 42 mld m3,  a  w 2015 do 34 mld m3.  Ograniczenie zużycia, również w skutek spadku produkcji przemysłowej, zmniejsza też import. W roku 2015 na  import przypada 44%. Oznacza to 13 mld m3 mniej gazu z importu w porównaniu z rokiem 2013. Dokonano więc ogromnych oszczędności.

W kwietniu 2015 uchwalono nowe zasady obchodzenia się z energią. Mało kto wierzył wtedy w sukces.  Efektywność była bardzo niska (na poziomie 60%, w Polsce 80%). Założono jednak liczniki (przed tym ich nie było), w walce z marnotrawstwem ciepła ponad 100 tys. obiektów przeznaczono do modernizacji. Gospodarstwa domowe w ciągu dwóch lat zmniejszyły zużycie gazu o 26%. Zaczęto stosować izolację domów mieszkalnych. To kosztuje, ale zmusza do organizowania się, inwestowania i  stwarza miejsca pracy.

Budżet państwa uwalniany jest zarazem krok po kroku z ciężaru, jakim była subwencja na energię, choć państwo musi wciąż pomagać tym, których nie stać na podwyższone znacznie ceny. Nie jest to jednak ukryta subwencja, wymykająca się ekonomicznej kalkulacji. Pieniądze z budżetu już nie idą skrycie do kieszeni oligarchów, rynek gazu uzyskuje przejrzystość, a reforma ukraińskiej gospodarki doznaje istotnego impulsu.

Zarazem import gazu z Rosji zastępowany był stopniowo importem z Zachodu. Grudzień 2015 to pierwszy miesiąc, gdy Putin nie dostał za gaz nawet jednej hrywny. Okupując i niszcząc Donbas Moskwa mogła spodziewać się, że wpędza Ukrainę w  tym większą energetyczną zależność. Okazało się jednak, że Ukraina zdolna była wybić się na energetyczną niepodległość.

 

Co z polskim liberalizmem? Czy PO da się jeszcze uratować?

Liberalizm jest historycznie nowym nurtem polskiej polityki. W epoce PRL-u trudno było o kształtowanie się wyrazistych politycznych prądów. Sięgano instynktownie do tradycji. Była to albo słabo zdefiniowana lewica (PPS, Piłsudski etc) albo równie mało określona prawica (konserwatyści, dmowszczycy). Dość niefrasobliwy sposób publicznych debat po roku 1989 podzielił Polskę  na endeków i piłsudczyków, co było podziałem tyleż anachronicznym jak i nie adekwatnym.  Z tradycją myśli politycznej II nigdy w poważnej debacie publicznej się nie zmierzono. Nie zauważono przy tym, że w Polsce zrodził się liberalizm.

Choć termin liberalizm stał się z czasem ulubioną maczugą jego przeciwników, nikt otwarcie do liberalizmu się nie przyznawał. „Platforma obywatelska” zwalczana była jako liberalna, ale sama do liberalizmu się nie przyznawała. Jej członkowie, a śmiem twierdzić jej najpewniej i czołowi politycy, nie mieli świadomości, ani nie chcieli się przyznać, że są „liberałami”. Nikt też liberalizmu otwarcie nie bronił (bo pokracznych enucjacji Korwina-Mikkego za liberalizm brać nie sposób).

Polityka polska (zarówno gospodarcza jak i w kulturalna) była liberalna. Sytuacja ta była więc nacechowana paradoksem – Polska była liberalna, tylko nie było w niej liberałów. Jestem przekonany, że ta ideowa pustka była jedną z przyczyn porażki w pechowych wyborach jesieni 2015. Dlaczego? Mimo upadku  ideologii, opinia publiczna potrzebuje drogowskazów, jakimi są czytelne idee polityczne. PO stawiano w ostatnim okresie jej rządów zarzut „braku wizji” Na taki zarzut można oczywiście odpowiedzieć, że rządzenie to pragmatyzm a  nie jakieś tam wizje. Odpowiedz ta jednak pomija to, że opinia publiczna nie zadawala się tylko tym co bieżące, ale chce znać kierunek w jakim podąża państwo. I ma do tego prawo.

