Co z polskim liberalizmem? Czy PO da się jeszcze uratować?

Liberalizm jest historycznie nowym nurtem polskiej polityki. W epoce PRL-u trudno było o kształtowanie się wyrazistych politycznych prądów. Sięgano instynktownie do tradycji. Była to albo słabo zdefiniowana lewica (PPS, Piłsudski etc) albo równie mało określona prawica (konserwatyści, dmowszczycy). Dość niefrasobliwy sposób publicznych debat po roku 1989 podzielił Polskę  na endeków i piłsudczyków, co było podziałem tyleż anachronicznym jak i nie adekwatnym.  Z tradycją myśli politycznej II nigdy w poważnej debacie publicznej się nie zmierzono. Nie zauważono przy tym, że w Polsce zrodził się liberalizm.

Choć termin liberalizm stał się z czasem ulubioną maczugą jego przeciwników, nikt otwarcie do liberalizmu się nie przyznawał. „Platforma obywatelska” zwalczana była jako liberalna, ale sama do liberalizmu się nie przyznawała. Jej członkowie, a śmiem twierdzić jej najpewniej i czołowi politycy, nie mieli świadomości, ani nie chcieli się przyznać, że są „liberałami”. Nikt też liberalizmu otwarcie nie bronił (bo pokracznych enucjacji Korwina-Mikkego za liberalizm brać nie sposób).

Polityka polska (zarówno gospodarcza jak i w kulturalna) była liberalna. Sytuacja ta była więc nacechowana paradoksem – Polska była liberalna, tylko nie było w niej liberałów. Jestem przekonany, że ta ideowa pustka była jedną z przyczyn porażki w pechowych wyborach jesieni 2015. Dlaczego? Mimo upadku  ideologii, opinia publiczna potrzebuje drogowskazów, jakimi są czytelne idee polityczne. PO stawiano w ostatnim okresie jej rządów zarzut „braku wizji” Na taki zarzut można oczywiście odpowiedzieć, że rządzenie to pragmatyzm a  nie jakieś tam wizje. Odpowiedz ta jednak pomija to, że opinia publiczna nie zadawala się tylko tym co bieżące, ale chce znać kierunek w jakim podąża państwo. I ma do tego prawo.

A ten kierunek, jakby to dla wielu nie brzmiało zbyt abstrakcyjnie albo miało być wymysłem jakiś „jajogłowych”,  określa powszechnie czytelna myśl polityczna (nie chodzi więc o jakieś same akademickie rozważania).

I tak PO pozbawiona myśli politycznej, nie zdolna do zdefiniowania swego praktykowanego liberalizmu, stała się dla zbyt wielu wyborców, nieczytelną formacją polityczną, nie wskazującą żadnego kierunku.

PO mówiła: „patrzcie jak dobrze rządzimy i zadowolcie się tym co jest”. PO rządziła być może wcale nie najgorzej, ale takie przesłanie nie mogło pozyskać zbyt wielu. Tych którzy byli zadowoleni demobilizowało, tym którzy byli nie zadowoleni nie dawało żadnej nadziei i obietnicy.

Co więc zrobić ma PO ma zacząć odbudowę swoich szeregów po doznanej klęsce? Chyba koniecznym (choć pewnie nie jedynym) sposobem jest powrót do swoich liberalnych korzeni. Musi też być głośno powiedziane, że liberalizm nie oznacza w żadnym wypadku lekceważenia dla polityki socjalnej, nie oznacza lekceważenia dla debat historycznych, nie oznacza lekceważenia problematyki tożsamości, nie oznacza wąskiego koncentrowania się na samej gospodarce, nie oznacza mówienia „jak ci nie udało, to jesteś sam sobie winny”, nie oznacza robienia z siebie mądrali, która wszystko wie lepiej.

Jeśli nie będziemy otwarcie i głośno dyskutować, czym jest polski liberalizm PO nie ma szans.

 

Muzeum, które Polska winna jest Europie

Narody Europy pielęgnują i promują swoje historyczne narracje. Nie jest to kwestia nacjonalizmu ani nawet dbałości o dobrze pojęty interes narodowy. To konieczny składnik europejskiego procesu politycznego, w tym europejskiej integracji – pisze publicysta

Wybitny czeski historyk Mirosław Hroch zalicza Polaków do „wielkich” narodów Europy. Wielkość narodu, według Hrocha, nie polega w żadnym wypadku na wyższości nad innymi. Jest ona jedynie znamieniem ciągłości długich dziejów narodu politycznego. W tym tylko sensie historia Polski lub Węgier zdaje się być bardziej „wielka” od historii Niemiec, które stają się jednolitym podmiotem politycznym dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Polacy tworzą zaś znacznie wcześniej naród polityczny. Polskie doświadczenie, co najmniej od odrodzenia z jego oryginalną myślą prawniczą, ustrojową i literaturą w języku narodowym, to cenny składnik europejskiego dziedzictwa. Podobnie do tego dziedzictwa należy doświadczenie federacyjne dawnej Rzeczypospolitej, jej „multikulturalizm” avant la lettre.

Dialog narodowych pamięci

„Wielkie” narody Europy pielęgnują i promują swoje historyczne narracje. Nie jest to kwestia nacjonalizmu ani nawet dbałości o dobrze pojęty interes narodowy. Dialog pamięci historycznych jest koniecznym składnikiem europejskiego procesu politycznego, w tym europejskiej integracji. Dialog ten nie ma być uzgadnianiem jednej wersji europejskiej historii, ani tym bardziej rezygnacji każdego z  narodów z opowiadania o własnej przeszłości. Bogactwo europejskiej kultury polega na jej różnorodności, której w żaden sposób nie należy redukować. Polsce w szczególny sposób winno zależeć na tym dialogu. Nie mogąc przemawiać pełnym głosem przez większą część XX wieku i przez cały wiek XIX Polacy dopiero teraz zyskują takie możliwości. Z rozczarowaniem wypada stwierdzić, że Muzeum Historii Polski wciąż nie ma zapewnionego finansowania

Europejski dialog pamięci to opowiadanie sobie nawzajem własnych historii. Wielokrotnie opowieści takie antagonizowały narody w Europie, mówiły o wrogości, z ich pomocą wyznaczano budzące konflikty granice. Dziś chcemy je sobie opowiadać w taki sposób, by budzić wzajemne zaufanie. Narracje te mają pomóc poznać siebie nawzajem i przezwyciężyć dawne napięcia. Dlatego tworzenie muzeów historii poszczególnych krajów jest dzisiaj ważnym zadaniem i znamieniem czasu. Nie jest przypadkiem, że Niemcy po zjednoczeniu zdecydowały się na stworzenie w Berlinie Muzeum Historii Niemieckiej. Byli oni winni całej Europie pokazanie, jak w zmienionej sytuacji politycznej, widzą własna trudną przecież przeszłość.

Również Polska ma prawo i obowiązek opowiedzenia Europie o własnej przeszłości. Nie „tak samo jak” Niemcy, ale „tym bardziej”. Każda historia narodowa – podkreślać trzeba nieustannie – ma ogromną wartość dla różnorodności kultury europejskiej. Poszczególne jednak opowieści pełnią w europejskim koncercie pamięci odmienną rolę. Dialog pamięci dokonuje się też dzisiaj w Europie nie tylko między narodowymi opowieściami, ale także między Zachodem a Europą Środkową. O dzisiejszej Europie Środkowej, przynależnej dzisiaj niemal w całości do Unii Europejskiej nie da się opowiedzieć pomijając dzieje Polski. Polska i środkowoeuropejska narracja jest ważnym punktem odniesienia. Pozwoli on kształtować  relacje na Starym Kontynencie w sposób nie tylko będący wyrazem realizacji punktów widzenia największych graczy, ale i tworzący przestrzeń, w której uzgadnia się i negocjuje poszczególne perspektywy, a także nie lekceważy się historycznych doświadczeń narodów „nowej” Europy.

Narodowe muzea historyczne są dzisiaj najnowocześniejszym i najefektywniejszym narzędziem opowiadania historii. Muzeum Historii Polski jest koniecznością i wydaje się gotowym projektem, który – jeśli dojdzie do szybkiej realizacji – będzie z pewnością wielkim sukcesem dla wszystkich. Tworzenie muzeum to nie tylko pytanie,  co ma być opowiedziane, ale również jak ma być opowiedziane i gdzie ma być opowiadane. Znakomite osiągnięcia MHP, w tym między innymi ekspozycja „Pod wspólnym niebem”, szczęśliwie chwalona ze wszystkich stron, dały już przedsmak jak poważne znaczenie ma przedstawienie dziejów Polski i jak ważne jest szybkie wybudowanie tej placówki. Udowodniła także ogromny potencjał, który stoi za istniejącym już zespołem MHP.

Budowa Muzeum  Historii Polski winna być zgodną decyzją elit politycznych i kulturalnych. I wydaje się, że tak właśnie się jest. Wokół tej inicjatywy, jak rzadko, udało się zgromadzić wielu ludzi z różnych środowisk. Dość powiedzieć, że ta inicjatywa była i jest realizowana pod patronatem dwóch kolejnych ministrów kultury i dziedzictwa narodowego, Kazimierza M. Ujazdowskiego i Bogdana Zdrojewskiego. W różnej formie, w tym poprzez zaangażowanie w działalność Rady Muzeum i Stowarzyszenia Przyjaciół MHP, placówka uzyskała wsparcie m.in. Władysława Bartoszewskiego, prof. Andrzeja Nowaka, prof. Wojciecha Roszkowskiego, prof. Adama Rotfelda, prof. Henryka Samsonowicza i wielu wybitnych postaci naszego świata naukowego i świata kultury. O tym, że najszersza opinia publiczna powita budowę Muzeum Historii Polski z życzliwością nie ma co powątpiewać.

