System boloński i nasza wyższa edukacja

Obecny system kształcenia wyższego został z pragmatycznych względów ujednolicony dla całej Unii Europejskiej. Dzięki temu  dziesiątki i setki tysięcy młodzieży studiować może bez ograniczeń na terenie całej Europy korzystając z wszelkich ułatwień, jakie takie ujednolicenie stwarza. Walory takie rozwiązania są więc niewątpliwe. Wcześniej różnice systemów kształcenia wyższego w poszczególnych krajach szalenie utrudniały dalej idącą wymianę studentów i kształcenie zagranicą. Aby dokonać potrzebnej unifikacji konieczne były liczne kompromisy, które dając ogólny pozytywny efekt, mają jednak też pewne negatywne strony. Dalsze doskonalenie unijnego systemu, jak i działania tego systemu na poszczególnych uczelniach, winno być związane z analizą owych negatywnych stron i odpowiednimi zmianami w programach nauczania. Refleksja z tym związana winna też wzięta pod uwagę przy planowaniu dydaktyki na poszczególnych wydziałach.

Obecny system jest połączeniem dwóch tradycji europejskich uniwersytetów – anglosaskiego oraz modelu Humboldta. Oba te tradycje ukształtowały się w XIX wieku, choć mają swoje starsze korzenie.

System anglosaski –  podziału studiów na dwa okresy 3-letni i 2-letni – zakłada, że w pierwszym okresie kładzie się akcent przede wszystkim na umiejętności,  w drugim zaś okresie węższa już grupa studentów otrzymuje szersze przygotowanie teoretyczne.

System Humboldtowski z kolei, zakładający jednolity 4-ro a w zasadzie pięcioletni system studiów, zaczyna od teoretycznych podstaw oraz ogólnej propedeutyki.  System ten do bardziej konkretnych zagadnień dochodzi w dalszym toku studiów,  wprowadzając też specjalizację. Oba systemy miały swoje zalety w wady. System Humboldtowski powstał w okresie, gdy uniwersytety były małe i studiowała na nich wąska elita. Starczyło też na uniwersytetcie studiówać, nie zawsze formalnie te studia kończąc. Uniwersytet ten, wyrastający z ideałów Oświecenia, miał kształcić przede wszystkim światłego człowieka, uprawiać wiedzę, przyczyniać się do ogólnego oświecenia. W znacznie mniejszym stopniu stawiał sobie cele praktyczne, mając razem ambicje i pretensje do pełnienia swoistego rządu dusz – bycia czwartą czy też piątą władzą. Niemcy dumne były ze swego uniwersytetu, na którym często królowali filozofowie, mając zarazem szalenie rozwinięty system kształcenia zawodowego na poziomie średnim, gdzie uczono umiejętności praktycznych. Powodowało to m.in. że część młodzieży niemieckiej zadawalała się średnią szkołą zawodową, która również cieszyła się wysokim prestiżem.

W systemie więc anglosaskim najpierw było rzemiosło a później teoria w systemie Humboldtowskim najpierw teoria a później specjalizacja. Dokonując jeszcze jednego uproszczenia system anglosaski kształcił urzędnika na pierwszym poziomie studiów a następnie dżentelmena-intelektualistę i naukowca. System Humboldtowski stawiał od samego początku na kształcenie naukowca i filozofa.

System Humboldtowski okazał się wieloma względami dysfunkcjonalny z chwilą wprowadzenia masowego kształcenia. Po pierwsze pięcioletnie studia okazywały się z najrozmaitszych względów zbyt długie a przerwanie ich nie dawało żadnych uprawnień. Dla wielu młodych ludzi był to czas po części zmarnowany. System 3 plus 2 jest bardziej elastyczny.  Ponadto przy masowym kształceniu owe solidne teoretyczne podstawy nie zdają egzaminu jako propedeutyka. Młody człowiek kończąc studia na poziomie bakałarza winien być ukierunkowany zawodowo.  Inaczej jest zagubiony na rynku pracy i tak się często dzieje, jeśli w ciągu pierwszych trzech lat dostarcza mu się „nadmiaru” wiedzy teoretycznej,  po czym ma on zacząć pracować.

System 3 plus 2 wymaga więc odpowiedniej struktury studiów odmiennej od tradycyjnego ciągu nauczania, jaki obowiązywał również Polsce i w jakiś sposób dalej obowiązuje, bowiem siłą tej tradycji programy są wciąż „Humboldtowskie” z ducha. Wezwania, że studia wyższe mają być niemal wyłącznie podporzadkowane potrzebom rynku są uproszczeniem, mogącym prowadzić do degeneracji nauki i życia intelektualnego, bowiem trzeba również kształcić naukowców i przyszłych uczonych. Są one jednak uzasadnione w tym zakresie o ile studia wyższe są masowe. Odpowiednie proporcje są tutaj niezbędnie wymagane. Wszelkie poważniejsze reformy kształcenia wyższego winny to wziąć pod uwagę. Wydaje się też, że wiele można też zrobić w obrębie wydziałów czy poszczególnych kierunków studiów, aby wykorzystać niewątpliwie zalety systemu bolońskiego unikając zarazem jego pułapek. Dobro młodzieży wymaga takiego wysiłku.