A ten kierunek, jakby to dla wielu nie brzmiało zbyt abstrakcyjnie albo miało być wymysłem jakiś „jajogłowych”,  określa powszechnie czytelna myśl polityczna (nie chodzi więc o jakieś same akademickie rozważania).

I tak PO pozbawiona myśli politycznej, nie zdolna do zdefiniowania swego praktykowanego liberalizmu, stała się dla zbyt wielu wyborców, nieczytelną formacją polityczną, nie wskazującą żadnego kierunku.

PO mówiła: „patrzcie jak dobrze rządzimy i zadowolcie się tym co jest”. PO rządziła być może wcale nie najgorzej, ale takie przesłanie nie mogło pozyskać zbyt wielu. Tych którzy byli zadowoleni demobilizowało, tym którzy byli nie zadowoleni nie dawało żadnej nadziei i obietnicy.

Co więc zrobić ma PO ma zacząć odbudowę swoich szeregów po doznanej klęsce? Chyba koniecznym (choć pewnie nie jedynym) sposobem jest powrót do swoich liberalnych korzeni. Musi też być głośno powiedziane, że liberalizm nie oznacza w żadnym wypadku lekceważenia dla polityki socjalnej, nie oznacza lekceważenia dla debat historycznych, nie oznacza lekceważenia problematyki tożsamości, nie oznacza wąskiego koncentrowania się na samej gospodarce, nie oznacza mówienia „jak ci nie udało, to jesteś sam sobie winny”, nie oznacza robienia z siebie mądrali, która wszystko wie lepiej.

Jeśli nie będziemy otwarcie i głośno dyskutować, czym jest polski liberalizm PO nie ma szans.

 

Przełomowy traktat polsko-niemiecki i jego rocznica

Ze znaczenia polsko-niemieckiego traktatu z roku 1991 zdać sobie można sprawę lepiej wtedy, gdy przypomni w jakiej sytuacji politycznej  była Polska w wieku XX i wcześniej. Określa ją najlepiej fakt rozbiorów i podwójna napaść na Polskę w roku 1939 ze strony Niemiec i Rosji. Położenie pomiędzy dwoma agresywnymi potęgami stwarzało kolosalne zagrożenie.

Rosja i po upadku komunizmu nie przestała być groźnym sąsiadem. Niemcy natomiast weszły w skład większego organizmu politycznego, jakim jest jednocząca się Europa i zasadniczo zmieniły swoją politykę. Zawarcie traktatu z Niemcami było jednym z najistotniejszych czynników otwierających Polsce drogę do Unii Europejskiej a także zabezpieczeniem przed Rosją, w której jak się okazało ambicje neoimperialne nie gasną.

Należy zwrócić uwagę, że stosunki polsko-niemieckie od wczesnego średniowiecza aż po wiek XVIII pozbawione były zasadniczych konfliktów. Dopiero Prusy za namową Moskwy stały się groźnym sąsiadem. Kulminacją wrogości i agresji stała się II wojna. Przesunięcie granic i utrata przez Niemcy terenów wschodnich zdawała się tworzyć trwałe źródło niezgody. Jeśli takie nadzieje miał Stalin, nie spełniły się one. Polacy i Niemcy umieli przezwyciężyć złą przeszłość.

W Niemczech związane to było z rozrachunkiem z okresem 1933-45. Dokonywał się w Republice Federalnej Niemiec na Zachodzie poprzez powszechną publiczną debatę. Ma ona istotne znaczenie aż do dzisiaj. Jest ona też przykładem jak trudny jest rozrachunek z totalitaryzmem i autorytarnymi rządami, jeśli zakorzenią się one w jakimś społeczeństwie. W Niemczech wschodnich okupowanych przez sowietów autentyczny rozrachunek nie był możliwy a propagandowy „antyfaszyzm” stanowić miał listek figowy dla komunistycznych rządów. Trudne problemy przeszłości podjęły się kręgi opozycyjne, z których najbardziej znaczący przyjął samą ze siebie mówiącą nazwę „Akcja Pokuty”.