Reprezentacyjne miejsce

Rozstrzygnięcie, że MHP powstanie obok Zamku Ujazdowskiego na „kładce” przebiegającej ponad Trasą Łazienkowską daje możliwość stworzenia oryginalnego obiektu umieszczonego w reprezentacyjnym miejscu. W prestiżowym międzynarodowym konkursie został wyłoniony świetny projekt architektoniczny. Ta konstrukcja wzbogaci urbanistykę stolicy, ożywiając Trakt Królewski i czyniąc Plac na Rozdrożu atrakcyjnym miejscem spotkań.

W lutym  tego roku list-apel przeszło 60 intelektualistów i osobistości życia publicznego, wspierających starania Muzeum, postawił publicznie kwestię otwarcia nowej placówki w  roku 2018, gdy Polska obchodzić będzie rocznicę odzyskania niepodległości. Jeszcze kilka miesięcy temu można było być dobrej myśli – ministerialne oświadczenia mówiły, że najważniejsze decyzje w tej sprawie już zapadły. Z rozczarowaniem wypada  stwierdzić, że pomimo marcowych deklaracji MKiDN, pomimo kilkunastu podobnych wcześniejszych publicznych oświadczeń, a co ważniejsze, pomimo rozstrzygnięcia kolejnych koniecznych konkursów i wykonania wielkich prac przygotowawczych, Muzeum Historii Polski wciąż nie ma zapewnionego finansowania. Co gorsza, zostało ustawione w kolejce do realizacji dalszej niż kilka innych inicjatyw, zainicjowanych później i mimo ich mniejszej wagi i znaczenia.

Najbardziej jednak niepokojący jest fakt, że co kilka miesięcy powraca dyskusja na temat lokalizacji, w której Ministerstwo zdaje się wciąż nie mieć własnego zdania. Wysokie koszty,  jakie trzeba ponieść przy budowie takiego obiektu, stanowią o trudności decyzji. Pojawiają się znaki zapytania czy dla budowy Muzeum da się pozyskać pieniądze europejskie, jednak po sześciu latach od decyzji o umieszczeniu Muzeum nieopodal Zamku Ujazdowskiego nad Trasą Łazienkowską i po czterech latach od rozstrzygnięcia konkursu architektonicznego, wypadałoby, by tak poważne przedsięwzięcie miało już jasną perspektywę lokalizacji i finansowania. W moim przekonaniu, ale mniemam, że wyrażam również zdanie kilkuset znaczących osób, które angażowały się już we wspieranie projektu, a znalazłoby również poparcie większości opinii publicznej, Muzeum Historii Polski powinno powstać bez względu na to, czy można je będzie sfinansować z funduszy unijnych czy też konieczne będzie w tym celu wyasygnowanie środków budżetu państwa.

Co do dyskusji o innej lokalizacji niż kładka nad Trasą Łazienkowską trzeba przede wszystkim powiedzieć, że kosztowność tego rodzaju realizacji wiąże się w niewielkim zakresie z lokalizacją przedsięwzięcia. Koszty są uzależnione od skali przedsięwzięcia, a ta nie da się w praktyce zredukować. Przede wszystkim zmiana lokalizacji opóźni powstanie odpowiedniego budynku Muzeum i uczyni wątpliwym realizację projektu do roku 2018. Trzeba byłoby od początku rozpoczynać wszystkie konieczne procedury, jakim jest przede wszystkim długotrwały konkurs na projekt architektoniczny, nie mówiąc o zmarnowaniu już zainwestowanych środków i wysiłku. Jeśli istnieją w tej sprawie jakieś alternatywne realistyczne koncepcje, to trzeba je rychło przedstawić opinii publicznej i przeobrazić w działania, bo czas na dyskusje dawno upłynął. Budowa wymaga dzisiaj przede wszystkim jednoznacznych decyzji, konkretnego harmonogramu i wyasygnowania odpowiednich środków, a nie dalszych odraczających decyzje debat. Odwlekanie z miesiąca na miesiąc tych decyzji nie wystawi dobrego świadectwa decydentom.

Wspólna rocznica

Polska ma wszelkie przesłanki, by Europa obchodziła 100. rocznicę pamiętnego roku 1918 w Warszawie. Trudno nawet o miejsce ważniejsze. Przez długi czas pamięć o pierwszej wojnie światowej zdominowana była francusko-niemieckim wysiłkiem pojednania. Ono jednak się dokonało. Pora, aby pamięć o zakończeniu pierwszej wojny kojarzona była nie tylko z polami bitwy pod Verdun, ale z wysiłkiem wielu narodów Europy Środkowej zyskania własnej, samodzielnej  państwowości. Był to wielki czas, gdy własne państwa zyskali Czesi wraz ze Słowakami, Litwini, Łotysze i Estończycy, gdy heroiczne wysiłki o własną państwowość podejmowali Ukraińcy, gdy na pełnych konfliktów Bałkanach kształtowały się nowe granice państw. Polska opowieść jest tutaj szalenie istotna, związana jest w skomplikowany sposób z wieloma innymi historiami. Dzieje Starego Kontynentu tego okresu opowiedziane z punktu widzenia Europy Środkowej wyglądają inaczej niż opowiedziane z punktu widzenia Zachodu.

Miejsce dyskusji

W Polsce prowadzi się dość emocjonalne i zawzięte spory o sens i znaczenie naszej przeszłości. Nic dziwnego. Inaczej pamiętano o niej, gdy głównym zadaniem było odzyskanie niepodległego państwa, innej pamięci potrzeba, gdy jako naród posiadający niepodległe państwo mamy opowiadać o sobie w Europie. Polskie spory są często nie tylko emocjonalne, ale i drażniące dla nas samych. Ośmieliłbym się  jednak stwierdzić, że nie tylko muzyka, ale i muzea łagodzą obyczaje. Nadto każdy z nas, aby poczuć się bardziej aktywnym uczestnikiem europejskiego dialogu pamięci musi mieć możliwość wprowadzenie zagranicznych naukowców, turystów i własnych przyjaciół z całej Europy do Muzeum Historii Polski.

Każde muzeum historyczne jest miejscem dyskusji. W MHP ma się toczyć dyskusja o znaczeniu polskich dziejów, bez których nie ma dziejów Europy Środkowej, a integrująca się Europa nie może napisać potrzebnej historii własnej różnorodności i kulturowego bogactwa. Jest to placówka, którą Polska winna jest Europie.

Niezależnie od kierunku ostatecznych decyzji rządu, debata na ten temat musi zostać zakończona. Rozstrzygnięć należy oczekiwać w najbliższych tygodniach – zaraz – i taka jest odpowiedzialność wszystkich, którzy w tej debacie biorą udział. To konieczne, aby zdążyć na rok 2018.

Artykuł ten ukazał w Rzeczpospolitej 09-09-2013. Opublikowałem go zaznaczając, że jestem przewodniczącym Stowarzyszenia Przyjaciół Muzeum Historii Polski

Mazowiecki, personalizm i orientacja prozachodnia (8)

O ile Niemcy były dla Mazowieckiego szalenie ważne, a nawet stały na pierwszym miejscu, gdy chodzi o spojrzenie na zagranicę, to Francja była niezwykle istotna,  gdy chodzi o inspiracje intelektualne. Mazowiecki,  jak całe środowisko „Więzi”,  odwoływał się do myśli Emmanuela Mounier.

Mounier był personalistą, co oznaczało położenie w jego filozofii społecznej i politycznej  ale także w rozumieniu katolicyzmu,  bardzo silnego akcentu na osobie ludzkiej. Mounier czerpał wiele inspiracji od Jacques Maritaina, dwudziestowiecznego odnowiciela tomizmu, autora znaczącego dzieła, jakim był „Humanizm integralny”. Personalista Mounier wykroczył jednak poza ramy tomizmu, myśląc bardzo samodzielnie i bardziej od Maritaina zaangażowany był sprawy polityczne. I kwestia osoby ludzkiej (stąd nazwa personalizm) również w tym społecznie zaangażowanym i politycznym myśleniu i działaniu odgrywać miała kluczową rolę. Dzisiaj zdaje się to o tyle oczywiste, że Karol Wojtyła jako papież Jan Paweł II, godność osoby ludzkiej uczynił jednym z zasadniczych wątków swego nauczania. W latach 60-tych i 70-tych sformułowana takie były jeszcze pewną nowością. Kościół zdawał się mówić przede wszystkim o Bogu (personalizm sugerował, że zapominając nieco o człowieku zanurzonym w teraźniejszości) a marksizm lekceważył sprawy jednostki podporządkując ją społeczeństwu. Mounier ze swym personalizmem rozwiązywać dylematu żywego wówczas sporu między chrześcijaństwem  a marksizmem.

Mounier przeczył też jakoby katolicy mogli się angażować politycznie i w życie publicznie jedynie poprzez formacje czysto i w całości katolickie, co było poglądem silnie jeszcze obecnym w latach trzydziestych i czterdziestych i podzielanym przez znaczącą cześć hierarchii kościelnej również i później. Takie stanowisko bliskie było natomiast Tadeuszowi Mazowieckiemu.

W latach siedemdziesiątych redaktorem „Esprit” był Jean-Marie Domenach a po nim Paul Thibaud. „Esprit” traktowane było też w Warszawie jako redakcja-partner. W każdym razie wizyty kolejnych redaktorów „Esprit” w Warszawie były jakimś ważnym momentem dla samej „Więzi”. Mogłem obserwować, co to znaczyło dla Tadeusza, bowiem znał on farncuski dość powierzchownie (znakomicie porozumiewał się natomiast po niemiecku) i często służyłem za tłumacza-amatora.

