Dyskusyjne referendum

W Warszawie nie udało się zbudować muzeum sztuki nowoczesnej, mimo hucznych zapowiedzi. Przedłużają się niektóre inwestycje, komunikacja istotnie jest za droga, miasto wykazało przez dłuższy czas zdecydowanie za mało zainteresowania instytucjami kultury itd. Tego wszystkiego trzeba być świadomym i to trzeba krytykować. Nie są to moim zdaniem jednak powody, aby usiłować odwoływać władze miasta w trybie nadzwyczajnym. Oczywiście opozycje ma prawo do dążenia do referendum i skoro zebrała dość jego zwolenników musi się ono odbyć. Takie są prawa demokracji i nie należy w żaden sposób ich kwestionować.
Można jednak zadawać sobie pytanie, czy korzysta się z nich rozsądnie. Nie wszyscy korzystający z dobrodziejstw demokracji mają dobre zrozumienie jej reguł (chociaż i do tego mają prawo). Otóż referendum ogłoszone bez dostatecznych powodów jest moim zdaniem brakiem szacunku dla wyników regularnych i terminowych wyborów. Przy stosunkowo niskiej frekwencji stwarza ono też poważne dylematy dla głosujących. Referendum dać też może wynik niezgodny z wolą opinii publicznej. 60% warszawiaków uważa HGW za dobrego zarządcę miasta (badania prof. Czapińskiego), ale wśród tych którzy chcą pójść zagłosować 2/3 chce ją obalić. Co zrobić z tą sytuacją? Czy negatywny dla HGW wynik referendum będzie istotnie zwycięstwem demokracji i wyrazi zdanie większości warszawiaków? Warto się zastanawiać czy przyjęte w konkretnych przepisach prawnych regulacje pozwalają w adekwatny sposób wyrażać wolę większości. Być może lepszego prawa nie da się sformułować, warto wtedy zdać sobie sprawę z ograniczeń obecnego.
Jest też pytanie, czy w dyskusji przed referendum padło dostatecznie dużo merytorycznych argumentów przeciw HGH czy też zadziałał owczy pęd by zmienić władzę? Czy ci, którzy inicjowali referendum przedstawili jakieś wyraziste własne koncepcje? Mnie wydaje się, że tak się nie stało. Inicjatorzy referendum usiłują zmobilizować potencjał niezadowolenia, jaki zawsze istnieje i nad jego przyczynami trzeba się starannie zastanawiać. Mam jednak wrażenie, że owo niezadowolenie jest sztucznie pompowane. Jeszcze raz podkreślam prawo każdego do korzystania z istniejących przypisów. Czy jednak tak jak ocenia się HGW, tak samo ocenie podlegają intencje inicjatorów referendum?
Obecnej Pani Prezydent zarzuca się, że zbyt mało komunikowała się z mieszkańcami. Zarzut ten wydaje się mi słuszny. Tylko czy polityka odwołuje się za zły PR czy też za to, jak działa i co zdziałała. Moim zdaniem Warszawa za czasów rządów p.Gronkiewicz-Walz stała się miastem wygodniejszym i ładniejszym (co jest też i zasługą poprzednich prezydentów, łącznie z prezydentem Kaczyńskim, którego wiekopomną zasługą jest budowa muzeum powstania warszawskiego). Nie widzę więc powodów, aby w trybie nadzwyczajnym zmieniać władze Warszawy. Właściwe wybory są za rok.
Oczywiście przeciw temu co napisałem można skierować argument, że mimo wszystko nawet i to referendum przyczynia się w jakiś sposób do wzrostu tak niskiej aktywności obywatelskiej. I wtedy się zgodzę.

Reklamy

Powstanie 44 i jego krytycy

Zrozumienie tragedii powstania nie pozwala na nazwanie go jedynie bezsensowną klęską, jest niezrozumieniem czym jest pamięć historyczna.

 

Agresywna krytyka powstania warszawskiego 44 stała się modą. Ma to wiele i zróżnicowanych przyczyn. Dla krytyków tradycjonalistyczny polski patriotyzm czyni z klęski zwycięstwo i postawa taka zdaje się przeczyć zdrowemu rozsądkowi. Akcentuje się też ogrom kosztów ludzkich a także materialnych, co jawi się w oczach krytyków, niemal jako zbrodnia.

Jednostronna heroizacja powstania warszawskiego nie jest już dzisiaj dobrym argumentem w trwającym sporze. Nie oznacza to jednak, że tylko krytycy powstania mają swoje racje.

Dzisiejszy spór o sens lub bezsens powstania ma zupełnie inne znaczenie i powody niż ten sam spór przed 89 rokiem. Wtedy był to spór o to co robić, jak to sformułował lapidarnie świetny publicysta Łubieński „Bić się nie bić”. Droga do niepodległości w wyobraźni wielu prowadziła przez jakieś powstanie, dla innych też pragnących niepodległości był to koszmar.

Kiedy jednak niepodległość jest faktem, jak obecnie,  szukać można innych tradycji,  bardziej odpowiadających wyzwaniom współczesności niż ta powstańcza, heroiczna i martyrologiczna. Pisanie o XIX wiecznych sukcesach gospodarczych Staszica i Druckiego-Lubeckiego (czego jednym ze świetnych reprezentantów jest Stefan Bratkowski), czy silniejsze akcentowanie najrozmaitszych fragmentów dziejów pierwszej Rzeczpospolitej (co w tak ciekawy sposób czynią wydawnictwa Trybunału Konstytucyjnego podkreślając tradycje polskiego prawodawstwa) to w pełni zasadne próby propagowania innych wątków wraz z przekonaniem, że lepiej pasują one do dzisiejszych czasów.

Musi budzić zastanowienie, że procent naszych rodaków, którzy w agresywny sposób negują sens powstania,  jest dziś wysoki. Trudno go oszacować, ale owa postawa to dziś znaczący nurt intelektualny, w wielu kręgach niemal obowiązujący sposób mówienia. Dlaczego się tak dzieje warte jest zastanowienia. Przyczyn może być wiele i bardzo różnego rodzaju.

Po pierwsze niechęć bycia ofiarą. Bycia ofiarą i zadeklarowanie się jako ofiara wcale nie jest łatwe. Odbierane być może jako poniżenie. Przed poczuciem poniżenia ratowała wcześniej właśnie świadomość bohaterstwa (prawdziwego lub mniemanego). Odrzucenie tradycji powstań to odrzucenie tego poniżenia, jaki zawsze w mniejszym lub większym stopniu przeżywają przegrywający. Taki byłby kierunek wyjaśniania sobie tego zjawisko na gruncie psychologii społecznej.

Polacy, którzy odnieśli sukces wraz z 89 rokiem i po nim oraz chcą dalszych sukcesów i czasem zachowują się tak, jakby pragnęli też mieć historię i  przeszłość pełną sukcesów. Potrzeba nam „muzeum sukcesu”, twierdzi jeden z najciekawiej myślących polskich polityków.  Zamiast przegranego powstań w XIX wieku, noblistka Curie-Skłodowska, zamiast Mickiewicza Gombrowicz (jak zaproponował pewien najpierw prawicowy a później lewicowy polityk), zamiast września 39 spekulacja co było gdybyśmy zawarli pakt z Hitlerem (jak chce autor głośnej książki „Pakt”).

Gdyby odczytać tą nieco utajoną intencję „nigdy więcej my Polacy nie chcemy być już ofiarą”, to z tym przesłaniem trudno się nie zgodzić. Oczywiście zbędna jest nam dzisiaj też heroizacja naszych historii, bowiem nie wiadomo do czego miałaby mobilizować. Z drugiej jednak strony owe skrajnie negatywne wypowiedzi o powstaniu warszawskim (polskich powstaniach w ogólności) związane są małym niezrozumieniem czym jest pamięć historyczna.

Jeśli ktoś chce pogrążyć powstanie stwierdzeniem, że miasto zostało zniszczone lub co gorsza zginęło w nim aż tyle ludzi (poetów, twórców kultury, spłonęły bezcenne narodowe pamiątki itd), to musi zapytać czy to było intencją walczących i w imię jakich wartości narażali oni swe życie. Powstanie może być przez kogoś oceniane jako błąd, ale co z ludźmi którzy w nim uczestniczyli? Czy mamy uznać ich za oszukanych albo za głupców?

Czy też winniśmy pytać w imię jakich wartości byli tam? Jakich dokonywali wyborów, które w większości musiały być tragiczne? Kto chce je tylko jednostronnie potępiać, ten usuwa z polskich dziejów ich tragiczność. Chciałby je wygładzić i postawić w nich tylko te opowieści, które kończą się happy-endem.

Na szczęście nie stoją przed nami dylematy „bić się czy nie bić”. Przeciwnicy powstań nie muszą ostrzegać ich zwolenników przed nierozsądnym działaniem. Chodzi wyłącznie, jak pamiętać. Potrzebne jest więc lepsze rozumienie naszej polskiej i europejskiej przeszłości, a nie rozstrzyganie dylematów, które lepiej czy gorzej rozstrzygnęli za nas nasi przodkowie.

Uczestnicy tych tragicznych wydarzeń z naszej przeszłości popełniali pewnie poważne błędy, które można analizować, kierowali się jednak w swojej większości takimi wartościami jak wolność, godność, odwaga czy lojalność. Nie wszyscy żołnierze powstania byli jego zwolennikami, jak na przykład Jan Józef Lipski. Walczył jednak z innymi. Nie twierdził, że ktoś go oszukał czy omamił.  Podobnie Wiesław Chrzanowski, osoba o zupełnie innych przekonaniach politycznych. Był przeciwny powstaniu, mimo to walczył.  Jeśli już ktoś chce koniecznie potępiać decyzje polityczne, które do powstania doprowadziły, winień zastanawiać dlaczego  walczył w nim Jan Józef Lipski, socjalista z PPS,  i Wiesław Chrzanowski narodowy demokrata – obaj   septyczni patrioci, pełni odwagi, lojalni wobec wspólnoty ludzi, w której przyszło im żyć.