Trzeba podkreślić jak wielkiego to wymagało wysiłku i że to było wynikiem intensywnej pracy wielu odważnych osób, które sprzeciwiły się powszechnym po wojnie stereotypom wrogości. Traktat był nie tylko wynikiem kalkulacji politycznej obu stron, ale także a może przede wszystkim dziełem pojednania. Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski, Stanisław Stomma, Wojciech Wieczorek, o których niezbędnie trzeba pamiętać, mówiąc o trudnej drodze do polsko-niemieckiego traktatu. Willy Brandt, Ludwik Mehlhorn, Guenther Saerchen  i wielu i innych to partnerzy tego owocnego dialogu po stronie niemieckiej.

Gdy teraz obchodzimy rocznicę tego historycznego traktatu warto dokonać refleksji nad położeniem Polski w świecie, gdy sytuacji międzynarodowa staje się tak napięta i widocznych jest tyle nowych zagrożeń.

Nimecy jest największym polskim sąsiadem. Stosunki z nimi wymagają uwagi i wiedzy. Interesy Polski i Niemiec w sprawach strategicznych są zbieżne, co nie wyklucza rozlicznych rozbieżności i konfliktów (takich jak obecnie kwestie polityki energetycznej czy uchodźców). Umiejętność ich negocjowania jest żywotną kwestią dla obu krajów a jakiekolwiek napięcia nie powinny eskalować do tego stopnia, aby naruszać strategiczne partnerstwo. Dzieło traktatu powinno być trwałe, gdyż jest to jeden z fundamentów tej europejskiej polityki, dzięki której Polska może czuć się bezpieczna.

Marek Chimiak. Trzeba dążyć do lepszego świata

marek chimiak

Marek był rozpoznawalną postacią w środowiskach opozycyjnych lat 70-tych. Zobaczywszy jego zdjęcie z tamtego okresu, jakie przesłał mi przed paroma godzinami jeden z jego przyjaciół, wróciły wspomnienia. Salony, „gęganie” na ustrój, świat idealistycznie nastawionej młodzieży Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Gdańska. Może niewielki, ale nie światek, ale prawdziwy świat, w którym podejmowano wielkie problemy Polski i ówczesnej Europy, dyskutowano o upadku komunizmu, mimo że jego konstrukcja wydawała się tak solidna. W tym świecie żył Marek. Żył, kształtował swoje poglądy i postawę, działał. Drukując i kolportując bibułę. W stanie wojennym „siedzieliśmy” razem w internie w Białołęce. Dobrze jest „siedzieć” z kimś takim.

Od lat dziewięćdziesiątych prawie się nie widywaliśmy, jeśli to sporadycznie. Zadzwonił parę miesięcy temu. Rozmowa jakbyśmy rozstali się przed tygodniem.  To samo zaangażowanie, ten sam żar w głosie.  I znów chodziło o sprawy ważne. W Polsce trzeba rozpoczynać wielką debatę. Marek organizował Kluby im. Tadeusza Mazowieckiego. Chciał aby taki klub powstał w Krzyżowej, bo to miejsce z Mazowieckim związane. Udało się. A po tym wiadomość, jest w szpitalu, na pewno  stamtąd wyjdzie. Byliśmy umówieni na następną dyskusję o stosunkach polsko-niemieckich. Tej dyskusji Marek już nie poprowadzi. Pozostanie dla mnie, jak na tym starym zdjęciu,  młodym człowiekiem o kędzierzawych włosach, pełnym  przekonania, że trzeba dążyć do lepszego świata, tej nadziei,  której pozostał wierny do końca.

Ambasador RR i duszpasterz niby-partii „Zmiana”

„Jeżeli nie pomożemy Ukrainie, to niedługo za naszą wschodnią granicą będziemy mieli rozpadający się, bandycki kraj z rosyjskimi najemnikami, którzy będą destabilizować już nie Ukrainę, a Polskę! Wybór wydaje mi się jasny” – takie jest klarowne stanowisko przyszłego ambasadora RP w Kijowie Jana Piekło. Wypowiada je od dawna i bez ogródek. To z pewnością powód, że powierzono mu tak newralgiczne stanowisko w Kijowie. Ukrainę Jan Piekło zna doskonale jako długoletni dyrektor Fundacji Współpracy z Ukrainą (PAUCI).

