Wielki Troll Putin i bitwa warszawska z jego polskimi trollami

W ostatnim tygodniu rozegrała się ważna bitwa w hybrydalnej wojnie, jaką wytoczył Putin Europie. I rozegrała się ona nie gdzie indziej, jak w Warszawie. Wojna toczy się bowiem nie tylko na Wschodzie, gdzie nasyłani są przez Moskwę terroryści. Jest to też wojna psychologiczna, której główną bronią Kremla jest kłamstwo. Ta psychologiczna wojna jest starannie zaplanowana i swoich wodzów i teoretyków. Prowadzi ją w widoczny sposób minister Ławrow. Według wysokiego oficera FSB Igora Parina, teoretyka propagandy, wojna informacyjna prowadzona ma być na wzór operacji wojskowych i jest całkiem świadomą sztuką manipulacji.
Kanał „Russia Today” jest powszechnie znany jako tuba brutalnej propagandy. Ważniejszy w dużym stopniu jest jednak internat. W całej Europie został on podminowany przez niezliczoną ilość w większości anonimowych siewców kłamstwa. Sieci społecznościowe takie jak Facebook nagle stały się pełne bzdurnych pseudoinformacji o rzekomej „Wileńskiej Republice Ludowej”, rzekomych zbrodniach popełnianych przez ukraińskich faszystów krzyżujących dzieci, rozpadającym się nie tylko ukraińskim ale i polskim państwie a także rozpadającej się na amen Europie itd. Trzeba stwierdzić, że Moskwa wydając na ten typ propagandy nie małe pieniądze wykorzystała efekt zaskoczenia. Jeszcze nikt nie korzystał z internetu w taki sposób i na taką skalę. Wiadomo było, że islamscy terroryści wykorzystują internet do takiego zmanipulowania jednostek, by uczynić z nich zamachowców. Moskwa postanowiła jednak zmanipulować z pomocą interetu całe społeczeństwa i cały kontynent.
Operacja bynajmniej nie była banalna. Nie chodzi tylko o samą masowość kłamstwa „powtarzanego tysiące razy”. Teorie pułkownika Parina idą znacznie dalej niż przestarzałe wzorce Goebelsa. Ważne jest rozpoznane słabych punktów innych społeczeństw, włączenie się w ich dyskusje tak aby wywołać myślowy chaos i podsycić wszelkiego typu konflikty. Niech węgierscy nacjonaliści chcą przywrócenia wielkich Węgier, Polacy „powrotu” Lwowa a Niemcy Prus Wschodnich. Niech Polacy myślą, że Ukraińcy to banderowcy i widzą w historii Ukrainy jedynie „rzeź wołyńską”, niech konserwatyści myślą, że Europa to geje, a lewicowcy, że na Rosję napadają Amerykanie tak samo jak na Europę. Niech w postmodernistycznym świecie panuje chaos, a Putin przyjdzie ocalić ten walący się świat swoją silną ręką. Kto nie wierzy, że można mieć taki plan winien sięgnąć do „Trzeciej teorii” Dugina duchownego inspiratora działań Kremla. Gdyby „Mein Kampf” przeczytano wcześniej i uważniej, by zobaczyć nadchodzące niebezpieczeństwo, można by uniknąć wielu tragedii, tak samo warto zapoznać się z „Trzecią teorią” i rozpoznać grozę, która kryje się za słownym i myślowym bełkotem „Trzeciej teorii”.
Działanie z zaskoczenie dało Moskwie pewne korzyści, spowodowało jednak także reakcję. Internet jest też wielkim forum wolnych ludzi. W wielu krajach powstały inicjatywy mające za zadanie pokazywanie putinowskich kłamstw a także wskazywanie ma mechanizmy ich upowszechniania przez osobników słusznie nazywanych trollami (jak ktoś jeszcze nie wie, to troll jest człekokształtnym, prymitywnym i brutalnym prymitywem z bajek ludów Północy). Jednym z takich znaczących inicjatyw stała internetowa strona „Rosyjska V kolumna”, jak sam nazwa wskazuje demaskująca działanie propapadowej agentury Kremla. Wyraźnie szeroka grupa internautów i dziennikarzy zaczęła demaskować jawnych i nie jawnych trolli. I doszło do pierwszej poważnej bitwy w wojnie hybrydalnej w polskim internecie.