 

Niemcy i stosunki z Polską w dobie europejskiego kryzysu

W Niemczech słowo kryzys, zwłaszcza w zestawieniu ze słowem gospodarczy, wywoływałoby  jeszcze kilkanaście lat temu nastrój paniki. Skojarzenia z „wielkim kryzysem”, związanym z nim dojściem Hitlera do władzy i w konsekwencji „niemiecką katastrofą” były wciąż żywe. Niemcy byli wciąż jeszcze niepewni siebie. Euforia związana ze zjednoczeniem nie zdolna była przegnać od razu  demonów przeszłości, których Niemcy traumatycznie niemal się lękali. Dzisiejsze podejście do kryzysu finansowego i gospodarczego jest już w Niemczech nader pragmatyczne. Na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wiele się zmieniło bowiem w niemieckim myśleniu politycznym i nastrojach.

————————————————-

Spis treści:
Od euforii do pragmatyzmu.. 1    Opiekuńcza kanclerz Merkel 3 Stosunki z Polską i nierównoboczny trójkąt 5 Bezpieczeństwo, Rosja, energetyka. 6                         [artykuł opublikowany w: Sprawy Międzynarodowe, lipiec-wrzesień 2012]

————————————————-

Od euforii do pragmatyzmu

Politykę niemiecką na co dzień dyktuje przede wszystkim Angela Merkel. W opinii przeciętnego Niemca przesłanie pani Kanclerz brzmi „za spokój trzeba płacić” i większość Niemców wybiera spokój. [1] Aby jednak ocenić właściwie tą sytuację trzeba cofnąć się nieco w czasie.

Euforii  zjednoczenia towarzyszył  w Niemczech  euro optymizm (co było też zjawiskiem powszechniejszym niż tylko niemieckim). Przesłanie kanclerza Kohla dla całej Europy brzmiało:  zjednoczone Niemcy będą nie mniej proeuropejskie niż stara bońska Bundesrepublika, a Unijna Europa będzie miała przed sobą wielką karierę.  Prowadzić do  tego miała m.in. nowa wspólna waluta euro, której projekt właśnie wówczas przedstawiono i którego Kohl był orędownikiem.  Niebezpieczeństwo odrodzenia się „(zbyt) wielkich Niemiec” była troską nie tylko ich sąsiadów, ale również samych Niemców. Od lat sześćdziesiątych niemieccy historycy, publicyści i politycy powtarzali jak polityczną mantrę: „Niemcy były za małe, aby dominować na kontynencie, ale za duże aby ze swoimi mniejszymi sąsiadami umieć partnersko  współpracować”, a położone w samym centrum kontynentu, mają tych sąsiadów tak wielu.  To miała być przyczyna wszystkich nieszczęść. Teza ta dotyczyła Niemiec od końca XIX wieku aż po III Rzeszę, a nie znacznie mniejszej Republiki Federalnej na Zachodzie, wielkości prawie w sam raz na sojusz  z Francją. Perspektywa zjednoczenia Niemiec, kazała jednak myśleć, jaki wniosek mają wyprowadzić Niemcy z gorzkiej lekcji historii, jaką otrzymali.  Przed rokiem 1989 były to tylko rozważania teoretyczne. Rozpad bloku sowieckiego i nadspodziewane szybkie zjednoczenie Niemiec przywracało dawny dylemat polityki niemieckiej „za duzi czy za mali” i tym razem należało dać praktyczną, a nie tylko teoretyczną odpowiedz. Politycy niemieccy bali się, że przywrócenie większych i  zbyt potężnych Niemiec, prowokować będzie, jak dawniej, tworzenie się antyniemieckiej koalicji wszystkich ich o wiele słabszych sąsiadów.

Problem ten udało się Republice berlińskiej (a już nie bońskiej) rozwiązać dzięki rozszerzeniu Unii Europejskiej. Rozszerzenie Unii Europejskiej było w istocie konieczne dla utrzymania wewnątrzunijnej równowagi. W większej i poszerzonej Unii Niemcy stawały się proporcjonalnie mniejsze. Otoczenie Niemiec przyjaznymi ze wszystkich stron sąsiadami, jest dla Niemiec najbardziej stabilną sytuacją. Owa przyjaźń jest też formą kontroli nad Niemcami. Dzięki temu nie ma się, co obawiać Niemiec, które nie chcą ale i nie mogą być zbyt samodzielne. Należy zauważyć, że uzyskanie takiej stabilnej sytuacji Niemcom potrzebne były dobre stosunki z Polską, która jest ich największym sąsiadem na Wschodzie.

Euforia zjednoczeniowa miała jednak swój kres, co łączyło się też końcem czasów eurooptyzmizmu. Już przed rokiem 2000 widoczne było, że  EU nie będzie superstar, jak wcześniej zapowiadano. W samych Niemczech zmierzch optymizmu związany był nie tylko z ogólnoeuropejskimi ale też  z dwoma wewnątrzniemieckimi czynnikami – narastającymi trudnościami z transformacją NRD oraz z koniecznością przebudowy „opiekuńczego państwa dobrobytu” wspaniałego wspólnego dzieła zarówno niemieckiej chadecji jak i socjaldemokracji okresu republiki bońskiej.

Nastroje stały się w Niemczech z euforycznych raczej minorowe. Niemcy sprawiali wrażenie, jakby niczego dobrego nie mogli się spodziewać i zastanawiali przede wszystkim nad tym, by w przyszłości nie było im gorzej i by nie utracić tego, co w przeszłości uzyskali. Politycy dyskutowali nieustannie o potrzebie reform, których kosztów jednak powszechnie się obawiano.

Na reformy zdecydował się jednak kanclerz Schroeder. I okazały się one w jakimś stopniu skuteczne. Obniżono koszty pracy, zaczęto oszczędzać na pomocy dla bezrobotnych. W szczególności tzw Harz IV ograniczał w dużym stopniu dawne dwuznaczne  przywileje  socjalne.  Związano podwyżki płac ze wzrostem wydajności pracy, co było możliwe dzięki rozbudowanemi systemowi rozmów taryfowych między pracodawcami, związkami zawodowymi i rządem.

Niemcy gospodarczo stały się sprawniejsze i bardziej konkurencyjne. Ten sukces miał jednak skutki uboczne, jakim były poważne przemiany w niemieckim systemie partyjnym. Ducha gospodarczego liberalizmu, co połączone było z częściowym demontażem państwa opiekuńczego, wprowadzał socjaldemokrata. Był to szczęśliwa konstelacja dla reform (bowiem chadecy nie przeciwstawiali się tym reformom), nieszczęśliwa jednak dla samej socjaldemokracji. Schroeder zostawił gospodarkę niemiecką w znacznie lepszym stanie niż partię polityczną, której przewodził. Secesji dokonał bardziej lewicowo nastwiony i ambitny viceszef SPD Oscar Lafotaine i na lewo od SPD wyrosła bardziej lewicowa formacja, wywodząca się z postkomunistycznej PDS, która jednak rozprzestrzeniła się na całe Niemcy przemianowując się na Die Linke (Lewicę). I ostatecznie, po okresie współrządzenia z CDU,   SPD przegrała z kretesem wybory z jednym z najniższych wyników wyborczych w swojej powojennych dziejach.

Reformy Schroedera choć w szerokim zakresie skuteczne, nie wyczerpały bynajmniej potrzeby dalszych kroków reformatorskich. Zjawił się jednak czynnik, który pozwolił zapomnieć Niemcom o ich kłopotach wewnętrznych a nawet doprowadził do pewnej poprawy samopoczucia.

Opiekuńcza kanclerz Merkel

Światowy kryzys zaczął odwracać w jakimś stopniu  uwagę Niemców od kłopotów wewnętrznych. Wiadomo, że w naturze ludzkiej, leży to, że nic lepiej nie poprawia samopoczucia niż kłopoty bliźnich. Mimo wszystko Niemcy wypadały znacznie lepiej od innych sąsiadów.

Na tle skłonnego do spektakularnych wystąpień Sarkozego, Merkel wypadała jako polityk znacznie poważniej.  Początek jej rządów przypadł też na schyłek rządów Tony Blair’a, którego gwiazda wielkiego europejskiego polityka powoli gasła. Angela Merkel znalazła się w naturalnej pozycji przywódcy Unii Europejskiej. Wraz ze względną poprawą kondycji gospodarki niemieckiej oraz rosnącą pozycją międzynarodową  niemieckiej pani kanclerz społeczeństwo niemieckie mogło  być usatysfakcjonowane. Przestano też obawiać się, tak jak dawniej, zjednoczonych Niemiec (to znaczy również mniej wypominano Niemcom ich nie sławną przeszłość) . Można też było choć trochę zapomnieć o wciąż obecnych kłopotach, jakim było potrzeba dalszych reform oraz kulejąca wciąż transformacja Niemiec wschodnich.

Angela Merkel wygrała następne, kolejne wybory i w tym momencie pojawił się światowy kryzys. Najpierw był on finansowy i amerykański, wkrótce jednak okazało się, że jest gospodarczy  i jak najbardziej europejski.