Niemal równoległym  zdarzeniem do nominacji Jana Piekło jest list ukraińskich intelektualistów do Polaków „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Wśród sygnatariuszy znajdują się m.in.  dwaj byli  prezydenci i patriarcha kijowski Filaret. Jan Piekło jedzie więc do Kijowa w atmosferze, która w najwyższym stopniu sprzyja polsko-ukraińskiemu pojednaniu.

Polski ambasador wie znakomicie, że jest to misja najeżona trudnościami. Sam przed rokiem stwierdzał w jednym z wywiadów „Zarówno Rosja, jak i nieżyczliwi obywatele usiłują zrobić wszystko, żeby do pojednania nie doszło”.

Takim „nieżyczliwym” wtórującym głosowi z Moskwy, jest w Polsce od dłuższego czasu ks.Isakowicz-Zaleski. Jego nienawistny głos skierowany przeciw Ukrainie i Ukraińcom jest zawsze słyszalny, gdy Polacy i Ukraińcy zbliżają się do siebie. Nic więc dziwnego, że Isakowicza-Zaleskiego sprowokowała do wzmożonej aktywności zarówno nominacja Jana Piekło jak i list ukraińskich intelektualistów. Jak na zawołanie wysyła on list do Pani Premier Szydło mający przeszkodzić nominacji Jana Piekło.

Tylko niewiele osób popisało się takim dorobkiem starannie dawkowanej nienawiści do Ukrainy i Ukraiców. Z Isakowiczem-Zaleskim konkurować mogą chyba tylko  Bogusław Paź i Mateusz Piskorski. Postacie dość jednoznaczne.

Bogusław Paź chwali bezczeszczenie zwłok ukraińskich żołnierzy w Donbasie (zawieszony za to na pewien czas w prawach pracownika Uniwersytetu Wrocławskiego), Piskorski urządza demonstracyjne wycieczki na okupowany przez Rosjan Krym i kieruje prorosyjsko i proputinowską organizacją, udającą partię, ugrupowaniem „Zmiana”.  Ostatnio aresztowany na podstawie podejrzeń o działalność antypaństwową.

Isakowicz-Zalewski cieszy się natomiast ze swobody, którą wykorzystuje by w niezwykle intensywnej i systematycznej politycznej działalności, siać niezgodę między  Polakami z Ukraińcami. Wspierał w swoim czasie skorumpowanego prezydenta Janukowycza, organizował prowokacyjne wystawy w Kijowie we współpracy z wysoko postawionymi rosyjskiego agentami wpływu, podjudza środowiska kresowe, pasożytuje na pamięci tragedii Wołynia 43. Hipokryzja tego człowieka polega między innymi i na głoszeniu, iż strona ukraińska nigdy nie przeprosiła za „Wołyń 43”. Gdy zaś słyszy takie przeprosiny (z ust prezydenta Poroszenki czy hierarchii Kościoła greckokatolickiego) i ostatnio z ust ukraińskich intelektualistów i polityków, jest to dla niego jedynie powód do dalszych ataków.

Trzeba stwierdzić z całą dobitnością, że jest to działalność zgodna z kierunkami moskiewskiej propagandy.  Atak na ambasadora RP jakim jest Jan Piekło  jest niezwykłą bezczelnością, na którą zwykle zdobywają się jedynie wrogie Polsce mocarstwa. Isakowicz-Zaleski nie zawahał się zrobić to we własnym imieniu.

Na Facebooku Isakowicz-Zaleskiego napisane jest „działalność dobroczynna”. Błąd. Winno być „działalność nienawistna”. Będąc w takim towarzystwie jak Bogusław Paź i Mateusz Piskorski, Isakowicz-Zaleski winien podjąć się jeszcze jednego zadania – winien zostać duszpasterzem niby-partii Zmiana. Jego niby-duszpasterstwo pasowałoby do tej niby partii. Byłoby to dla niego właściwe miejsce i może wreszcie znalazłby się obok Mateusza Piskorskiego.