Trolle jak to trolle zarzuciły Facebook tysiącem kalumnii i skarg, że to to rzekomo „Rosyjska V kolumna” nie przestrzega reguł gry. I tak zmyliły ludzi Zuckerberga w Warszawie, że „V kolumnę” zamknięto. Pewnie od razu doniosły o tym do Moskwy a pułkownik Parin triumfował i dał premię czołowym trollom. Wolni obywatele wszczeli jednak skuteczny alarm. Facebook ma być przecież narzędziem wolnych społeczeństw i demokracji. I po bardzo krótkim czasie „Rosyjską V kolumnę” przywrócono. I pamiętajcie – internet to wynalazek amerykański dla wolnych i niezależnie myślących obywateli! Trolle w internecie mogą się tylko próbować pokątnie ukrywać i smędzić. Drżyjcie putinowskie trolle! Nie ukryjecie się!

Reklamy

Konflikt na Wschodzie: jak dalece się angażować?

Pytanie zasadnicze polskiej polityki wobec konfliktu na Wschodzie brzmi: jak dalece Warszawa winna się w ten konflikt angażować? MSZ konfrontuje się z krytyką z dwóch stron – jedni mówią, że zaangażowanie to jest zbyt duże, drudzy że zbyt małe.
Polskie stanowisko, jak się wydaje, odegrało, dość dużą rolę w Brukseli w kształtowaniu europejskiej polityki, zwłaszcza w pierwszej fazie konfliktu. Z czasem jednak rola ta zmniejsza się wobec tego, że polityka EU staje się coraz bardziej wyrazista, co szczególnie odczuwalne jest w parlamencie europejskim. To, że przewodniczącym Rady Europejskiej został Donald Tusk pozwala silnie kojarzyć pozycje polskie z europejskimi.
Wydaje się, że ten sukces osiągnęła Warszawa dzięki dobrym stosunkom z Niemcami. I jest to sukces podwójny. Dzięki dobrym stosunkom z Berlinem Warszawa mogła zdobyć tak względnie duży wpływ na politykę europejską, i po drugie Berlin przejął wiele punktów polskiego stanowiska w polityce  wschodniej. Niemcy dokonały poważnej ewolucji, gdy chodzi o stanowisko wobec Rosji i Ukrainy właśnie pod wpływem Warszawy.
Natomiast za porażkę Warszawy można uznać, że nie potrafiono uzgodnić wspólnych pozycji z południowymi sąsiadami Czechami i Słowacją, a przede wszystkim Węgrami. Oznacza to, że projekt, jakim jest grupa wyszechradzka, znajduje się w  kryzysie. Wydaje się, że działania, jakie podejmowano w polityce dwustronnej z poszczególnymi rządami tego południowego sąsiedztwa, były niedostatecznie intensywne i nie podejmowano się w nich poważnych i trudniejszych rozmów. Zwraca uwagę, że Rumunia, której do V-4 nie dopuszczono zajmuje dziś pozycje znacznie bliższe Polsce niż Budapeszt, Praga czy Bratysława.
Najwięcej jak wydaje można mieć jednak zastrzeżeń, co do kształtowania przez Warszawę stosunków dwustronnych Warszawa-Kijów. Nie umiano „politycznej sympatii” zaopatrzyć w silniejsze narzędzia polityczne i gospodarcze. Ostatnia wizyta premier Kopacz w Kijowie, choć przyniosła pewien postęp to jednak nie przyniosła przełomu.