Recepta niemiecka na kryzys od samego początku była wyrazista. Skoro u źródeł kryzysu leży zadłużenie, trzeba oszczędzać. Krytykowali to ci wszyscy, którzy uważali, że  dużo lepszą receptą na zadłużenie ma być  wzrost gospodarczy. Nie jest tu miejsce, by wchodzić nawet trochę bliżej w zawiłości tego sporu. Ważne dla tych rozważań jest to, którego rozwiązania kanclerz Merkel stała się gorącym adwokatem. Krytyka jaką spotykała za to Niemcy związana była jeszcze z jednym czynnikiem – ich względnym sukcesem gospodarczym ostatnich lat. Niemiecka gospodarka opiera się na eksporcie (dopiero nie dawno Niemcy straciły w tej dziedzinie pozycję światowego lidera na rzecz Chin) a obniżenie kosztów i zwiększenie wydajności pracy tym bardziej ułatwiło sytuację niemieckich eksporterów.    Wymyślili walutę, którą pożyczają innym – argumentowano –   aby tamci mogli u nich więcej kupować. Zniesienie barier istniejących dawniej dzięki odmiennym walutom zwiększało jedynie zależność mniej od niemieckiej konkurencyjnych gospodarek. Sami więc Grecy, a także ich obrońcy mogli dzięki takim wywodom stwierdzać, że   to Niemcy winni są kryzysu. [2]  Nieco złośliwie i w uproszczeniu można też było powiedzieć, że udzielając pomocy dłużnikom, zwracają jedynie to, co na nich przed tym zarobili.  Oczywiście Niemcy przeciwko takim zarzutom energicznie się bronili i bronią nadal. [3]  Hasło oszczędzać („sparen”) bliskie jest niemieckiej mentalności i  opinia publiczna nad Łabą i Renem, po pewnych wahaniach, uwierzyła, że postawa Angeli Merkel jest słuszna.

CDU przegrywa co prawda kolejne wybory landowe, co w innej sytuacji winno przyczyniać się do gwałtowanego spadku popularności Angeli Merkel i zachwianiu jej przywódczej roli w partii. Tak jednak się nie dzieje. Merkel i opinia publiczna czyni ostatecznie winnymi landowych przywódców. Pozycja Merkel pozostaje w CDU nie zachwiana a nawet się wzmacnia, odpadają bowiem jej kolejni potencjalni wewnątrzpartyjni konkurenci.

Kryzys i konieczność płacenia mogłaby też łatwo wywołać falę populizmu. Mogło by się tak dziać, bowiem czytelny system partyjny w Niemczech kolokwialnie mówiąc „rozlazł się”. Na centralnej scenie politycznej jest już w Niemczech obecnie aż siedem ugrupowań (a więc więcej niż w polskim sejmie) wraz z dość egzotyczną (choć odnotowującą 10% poparcie) partią piratów. Spektakularna kariera tej partii, której naczelnym hasłem jest „jeszcze nie mamy własnego zdania, ale wszystkiego się o nas możesz dowiedzieć”, związana jest być może z kryzysem na poza SPD-owskiej lewicy, w szeregach Die Linke gdzie wyraźnie dochodzi do podziału na „wschodniaków” i „zachodniaków”  [4].  Powodem może być też wyraźne starzenie się Zielonych, kiedyś znajdujących wyborców wśród młodszego pokolenia, gdy tymczasem dzisiaj owi najmłodsi szukają nowych idoli. A jednak populizm nie staje się metodą walki politycznej (nie płaćmy długów innych, mamy dość własnych kłopotów by nie pomagać innym). [5]

Szeroko rozumiane polityczne elity zdają się rozumieć, że sytuacja jest poważna i tym razem Niemcy mają wiele do stracenia. I w tej sytuacji opinia publiczna upatruje w Angeli  Merkel niemal  opatrznościowego przywódcę , który w trudnych czasach kryzysu potrafi sterować państwową nawą. Formuła Angeli Merkel – jej przesłanie do społeczeństwa niemieckiego – płacąc za kryzys kupujemy sobie bezpieczeństwo  zdaje się więc dobrze funkcjonować. Niemcy godzą się płacić ale też wiele otrzymują w zamian.

Trzeba też koniecznie dodać, że Angela Merkel zyskała w ostatnim czasie ważnego politycznego partnera, którego wpływ na nastroje w Niemczech okazać się może wcale nie mały i to w sposób, który polityce pani kanclerz będzie sprzyjać. Jest nim nowo wybrany prezydent Joachim Gauck. Być może najlepiej wyraża on  zmianę nastrojów, która pozwala Niemcom wobec gospodarczego kryzysu na ową pragmatyczną i pozbawioną elementów paniki postawę.  Mówi on  o dumie bycia Niemcem,  co wiążę dla niego z „radością i pewną wdzięcznością”, że polityka niemiecka  potrafi być  dzisiaj „grą fair”[6]. Jak wiadomo jest to polityk, który nie zapomina o trudnej niemieckiej przeszłości, niewątpliwie jednak prezentuje on nowo zdobytą pewność siebie Niemców, że potrafią dochować wierności wartościom demokratycznego i otwartego społeczeństwa. W czasie, gdy świat może zawalić się na głowę jest to w gruncie rzeczy nie mało.

Politycznemu pragmatyzmowi sprzyjają też media. Kryzys gospodarczy jest z pewnością tematem, który nadaje się do sensacyjnej obróbki. Czytając jednak czołowe niemieckie dzienniki a także śledząc komentarze i debaty telewizyjne, odnosi się wrażenie, że powaga sytuacji skłania większość mediów do rzeczowego i spokojnego podejścia.[7]

Jest jednak jeszcze jeden głębszy, ale mniej dostrzegalny czynnik niemieckiego pragmatyzmu – Niemcy znalazły się w nowej sytuacji geopolitycznej. Dodać trzeba, że  nie wszyscy w Niemczech widzą to dość wyraźnie, z uwagi na siłę dawnych stereotypów, a świadomość tego, silniejsza w klasie politycznej, przebija się też powoli do szerszej opinii publicznej.

Stosunki z Polską i nierównoboczny trójkąt

W traktacie polsko-niemieckim z 1991 roku Niemcy zobowiązały się do popierania polskich starań o członkowstwo EU. Berlin, mając często przeciwko sobie Paryż, był adwokatem sprawy polskiego członkostwa w Unii i wywiązał się z zadania, jakie na siebie przyjął. Uroczyste obchody rocznicy układu była wyrazem tego,  jak dobre stały się stosunki między Warszawą i Berlinem.

Polska zaczęła być postrzegana w Niemczech w nowy sposób. Jest to m.in. owocem polskiego sukcesu gospodarczego, ekonomicznego wzrostu w czasie, gdy większość gospodarek europejskich jest na minusie, porównywania sukcesu polskiej transformacji z nieco kulejącą transformacją w NRD oraz wreszcie tego, że wielu Niemców może przyjechać do Polski i skorygować swoje tak dawniej częste negatywne stereotypy. „Polnische Wirtschaft” to już nie koniecznie synonim bałaganu, a badania opinii publicznej odnotowują systematyczne, choć powolne, zmiany na lepsze opinii Niemców o Polsce (choć ciągle Polacy są znacznie lepszego zdania o Niemcach niż Niemcy o Polakach).

Ta zasadnicza zmiana, tym bardziej uwypuklająca się, jeśli spojrzy się w przeszłość, nie jest skutkiem samych tylko kontaktów bilateralnych. Obecny kształt stosunków polsko-niemieckich to skutek  zmian geopolitycznej konfiguracji  całego regionu, do których skądinąd stosunki polsko-niemieckie aktywnie się przyczyniają.

Centralne, w samym środku kontynenty, z tak licznymi sąsiadami,  położenie Niemiec przestaje być dla Niemiec przekleństwem. Nikt właściwie nie kwestionuje cichego niemieckiego przywództwa.

Niemcy swoją tak bezpieczną pozycję w Europie zawdzięczają m.in. i to w poważnym stopniu rozszerzeniu Unii na Wschód. Nie są już krajem granicznym Unii, są w jej środku, otoczone zaprzyjaźnionymi sąsiadami, którzy nie czują się zmuszeni zawiązywać antyniemieckich koalicji. I dla takiej sytuacji Niemiec dobre stosunki z Polską są potrzebne i konieczne.

W skutek obecnego kryzysu zaczęły się też rysować nowe podziały w polityce wewnątrzunijnej. Dawne podziały na „starą” i „nową” Europę lub na Wschód i Zachód zacierają się  nieco na rzecz nowego na południową (zadłużoną) i północną (odpowiedzialną gospodarczo) część. I Polska znalazła się już w oczach Niemców nie na Wschodzie ale na północy.[8] Ważne w niemieckich debatach o kryzysie są kontrprzykłady dla Grecji, a często  to Słowacja (mała ale należąca do strefy euro) i Polska, które z kryzysem dają sobie wcale nie źle radę. W jakimś sensie w sukurs Niemcom przychodzą więc kraje, o których nie mówiło się mało lub prawie wcale. Oczywiście musi minąć jeszcze trochę czasu zanim Niemcy pełniej odkryją Europę Środkową .

W gruncie rzeczy głęboko zmieniły się też stosunki niemiecko-francuskie. Oczywiście nadal sojusz francusko-niemiecki jest czymś zasadniczym dla istnienia Unii Europejskiej i nadal jest on konieczny,  by znajdować receptę na europejski kryzy, staje się jednak bardziej wieloznaczny i skomplikowany niż można zobaczyć to na powierzchni.

Jeśli przed 1989 mówiło się o Niemczech, że to gospodarczy olbrzym i polityczny karzeł,  to  trzeba też dodać, że tym politycznym karłem (mimo wszystko politycznie bardzo istotnym) miały być Niemcy przy politycznym olbrzymie, jakim chciała być Francja. Paryż zawsze chciał odgrywać pierwsze skrzypce, a Bonn w jakimś stopniu godziło się na to, obciążone trudną niemiecką przeszłością. Po roku 1989 takie relacje stawały się już niemożliwe. Francja widziała zagrożenie dla własnej pozycji nie tylko w samym zjednoczeniu Niemiec,  ale także rozszerzeniu Unii na Wschód. W oczach Que d’Orsay  Europa Środkowa (Mitteleuropa) była obszarem potencjalnych wpływów niemieckich. Nie dość więc że większe dzięki zjednoczeniu, Niemcy miałyby się stać silniejsze w oczach Francuzów, dzięki odzyskaniu wpływów, na obszarze, gdzie wpływy niemieckie były historycznie obecne.