Personalizm, trzeba też dodać, wpisywał się znakomicie w atmosferę intelektualną lat sześćdziesiątych. Wszyscy dyskutowali wtedy o egzystecjalizmie, co było szeroko rozpowszechnioną intelektualną modą, a którego zwolennicy prowadzili walkę na dwa fronty z religią i z marksizmem. Mounier uchodził niekiedy za chrześcijańskiego czy katolickiego egzystencjalistę, Mógł być więc traktowany przez katolików jako ten,  który egzystencjalizm nawrócił na wiarę, zarazem dalej jako egzystenckalista i katolik był oponentem marksizmu. Były to też jeszcze czasy  kiedy Paryż zachowywał swoją pozycję niemal stolicy intelektualnej całej Europy. Personalizm czy mounieryzm  zachowywał więc tym bardziej swoją atrakcyjność. Z uwagi na moje studia na KUL, gdzie dzięki profesorowi Swieżawskiemu mogłem poznać bezpośrednio prace Jacques Maritaina byłem skłonny traktować Mouniera raczej jako publicystę niż filozofa całą gębą. Niewątpliwie jednak to właśnie Mounier a nie Maritain był szerzej znany i pociągał wielu atrakcyjnością swojej myśli.

Z czasem znaczenie personalizmu zaczęło blednąć. Właściwie w momenci, gdy dostałem się do redakcji „Więzi” dyskusja o personalizmie była już trochę passé i nie budziła takiego zaangażowania  jak pięć czy dziesieć lat przed tym.  Dla Tadeusza Mazowieckiego były to jednak nadal sprawy ważne. Kwestia „osoby ludzkiej” przeformułowana w pewien sposób stała się jednym z istotnych kluczy do rozumienia problemów praw człowieka, tematyki która od konferencji w Helsinkach  w 1975 była w centrum nie tylko intelektualnych ale i politycznych debat. Mazowiecki, dzięki swemu personalizmowi i także dzięki swoim studiom prawniczym (choć niedokończonym) był do tego znakomicie przygotowanym.

Należy zwrócić uwagę jak bardzo formacja intelektualna Tadeusza Mazowieckiego skierowana była zdecydowanie ku zachodowi  Europy. Był związany z Francją i Niemcami. Czytał i mówił po niemiecku. Jego prywatna biblioteka pełna była niemieckich książek, o które w owym czasie nie było łatwo i które przywoził pieczołowicie ze swoich wyjazdów. Myślę, że bliżej obserwował życie polityczne w Niemczech niż we Francji. Stosunki z Niemcami uważał za kluczowe dla Polski. Poprzez fascynację Mounierem i personalizmem i powiązanie z „Esprit” istotny akcent w zainteresowaniach redakcji położony był jednak również na Francję. Jasne było z wszystkich rozmów, że  kierunek zachodni jest priorytetem.

Problematyka rosyjska, uznawana w środowisku „Więzi” w oczywisty sposób za istotną. Były to sprawy, którymi należało się interesować,  nie budziły jednak wielkiej fascynacji.

W latach siedemdziesiątych trudno było przewidywać rozpad bloku wschodniego czy tym bardziej rozpad samego Związku Radzieckiego (sowieckiego). Żywe też były wyobrażenia i dla wielu była to realna perspektywa, że dominacja rosyjska jest czymś trwałym i nienaruszalnym z punktu widzenia żyjących pokoleń. Bieżąca polityka pozwalała myśleć jedynie o powiększaniu marginesu swobód. W dłuższej nawet jednak perspektywie wydawało się, że to co jest do uzyskania to jedynie dalsze poszerzanie tego marginesu. Oczywiście powszechnym i głębokim przekonaniem było, że Polska przynależy do Zachodu a rosyjska dominacja nie może trwać wiecznie. Niezależnie jak silne było to wyobrażenie, bywało ono zarazem często czymś nader ogólnikowym, przekonaniem przynależącym raczej do kultury niż polityki. Tak działo się w każdym razie w latach sześćdziesiątych i długo jeszcze w siedemdziesiątych. Działo się tak tym bardziej, że Zachód coraz bardziej traktował Polskę jako część Wschodu i nawet jeśli widziano odmienność Polski, to jednak podział świata wyznaczony zimną wojną uważano za coś bardzo trwałego.

Dopiero w prasie drugiego obiegu (ale to już była końcówka lat siedemdziesiątych) powiedziano głośno, że opozycja odrzuca jakąkolwiek formę dominacji rosyjskiej.  Głośny był spór o tak zwaną „finladyzację”, której perspektywę część opozycji zakwestionowała jako niedopuszczalny kompromis. Był to w istocie spór nie o strategię ale między idealistami a pragmatykami. Idealiści mówili, że domagać się należy pełnej niepodległości już teraz.  Ci zaś których tu umownie nazywam pragmatykami myśleli o kolejnych etapach jej odzyskiwania i jednym z nich miała być „finlandyzacja”. Takie stanowiska miał Jacek Kuroń, za co był atakowany przez ugrupowania nazywające siebie niepodległościowymi.

Nie jest mi wiadome by Tadeusz Mazowiecki w jakikolwiek bezpośredni sposób miał zbierać głos w tym sporze. Gdyby musiał go zabrać, bo zmuszałaby go do niego sytuacja, pewnie by zajął stanowisko, że jeśli możnaby uzyskać status ówczesnej Finlandii to należy to brać,  nie rezygnując z dalszych dążeń do pełnej niezależności Polski od Moskwy.

Problem jednak z orientacją prozachodnią był bardziej złożony. Chodziło o to, by nie tylko ją zadeklarować, ale w istniejących wówczas warunkach podtrzymywać. Istniała obawa, że Polska powoli wsiąka w blok sowiecki, że społeczeństwo przyzwyczaja się do zastanej sytuacji,  nie widząc innych perspektyw. Również orientacja niepodległościowa nie koniecznie i jednoznacznie we wszystkich swoich odmianach była w pełni prozachodnia. Można było być za uwolnieniem się od wpływów Moskwy,  zarazem uważać, że Zachód też nie jest najlepszy i nie jest polskim politycznym przeznaczeniem. Nakierowanie na Amerykę oznaczało zwykle prozachodnią orientację, czasem jednak przeciwstawiono mityczno-heroiczną Amerykę po trosze dekadenckiej i przeżartej złudzeniami co do komunizmu zachodniej Europie. Takie wyobrażenia prowadziły do marzeń o niepodległości, która byłaby swoistym polskim izolacjonizmem przy wsparciu mitycznej Ameryki.

Istniał też moim zdaniem w tamtym czasie typ inteligenta, który był prozachodni jedynie w bardzo wąskim zakresie. Czytał on tłumaczenia z zachodniej literatury, chętnie korzystał z możliwości wyjazdu na Zachód, ale w niczym nie chciałby narazić się na utratę możliwości uzyskania paszportu. Uważał panujące stosunki za trwałe i nie do zakwestionowania a kontakt z zachodem był przyjemnym dodatkiem, który pomagał mu znieść wszelkie niedostatki życia w nie najpiękniejszym a nienaruszalnym systemie władzy.

Dopiero na takim tle ówczesnych sporów  i postaw, których kontury była oczywiście szalenie rozmyte, choć towarzyszyły im niekiedy nie małe emocje, można uwypuklić znaczenie prozachodniej orientacji Tadeusza Mazowieckiego. Zachód nie był dla niego ogólnikiem i nie chodziło tylko o wyobrażenia kulturowe. Zachód to były konkretne społeczeństwa i państwa – przede wszystkim Niemcy i Francja. Mimo też istniejących barier i przeszkód kontakty z owym realnym a nie mitycznym Zachodem należało podtrzymywać budując wszelkie możliwe mosty i drążąc kanały komunikacji.

Związki Tadeusza Mazowieckiego z personalizmem i francuskim „Esprit”, wówczas istotnym ośrodku myśli politycznej, należy rozważać również w tym kontekście. Jego myślenie o Polsce związane była przede wszystkim z Zachodem, choć głównym problemem pozostawało jak uwolnić się od dominacji ze Wschodu. Mazowiecki nie myślał jednak o żadnej specjalnej drodze dla Polski między Wschodem a Zachodem, lecz Polsce jako jednoznacznie kraju nie tylko zachodniej kultury, politycznie a nie tylko kulturowo przynależnego do Zachodu.

800×600

Mazowiecki i walka „Więzi” z cenzurą. Wspomnienia (7)

Cenzura była wielką bolączką miesięcznika „Więź” i to na wiele sposobów. Po pierwsze wycinano niekiedy  około 1/3 objętości numeru. Ofiarą interwencji cenzorskich były  całe artykuły albo też poszczególne fragmenty lub nawet słowa. Bywało, że jakiś artykuł wracał tak pokiereszowany skreśleniami, że trudno już było rozpoznać jego pierwotną treść.

Z cenzurą negocjowano. Można było w dyskusji obronić pewne sformułowania dowodząć (często nieszczerze), że jakieś sformułowanie nie jest tak „antyustrojowe” jak przypisuje mu to cenzor. Czasem można było jedno sformułowanie zastąpić innym bliskoznacznym. Czasem, rzecz dziwna, sam cenzor podpowiadał coś bardzo podobnego  co do znaczenia, mając odgórny zapis zabraniający jakiś ścisle formalnie określonych sformułowań, więc to sformułowanie skreślał ale sam mówił, że można napisać to samo tylko że trochę inaczej. W pewien więc sposób pomagali nam. Czasem więc zastanawialiśmy się i  na tym, co właściwie owi pracownicy cenzury sobie myślą, na ile identyfikują się ze swoją pracą. Nie sposób określić tego inaczej jak istnej i dziś niewyobrażalnej paranoi.