Wojny geografów. Uwagi politologa

ksiazka BrusewitzRec.  Gernot Briesewitz, Raum und Nation in der polnischen Westforschung 1918-1948,  Osnabrück 2014

Polska myśl zachodnia jest odpowiedzią na „Ostforschung” – tak brzmi główna teza obszernej pracy Gernota Briesewitza. Zaznacza on przy tym, że taki kontekst nie może w najmniejszym stopniu relatywizować czy usprawiedliwiać uwikłania niemieckiego Ostforschung w narodowy socjalizm III Rzeszy.

Autor we wnikliwy sposób opisuje ewolucję polskiej myśli zachodniej, pokazując jak reagowała ona na zmieniającą się sytuację polityczną w kolejnych etapach od  odzyskania przed Polskę niepodległości, w 1918 roku, poprzez okres międzywojenny i II wojny aż po czasy objęcia władzy przez władze komunistyczne. Autor nie wyjaśnia wyraziściej tej ostatniej cezury, ale jak się wydaje, wiąże ją  z nadejściem  stalinizacji.  W istocie praca Briesewitza obejmuje dłuższy okres niż tylko lata 1918-1948. W pracy  sięga się  bowiem do prac Wacława Nałkowskiego i Eugeniusz Romera z okresu sprzed I wojny, jak również  dzięki obszernym przypisom można śledzić dzieje myśli zachodniej po roku 1948. Książka jest ciekawym wykładem dziejów koncepcji nie tylko geografii politycznej w Polsce, ale także szerszych wyobrażeń terytorialnych w polskiej myśli politycznej.

Briesewitz uważa terytorium i przestrzeń, o jakiej mówi geografia, za twór wyobrażeń kulturowych,  podobnie jak Anderson mówi o „przeszłości wyobrażonej”, a także używana pokrewnego pojęcia „przestrzeni mentalnej”. Powoduje to, że z dużym dystansem odnosi się do geografii politycznej opartej o założenia obiektywnych czynników, determinujących przynależność danego terytorium do danej wspólnoty politycznej. Dlatego też autor jak najsurowiej osądza niemiecką geografię polityczną II i III Rzeszy, podkreślając, jak dalece konstruowała ona antypolskie stereotypy.

Briesewitz dostrzega zasadniczą różnicę polskiego i niemieckiego dyskursu geografii politycznej przed I wojną światową. W Niemczech silnie zinstytucjonalizowana geografia polityczna wyrażała imperialne ambicje  państwa, pytała o przestrzeń życiową i możliwość ekspansji (z czasem staje to politycznym projektem agresji).  Tymczasem w polskim przypadku  był to dyskurs ruchu narodotwórczego, który usiłował swoje państwo uzyskać i odbudować, mając w tle obraz dawnej przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Po ponad stuletnim braku państwowości i ogromie przemian etnicznych i cywilizacyjnych na tym obszarze, uzgodnienie historycznej mapy z współczesnymi realiami stawało się trudnym problemem. Stwarzało to  szczególny związek kształtującej się polskiej geografii politycznej z geografią symboliczno-historyczną. Jak wiadomo pytanie, jakie terytorium obejmować powinno odradzające się państwo polskie było około roku 1918 wewnątrzpolskim przedmiotem kontrowersji.