Paryż starał się więc w latach 90-tych uniknąć takiej sytuacji, hamując rozszerzenie Unii na Wschód, następnie prowadzić nader samodzielną politykę w rejonie morza śródziemnego, chcąc zdominować wymiar południowy polityki unijnej, a następnie już w dobie kryzysu dążąc do budowy osobnych instytucji dla samej strefy euro. Za każdym razem te próby Paryża były blokowane przez Berlin.

Trzeba to wszystko mieć na uwadze również analizując stosunki polsko-niemieckie. Za każdym razem było to działanie zgodne również z polskim interesem, choć Niemcy działały z myślą o interesie przede wszystkim własnym. Integracja Europy środkowej – powtórzmy raz jeszcze – zapewnia Niemcom nader bezpieczną i stabilną pozycję w centrum unijnej Europy. Zamiast sprzymierzonych przeciw sobie graniczących z Niemcami krajów, usiłujących zrównoważyć ich potęgę, Niemcy otoczone są przyjaznymi sąsiadami, z których część skłonna jest przyjąć „miękkie” przywództwo Berlina w Unii Europejskiej. Lepszej sytuacji Berlin nie może sobie wyobrazić.

Daje to zarazem Polsce szanse stania się partnerem Niemiec i Francji w samym centrum Europy. Warszawa jest co prawda najsłabszym partnerem w tym trójkącie, ale i dla Berlina niezbędnym. W niemieckim interesie jest unijna integracja Europy Środkowej, a bez Polski – największego kraju tego regionu i szóstej co do wielkości gospodarki unijnej – byłoby to niemożliwe. Paryż musi się też pogodzić z nowymi realiami, wyznaczającymi nową pozycję Niemiec, co winno popychać Paryż również do znacznie poważniejsze potraktowanie Polski jako partnera,  a także poszerzenie wiedzy i aktywności na terenie całej Europy Środkowej. Wszystko to wytwarza całkiem nową konfigurację geopolityczną całego regionu i polityka niemiecka,   jak wiele wskazuje, będzie usilnie się starała o jej utrwalanie.

Bezpieczeństwo, Rosja, energetyka

Zachodzi jednak pytanie, czy Niemcy nie dostaną zawrotu głowy od sukcesów. Przeobrażanie się „miękkiego” przywództwa w Unii w chęć dominacji nie wydaje się jednak prawdopodobne. Po pierwsze gospodarka niemiecka to jedynie 20% gospodarki Unii  i nie tak wiele większa od gospodarek francuskiej[9], brytyjskiej czy włoskiej (choć ta ostatnia jest w poważnej zapaści). Dodajmy do tego, że gospodarka niemiecka jest siedem razy większa od gospodarki polskiej wedle miary banku światowego, ale tylko cztery razy większa wedle parytetu siły nabywczej. Choć więc gospodarka niemiecka jest największą w Unii, to jednak o wiele za małą by móc dominować. Niemcy nie mogąc zaś dominować,  muszą współpracować.

I jest też jeszcze jeden powód szerszej globalnej natury, że do takiej współpracy we własnym interesie powinni dążyć oraz w konsekwencji dążą [10].

Niemcy są o wiele za małe, by odgrywać samodzielną rolę na wielkiej światowej scenie. W skali globu gospodarka niemiecka to zaledwie 4%. Gospodarka chińska jest już obecnie od niemieckiej ponad dwa razy większa [11], gospodarka Indii jest porównywalnej wielkości i rosną nowe potęgi gospodarcze takie jak Brazylia czy Meksyk. Utrzymać się w pierwszej lidze gospodarki światowej mogą Niemcy jedynie na spółkę z innymi krajami Unii. Żaden z krajów Unii nie jest dostatecznie silny, by odgrywać samodzielną rolę w globalnej polityce – powtarza się nieustannie w Berlinie –  nawet Niemcy. I to zmusza do współpracy.

Do tego dochodzi refleksja, że gospodarka niemiecka nie ma przed sobą jakiś wspaniałych perspektyw. Związane jest to sytuacją demograficzną. W nieco dalszej perspektywie Niemcy utracić mają najludniejszego kraju Unii (na rzecz Wielkiej Brytanii, a liczba ludności Francji poważnie przybliży się do danych niemieckich). Zmniejszają się więc poważnie zasoby siły roboczej a dopływ imigrantów jest znacznie poniżej potrzeb Jest to też społeczeństwo silnie starzejące się, co oczywiście musi coraz więcej kosztować [12]. Niemcy, są co prawda wciąż eksporterem na światową miarę, ale ich eksport idzie w dużej mierze do zadłużonych krajów Unii, a w handlu z Chinami Niemcy zaliczają deficyt (co oczywiście jest światową regułą a nie wyjątkiem). Co gorsze jeszcze niemiecki eksport oparty jest dużym stopniu na inwestycjach, przy jednoczesnym bardzo dużym zmniejszeniu się inwestowania w samych Niemczech. Innym dyskutowanym problemem jest potężne choć ukryte zadłużenie wschodnich landów w stosunku do zachodniej części kraju.

Również inne wskaźniki nie mogą pobudzać Niemców do optymizmu. Tradycyjnie tak dobre niemieckie szkolnictwo nie znajduje się w najlepszym stanie. Tylko sześć niemieckich uniwersytetów jest w  pierwszej setce listy szanghajskiej, a pierwszy z nich znajduje się na 47 pozycji.

Należy jeszcze wziąć pod uwagę, że decyzja odejścia od energetyki jądrowej (sposób podjęcia tej decyzji pod wpływem katastrofy w Japonii świadczy sam w sobie o pewnej skłonności niemieckiej opinii publicznej do ulega chwilowym emocjom) stawia poważne pytanie, czy Niemcy postęp technologiczny związany z odnawialnymi źródłami energii okaże się dostatecznie szybki i czy Niemcy nie znajdą się w sytuacji uzależnienia energetycznego w przypadku jego zbyt wolnego tempa.

Wszystko skłaniać winno i skłania wielu Niemców raczej do myślenia z troską o przyszłości własnego kraju, bowiem wiedza o tych poważnych problemach jest w Niemczech dość powszechna,  nie zaś do snucia jakichkolwiek planów ekspansji.

Innym jednak objawem „zawrotu głowy” mogłoby być wiara, że pod niemieckim przywództwem Unia sama byłaby w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo, czego efektem byłoby osłabienie więzi transatlantyckiej. Na niemieckiej lewicy (tak jak szerzej w lewicowych partiach w całej Unii) istnieje pewna skłonność do dystansowania się od USA, od czego część niemieckiej lewicy też nie jest wolna. Niemieckie elity polityczne znakomicie wiedzą jednak, że bezpieczeństwo europejskie opiera się na NATO. Istotnie jednak niemieckie wyobrażenia  o bezpieczeństwie różnią się w pewnym stopniu od polskich wyobrażeń i oparte są na przekonaniu, że bezpieczeństwo zapewniają przede wszystkim miękkie a nie twarde środki. Bez porównania mniejsze jest też poczucie zagrożenia ze strony Rosji. Kwestie te wciąż wymagają intensywnej dyskusji polsko-niemieckiej, od której nie powinna obu stron powstrzymywać dotychczasowa dobra współpraca wojskowa. Do pewnego stopnia paradoksalnie – jeśli brać pod uwagę stereotypy z przeszłości – polska strona miałaby interes by Niemcy wydawali więcej na cele militarne (wydają poniżej wytycznych NATO), choć nie zmienia to faktu jak Bundeswehra jest nowocześnie uzbrojona.

Poważniejsze rozbieżności zdają się istnieć w dziedzinie polityki energetycznej. Niemcy zrezygnowali z energetyki jądrowej i są silnie zaangażowani we wprowadzanie pakietu klimatycznego. Rezygnując z atomu i węgla (choć zainteresowani są technologiami gazyfikacji węgla)  zmuszeni są opierać własną energetykę na gazie. Zarazem bardzo intensywnie inwestują w odnawialne źródła energii i są po Chinach i Stanach zjednoczonych największym inwestorem w energię solarną. Niemcy są w jakimś stopniu uzależnieni od rosyjskiego gazu, to jednak twierdzą, że jest to uzależnienie obustronne, bowiem Rosja musi też gaz sprzedawać. Polityka energetyczna jest jednym z najbardziej istotnych i czułych elementów stosunków polsko-niemieckich. Dostrzegając różnice trzeba jednak z konieczności szukać wszystkich możliwych form współpracy.

Kwestie energetyki ściśle wiążą się z kwestią stosunków z Rosją.[13] Wbrew wielu istniejącym w Polsce stereotypów Putin nie jest bohaterem żadnego niemieckiego romansu, (chyba że dla b.kanclerza Schroedera, będącego obecnie w zarządzie Gazpromu, co budzi w Niemczech przede wszystkim zażenowanie). O specjalne stosunki z Niemcami stara się Rosja. Nie wydaje się, żeby działo się to w drugą stronę. Znaczenie Rosji dla polityki europejskiej jest niezaprzeczalne, więc stosunki z Moskwą mają dla Berlina swoją oczywistą wagę, rosyjska polityka Berlina w żadnym punkcie nie wykracza jednak poza to,  co wypada nazwać unijnymi ramami polityki zagranicznej (stosunków zewnętrznych). Zresztą Chiny przyćmiewają dziś w globalnej polityce Rosję i to jest też istotny czynnik postrzegania Rosji w Niemczech.  [14]

***

Ten pokrótce uczyniony bilans polityki niemieckiej winien w Warszawie skłaniać przede wszystkim do optymizmu, co do rozwoju przyszłych stosunków polsko-niemieckich. Zasadniczą przesłanką tego optymizmu nie jest jednak tylko to, że stosunki te są dzisiaj tak dobre, ale przede wszystkim to, że kształtują się one w oparciu o nową geopolityczną konfigurację. Dawna teza Krzysztofa Skubiszewskiego o „polsko-niemieckiej wspólnocie” interesów, mimo nieuchronnych niekiedy napięć we wzajemnych stosunkach, znajduje moim zdaniem w dużym stopniu potwierdzenie.

Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z siły nawyków myślowych i dawnych stereotypów. Dla wielu Niemców, a nawet części elit politycznych, to co dziś uchodzić może za Europę środkową (pas krajów byłego bloku wschodniego od Estonii aż po Bułgarię) to wciąż Wschód („Der Osten” – pojęcie, które w języku niemieckim kojarzone jest z czymś odległym, egzotycznym i zawierającym zagrożenie) lub Bałkany, a więc obszar podwyższonego politycznego ryzyka. Owe spojrzenie dotyka po części także Polski, choć  trzeba zarazem raz jeszcze podkreślić, że cały okres od 1989 roku to powolny awans Polski w oczach Niemców. Pojawienie się podziału na północ i południe, choć są to określenia publicystyczne, jest dość ciekawym i moim zdaniem istotnym sygnałem tych przemian. Dużo też zależy od polskich reakcji – czy stosować się będzie dawne schematy (Niemcy jako zagrożenie) czy też w polskiej publicystyce i myśli politycznej akcentowane będą te nowe czynniki i szanse geopolityczne.

Dialog polsko-niemiecki nie może dzisiaj zadawalać się dobrymi polsko-niemieckimi stosunkami ani sukcesem procesu pojednania. Skoro dobre stosunki polsko-niemieckie nie są wynikiem jedynie dwustronnych zabiegów, lecz są skutkiem zasadniczych zmian geopolitycznych na kontynencie, to to właśnie winno być przedmiotem intensywnych debat i winno być uświadamiane obu opiniom publicznym. Obecny zaś kryzys, choć tak sam w sobie niebezpieczny i niepokojący oraz zapowiadający się na co najmniej najbliższą dekadę, zdaje się bardziej sprzyjać  zacieśnianiu się stosunków polsko-niemieckich niż je utrudniać.[15]


[1] Thomas Fischermann, Ein Boom für alle. Vielen Länder ist es unheimlich dass die deutschen weiter so erfolgreich exportieren. Warum eigentlich?, Die Zeit. 16. August 2012. Wie ir euch sehen.  Ein Kontinent in der Krise: Überall drohen Bankrott, Wirtschaftskollaps und Massenarbeitslosigkeit. Verärgert schauen daher viele Europäer auf das reiche Deutschland unter Angela Merkel: Sind wir Deutschen zu mächtig? Quälen wir das Leidende Europa?, Die Zeit. 16. August 2012.

[2] Te nie przychylne Niemcom opinie głosiła w dużym stopniu prasa anglosaska  m.in. była to dominująca opinia w renomowanym tygodniku brytyjskim „The Economist”.

[3] Uwe Jean Hauser, No, we can’t. Warum es trotz aller Forderungen aus dem Ausland richtig ist,wenn Deutschland bei Euro-Rettung hart  bleibt, Die Zeit 14 Juni. 2012.

[4] Mariam Lau, Da hilft  kein Gysi, Die Zeit 6 Juni 2012. Dla polskiego obserwatora, wobec wschodnioniemieckiej i wyraziście postkomunistycznej proweniencji tej partii,  zaskakujące być może, że to „wschodniacy“ stają  powoli bardziej umiarkowani w swojej lewicowości, gdy tymczasem „zachodniacy” to lewicowy beton.

[5] Mathias Geis, Populistische Versuchung. In der Krise stehen die deutsche Parteien Maxima unter Druck. Die Zeit 13 October 2011.

[6] Kann man auf Deutschland stolz sein? Ja, das ist jetzt möglich, Zeit-Gespräch mit dem neuen Bundespräsidenten Joachim Gauck, Die Zeit, 31 Mai. 2012. Sam Joachim Gauck jest jak najbardziej zaangażowany w nieustannym o niej przypominaniu.

[7] Znakomita większość cytatów z prasy niemieckiej pochodzi w tym artykule (przytoczonych gwoli ilustracji a nie dowodu) z tygodnika „Die Zeit“. Jestem przekonany jednak, że w podobny sposób ilustrować można by nastroje polityczne w Niemczech cytatami z innych głównych niemieckich organów prasowych niezależnie od ich zróżnicowanych sympatii  politycznych.

[8] Marc Brost, Mark Schietitz, Abschied von Süden, Die Zeit 26.Juli 2012

[9] Niemieckie GDP wynosi 3571 mlrd $, a francuskie 2.773 mrld $ wedle danych Banku Światowego, przy GDP per capita prawie tej samej wielkości.

[10] Kazimierz  Wóycicki, Waldemar, Czachur Jak rozmawiać z Niemcami? O stosunkach polsko-niemieckich i ich europejskim wyzwaniu. Przedmowa Prof. Dr Irena Lipowicz .Wrocław 2009.

[11] Niemcy, jak wpomniano, to 3571 mlrd$  a Chiny 7318 mlrd $ (dane Banku Światowego) przy wiadomym nieproporconalnie w stosunku do gospodarki niemieckiej szybkim wzroście.

[12]  Opisane zjawiska zauważa wielu światowych analityków patrz.m.in. Adam Tooze,Germany’s Unsustainable Growth,, Foreign Affairs, september/october 2012.

[13] Alice Bota, Russlans Regime. Hört die Signale. Der Prozess gegen die Band Pussy Riot zeigt: Widerstand gegen Putin ist möglich. Es braucgt nur laute Töne, Die Zeit. 16. August 2012; Wolfgang Bauer, Die Pein der Bilder. Viel mehr Druck auf Russland.: Das ist das Mindeste, was der Westen gegendas Morden in Syrien tun kann, Die Zeit, 31 Mai 2012.

[14] Marc Brost, Dagmar Rosenfeld, Fritz Vorholz,  Lüge auf der Stromrechnung, Die Zeit, 23 August 2012. , Dirk Asendorff, Mit schlauer Power. In sieben Jahren soll unser Strom aus erneuerbaren Quellen kommen, Die Zeit. 16. August 2012. Mrc Brost, Öko oder sozial? Nun wir der Strom doch teurer. Darum muss die Politik handeln – gegen die ungerechtiggkeit, nicht gegen die Umwelt, Die Zeit 6. Juni 2012.

[15] Die ganze Welt will inser Geld. Was Deutschland leisten kann. Und was nicht, Die Zeit 14. Juni 2012.

Josef Offe, Die Euro-Kriese. Hauden Primus. Für die Einheit Europas soll Angela Merkel dieschleusen noch weiter öffnen – auch wenn das falsch ist,  , Die Zeit 14. Juni 2012.

Lokalna polityka też jest wielka

Dużo się pisze jak zachowują się posłowie w Sejmie, ale czy wiemy co robią nasi radni w mojej dzielnicy czy gminie. Tu, na dole jest też wielka polityka, pieniądze i władza. I znacznie mniej obywatelskiej kontroli i uwagi mediów. Działy miejskie wielkich gazet to repertuar, że coś tam wybudowali albo że pękła rura, ewentualnie jakiś skandal, ale musi być już odpowiednio duży, żeby dał się porównać z przekrętami centralnymi. I grupie obywateli Saskiej Kępy taka sytuacja nie odpowiada. Zaczęła wychodzić gazeta miejska i od razu okazało się, że burmistrz dzielnicy jest z tego niezadowolony. Nic dziwnego, bo jak się tylko trochę poszuka, to widać, że z demokracją lokalną jest krucho. Otwórz więc i czytaj. Redakcji chodzi nie tylko o Saską Kępę i Warszawę, ale los naszej demokracji lokalnej.

Saska Kepa 05 Nowe dziennikarstwo miejskie

A w następnym numerze nasi dziennikarze piszą:

„Gdzie pracują nasi radni? W kieszeni u Burmistrza”

„U nas chodnik jest krzywy ale stadion jest narodowy”


Warszawskie klimaty – Cafe 7 na Dobrej to też kultura!!!!!

Bar Cafe 7 to ostatni posterunek dawnego dobrego Powiśla. To dzielnica starej Warszawy, który broni się naporem mdłej nowoczesności. Cafe 7 na Dobrej 37 broni się dzielnie. Również przed sądami, ponieważ miasto Warszawa chce posesje sprzedać i Cafe 7 wyrzucić, ale Pan Krzyś, barman, wygrał już dwie rundy, i sprawuje swoje obowiązki zza kontuaru. Pan Krzyś to samo wcielenie Warszawy, tej najlepszej jak z opowiadań Marka Nowakowskiego. Wystrój jest jak trzeba nostalgicznie prl-owski i jest fantastatycznie. I zbiera się tutaj najlepsze society z Powiśla, wraz z niektórymi jajogłowymi z z Uniwersytetu. Należy tu przyjść, aby zasmakować klimatu. Bar prowadzi, jak powiedziano, Pan Krzyś ale za barem zasiada też jego przystojna połowica Pani Hania. Pan Krzyś dysponuje dobrą gadką i poczuciem humoru. Włada polskim i gwarą warszawską. Pytanie poważniejsze brzmi, czy dawną dzielnicę Warszawy o proletariackim rodowodzie, ma przepoczwarzyć w teren nowobogackiego luksusu. Czy mamy zachować coś z Warszawy Tyrmanda, z Warszawy l.70-tych i 80-tych, atmosfery miasta, która broni się w ostatnich niszach, tej atmosfery, która pokonała wszystkich, którzy wyobrażali sobie, że Warszawę można sobie podporządkować? I pytanie jest czy władze Warszawy, chcą zachować coś z przeszłości, aby podtrzymać pamięć o tym, czym to miasto było, broniąc swego autentyzmu i swego fasonu? Piszę te słowa siedząc przy barze i gadam z Panem Krzysiem i wzywam wszystkich, którzy myślą dobrze o starej Warszawie, aby podtrzymali tutejszą konsumpcję. Wzywam młodych konserwatystów i republikanów, lewaków od Sierakowskiego i antyglobalistów. Tutaj można się spotkac i rozmawiać jak Polak z Polakiem, pojada ć skromnego lecz dobrego grilla i popijać tym czym zawsze popijali prawdziwi Warszawiacy. Jeśli ktoś chce ze mną spotkać starczy poprosić Pana Krzysia, on zadzwoni do mnie zadzwoni a ja przyjdę. Tutaj może kształtować się nasza opinia publiczna. O Pana Krzysia dyskutuje się o wszystkim w przyjaznej atmosferze.