Zmuszonym się było nie tylko do negocjacji z cenzorami.  Znacznie trudniejsze negocjacje  i w gruncie rzeczy znacznie bardziej przykre negocjacje oczekiwały nas z autorami tekstów. Jeśli spadał cały artykuł lub był tak pocięty przez cenzora, że tracił sens, sprawa była jasna i komunikowano to autorowi a obie strony równo klęły na cenzurę i na ustrój. Jeśli jednak, mimo cięć, coś z meritum zostawało, redakcji zależało na publikacji i  z autorami naradzano się. Jedni godzili się łatwo na ustępstwa wobec ul.Mysiej, inni nie chcieli okaleczonej publikacji. Wtedy chcąc nie chcąc redaktor wcielał się niemal w cenzora usiłując przekonywać „słuchaj, przecież mimo wszystko tak wiele zostało, nie bądź taki zasadniczy.” Itd.

Do cenzury chodziło często z jednym i tym samym tekstem kilka razy. Tekst ocenzurowany raz, po wynegocjowanych ustępstwach autora, szedł do cenzury po raz drugi. I czasem się udawało a czasem nie. Było to poza wszystkim niebywale uciążliwe i utrudniało druk pisma i jego regularne ukazywanie się. Tylko nieoceniony sekretarz redakcji Józef Smosarski, umiał zapanować nad chaosem wywołanym interwencjami cenzury.

Byliśmy świadomi, że oddziaływanie cenzury jest znacznie głębsze. Pisząc, z myślą, że artykuł musi przejść przez cenzurę, musiało powodować, że w jakiś sposób dostosowywano się do jej wymogów. Nikt chyba przecież nie pisał z  góry zakładając, że cenzura jego tekst odwali. Nie zawsze było wiadomo, gdzie cenzura uderzy, Z drugiej jednak strony pewne sprawy w zasadzie nawet całkowicie niecenzuralne można było opisać w taki sposób z pomocą jakiś metafor, że przechodziło to i było czytelne.

Do cenzury chodził w zasadzie sam Tadeusz i Wojciech Wieczorek. Z autorami natomiast negocjowali często ci członkowie zespołu, który dany tekst redagowali.Podobno interwencje cenzuralne w „Więzi” i „Tygodniku Powszechnym” to było niemal połowa wszystkich interwencji.

Nie mogliśmy z powodu cenzury pisać o wielu sprawach, o których pisać byśmy chcieli. Tym niemniej „Więź”, podobnie jak „Znak” i „Tygodnik Powszechny” odróżniała się w sposób zasadniczy od wszystkich czasopism oficjalnych. Decydował o tym ton i język. Język uwolniony był od wszystkich kalek językowych oficjalnej mowy publicznej. Był znacznie bardziej przybliżony do tego,  co mówiono prywatnie. Różne aluzje i metafory, choć nie zawsz dość czytelne, działały jednak en masse. Nie każdej aluzji mógł się czytelnik, nawet ten najbardziej przenikliwy,  domyśleć, ale skoro raz i drugi i trzeci aluzju poniał , to cały tekst, czy ogólnie wszystkie teksty w „Więzi” były odczytywane w tym świetle.

Interesujące jest to, że pewne treści mogły przejść fragmentami, w małych porcjach, nie mogły być  publikowane w całości, bowiem wtedy okazywały się zbyt wyraziste. Sam tego w szczególny sposób doświadczyłem.  Zrobiłem serię wywiadów z poetami tzw „nowej fali”, Stanisławem Barańczakiem, Adamem Zagajewskim, Zdzisławem Jasułą, Wiesławem Sułkowskim, Antkiem Pawlakiem i Marianem Terleckim. Była to poezja o dużym ładunku treści społecznych, krytyczna, odwołująca się do aktualnych wydarzeń i sytuacji. Chciałem wydać te wywiady później razem i zupełnie jasne było, że razem przejść one by nie mogły. Stoją więc na półce z starych zeszytach „Więzi”.

Zamiast tego spróbowałem opublikować artykuł „Poeci i inni”, który padł ofiarą cenzury i ostatecznie ukazał się w paryskiej „Kulturze” w roku 1975.  Sprawy tej z Mazowieckim bynajmniej nie uzgodniłem. Dałem go Wiktorowi Woroszylskiemu, który ocenzurowane szczotki tekstu najzwyczajniej przekazał Giedroyciomi podczas swojej wizyty w Paryżu.  Reakcja Warszawy była taka, że na Mysiej w cenzurze powiedziano Mazowieckiemu, że  jest zapis na moje nazwisko. Trochę się obawiałem, co na to wszystko powie Tadeusz. Nie usłyszałem od niego ani słowa wymówki. Przyjął tą sytuację tak jak przyjmuje się złą pogodę.

Praca w „Więzi” dawała ten ogromny luksus, że PRL nie docierał tu bezpośrednio. Gratulowano mi takiej publikacji, choć mogła ona oznaczać jakieś trudności dla całego zespołu.

Stosunki w perwersyjnym trójkącie redakcja—autor-cenzura istotny sposób zmieniło pojawienie „drugiego obiegu”. Dla wielu autorów powstawał wybór, czy z pokiereszowanym tekstem dalej gimnastykować się z cenzurą, czy też dać go do któregoś z podziemnych czy też drugoobiegowych periodyków.  W końcu lat siedemdziesiątych nie koniecznie już trzeba było posyłać tekst do paryskiej „Kultury” aby wziąć rewanż na cenzurze. Można było publikować w „Zapisie”, „Brulionie” czy wielu innych potajemnie drukowanych periodykach.

Tadeusz Mazowiecki, jako naczelny „Więzi” nie mógł podzwalać sobie w tamtym czasie ani na druk w „Kulturze” ani trochę później na druk w „drugim obiegu”. Mimo przeszkód, jakie stawiała cenzura  Tadeusz Mazowiecki pisał dużo. Starczy spojrzeć do bibliografii jego twórczości by się o tym przekonać. Wymagało by to szczegółowych archiwalnych poszukiwań,  jakie przygody przeżyły jego teksty sprzed 1989,  a jeszcze bardziej te z lat 70-tych w starciu z cenzurą.

Było by niedorzecznością twierdzenie, że styl pisarski Mazowieckiego ukształtowało owo ograniczenie. Omijanie zakazów cenzury wymagało jednak bardzo precyzyjnego wyrażania się, szukania metafor, aluzji, unikania dosłowności.  Pewien młodszy już człowiek, który nie dawno przeglądał „Więź” powiedział mi, że mimo upływu czasu wiele z nich nie zestarzała się, tkną one bowiem uniwersalizmem. Przyszło mi najpierw go do głowy myśl, że to może dzięki cenzurze. Ale to nie prawda. Ten uniwersalizm był wynikiem inteligencji tych, którzy cenzurę umieli omijać i przechytrzyć. Trzeba tylko w każdych warunkach być zdeterminowanym, by wyrażać to, co się myśli.

11 listopada – czas na podsumowanie.

 W jeden dzień nie może wydarzyć się w polityce aż tak wiele, ale 11 listopada z pewnością wydarza się w niej w Polsce więcej niż zwykle. Oficjalny marsz był zorganizowany lepiej niż w zeszłym roku. Ludzi było dużo, widać że takie radosne święto jest potrzebne warszawiakom. Napisałem, że to warszawskie mieszczaństwo, ktoś dopowiedział, że to słoiki.  Nie wiadomo, co by to miało znaczyć, ale z pewnością ci, który uczestniczyli w tej porannej manifestacji nie są mniej warszawiakami od innych. Wydaje się, że gdyby PO nie lekceważyło tak dalece kwestii „polityki historycznej”, i  takie udane, państwowe i oficjalne obchody były już organizowane od kilku lat , to 11 listopada nie byłby dniem konfrontacji politycznej. PO jednak jeszcze tego nie zrozumiało, czego pokazem jest to, że premier Tusk zamiast wygłosić w tym dniu przemówienie do narodu (jest historykiem) wziął udział w biegu niepodległości, zanim wybrać sobie do tego jakiś inny bieg w przyszłym tygodniu.

Głównym jednak pytaniem tego dnia był pojedynek na obchody 11 listopada między PiS i narodowcami. Jeśli chodzi o ilość narodowcy zdecydowanie w stolicy wygrali. Kaczyński jednak, jeśli przegrał,  to tylko nieznacznie bowiem stał się najważniejszą osobą tych obchodów w Krakowie (też ważne miasto). Pochód narodowców w Warszawie był potężny. MW i Winnicki nie potrafi na nim zapanować, co umniejsza poważnie ich sukces –choć i można twierdzić, że sukces zmienił się w ten sposób w porażkę – to jednak wszyscy i PiS i PO muszą się zastanowić, dlaczego taki tłum zjawia się na tym marszu. Gdy chodzi o hasła był on niemal apolityczny, prócz generalnego tonu, że wszystko trzeba zmienić, że okrągły stół… itd. itd.

Prezes Kaczyńśki musi się poważnie zastanowić, czy przypadkiem narodowcy z tymi hasłami to nie są jego niechciane dzieci. Powtórzą oni wszystko za Prezesem (pewnie i wszystko o Smoleńsku za Macierewiczem) byle było to przeciw PO, ale czy oznacza to Prezes będzie mógł sprawować nad nimi rząd dusz? Obserwując obchody już widać, że tak nie jest, że Prezes to dla narodowców mięczak. Czy jednak narodowcy z Winnickim zdołają zbudować samodzielną formację polityczną? Nie wiadomo, a jeśli to na więcej niż na 3-5% nie mogli by liczyć. Byłoby to jednak dość duże  uszczuplenie elektoratu  PiS.