Autor omawia spór Nałkowskiego z Romerem, jako jeden z najistotniejszych w dyskusji dotyczących terytorium i położenia Polski poprzedzających odzyskanie niepodległości. Prace czołowych polskich geografów, Wacława Nałkowskiego i Eugeniusza Romera, umieszcza autor w kontekście sporów intelektualnych przełomu XIX i XX wieku. i twórczości Friedricha Ratzela, który powszechnie uważany jest za jednego z głównych twórców geografii politycznej jako dyscypliny naukowej. Postać niemieckiego geografa do dzisiaj wywołuje ożywione spory, dotyczące tego, w jakim stopniu tworzone przez niego pojęcia (Lebensraum, przestrzeń życiowa) współtworzyły później ideologię nazizmu. Spór dotyczy tego, czy pojęcia te zawierały od samych początków treści rozwinięte przez ideologów narodowego socjalizmu, a tacy geografowie uwikłani w nazizm jak Karl Kaushoffer to  bezpośredni spadkobiercy Ratzela. Terminologia używana przez Nałkowskiego i Romera (twór przyrodzony, organizm życiowy), wykazuje jednak podobieństwo i pokrewieństwo do terminologii Ratzela. Skoro więc polscy geografowie używają takich terminów, to  skłania do oceny, że terminologia niemieckiego geografa bardziej przynależy do  epoki, w której była tworzona i przede wszystkim w tym  kontekście należy ją intepretować. Jej „degeneracja” nastąpiła później.

Okres II RP nie tylko nie złagodził kontrowersji polskich i niemieckich geografów, ale w znaczący sposób je zaostrzył. Niemiecka geografia polityczna w pracach takich geografów jak właśnie Hausdorf, zradykalizowała antypolską argumentację, co poprzez terytorialny rewizjonizm republiki weimarskiej doprowadziło do zbrodniczej polityki III Rzeszy.  II RP konfrontowana była z rewizjonistycznymi tendencjami ze strony Niemiec, a po stronie polskiej istniało niezadowolenie z wyników referendów 1920.

Powstała koncepcja jagiellońsko-piastowska, która konstruowała „kontinuum czasowo-przestrzenne” od początków państwa polskiego do współczesności.  Argumentacja historyczna łączy się tu z argumentacją geograficzną.  Briesewitz skłonny jest sądzić, że uwaga polskiej geografii politycznej skierowana  została przede wszystkim ku Prusom Wschodnim i morzu Bałtyckiemu (kwestia poszerzenia polskiego korytarza). Chodzi bardziej o poprawę „geostrategicznego” położenia państwa bardziej niż jakiegokolwiek argumenty etniczne czy nawet historyczne. Dolny Śląsk i Pomorze Zachodnie nie stoją w takim stopniu w centrum zainteresowania koncepcji  jagiellońsko-piastowskiej, a polska myśl polityczna zdominowana jest przez ideę jagiellońską, skierowaną ku Wschodowi.  „Myśl zachodnia” pobudzana jest jednak przez rewizjonistyczne tendencje w Republice Weimarskiej. Koncepcje Eugeniusza Romera „naturalnego terytorium”, według których zachodnią granicą jest Odra i Nysa znajdują kontynuację w pracach Zygmunta Wojciechowskiego, gdzie kwestia granicy na Odrze i Nysie była wyraziście  zarysowana.

W okresie II wojny myśl zachodnia ulega zrozumiałej radykalizacji, by już po wojnie dostarczać uzasadnień granicy na Odrze i Nysie, wtapiając się  w komunistyczną  koncepcję Ziem Odzyskanych. Tragicznym paradoksem tej historii jest to, że realizacja koncepcji myśli zachodniej II RP nadeszła wraz klęską w II wojnie światowej. Polska uzyskała granicę na Odrze i Nysie z woli Stalina dławiącego w Polsce niepodległość. Uczeni tacy jak Zygmunt Wojciechowski, wpisywali swoje idee w powojenne koncepcje piastowskiej Polski, legitymizujące nową władzę.  Ratowali resztki  tego, co pozostawało z idei jagiellońsko-piastowskiej”,  konfrontując się z zagrożeniem, że Polska mogłaby być zredukowana do terytorium mniejszego od Kongresówki, a ideę jagiellońską starano się całkowicie zdyskredytować.