Nieudany 11 listopada – próba pierwszych wniosków

Ograniczanie dyskusji o obchodach święta niepodległości w Warszawie do opisu kilku ulicznych awantur jest rażącym uproszczeniem. Trzeba od razu odnotować, że relacje GW i Rzp różnią się od siebie jaskrawie i można się było wcześniej domyślać jak będą się różnić. Prezydent Komorowski, wspominając o zaproszonych do kraju antyfaszystowskich bojówkach, zdaje się być bliżej interpretacji Rzp. Marsz Niepodległości był kilkakrotnie większy od blokady Kolorowej Rzeczpospolitej. Nawet będąc  zwolennikiem Marszu nie ma się z czego cieszyć. Nie było wspólne radosne święto Polaków. Władze państwowe nie zdały egzaminu i zamiast uroczystych obchodów mieliśmy awanturę i niemal wyłącznie tym jesteśmy zajęci i tym zajmują się media. Jest to porażka całej polskiej kultury politycznej pozbawionej w dużym stopniu kultury dialogu i umiejętności czerpania  z zasobów tradycji.

Nie dziwi mnie, że Marsz Niepodległości cieszył się bez po porównania większą popularnością (25-30 tys. uczestników wg danych policji, po drugiej stronie ok. 5 tys.). Symbolika narodowa jest powszechnie zrozumiała i musi budzić w Polsce akceptację. Nawet jeśli uzasadniona jest krytyka uproszczeń a także nadużyć, jakich z pomocą tych symboli można dokonywać i faktycznie dokonuje się (nieustanne powtarzanie „naród, naród, naród” jest w najlepszym wypadku pozbawione treści), to same symbole stale interpretowane posiadają ogromną i nie usuwalną wartość.

Przeciwstawienie im hasła „nowoczesności” , na którą składają radykalne ruchy emancypacyjne, traktowanie „patriotyzmu” jako „nacjonalizmu”, mówienie „porzućmy historię (bo to martyrologia) na rzecz przyszłości” ma nie wielkie szanse zdobycia sobie sympatii większej części opinii publicznej. Jest to zresztą nowoczesność pozorna. Każda nowoczesność, która nie umie czerpać z zasobów tradycji staje się pseudo nowoczesnością.

Sprowadzanie antify (waham się napisać niemieckiej, bo to przede wszystkim huligani i tak w Niemczech są traktowani) kompromituje niestety pp.Sierakowskiego i Blumsztajna. Kawiarnia Nowy Wspaniały Świat (choć była kuźnią odmiennych od moich poglądów, a jednak obserwowałem ją z sympatią), stała się siedzibą bojówek. P.Sierakowski stracił polityczną niewinność. Jeżeli z tego, co się stało nie wytłumaczy się solidnie, przylgnie do niego nazwa lewaka, a nie intelektualnego odnowiciela polskiej lewicy.

Ważne jest też, że GW konsekwentnie budowała obraz „prawicowego” wroga. To ważne – wroga którego należy zwalczyć i który nie zasługuje na udział w życiu politycznym, a nie partnera publicznej debaty. Udział Sewka Blumsztajna w telewizyjnych audycjach (m.in. z p.Bosakiem) sprowadzał się niemal wyłącznie do dyskredytowania oponenta. Sewek wiedział z góry, że ten drugi jest antysemitą, chorobliwym nacjonalistą, ksenofobem i że trzeba go zablokować. Wielu z  przyjaciół Sewka, którzy znają go z dawnych czasów, gdy walczył z ksenofobią szerzącą się w PRL było tym zadziwionym. Wielu myślało „Sewku, opanuj się”.

Antifa prowokowała też starcia z marszem niepodległości. Udział w nim chuliganerii też nie ulega wątpliwości,  lecz organizatorzy chcieli się ich pozbyć i wyłączali z marszu. Kolorowa Rzeczpospolita chuliganów w pewien sposób zaprosiła. Nie można być ślepym na „lewe oko”, jeśli dąży się do obiektywizmu.

W pewnym sensie jednak największe pretensje można mieć do władz państwowych. Od lat nie umieją one dać właściwej oprawy obchodom 11 listopada ani odpowiedniego rozmachu. Na szczęście bardzo sprawna okazała się policja, której działanie było wysoce profesjonalne i uchroniło młodzież po obu stronach od poważniejszych incydentów. Również spacyfikowanie chuliganów z antify w lokalu p.Sierakowskiego okazało się błyskawiczne i skuteczne.

Nie policja jednak winna być głównym narzędziem władz do organizowania obchodów. Nie można mieć oczywiście nic przeciwko temu, aby GW organizowała swój festyn a inni marsz niepodległości. Rzecz w tym, że festyn powstał w reakcji na marsz i organizowana była jego blokada. Na to nie umiano zareagować.  Przecież te dwa środowiska mogłyby się spotkać i np. w tym dniu dyskutować. Obie inicjatywy mogły być wprzęgnięte w państwowe obchody.

Nie było wystąpień Premiera, ani Marszałka Sejmu. Moim zdaniem w takim dniu winni mieć uroczyste przemówienia i wcale nie oznaczałoby to, że ze sobą konkurują. Sytuację ratował do pewnego stopnia swoim wystąpieniem Prezydent Komorowski, wzywając do radosnego święta. Stało się to jednak zdecydowanie zbyt późno. Pomysł, aby nosić biało-czerwony kotylion-rozetę 11 listopada to znakomita idea, ale trzeba ją było propagować co najmniej tydzień wcześniej. Nawet najbardziej elastyczni handlowcy nie umieli zareagować dostatecznie szybko. Na mieście sprzedawano biało-czerwone flagi, nikt kotylionów-rozet nie zdołał wyprodukować przez noc. I tak dobry pomysł nie mógł być w tym roku zrealizowany.

W tle mści się brak poważnych obchodów dotyczących II RP w roku 2009. Dla młodzieżowej lewicy kojarzona jest ona chyba wyłącznie z ONR. Młodzieżowa prawica w dość prostacki sposób stanęła po stronie Dmowskiego, a symbole narodowe, traktowane w sposób antykwaryczny są u niej w cenie. Obraz II Rzeczpospolitej nie został w III Rzeczpospolitej zarysowany. A to jest konieczne, aby z tradycji na różny sposób sensownie można było czerpać. Jest obowiązkiem państwa, aby prowadzić dojrzałą politykę historyczną (i to nie może i nie powinno być hasło jakiejś partii polityczne), w którą mogą się wpisać różne nurty ideowe.  Trzeba jednak dodać, że ów zarzut nie przygotowania obchodów 11 listopada dotyczy wszystkich partii politycznych obecnych w sejmie również opozycyjnych. Są okazje, gdy od polityków wybranych przez ogół obywateli należy wymagać, aby umieli reprezentować Polskę wspólnie.

11 listopada 2011 polska polityka historyczna poniosła porażkę. Nie oznacza to, że sprawy nie można naprawić. Obchody 11 listopada powtarzają się wszak co rok. I trudno przecenić znaczenie tego jak obchodzona jest taka rocznica – znaczenie dla całej polskiej kultury politycznej.

Burzliwy 11 listopada – próba reportażu

Rano godz.12.00 Na Nowym Świecie zadyma z „antifą”. Usiłują koło Kawiarni „Nowy Wspaniały Świat”, która wyraźnie jest jej bazą wypadową,  zaatakować małą grupę rekonstruktorów ubranych w historyczne mundury. Zjawia się dużo policji i zadymiarze chronią się w kawiarni. Policja otacza lokal kordonem. Wczoraj widziano tych zadymiarzy w tej samej kawiarni. Do dzisiaj mają tu swoją kwaterę.  Nie należy rzucać jakichkolwiek nieuzasadnionych podejrzeń, ale ciekaw jestem co na to ma do powiedzenia p.Sierakowski i „Krytyka polityczna” ? Uważam, że powinni to co najmniej wyjaśnić.

Dalej na Nowym Świecie spotykam kilku młodych ludzi mówiących po niemiecku. Są uzbrojeni w pałki. Mają też ze sobą polską zwiniętą flagę. Zaczynam rozmowę. Dla nich jestem Niemcem. Mówią, że zdzierają flagi polskich nacjonalistów i przybyli na apel z Polski. Nie wiedzą jednak, czyj apel.

Idę Marszałkowską i docieram do miejsca, gdzie gromadzi się „kolorowa rzeczpospolita”. Jestem w zasadzie jedynym, który trzyma w ręku biało czerwoną flagę (niewielką). Inny flag, najrozmaitszej barwy i znaczenia, jest wiele. Przez chwilę rozmawiam z syndykalistami. Tłumaczą mi, co ich różni od komunistów. Są plakaty faszyzm nie przejdzie.  Gdy zbliżam do pl.Konstytucji jest tam więcej młodych ludzi w kominiarkach. Spotykam  starego znajomego (jeszcze z czasów opozycji). Teraz jest dziennikarzem Wyborczej. Mówię mu, że idę na marsz niepodległości. Gratuluję, słyszę, i to jego głosu wyraża absolutne poczucie wyższości moralnej.