PO ma problem z narodowcami całkiem inny. Widać wyraźnie, że PO nie umie komunikować się z młodzieżą. Ta która nosi posłom teczki w sejmie, to z pewnością nie jest narybek na poważnych polityków i ludowych trybunów. W Polsce do polityki trzeba mieć jaja i trzeba do centrowej, mądrej polityki wciągać młodzież z jajami. Premier Tusk zamiast biegać winien też więcej przemawiać i dyskutować, bowiem problem polega nie na tym, że ludziom jest tak źle (materialnie), ale że nie czują się dobrze we własnym państwie, że nikt z nimi nie rozmawia, że się ich poucza. Sukcesy prezesa Kaczyńskiego, takie one są, polegają na tym, że wciąż zwraca się do ludzi, apeluje do nich, potrafi stanąć przed ludźmi i mówić do nich. To też jest ważna część polityki, nawet jeśli trzeba zając się też samym rządzeniem.

Istotne jest też, że jest to „społeczeństwo po przejściach”,  w którego pamięci zbiorowej jest nawyk stałej patriotycznej mobilizacji. Nie ma on dzisiaj takiej funkcji jak miała w czasach sowieckiej dominacji. Młodzież jednak odruchowo chce zachowywać się wobec wzorca i tą energię trzeba umieć mądrze zagospodarować, bowiem inaczej może się ona zwrócić przeciwko państwu i porządkowi społecznemu. Patrząc na tłum na pochodzie narodowców nie tyle byle przerażony ich hasłami, co zmarnowaną energią, pozostawieniem tej młodzieży sam sobie. Patrzyłem na nich jak na „młodszego brata”, który w heroicznej walce o niepodległość bardzo chciałby wziąć udział, tyle tylko że nie ma już tej okazji i powtarza jedynie gesty i hasła, teraz zupełnie puste a może nawet i niebezpieczne. Jakżebym chciał z nimi porozmawiać, ale jak to zrobić, skoro nie istnieją do tego żadne odpowiednie fora?

Wszyscy więc z 11 listopada mamy problem – choć może nie chodzi tylko o 11 listopada, ale o to że 11 listopada to wszystko w skumulowany sposób daje o sobie znać.

11 listopada. Dziennik jednego dnia. Odsłona druga bardziej niespokojna.

11 listopad godz.17.15  Dociera do mnie wiadomość, że marsz został rozwiązany. To oczywiście nie koniec wydarzeń, bowiem zbyt wielki to tłum, aby rozszedł się w spokoju, tym bardziej w takiej sytuacji. O zamieszkach nie będę sprawozdawał, choć oczywiście jest pytanie, jakie przybiorą one rozmiary. Gdyby marsz-demonstracja mogła się odbyć pokojowa byłby to spory kapitał polityczny MW i Roberta Winnickiego i być może umożliwiłoby mu utworzenie ugrupowania narodowego, co zapowiadał.

11 listopada godz.17.00 przy pomniku Dmowskiego. Jestem przy pomniku na długo zanim przybyło tu czoło marszu. Nad pomnikiem wielki oświetlony krzyż. Wokół wiele plakatów. Część z nich poświęconych „obrońcy polskości” Kobylańskiemu. Ludzi jest na razie nie wiele, ale to też jest rodzaj manifestacji z kolejnymi przemówieniami i silnym nagłośnieniem. Wsłuchuję się z uwagą. Atakowany jest Kaczyński. „Po co jeździ on na Węgry spotykać się z Orbanem? Pewne rzeczy trzeba wiedzieć. On wychowuje swoje dzieci w czterech różnych religiach”.  Nie ma co mieć złudzeń do Orbana i Kaczyńskiego, bo za tym stoi Soros. I pada też naprawdę ciekawe zdanie. „Modlą się w radiu Maryja a później głosują przeciwko Polsce”.

Wyjazdy na Węgry „Gazety Polskiej” to wiemy kogo wspierali? Żydów wspierali, Jak poślą młodzież na lufy karabinów, to się dopiero przekonamy” (spisane z nagrania).

Do mikrofonu wezwany jest Bogdan Poręba, w dawnych czasach osoba bardzo bliska komunistycznemu Ministestwu Spraw Wewnętrznych, dzisiaj prawdziwy narodowiec. Wyjaśnia, że „jedyną prawdziwą partią narodową na Węgrzech jest Jobbik. I on ma nadzieję, że cała Europa będzie narodowa”. Zdemaskować trzeba Kaczyńskiego, który usiłuje postawić Polsce za wzór Orbana.

11 listopada godz.16.00 Idę za marszem organizowanym przez Młodzież Wszechpolską. Jest ogromny. Ciągnie się od placu defilad do Placu Konstytycji. Wielokrotnie większy niż ten zgromadzony przez PiS. Na MDM-ie mija mnie ten tłum przeważnie bardzo młodych ludzi. Środkiem idą ci spokojniejsi, którzy chcą maszerować, bo bokach jednak osoby w kominiarkach. Cały ten tłum faluje, jest pełen żywiołowej energii. Są tam transparenty skrajnych ugrupowań prawicowych takich jak Niklot.  Mężczyzna niesie szubienicę z napisem „Norymberga dla okrągłego stołu”

Marsz jest bardzo głośny. Co chwila wybuchają race.  Tłumowi towarzyszy wóz z nagłośnieniem. Dobór haseł dosyć wąski, częściowo z dawnego repertuaru demonstracji w okresie sprzed 1989 „…będą wisieć komuniści” itd. Głos animatora tego tłumu chrapliwy i prostacki. Kiedy brakuje mu inwencji krzyczy „Polska, Polska”, nieustannie powtarza się słowo”naród” odmieniane na różne.  Nie dosłuchałem się żadnych haseł socjalnych, żadnych wezwań politycznych w jakimś bardziej określonym sensie.Wyrażają one ogólną niechęć lub nienawiść do tego co jest, z ogólną sugestią, że komunizm, czerwoni itd. nadal rządzą.Barwa jaka dominuje ten tłum to kolor czerwony, bowiem wciąż zapalane są race, które płoną w gęstym dymie.

Ten tłum rozdziela się i jeden nurt wlewa się na Plac Zbawiciela. Po chwili zaczyna płonąć łuk-tęcza ( dewastowany już zresztą przed tym wielokrotnie). Tym razem spłonęła całkowicie, zostaje nagi szkielet drutów.

11 listopada. Dziennik jednego dnia (1)

11 listopada Domowski Piłsudski, Witos. Trasy marszy dowodzą w gruncie rzeczy jak nieaktualne są tradycyjne podziały polityczne, mimo że wciąż się używa do etykietowania innych. Mamy rzekomo mieć przede wszystkim endeków i piłsudczyków. A tu wszystkie marsze składają kwiaty i pod pomnikiem Marszałka i pomnikiem Dmowskiego. Również „narodowcy” to planują. Może więc trzeba nam jakiś nowych terminów, aby nazywać podziały w naszym życiu politycznym.

11 listopada południe Krakowskie Przedmieście. Tym razem oficjalny marsz zorganizowany jest dużo lepiej niż w zeszłym roku i z dużym rozmachem. Tłum ludzi i bardzo wiele grup rekonstrukcyjnych. Marsz oglądam przy Uniwersytecie. Przed tym byłęm pod pomnikiem Witosa, gdzie też jest już sporo ludzi i „kawaleria” – grupy rekonstrukcyjne na koniach. A także orkiestry i ich muzyczno-marszowe popisy. Nastrój wszędzie radosny. Idąc książęcą spotykam grupę ubranych w dresy, zakapturzonych młodzieńców. Niosą biało-czerwone flagi. Pytam na jaki marsz idą. Wiadomo, odpowiadają. Idą na marsz narodowców. Pytam dlaczego właśnie na ten. Bo tam będzie zabawniej. Dyskretnie już nie dopytuje się na czym owa zabawa ma polegać. Z drugiej strony myślę sobie, że to wcale może nie tak źle, że na jakiś marsz idą. Mam też pogaduszkę z jakaś angielsko-języczną parą. Z pełnym podziwem mówią jak to hucznie Polacy obchodzą swoje święto. Nic nie jest im wiadomo o jakichkolwiek podziałach i różnych pochodach. Polacy, mówią, są bardzo świadomi swojej wspaniałej przeszłości. Nie dyskutuję z nimi, potwierdzam.

11 listopada południe Krakowskie Przedmieście. Tym razem oficjalny marsz zorganizowany jest dużo lepiej niż w zeszłym roku i z dużym rozmachem. Tłum ludzi i bardzo wiele grup rekonstrukcyjnych. Marsz oglądam przy Uniwersytecie. Przed tym byłęm pod pomnikiem Witosa, gdzie też jest już sporo ludzi i „kawaleria” – grupy rekonstrukcyjne na koniach. A także orkiestry i ich muzyczno-marszowe popisy. Nastrój wszędzie radosny. Idąc książęcą spotykam grupę ubranych w dresy, zakapturzonych młodzieńców. Niosą biało-czerwone flagi. Pytam na jaki marsz idą. Wiadomo, odpowiadają. Idą na marsz narodowców. Pytam dlaczego właśnie na ten. Bo tam będzie zabawniej. Dyskretnie już nie dopytuje się na czym owa zabawa ma polegać. Zdrugiej strony myślę sobie, że to wcale może nie tak źle, że na jakiś marsz idą. Mam też pogaduszkę z jakaś angielsko-języczną parą. Z pełnym podziwem mówią jak to hucznie Polacy obchodzą swoje święto. Nic nie jest im wiadomo o jakichkolwiek podziałach i różnych pochodach. Polacy, mówią, są bardzo świadomi swojej wspaniałej przeszłości. Nie dyskutuję z nimi, potwierdzam.