Myśl Zachodnia, ze zrozumiałych powodów bezpośrednio po wojnie  antyniemiecko nastawiona,  staje się podporą prowadzonej przez komunistyczne władze polityki niemieckiej. Dzieje się tak  aż do roku 1989, mimo że rosnący dystans czasowy do II wojny rodzi nowe idee i potrzeby polityczne. Instytut Zachodni i Instytut Śląski, jako podpory instytucjonalne, wspomagały wojnę z „zachodnioniemieckim” rewizjonizmem, w szczególności ze środowiskami niemieckich przesiedleńców. Podtrzymywały też tezę o piastowskim odwiecznym charakterze Ziem Zachodnich. Jest to jeden z powodów, dla którego proces budowania polskiej tożsamości na ZZ, którego istotnym czynnikiem stawało  się z czasem rozpoznanie niemieckiego dziedzictwa i jego przejmowanie, umyka większości późniejszych prlowskich adeptów „myśli zachodniej”. Trwają oni cały czas w atmosferze konfrontacji z Niemcami, gdy tymczasem od lat 70-tych obserwować można wiele objawów polsko-niemieckiego zbliżenia. Ośrodki te pozostaną na uboczu procesów, które doprowadzą polsko-niemieckiego pojednania po roku 1989.

W kontekście polsko-niemieckiego sporu geografów „myśl zachodnia” interpretowana być może być bardziej jako składnik dyskursu politycznego niż spór naukowy wewnątrz dyscypliny, jaką jest geografia. Rok 1989 całkowicie dezaktualizuje „myśl zachodnią” wobec zbliżenia Warszawa-Berlin i demaskuje jak dalece wyobrażenia geograficzne i terytorialne wpisywały się uprzednio w kontekst propagandowy. Nawet jednak przy tak krytycznej ocenie konieczne jest nie zapominanie, jak dalece od roku 1945 „myśl zachodnia” znajdowała swoje uzasadnienie polityczne wobec wymuszonych, rzadkich w historii w takiej skali, przesunięć terytorialnych.

Jeśli uzasadniona jest teza, że „myśl zachodnia”  po roku 1989 przynależy już bardziej do historii idei niż do aktualnego dyskursu politycznego, to nie usuwa to pytania jak skonstruowana jest „przestrzeń wyobrażona” współczesnej Polski, będącej członkiem Unii Europejskiej i jak owa konstrukcja ma się do wyobrażeń wyniesionych z przeszłości.

Lektura pracy Briesewitza nasuwa też drugą ogólniejszą kwestię, dotyczącą znaczenia i roli, jaką w procesach politycznych odgrywa geografia polityczna i tworzone w jej obrębie idee i wyobrażenia przestrzeni, w jakim stopniu idee geografów wpływają na politykę, w jakim zaś są jedynie uzasadnieniem ex post jej rozstrzygnięć z pomocą „geograficznych argumentów”, Jest to kwestia pokrewna pytaniu dotyczącemu  stosunków między naukami o polityce i geografią. Briesewitz skłania się co oceny, że  takie posługiwanie się geografią w celu argumentacji politycznej staje się nadużyciem naukowym, mimo że w kontekście epoki w jakiej tworzą Ratzel, Nałkowski czy Romer takie podejście było powszechne i traktowane za uzasadnione.

Okres przed I wojną światową to epoka ruchów narodowotwórczych na obszarze opanowanym przez europejskiej imperia takie jak II Rzesza i carska Rosja. Narody mające ambicję tworzenia własnych państw stały wobec konieczności określenia ich granic. To książka Briesewitza w ciekawy sposób uwypukla.  Zarazem i równolegle kształtują się pierwociny nauk politycznych, czego istotnym przejawem są narodziny geopolityki. W intelektualnej atmosferze zdominowanej scjentyzmem końca XIX wieku geopolityka z pretensjami do zobiektywizowanej niemal na wzór nauk przyrodniczych naukowości sięga do geografii i darwinizmu. Stosunki przestrzenne, układ pasm górskich, nizin i rzek w połączeniu z warunkami klimatycznymi tworzyć ma warunki determinujące niemal stosunki polityczne. Owa geopolityka znajduję się od samego początku w sytuacji dość dwuznacznej. Jej geograficzna argumentacja na ogół uzasadnia i objaśnia to, co już zdarzyło się i o czym wie historyk, geograf  twierdzi jednak dodatkowo , że musiało się to zdarzyć, ponieważ decydowała o tym geografia.