Docieram do Pl.Konstytucji i siadam w „Szwejku”. Jestem z moim przyjacielem z gminy żydowskiej. Zakładamy kipy. Przyglądamy się zbieraniu uczestników marszu niepodległości. W restauracji dużo młodzieńców skinopodobnych. Cztery razy słyszymy przyjazne szalom. Jeden mówi natomiast ” jak na was patrzę chce mi się rzygać”. Odpowiadam, ulżyj sobie.

Ruszam w mojej kipie w formującą się już demonstrację. Kilka przyjaznych uśmiechów. Ktoś mówi, raczej bez sympatii „Patrz Żyd”. Podchodzę do tej grupy młodzieńców i mówię „tak Żyd i co?”. „To nie jesteś ze swoimi” odpowiada młodzieniec.  „Swoi są po obu stronach” odpowiadam. „To jesteś z Michnikiem”, mówi. Michnikowi  też zawdzięczasz niepodległość, odpowiadam.

Pochód rusza powoli. Jest dużo ludzi starszych i w średnim wieku. Stroje młodych bardzo różne. Publiczność raczej mieszczańska  z wyglądu. Organizatorzy mają wyraźnie trudności sformowaniem pochodu. Paradoksalnie pomaga policja. Zaczyna spychać tłum z placu w kierunku ronda jazdy polskiej, i w tamtym kierunku udaje się pochód. Przy Pięknej, a więc z tyłu pochodu  dochodzi do  „pierwszego starcia”. Moim zdaniem od strony demonstracji kolorowej rzeczpospolitej rzucone są pierwsze race. Po drugiej stronie będzie to później interpretowane jako prowokacja antify. Jest jednak odpowiedz i race lecą w drugą stronę. Tłum zaczyna się rozwarstwiać. Większość powoli kieruje się za czołem pochodu. W tle zostają resztki chętnych do rozróby. Mają kominiarki. Stoję w grupce osób, gdzie głośno padają określenia „co za idioci”, „po co robią”.

Odłączam się od pochodu i bocznymi ulicami udaję na stronę kolorowych. Zdejmuję kipę i wyciągam bialoczerwoną flagę z orłem. Kolorowych 3-4 mniej niż narodowców. Przez megafony zapowiedz „nie oddalajcie się od pochodu policja nas chroni”. Nie widzę jednak by ktokolwiek pochód ten chciał atakować. Później okazało, że kilku chuliganów istotnie zaatakowało kolorowych z jednej z bram rzucając race.

Dzwoni do mnie znajomy. Podobno Marsz niepodległości miał zostać zdelegalizowany. Pierwsze moje wrażenie – ktoś jest nieodpowiedzialny. Na szczęście po paru minutach wiadomość zostaje zdementowana. Informacja jednak ukazała się w mediach, podobna była nawet na stronie miasta Warszawy. Trzeba sobie zdać sprawę, jak niebezpieczny był to moment. Zdelegalizowanie 15-20 tysięcznej demonstracji w trakcie jej trwania to pewna awantura. Ta pomyłka mogła się źle skończyć.  Mam nadzieję, że władze miasta ustalą, kto ją popełnił.

Marsz składa kwiaty pod pomnikiem Piłsudskiego. Powtarzane są hasła „Honor i ojczyzna”, „Część i chwała bohaterom”,”Roman Dmowski jeden z wyzwolicieli Polski”, „Silna Polska naszym celem”, „Armia Krajowa – dziękujemy Wam”, „Biało-czerwone barwy honorowe”.

Docierają do pomnika Dmowskiego. Po drodze  był atak „antyfaszystów”. Tu ma się zakończyć. Trwają końcowe wystąpienia. Owo zakończenie to może być najtrudniejszym momentem,  bo jak wielotysięczny i rozemocjonowany tłum ma się rozejść.

Prócz oficjalnych haseł, hasła improwizowane z tłumu. Zaczynają podskakiwać i krzyczą „kto nie podskakuje, ten jest z Tuskiem”. Nie podskakuję. Trudno jest powiedzieć, jaka jest dynamika tego tłumu. Nie czuć w nim jakiegoś wrogiego napięcia. Jest raczej chęć bycia razem. Łączący symbol to biało-czerwona flaga z dodatkami symbolicznymi. Jest baner z skreśloną swastyką i skreślonym sierpem i młotem. Co więcej? To wymagałoby starannej analizy.

Na obrzeżu demonstracji  widać grupy chuliganów. Atakują wóz transmisyjny ITI. Po tym podpalą go. Wrzeszczą „dziennikarze to k…”. Policja wzywa tłum do rozejścia się. Tworzy szpalery, które stanowią drogi wyjścia i wypycha tłum z placu. Przez cały dzień policja działa sprawnie i profesjonalnie.

Jest niby po wszystkim. Wiadomości TVN: bojówki narodowców napadają na spokojnych ludzi. Wszystko co widziałem przeczy wiadomościom TVN. Zupełny brak obiektywizmu i rzetelności dziennikarskiej.

Jestem wieczorem na święcie niepodległości w jednym z elitarnych warszawskich gimnazjów. Rozmawiam z grupą uczniów. Ktoś był na blokadzie. Jest dumny, bo  „zablokowaliśmy faszystów”. Mówię, że byłem tam i faszystów nie widziałem, widziałem natomiast „antyfaszystów”, a antyfaszyzm to wytwór stalinizmu. Trwa spór. Wreszcie najbardziej rezolutny okazuje się pewien młody człowiek. Widzi Pan, poucza mnie, młodzież lubi skrajności. Taka jest. Ale czy nie lepiej abyście mogli na koniec razem o wszystkim dyskutować, pytam. O to byłoby dzisiaj trudno, nie jesteśmy lepsi od polityków, mówi rezolutnie. I ma chyba rację.

Przeczytaj też:  Jak świat dorosłej polityki został młodzież.

Biało-czerwony kotylion na otrzeźwienie

Prezydent Komorowski zaapelował by 11 listopada nosić kotyliony w barwach narodowych. Mówił też o potrzebie radosnego święta niepodlegości i o nowoczesnym patriotyzmie. To wystąpienie prezydenta było potrzebne i musi sprawiać satysfakcję wszystkim, którzy uważają, że 11 listopada to nie czas polityczno-partyjne manifestacje i blokady. Urząd prezydenta skrytykować jednak należy za to, że to wszystko robi tak późno. Gdyby kotyliony były dostępne w Polsce od np.> dwóch tygodni, a obchody poprzedziły uroczyste debaty może nie musielibyśmy się zajmować zawstydzajacą konfrontacją „marszu niepodległości” z „kolorową rzeczpospolitą”.

Wystąpienie Prezydenta RP należy uznać za potrzebne i ważne, choć krótkie i pozornie mówiące o sprawach banalnych. Okazują się one jednak wcale nie tak proste, gdy jedni słowo patriotyzm negują (rzekomo tylko nacjonoliści i faszyści mieliby sie posługiwać takim słowem) a inni usiłują mu nadać jedynie narodową a nie państwową barwę, nie pomni złożonej przeszłości. Wszystko to ma za tło lekceważenie spraw kultury pamięci, nie mądrych i naiwnych haseł, że należy patrzeć w przyszłość a nie zajmować się przeszłością, że dość rzekomego ciągłego gadania o polskich klęskach itd. Po drugiej stronie jest wymachiwane historycznymi symbolami bez specjalnego namysłu, co one mają znaczyć. Po obu stronach można takie zbędne gesty wybaczyć młodzieży, znacznie trudniej wybaczać dorosłym, którzy młodzieża w ten sposób manipulują.

Należy powiedzieć, że o przyszłosci myśli się analizując przeszłość. Nowoczesność nie oznacza wcale porzucania historycznego dziedzictwa. Jeśli historyczne symbole i opowieści mają coś dla nas dzisiaj znaczyć muszą być nieustannie dyskutowane i na nowo interpretowane. Apel prezydenta Komorowskiego to właśnie znaczy. Chciałbym razem ze wszystkim przeżyć radosny dzień narodowego święta.

11 listopada 2011 tak niestety z pewnością nie będzie. Nikt tego święta z władz państwowych nie przygotował tak jak należało to zrobić. Apel jednak Prezydenta RP wymierzony jest w przyszłość i należy go zapamiętać i potraktować poważnie. Ja w każdym razie szukam kotylionu w narodowych barwach.Byłby on dobry dla wielu jako środek na otrzeźwienie zbełtanego umysłu.

Saska Kępa – Czy to nasi radni?