11 listopada cd.Waldek Kuczyński pisze na FB: „Hasło Kuczyńskich na 11 listopada; Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy! Żyjmy więc dla niej, jak tylko się da. Z cmentarzy mało jej przyjdzie. I z życia na nich też.„.  No coż, jedni chcą prowadzić politykę na cmentarzu, a inni o cmentarzach całkiem zapominać. Dwie skrajności, których nie daje się pogodzić.

11 listopada godziny poranne Wsłuchuję się w wystąpienie prezesa Kaczyńskiego. Słuchając go można odnieść wrażenie, że Polska wciaż jeszcze nie jest krajem niepodległym. Odbieram to jako lekceważenie polskich osiągnięć po roku 1989, a w pewnym stopniu nawet dziwaczne lekceważenie znaczenia jego własnych rządów, gdy był premierem i okresu rządów premiera Olszewskiego. Prezes Kaczyński wyraźnie chce konkurować 11 listopada już nie z PO, ale z narodowcami. Zabawne jest przy tym, jak nietrafione  okazują się przy tym pomówienia (jeśli ktoś uważa to za zarzut), że PiS i Kaczyński są endekami (ulubiony zarzut lewicy), a teraz musi ścierać się z młodzieżą narodową.

Premier Tusk natomiast bierze udział w Biegu Niepodległości. Dobrze, że lubi sport i że w całej Polskę dzięki jego inicjatywie powstały boiska-orliki. W tym jednak dniu winien się zdobyć na własne wystąpienie, jest przecież z wykształcenia historykiem,  a nie zadawalać się tym co czyni w sprawie 11 listopada prezydent Komorowski. Czekam z niepokojem czy Donald Tusk zejdzie poniżej 55 minut w tym Biegu, lepiej jednak gdyby poświęcił 15 minut na własne wystąpienie w tym dniu.

Niedzieła 10 listopada wieczór. Wbrew tym wszystkim, którym wydaje się, że nasza historia jest nie ważna całe mnóstwo spraw związanych z polską polityką koncentruje się wokół problematyki historycznej. I tak też jest z rocznicą niepodległości 11 listopada. Kolejną rocznicą, która zapowiada się dość gorąco.

Najpierw była trochę lekceważona, bowiem po PRL wszyscy byli zniechęceni do wszelkiego typu oficjałek. Przypomnieli o niej „narodowcy” i ich pierwsze marsze niepodległości stały się zarazem sensacją jak i przedmiotem krytyki. Stały się też dla części skrajnych ugrupowań prawicowych sposobem prezentacji w życiu publicznym. Lewica usiłowała marsz narodowców blokować, okazało się jednak, że największe zagrożenie stanowi on dla PiS, bowiem polskim konserwatystom zdaje się wyrastać na prawicy konkurent, tym bardziej niebezpieczny, że atrakcyjny dla części młodszego pokolenia.

            W tym więc roku mamy o jeszcze jedne obchody więcej i to właśnie o obchody organizowane przez PiS. Rozpoczęły się one już w sobotę mszą w Katedrze warszawskiej. Przed pełną katedrą zgromadził się tłum aż po plac zamkowy, gdzie jednak już tak wielu ludzi nie było. Dla Jarosława Kaczyńskiego, święto niepodległości okazało się przede wszystkim okazją do  mówienia  o katastrofie smoleńskiej. „Przyjdzie i czas na upamiętnienie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżonki i wszystkich, którzy polegli” – powiedział on w przemówieniu przed Pałacem Prezydenckim. Zaapelował aby zjawiać się tam na kolejnych miesięcznicach, nawet przez kilka lat. Można jednak zapytać czy PiS chciałby podtrzymać ten zwyczaj na wypadek wygranych wyborów. Frekwencja na obchodach organizowanych przez PiS zdaje się być wysoka, choć marsz była znacznie mniej liczny niż zeszłoroczny marsz narodowców, który rozpocznie się jutro o 15.00. O 13.15 rozpoczną się przy pomniku Piłsudskiego oficjalne państwowe obchody, których weźmie udział prezydent Bronisław Komorowski. Marszów jednaj będzie więcej (wpłynęło aż 11 wniosków)  a marsz antyfaszystów w dniu 9 listopada na 2 dni przed obchodami też w istocie był wywołany atmosferą obchodów 11 listopada, którą polscy antyfaszyści usiłują interpretować jako nacjonalistyczną.

            Można mieć bardzo różną opinię, jakie świadectwo wydaje ta sytuacja wokół 11 listopada polskiej kulturze politycznej. Z jednej strony smucić może, że nie sposób jej obchodzić radośnie i wspólnie jako święta państwowego. Z drugiej jednak strony ów pluralizm, może trochę nadmierny, świadczy o pluralizmie stanowisk i można podziwiać, jakie zaangażowanie budzi ta rocznica. Dalej jednak zastanawiać się można, ile związanych jest z tym dobrych a ile negatywnych emocji? Czy wielość i różnobarwność prowadzi do społecznego dialogu czy też jest jedynie ślepą konfrontacją?

            Wszystkie te pytania zadaje sobie i także wszystkim tym, którzy te obchody będą śledzić. Byłem już na placu zamkowym i słuchałem Jarosława Kaczyńskiego.

Na gorąco chcę moje wrażenie krótko sprawozdawać na twitterze (więc zapraszam chętnych do spontanicznej dyskusji), wieczorem będzie czas na dalsze  refleksje na tej stronie. Warto obserwować obchody 11 listopada zastanawiająć się nad polską demokracją. Zapraszam do dyskusji.

Mazowieckiego rozrachunek z PAX-em i granice polityki (4)