 

Reklamy

Refleksje po Warsaw East European Conference 2014

W dwudziestolecie pięciolecie upadku bloku sowieckiego spotkanie z prezydentem Szuszkiewiczem i Krawczukiem, a więc tymi politykami, którzy ostatecznie ów rozpad w Białowieży przypieczętowali,  stanowi atrakcję najwyższej wagi. Taką okazję mieli uczestniczy jedenastej już z kolei Warszawskiej Konferencji Europy Wschodniej. Jest to jedna z największych naukowych imprez  poświęconych przemianom w obszarze postsowieckim.  Ma za sobą już nie małą tradycję, bowiem regularnie co roku kilkaset osób spotyka w budynku dawnej biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, by wspólnie za każdym razem przez parę dni debatować.

Rozmaitość podejmowanych tematów nie pozwala na podsumowanie tej konferencji ani tym bardziej jej serii. Tym niemniej pewne ogólniejsze refleksje mogą być poddane pod dyskusję.

Tematem w nieuchronny sposób przewijającym się od samego początku jest zagadnienie tempa i kierunku przemian w krajach postkomunistycznych. Termin „transformacja” służył często i służy niekiedy do dzisiaj jako nadrzędny dla podejmujących tą problematykę.  Oznacza on przejście od systemu komunistycznego (monopartii, gospodarki nakazowej itd.) do systemu gospodarki rynkowej, państwa prawa i demokracji z pluralizmem partii politycznych. Większość krajów postkomunistycznych w Europie decydowało się na  takie reformy.

Owa „transformacja” była też pogonią zapóźnionych krajów postkomunistycznych za wyprzedzającym je Zachodem. Była to pogoń za nowoczesnością. Transformacja miała swój idealny i w pewnym sensie idealny cel, jakim miało być stanie się „nowoczesnym”. Kryteria bycia nowoczesnym okazywały się jednak z czasem coraz mniej wyraziste. Okres dwóch dekad po 1989  jest czasem przemian nie tylko Środka i Wschodu kontynentu ale i Zachodu. Nowoczesność okazała się zjawiskiem zmniennym i choć wciąż pożądana, stawała się też przedmiotem krytyki. I pojawiło się też pytanie, czy droga do wciąż „uciekającej”  nowoczesności ma być dla wszystkich taka sama i czy dla krajów postkomunistycznych ma być ona powtórzeniem drogi jakiej dokonał Zachód, przynajmniej na tym odcinku,  na którym Zachód trzeba doganiać.

Dominującą teoria jaka opisuje drogę Zachodu do nowoczesności jest teoria modernizacji, która ma bardzo wielu ojców, choć z pewnością należy wymienić wśród nich Maxa Webera. Procesy narastającej ubranizacji i industrializacji, itd. miały się przyczyniać do rozpadu tradycyjnych więzi społecznych przyczyniając się  wzrastającą racjonalizację życia społecznego. Człowiek nowoczesny miał stawać się coraz bardziej otwarty, autokreować siebie i posiadać swobodę wyboru,  nie będąc ograniczony żadną kolektywną, zbiorową tożsamością. Nawet jeśli opisując to tak lapidarnie dokonuje się poważnego uproszczenia,  wielu wyobrażało sobie, że nowoczesność podążą w takim właśnie kierunku (co nie wszystkich zresztą cieszyło).

Posługując się teorią modernizacji patrzono też na procesy transformacji krajów postkomunistycznych. Goniąc nowoczesność  miały one szybko osiągnąć ów współczesny bardziej zaawansowany poziom nowoczesności, gdzie porzuca się wszelkie ciasne wcześniejsze tożsamości. Okazywało się tymczasem, co niekiedy irytowało zachodnich obserwatorów, że kwestie zbiorowej i narodowej tożsamości są dla krajów postkomunistycznych szalenie istotnie. Często brano to za zacofanie lub ciasny nacjonalizm, tym niemniej jednak jasne się stawało, że demokracja potrzebuje wspólnoty politycznej, dla której możliwa jest wewnętrzna komunikacja oparta nie tylko na formalnych regułach gry (owej chłodnej racjonalności) ale i więzach kulturowych nie tak łatwych może do skodyfikowania i odróżniających od siebie poszczególne społeczności. Kraje postkomunistyczne chciały i chcą tworzyć Europę i Unię, ale zarazem muszą zajmować się swoimi (zbolałymi często) tożsamościami.

Wizja transformacji oparta o czysto zachodnim modelu modernizacja okazuje się często zbyt uboga, by opisać skomplikowane procesy dokonujące się w Europie Środkowej i Wschodniej. Ujmując najkrócej i co najwyżej felietonowo taką refleksję budzą we mnie kolejne wydania wspaniałej warszawskiej konferencji organizowanej z wielkim wysiłkiem przez Studium Europy Wschodniej UW. Socjologia, która jest nie tylko empiryczna, ale żyje też teorią, w obliczu przemian krajów postkomunistycznych potrzebuje sformułowania nowej teorii modernizacji dostosowanej do drogi, jaką przebywają te kraje. A w każdym razie jest zastany kształt potrzebuje poważnych modyfikacji. W Europie Środkowej trzeba gonić Zachód ale trzeba też do tego dodać szczyptę własnych naukowych teorii.