Geopolityka odnosi się jednak nie tylko do przeszłości ale i do przyszłości. Warunki geograficzne określać mają określony, dla danej wspólnoty politycznej obszar naturalny i jeśli w danej chwili ona go nie zajmuje, to stan ten należy przywrócić. Takie rozumowania łączy się na przełomie XIX i XX wieku z absolutyzowaniem podziałów etnicznych a także ideologiami rasizmu. Nic więc dziwnego, co zaznacza Briesewitz, że część twórców geopolityki tak łatwo zawarło mariaż z narodowym socjalizmem.

Geografia, dostarczająca rzekomo zobiektywizowane kryteria obrysowywania przestrzeni politycznej,  stawała się do dyspozycji polityki, która przestrzeń polityczną chciała ukształtować. W taki sposób polityczna samowola, a nawet agresja miała zdobyć sankcję naturalnej obiektywności.

W istocie po II wojnie światowej porzucono „geopolitykę”  taką, jaką kształtował przełom XIX i XX wieku. Stało się tak między innymi w skutek kompromitacji, jaka związana była ze wspieraniem geopolitycznymi argumentami ideologii III Rzeszy.

Mimo to polsko-niemiecki spór geografów nie wygasł i trwał długo jeszcze po II wojnie, co działo się  wskutek ogromnych powojennych przesunięć terytorialnych, których w Polsce musiano z konieczności bronić, a których w Niemczech z naturalnych względów długo nie chciano zaakceptować. W istocie dawne argumenty pochodzące z dawniejszego okresu odgrywały w tym sporze niewielką rolę. Po 1989 polsko-niemiecka wojna geografów ostatecznie straciła sens i wygasła. Mogło wydawać się, że geografia przestanie już odgrywać przynajmniej w Europie rolę propagandową.

Trzeba jednak przypomnieć, jak wielkie znaczenie posiada mapa i jak wielką siłę perswazyjną ona posiada. Owe mentalne mapy nie są też koniecznie dziełem samych  geografów.  Obraz przeszłości zachowany  na mapie stanowi sugestywne dziedzictwo, które często nawet po kilku pokoleniach w sprzyjających okolicznościach może zostać ożywione. Również w Polsce zaczęto powracać do wyobrażeń terytorialnych, z którymi zdawałoby się, że już się pożegnano, takimi jak „międzymorze”,  co  jest pojęciem odziedziczonym po dawniejszych sporach. To nic innego jak echo wyobrażeń terytorialnych związanych z dawną Rzeczypospolitą. Dla Węgrów mapa stoi w centrum dyskusji o narodowej tożsamości.

Współczesnej wędrówki ludów i procesów migracyjnych również nie sposób dyskutować bez mapy.

Groźnego  przykładu użycia mapy, a więc wyobrażeń przestrzeni mentalnej,  dostarcza  dwuznaczny renesans  geopolityki, do czego  przyczyniła się putinowska Rosja. Mapy rysowana przez zwolenników takich propagandzistów jak Aleksander Dugin dobrze ilustrują wyobrażenia rosyjskiego neoimperializmu i są projektem nowego ładu międzynarodowego.

Każda ogólniejsza debata polityczna, w jakimś zakresie odwołuje się do mapy.  Istnieje też oczywiste powiązanie między naukami politycznymi a geografią w wielu jej naukowych odmianach. Granica między tymi dziedzinami nie jest z pewnością wyrazista. Pochopne jej przekraczanie czynić może z geografii narzędzie polityki, a politologowi podpowiadać uproszczone wyjaśnienia procesów politycznych. Przypomnienie o tych dawniejszych dyskusjach może być dzisiaj użyteczne nie tylko gwoli pilnowania reguł dyscypliny naukowej. Nierozważne wodzenie palcem po mapie może zakończyć się nie tylko wojną  geografów.  I to jest jeszcze jeden powód, dlaczego lektura książki Briesewitza może być nader pożyteczna i dobrze byłoby,  aby mogło ukazać się jej polskie tłumaczenie.