Mazowiecki należał do pokolenia, które wkraczało w życie polityczne zaraz po wojnie. Jako rocznik 1927 miał w roku 1945 lat dokładnie osiemnaście. Doświadczał porażkę wszystkich wojennych nadziei a następnie widział  nieskuteczność polityki Mikołajczyka. Opisywał to jako doświadczenie generacyjne. Jako bardzo młody człowiek szukał drogi politycznej dla siebie i dla Polski. Jako niedokończony jeszcze prawnik zaczyna działać w organizacji PAX, która dla młodej i nie wiele jeszcze wiedzącej osoby stwarzała złudzenie względnej niezależności w gęstniejącej atmosferze narastającego stalinizmu. Dla osób dzisiaj młodszych trzeba dodać, że PAX był organizacją powołaną poprzez przedwojennych działacz skrajnej prawicy, którzy po wojnie zdecydowali się na kolaborację z komunistami. Organizacja ta, deklarująca się jako katolicka, służyła komunistom do rozbijania Kościoła. Tadeusz Mazowiecki uzna z czasem, że jego zaangażowanie w PAX było wielkim błędem. Ja dopowiem, że było wielkim błędem, który go bardzo wiele nauczył i z którego wyciągnął daleko idące wnioski.
W 1955 Mazowiecki występuje z PAX-u rozczarowany i rozżalony, uświadamiając już sobie w pełni fałszywe oblicze ideowe Bolesława Piaseckiego. Krok ten wymagał pewnej determinacji, bowiem mimo pierwszych objawów odwilży zadarcie z PAX-em mogło grozić poważnymi konsekwencjami.
Bez stałej przystani znalazł się  w podobnej sytuacji jak  starssi od niego o pół pokolenia redaktorzy  „Tygodnika Powszechnego”, który zlikwidowany został za odmowę wydrukowania czołobitnego nekrologu Stalina. Owa sytuacji lat 1955-56 zbliżyła Mazowieckiego do ludzi takich jak Jerzy Turowicz. Był to początek drogi, z której już nie zboczył.
Jak bardzo owa przeszłość bolała Tadeusza, przekonałem się dość szybko będąc pracownikiem „Więzi”   z bardzo jeszcze krótkim stażem. Stosunki w redakcji musiały opierać się zaufaniu, wobec groźby nie tylko penetracji przez SB, ale jeszcze większego zagrożenia jakiś nieodpowiedzialnych. Mazowiecki przyjmował mnie nie tylko na etat ale członka zespołu. Towarzyszyły temu niekończące się rozmowy z kolegami z „Więzi” i samym Mazowieckim, które w jakiejś mierze miały sprawdzić nowicjusza. Bohdan Skaradziński, Zdzisława Szpakowski i Jerzy Bakinowski stosowali wypróbowaną metodę, jaką było wspólne picie wódki – wiadomo jest się po niej bardziej szczerym. Byłem wtedy ścisłym wegetarianinem, co nie bardzo łączyło się z wódką oraz fryzurę afro, jaką nosiłem i co nie bardzo pasowało do wyglądu nieco starszych panów, z których jeden był partyzantem NSZ na Podlasiu do roku 1947. Jakoś mnie jednak zaakceptowali, ponieważ moja chęć walki z komunizmem po wódce jedynie się zwiększała.
Metody redaktora naczelnego (wtedy jeszcze nie zaproponował mi zaszczytnego przejścia na ty) były znacznie bardziej wyrafinowane. Zapraszał do siebie do domu. Zwykle na dość późne godziny na dziesiątą lub nawet jedenastą wieczorem. Gość umieszczany  był na kanapie w niewielkim gabinecie (mieszkanie było na wysokim piętrze na Marszałkowskiej) a Mazowiecki siedział naprzeciwko. W zasadzie nic nie mówił i patrzył się na ofiarę. Moim zdaniem mało jest osób, które w takiej sytuacji same nie zaczną mówić. Aby podtrzymać tą dość jednostronną rozmowę, w której tylko z rzadka padały ze strony Mazowieckiego jakieś pytania a nawet pojedyncze słowa i aby delikwent nie zasnął, dolewano mu po kropelce jakiejś wysoko gatunkowej whisky (z kolegami partyzantami piło się czyściochę). Rozmowa trwała długo, do drugiej, trzeciej w nocy i tak obrabiany delikwent wyśpiewywał wszystko co potrzeba. Mazowiecki o niczym nie starał się drugiego przekonywać i w niczym nie dążył do naginania jego poglądów. Chciał znać poglądy drugiej strony i w ten sposób zdecydować, czy z tą osobą jest mu po drodze.
Miałem oczywiście również własne pytania do niego, ale nie śmiałem ich mu zadawać. Ku nie małego memu zdziwieniu przy którymś z kolei spotkaniu Mazowiecki zaczął sam mówić i dotyczyło to w dużym mierze jego przeszłości w PAX-ie. Fakty są powszechnie znane, to że był zaangażowany w PAX bardzo głęboko i że napisał nieszczęsny artykuł towarzyszące stalinowskiemu procesowi jednego z biskupów. Mazowiecki i rzeczowo chłodno to relacjonował nie usiłując siebie usprawiedliwiać. Mówił tylko, że wtedy zdawało mu się, że wciąż uprawiał politykę, brnąc w coraz dalej idące kompromisy, wreszcie kompromisy już niedopuszczalne. Wniosek był z tego jeden. Uprawianie polityki kończy się w tym momencie, w którym zawierane kompromisy naruszają zasady moralne. Zasada ta wydaje się szczególnie ważne wtedy, gdy uprawienie polityki, tak jak Mazowiecki ją rozumiał, polega na zawieraniu ciągłych kompromisów. Nie można jednak zawierając je zagubić celu i zagubić podstawowych princypiów. Taka jak się wydaje była Mazowieckiego lekcja, jaką sam odebrał w bolesnym doświadczeniu.
Nie wyczerpywało to jednak całego sensu nocnych rozmów na wysokim piętrze nad Marszałkowską pogrążoną w nocy. Chciał się przekonać, czy może mieć do mnie zaufanie przyjmując mnie do zespołu. Dopiero później przekonałem się, że nie była to tylko kwestia zminimalizowania ryzyka, że przyjmuje się kogoś zdolnego nielojalnych zachowań, ale również podjęcia zobowiązania, jakie i on względem mnie (jak i innych swoich współpracowników ) podejmował. Ale było jeszcze w tym coś więcej. Choć byłem od niego bez porównania młodszy i w hierarchii redakcyjnej wyłącznie podwładny, chciał też abym miał też zaufanie dla niego. To było też celem jego opowieści o PAX-ie. Właściwie wtedy opowiedział mi ze swojej biografii przede wszystkim tą dla niego tak bolesną historię, po której jako człowiek wrażliwy, odczuwać musiał wstyd i wyrzuty sumienia. Oczywiście i z obcych ust słyszałem coś o tych sprawach, często w niechętnym a nawet wysoce niechętnym wobec Tadeusza tonie, to więc że mogłem o tym wszystkim usłyszeć od niego i z jego komentarzem było szalenie istotne i budziło zaufanie do niego, które mogłoby być nadszarpnięte być może, gdybym wysłuchiwał o tym tylko z cudzych ust. Partnerów (choć w moim wypadku właściwszym było powiedzieć pomocników) do polityki szukał Tadeusz, do których miał zaufanie ale także takich, które mieli mieć zaufanie do niego. Tadeusz uchodził za wielkiego indywidualistę, wiele cech jego charakteru powodowało, że brano go trochę za samotnika. W istocie bardzo zważał na ludzi wokół siebie. Nie otaczał się entuzjastami swojej osoby, lecz szukał ludzi wzajemnego zaufania.
Nie chciałbym aby ktokolwiek zrozumiał, że w tym wspomnieniu w jakikolwiek sposób ważna jest moja osoba. Jedynie bez opowieści o moim doświadczeniu z nocnych rozmów na Marszałkowskiej nie potrafiłbym objaśnić, jak rozumiem kwestie zaufania i kompromisu w myśleniu politycznym Tadeusza Mazowieckiego. Sądzę, że w kontaktach z osobami bez porównania ważniejszymi ode mnie postępował w sposób bardzo podobny, jak i ja to doświadczyłem.
I jeszcze jeden istotny epizod. Dzieje się to już długo po 89 roku. Tadeusz Mazowiecki, już jako były premier, przebywa krótko w Paryżu. Bierze udział w dyskusji panelowej w Instytucie Polskim. Biorę też w niej udział i jednym z wątków mojej wypowiedzi są złamane przez PRL życiorysy. Tadeusz, jakby nawiązując do tego, nadmienia krytycznie swoją „przygodę” z PAX-em. Poczułem się nie zręcznie, nie miałem bowiem w dyskusji tej wcale właśnie jego na myśli. Zacząłem się przepraszająco wycofywać. I słyszę od niego – ale przecież i mnie coś takiego się przydarzyło. Po zakończeniu dyskusji usiłowałem go przepraszać jeszcze raz. W żadnym wypadku nie masz za co przepraszać, powiedział, tak było i nie ma co tego ukrywać.
Nie wiem do końca, co Tadeusz myślał o lustracji, z pewnością jednak był zdania, że ci, którzy są osobami publicznymi i dopuścili się czynów niegodnych winni mieć odwagę, by sami się do tego przyznać. Takie wymaganie stawiał sobie samemu, nigdy nie słyszałem by odnosił ten wymóg do innych i wypominał komuś jego przeszłość. Sądzę jednak, że zaufanie miał do tych, którzy o wszystkich epizodach swych życiorysów, również tych nie koniecznie chwalebnych, potrafili mówić otwarcie.

Mazowiecki i strategiczne wybory połowy lat siedemdziesiątych. Wspomnienia (2)

W połowie lat siedemdziesiątych nie wszyscy w redakcji „Więzi” byli zgodni co przyjętej przez Tadeusza Mazowieckiego postawy radykalizacji. Juliusz Eska był z dystansem do zaangażowań politycznych, bowiem uważał   że „Więź” powinna się przede wszystkim poświęcać sprawom Kościoła. Swoje zastrzeżenia miał też Wojciech Wieczorek zastępca Mazowieckiego i to z praktycznych względów. Był odpowiedzialny za to aby pismo wychodziło na czas. Wszelkie perturbacje polityczne to utrudniały. Pierwszym sygnałem trudności były zwykle nasilające się interwencje cenzury. Drugim stopniem było próby odbierania „Więzi” źródeł finansowania. Dawała je spółdzielnia Libella produkujące chemię domową, która powstała w roku 1956. Była ona współwłasnością kilku środowisk świeckich katolików i część z nich wyraźnie orbitowała w kierunku władzy. Prowokowano konflikt o sprawy wewnętrzne w INCO, co było w istocie wymierzone w działalność polityczną redaktora naczelnego „Więzi”.

Postawa radykalizacji  budziła też pewien sceptycyzm w krakowskiej części ruchu „Znak”. Cieszyła się tam tylko poparciem naczelnego miesięcznika ruchu „Znak”, ale on był warszawiakiem. Krakusi uważali, że należy  tkwić na osiągniętych pozycjach w postawie obronnej, Mazowiecki zaś dostrzegał, że sytuacja zaczyna się głęboko zmieniać i wymaga to nowych ofensywnych działań.

Mówiąc o tym, że radykalizacja polityczna Mazowieckiego budziła kontrowersję i wątpliwości w jego otoczeniu trzeba też koniecznie stwierdzić, że były one prowadzone z pełną wzajemną lojalnością i wzajemnym zaufaniem. Warto na marginesie zaznaczyć, że późniejsze badania akt IPN wykazały, że wśród całej redakcji Więzi nie było choćby jednej osoby, która podjęła by jakąkolwiek współpracę z UB. Mazowiecki był też jednoznacznie przywódcą i nawet jeśli ktoś się z nim nie zgadzał,  tej jego pozycji w żadnym wypadku nie kwestionował.

Redakcja, która mieściła w trzech bardzo niewielkich pokojach (dziś byśmy powiedzieli pokoikach) w lokalu warszawskim KIK-u przy Kopernika 34 w Warszawie,  była kwaterą główna Mazowieckiego. Był to też trwający niemal nieustannie klub dyskusyjny.  Wszystko to odbywało się  oparach gęstego dymu papierosowego. Sam Mazowiecki ale także Eska, Wieczorek, Bakinowski, Wejroch byli namiętnymi palaczami i odpalali jednego papierosa od drugiego. Właściwie była to istna wędzarnia.

Dzień zwykle zaczynał się od „prasówki” Jacka Wejrocha. Ten były żołnierz armii Andersa, dobrze władający angielskim, był namiętnym słuchaczem BBC ale także Wolnej Europy i Głosu Ameryki. I najważniejsze wiadomości relacjonował i komentował w bardzo ciekawy sposób. Zwykle w te dyskusje włączało się paru kolegów. Te prasówki toczyły się jednak rzadko w pokoju Mazowieckiego, gdzie bynajmniej nie siedział sam lecz razem biurko w biurko z Juliuszem Eską oraz Wojtkiem Wieczorkiem. Tam też odbywały się narady redakcyjne, gdzie sprawy pisma były tylko częścią programu, bowiem dyskutowano o wielu innych  ogólniejszych kwestiach. Do Mazowieckiego dostęp był łatwy i jeśli uznał ktoś, że trzeba się z nim podzielić opinią dotyczącą „wielkiej polityki” to szło się prosto do niego.