Saska Kępa to małe miasto, liczące 40 tys. mieszkańców. To prawda, Saska Kępa zanurzona jest w wielkiej metropolii. Nie jest więc to prowincja, gdzie się wszyscy ze wszystkimi znają. Większa i wielka polityka częściej ma tu wpływ na całkiem lokalne sprawy. To znaczy jednak by zapominać o zasadniczej idei samorządu, w którym władza może być blisko obywatela. Samorząd to podstawa społeczeństwo obywatelskiego i demokracji. Tutaj kontrola władzy, by reprezentowała interesy wyborców (a nie swoje prywatne) może mieć intensywny i niemal bezpośredni charakter. Aby jednak władzę kontrolować trzeba ją przede wszystkim znać. A z tym bywa słabo.
Mówi się, to prawda, że władza ma wychodzić do obywatela. Nas nurtuje jednak pytanie, czy obywatele przyglądają się temu, co robi władza. Mamy w redakcji „Saskiej Kępy” silne wrażenie, że w naszej dzielnicy ani władza nie wychodzi do obywatela, ani też obywatele nie znają władzy. Nader niska frekwencja wyborcza w wyborach komunalnych jest jednym z tego przejawów. Nawet ci, którzy głosowali zapominają na kogo głosowali.
Kto więc nas reprezentuje? Radni z Kępy to p.Terlecka z PIS, p.Mroz z PIS, P.Kalkow (PO), p.Rymkiewicz (PO), Marta Czerwosz (PO), Adam Kwiatkowski (PIS). I Hubert Zalewski (PO). Radna Terlecka zajmuje się rozdziałem lokali komunalnych. Radny Kwiatkowski to dzielnicowa komisja sportu.
Szczerze mówiąc na Kępie nie bardzo ich widać. Nigdy wyraziście nie prezentowali, co dla dzielnicy chcieli by zrobić, ani nie wiadomo, co takiego zrobili. Jedynie p.Mroza można by oceniać po tym, co zdziałał jako Burmistrz (nic chcemy go w tym miejscu ani chwalić ani krytykować – wymagałoby to odrębnego tekstu). Jeśli więc coś o radnych z Kępy coś wiemy, to przede wszystkim z nie pewnych plotek.
Mówią one, że poszczególni radni podwiązani są pod różne „układy” w Ratuszu na Grochowskiej. Podobno radny Kalkhoff to osoba bardzo bliska burmistrza. Nie powinno to dziwić, bo też jest z PO. Podziały partyjne mają jednak w radzie małe znaczenie. Burmistrz podobno świetnie dogaduje się z p. Terlecką z PIS-u. Ma on natomiast nie najlepsze stosunki z p.Grzegrzółką (PO), który też chciał być burmistrzem. Co by jednak o tych układach nie naplotkować, nie ma żadnego „układu”, który by służył Saskiej Kępie.
Dla niektórych bycie radnym ma być jedynie krokiem do dalszej politycznej kariery. P.Kwiatkowski kandyduje do sejmu. Burmistrz Kucharski w poprzednich wyborach też kandydował. Teraz podobno wybiera się na vicemarszałka Mazowsza. Nie mamy jednoznacznej oceny tego zjawiska. Chęć kariery jest sprawą naturalną, a zdobyte w samorządzie doświadczenie może być przydatne i wyżej. Prawdziwy jednak polityk samorządowy to w naszych oczach taki, który koncentruje się na sprawach dzielnicy i nie marzy o dalszej karierze.
Co jednak miałby robić taki idealny samorządowiec z Saskiej Kępy? Jak wyobrazić sobie naszego idealnego radnego? Przede wszystkim winien być na Saskiej Kępie widoczny, rozmawiać z ludźmi, bywać w kawiarniach. To jest możliwe, bowiem życie dzielnicy koncentruje się na Francuskiej i można tam dać się wszystkim poznać. Powinien naszym zdaniem posługiwać się Internetem i w ten również sposób komunikować się z mieszkańcami.
Przede wszystkim jednak winien działać na rzecz Kępy. Znać jej potrzeby i samemu występować z inicjatywę. Na Kępie sporo jest do roboty i nie tak trudno o ciekawe pomysły.
Dzielnica ma ogromny potencjał kulturalny, gdy chodzi o mieszkańców. Nie ma nawet co wymieniać, ilu wybitnych przedstawicielu kultury tu mieszka. Nie posiada natomiast prawie żadnego wspólnego życia kulturalnego. Na to po prostu nikt nie ma pomysłu. Nie ma mają go również nasi radni.
Saska Kępa jest też dzielnicą zabytkową. Nikt jednak nie zadbał o to, by to wyeksponować. Publikowany przez nas cykl „Szlak kulturalny Saskiej Kępy” usiłuje nadrobić te braki. Potrzebujemy jednak silniejszej świadomości, że Kępa symbolizuje to, co często najciekawsze w II RP, że tu można przywracać pamięć o lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Takiej pamięci w Warszawie wciąż jest za mało.
Na bakier jest też z bardziej banalnymi sprawami komunalnymi. Wyremontowano Francuską, ale stan bocznych ulic jest pożałowaniu godny i zawstydzający. Ale nawet na Francuskiej część lokali stoi pusta. Puste i pozaklejane witryny innych straszą. Wrażenie ratują nowe i często elegancko urządzone nowe sklepy. W którymś z miast na Sląsku widziałem, że oddano takie miejsca młodym artystom. Robili tam własne dekoracje, póki lokal nie był wynajęty. Dlaczego nie można zrobić czegoś takiego u nas?
Kępa nie posiada też samorządu. Nie może być to pełnoprawny samorząd, ale Ustawa samorządowa zezwala na organa pomocnicze. Mogła by to być bardzo żywa działalność. Taką jednak nie jest. Samorząd Mieszkańców Saskiej Kępy jest praktycznie martwy. Nikt nie usiłuje go ożywiać.
Nasi Radni, gdyby tylko zechcieli, mieliby pełne ręce roboty.

„Saska Kępa” Październik 2011 Nr 3 (3)

Nasze 90 mln, twoje 2.2 tys. Praski i saskokępski budżet

Czy znasz swoją dzielnicę? Nazwy ulic, bardziej znane albo charakterystyczne postacie, wiesz co i gdzie się kupuje? Gdzie jest poczta, fryzjer i którą restaurację najbardziej lubisz? To wszystko z pewnością wiesz.

Ale czy wiesz, jaki jest budżet twojej dzielnicy i jak się go się wydaje? Jeśli tego nie wiesz, to Twoja wiedza o własnej dzielnicy ma poważne luki.  Bynajmniej rzecz nie w tym, by zaraz dopatrywać się wszędzie jakiś nieprawidłowości.  Chodzi o to by być współgospodarzem w miejscu, gdzie się żyje, a nie tylko półświadomym tego, co wokół dzieje, mieszkańcem.

Rozpoznanie  spraw budżetu wcale nie jest aż takie łatwe. To mogłoby nas usprawiedliwiać, że tak blade mamy pojęcie, jaki jest ten budżet Saskiej Kępy i Pragi Południe. Dokument, który zawiera odpowiednie informacje to „załącznik dzielnicowy do Uchwały Budżetowej M.st Warszawy na rok 2011. Nr VI Dzielnica Praga Południe”. Każdy kto chce, może go znaleźć w internecie. Liczy 124 stron  i prawdziwą męczarnią jest próba przebrnięcia przez wszystkie punkty i tabelki. Władze dzielnicy nie przygotowały żadnej broszury, która ułatwiłaby zapoznanie  się z tym, jak Ratusz na Grochowskiej wydaje pieniądze. Spróbujmy więc sami zajrzeć do tego dokumentu.

Dzielnica Praga Płd (niektórzy chcieli by ją w całości nazywać Grochowem) ma roczny budżet  413 mln. Tyle urząd dzielnicowy wyda na nasze potrzeby. Dochody dzielnicy wynoszą 140 mln, a 279 mln to  dotacja zewnętrzna. Owa dotacja pochodzi z Ratusza na Placu Bankowym.

Praga Pł  liczy 182  tys. mieszkańców tzn, że każdego z nas przypada trochę ponad 2.2 tys PLN. Można to też sformułować inaczej – Urząd miasta ma dyspozycji od każdego z nas 2 tysiące   dwieście złotych (bo przecież pieniądze te pochodzą z naszych podatków).

Saska Kępa liczy 40 tys.tubylców. Stąd na Saską Kępę winno przypadać ok. 90 mln. Jest to oczywiście uproszczenie, ponieważ trudno wyłączyć Kępę z całości organizmu gospodarczego dzielnicy. Ponadto budżetu Saskiej Kępy nikt nie sporządza, mimo że istnieje namiastka władzy samorządowej naszej mikrodzielnicy.

Znaczącą pozycję w skali całej Pragi Południe stanowi oświata. Łącznie oświata i wychowanie to 203 mln, a więc prawie połowa wszystkich wydatków. Dla przykładu –  na szkoły podstawowe wydaje się 28 mln, na  gimnazja    29 mln, na  szkoły zawodowe 16 mln.

Ochrona zdrowia i pomoc społeczna pochłania 41  mln.  Gospodarka komunalna 84  mln, kultura 11 mln.

Urząd dzielnicy zatrudnia 292 osoby. Wynagrodzenia tej grupy osób pochłaniają 24 mln. Nie wydaje się, że jest to zbyt dużo. Jest to ok. 6% całości wydatków.

W istocie urząd dzielnicy wydaje się być jedynie biernym administratorem znacznej części budżetu.  Nie tyle dysponuje  pieniędzmi, co rozdziela je  według z góry wyznaczonego klucza.

W niektórych tylko  wypadkach ma pewną swobodę jak również może posiadać inicjatywę. Jest tak w przypadku wydatków na kulturę. Są wydatki również wydatki komunalne.

Taka oczywiście ogólnikowa wiedza o finansach nie starczy, by ocenić jak naszymi dzielnicowymi pieniedzymi się gospodaruje.  Jest jednak jasne, że Saska Kępa, jest niedofinansowana i przez ratusz na Grochowskiej lekceważona. To prawda, że wyremontowano Francuską, ale na to poszły pieniądze miejsce a nie dzielnicowe. Ośrodek kultury na Paryskiej kosztował 20 mln. To były dzielnicowe pieniądze, pytanie jednak czy trafnie wydane.

Każdy też budżet rządzi się zasadą „krótkiej kołdry”. Jeśli wyda się pieniądze na „A” , to nie będzie na „B”. Trudno być adwokatem jednej sprawy, gdy nie zna się całości. Na co więc idzie nasz 90 mln rocznie? Tym będziemy się następnych numerach „Saskiej Kępy” intensywnie zajmowali.

„Saska Kępa” Październik 2011 nr 3 (3)