Kolegia redakcyjne prowadził sam Mazowiecki i często związane to było z jego ocenami bieżącej sytuacji politycznej. Mazowiecki – mogę być sprawozdawcą tych narad jedynie od czasu,  gdy stałem się członkiem zespołu – dostrzegał słabnięcie władzy komunistycznej, chociaż nie zapowiadał w jakiś spektakularny sposób jej upadku. Pilnie natomiast starał się analizować,  jak zaistniałe sytuacje interpretować  może druga strona i jak może na nie reagować.  Polityką była dla niego działaniem,  w którym trzeba mieć nie tylko własne plany, ale brać pod uwagę z całą powagą możliwe posunięcia oponenta i jego sposób myślenia. Mazowiecki podkreślał też bardzo często, że rozwiązanie różnych konfliktowych sytuacji jest możliwe tylko wtedy,  jeśli pokonany może wyjść z tego z twarzą.

W tych analizach nigdy nie zajmował się szczegółami i nie zajmowała go jakkolwiek anegdota. Koncentrował na analizie procesu politycznego i na tym, co w nim najważniejsze. Tak jak łuk gotycki podtrzymywany jest przez jeden kamień umieszczony u samego jego szczytu, tak Tadeusz szukał właśnie tego najbardziej istotnego punktu w wydarzeniach politycznych.

Pozycję „Więzi” i ruchu „Znak” określano często w samym tym środowisku jako „szarą strefę”.

Nieprzychylni mówili o koncesjonowanych katolikach, wypominając,  że „Więź” musiała mieć przecież pozwolenie na to aby być wydawana, że podlegała cenzurze, że była legalna. Było to było mocno nie tylko  krzywdzące, ale płynęło z braku zrozumienia pozycji „Więzi”. Było to określenie tych którzy tkwili na pozycjach wewnętrznej emigracji, We własnym wewnętrznym przekonaniu  byli zdecydowanymi przeciwnikami ustroju, ale postawa taka, niby jednoznaczna,  nie mogła przekładać się na żadne wyraziste działanie polityczne prócz samego gadania. Dodam, że owi tak zdecydowani radykałowie, gdy proponowano im podpisanie któregoś z listów protestacyjnych najczęściej odmawiali uzasadniając to, że nie mogą się ujawniać. Ich postępowanie określaliśmy, jako pokazywania władzy „figi w kieszeni”. Niekiedy zaś było to nic więcej jak skrywane przed samym sobą tchórzostwa. Przez takich jednak ludzi Tadeusz był krytykowany właśnie za brak radykalizmu albo chętnie wypominano mu okres działalności w PAX-e  sprzed 1955 roku.

Określenie „szara strefa” mogło pojawić się wraz w wyłanianiem się otwartej opozycji, której kontury zaczęły się wyłaniać w początku lat 70-tych. Była miejscem między tym,  co było oficjalną rzeczywistością PRL-u a tym co kształtowało się jako już w oczach władz PRL-u jako nielegalne. Decyzją Tadeusza lat siedemdziesiątych było, aby ową „szarą strefę” przesunąć nieco w stronę opozycji. Z czasem chodziło o to by przesunąć ją tak daleko jak się tylko da, nawet za cenę ryzyka likwidacji miesięcznika „Więź” i kwater głównej przy Kopernika. To dotyczyło już okresu po roku 1976 i o tym w następnym odcinku.

Smoleńsk, gra polityczna, dystans – moja odpowiedz Janinie Jankowskiej

Osoba, którą bardzo szanuję i z która często się zgadzam, jaką jest świetna dziennikarka Janina Jankowska zareagowała jednak nader krytycznie na moją wypowiedz zatytułowaną „Macierewicz na odchodnym”. Przytaczam jej głos i niżej odpowiadam. Nie chodzi bynajmniej o samego Macierewicza.

Kaziu, jestem odrobinę zawiedziona. Dlaczego dałeś się wciągnąć w ten niepłodny temat, który owocuje napędzającym niedobre emocje podziałem ? Czy autorów i zwolenników najbardziej fantastycznych hipotez dotyczących śmierci prezydenta Kennedyego, katastrofy w Gibraltarze i licznych, do dziś nie wyjaśnionych zamachów na znaczących polityków , traktowano jako groźną siłę, w stosunku do której trzeba mobilizować instytucje państwowe ?

Każdy ma prawo do snucia hipotez, także grupa posłów. Po co czynić z tego oręże walki, do której wciąga się nas, zwykłych obywateli ? Dlaczego zaakceptowałaś narzucone nam przez polityków (obydwu opcji!!!) chore reguły gry ? Dlaczego straciłeś swój dystans, który był mi zawsze tak bliski?
Trudno dziś znaleźć ludzi równie krytycznie oceniających działania rządu, jak tych, którzy z błędów rządzących wyciągają nazbyt daleko idące wnioski. Dominują interesy polityczne. Błędy i nadużycia są po jednej i drugiej stronie. Nieuczciwe są relacje medialne głównego nurtu, a także obciążone syndromem oblężonej twierdzy – pozostałe. Dlaczego wszedłeś do tej gry?

Moja odpowiedz Janinie Jankowskiej:

Janino, masz rację że zawsze wydarzenia takie jak katastrofa w Gibraltarze  skłaniają niektórych do snucia fantastycznych hipotez. W ich oczach zawsze pozostaje tyle wątpliwości, że najbardziej prawdopodobne wyjaśnienia trzeba odrzucić i na rzecz rozmaitych, najbardziej nawet nonsensownych teorii. Tak się dzieje i wskazuje to na irracjonalny komponent życia społecznego. Masz też rację, że każdy ma prawo snucia własnych hipotez.

W przypadku jednak, który dyskutujemy chodzi o coś znacznie więcej i chodzi o zwykłych szarych ludzi, którzy są skłonni oddać się spekulacjom. Dla Macierewicza celem jest mobilizacja polityczna, która podważa podstawy naszego państwa. Przecież w tle (a często całkiem otwarcie) mówi się, że był to nie tylko zamach ale również kto zrobił. Pół biedy jeśli mówi się, że zrobili to Rosjanie. To rozumowanie się posuwa się dalej, że współudziałowcem w zamachu są Polacy i obecne władze. Prowadzi to do wniosku, że należy te władze nie tylko zmienić, ale należy je odpowiednio ukarać, że polskim państwem rządzą rzekomo przestępcy, że Polska nie jest niepodległa itd. Wsłuchaj się Janino, nie w owe zawsze pojawiające się spekulacje, ale ową kampanię polityczną z bardzo konkretnym celem.

Pamiętam Twoje komentarze wskazujące na niedostatki śledztwa. Należy założyć, że takie istnieją. Czy innym jest jednak wskazywanie na takie niedostatki (i szukanie ich przyczyn), a czym innym domniemywanie że władze RP brały udział w przygotowywaniu zamachu.

Nie jest to gra, jak Ty twierdzisz,  wymyślona przez obie strony. Masz rację, że jak piszesz dominują interesy polityczne. Niestety jednak chodzi w snuciu spekulacji o zamachu (jakby nie było daleko od spekulacji co się stało z brzozą do tego kto go dokonał) chodzi o interesy jednej partii a właściwie pewnego w nim nurtu.

Drugi aspekt. PiS jest oczywiście formacją szerszą niż zwolennicy hipotezy zamachu. W Polsce potrzebna jest po prawej stronie rozsądna i rozważna partia konserwatywna mająca szerokie spojrzenia na sprawy kraju. Tymczasem „gra w zamach” niszczy przede wszystkim taką  formację uniemożliwiając ukształtowanie się poważniejszych poglądów. Wszystko sprowadza się do oczekiwania  na jakieś katharsis moralno-polityczny.

Zobacz też w tym Janino, złoża polskiej podświadomości. Jest to polska niemożność uwierzenia, że mamy własne państwo i trzeba o nie dbać. Mobilizacja polityczna, związana ze spekulacją o zamachu, odwołuje się do głębokiego i zakorzenionego w społeczeństwie przekonania (powodowanego niemal dwuwiekowym doświadczeniem historycznym) że własnego państwa nie mamy, że dopiero trzeba je wywalczyć, że Polaków wciąż oczekuje jakieś powstanie czy rewolucja, którą trzeba przygotowywać. Owa dwustoletnia walka o własną wolność stanowi o wielkości polskiej kultury. Kiedy jednak własne państwo jest,  natomiast go się praktycznie nie uznaje chodzi nie o wielką sprawę wolności a o pokłady nieprzemyślaną podświadomość, będącą wynikiem historycznej traumy. Powodem podziałów w Polsce jest brak dyskusji właśnie o tej podświadomości. Jedna strona odmawia o niej pogłębionej dyskusji i ucieka od tematu (vide ataki na wszelką politykę historyczną), druga strona usiłuje ową podświadomość zmobilizować i zmanipulować politycznie.

Wbrew Twojej krytyce mam jak najbardziej dystans do politycznych waśni związanych z katastrofą smoleńską (które powodują, że właściwie ginie pamięć o ofiarach). Tak jak i Ty chciałbym nie brać w tym udziału, stać całkowicie z boku. Drażni mnie nieudolność tego co nazywasz „głównym  nurtem”, tyle że nie wiem już co staje się tym głównym, skoro jak piszesz ma on kompleks „oblężonej twierdzy”.

Uważam, że dystans do sprawy to nie stanie z boku, ale namysł i dyskusja dlaczego tak się dzieje, dlaczego toczy się w naszym kraju „taka gra”. Trzeba ją przerwać i powrócić do jakiejś normalnej debaty o naszym kraju. A gdy chodzi o tragedię smoleńską do pamięci o ofiarach (z wszystkich obozów politycznych), to przedziwne o jak małej liczbie osób, które tam zginęły wspomina się w rzetelny sposób), dyskusji o trudnościach śledztwa, manipulacjach rosyjskich z tym związanych itd choć nie może być to temat polityczny numer jeden. W tym ostatnim sensie masz rację, że trzeba mieć do toczonej gry dystans.