PO nie zajęło się m.in. polityką pamięci, która w stosunkach polsko-ukraińskich paradoksalne odgrywa dziś większą rolę niż w stosunkach polsko-niemieckich. Wiele dokonał w tej dziedzinie wcześniej prezydent Lecz Kaczyński nota bene narażając się części własnego elektoratu. Te zaniedbania wykorzystuje dziś Putin manipulując historią Wołynia 43. Dopiero ostatnio minister Schetyna „zahaczył” pewne newralgiczne kwestie związane z historią II wojny w relacjach polsko-ukraińsko-rosyjskich. Wywołało to irytacje Moskwy, a zarazem podbudowało pozycję ministra Schetyny zwłaszcza wobec premier Kopacz. Wątek narracji II wojny w obecnym roku, 70-tej rocznicy II wojny,  okazać się może jeszcze politycznie znaczący.
Konflikt na Wschodzie wywołuje z oczywistych względów pełną kontrowersji debatę dotyczącą polskiej polityki zagranicznej. Stawia się też pytanie, jakie znaczenie miał reset stosunków polsko-rosyjskich, jakiego w swoim czasie próbowało PO . Wydaje się, że nie wielkie. Z perspektywy dalszego rozwoju wypadków wielu zechce   traktować te próby jako krok zupełnie niepotrzebne a nawet całkowicie błędne. Można by jednak kontrargumentować, że Warszawa ulegając w jakimś stopniu ogólnoeuropejskiej polityce złudzeń, okazało się nie tyle nieudolna co elastyczna (w chwili gdy trudno było przekonać zachodnich partnerów do antyrosyjskiego kursu), co pozwoliło się zyskać więcej wiarygodności, gdy kurs wobec Rosji trzeba było zaostrzyć.
Prowadzona polityka napotyka z oczywistych względów krytykę opozycji. O zbyt dużym zaangażowaniu po stronie Ukrainy mówi SLD lub osoby do SLD zbliżone. Argument brzmi – nie należy Polski narażać na konflikt z Rosją. Byłoby to może nie pozbawione pewnej słuszności, gdyby nie fakt, że po pierwsze nawet bardzo umiarkowane zaangażowanie po stronie Kijowa (zgodne z EU-normą) naraża nas już na konflikt z Rosją, po drugie obecna polityka Putina jest tak skonstruowana, że gdyby wygrał on z Kijowem następna na celowniku może być Warszawa. Zostawienie Ukrainy samej sobie jedynie zwiększa prawdopodobieństwa stania się samemu przedmiotem rosyjskiej agresji.
SLD i jemu podobni mają też zaskakujących popleczników w krytyce polityki MSZ-etu. Są nimi niektórzy działacze ugrupowań nacjonalistycznych. Piszę „niektórzy”, ponieważ polscy nacjonaliści są w sprawie Ukrainy silnie podzieleni. Jednak część z nich głosi, że w sprawy ukraińskie nie należy się wtrącać. Uzasadnienia bywają różne od czysto pragmatycznych, do agresywnie antyukraińskich. W tym ostatnim wypadku często chodzi o manipulacje rosyjskie w polskim internecie. Jak wiadomo ugrupowania skrajnie nacjonalistyczne są w całej Europie ulubionym obiektem propagandowej manipulacji Kremla.
Środowisko PiS podkreśla przede wszystkim, że polska dyplomacja jest za mało aktywna i Polscy politycy nie zasiadają przy negocjacjach takich jak w Mińsku. Miałoby to dawać Polsce znacznie lepszą pozycję jako aktywnego podmiotu polityki międzynarodowej. Krytycy Po z PiS chcieliby, aby działać tak jak czynił to prezydent Kaczyński w Gruzji to znaczy być na pierwszej linii frontu. To on zresztą miał słusznie przewidywać agresję rosyjską, gdy tymczasem PO dokonywało „resetu” z Moskwą.
Krytykę dotyczącą zbyt słabego zaangażowania po stronie Kijowa wzmaga to, że istotnie koalicjant PO jakim jest PSL wynajduje dużo argumentów, by się nie wchodzić w konflikt z Rosji. Argumenty PSL są przede wszystkim natury gospodarczej. Angażowanie się po stronie Ukrainy ma szkodzić kontraktów z Rosją, co zresztą sprawdziło się.
Przewidywania Lecha Kaczyńskiego i tych wszystkich, jacy widzieli w Rosji narastające zagrożenie sprawdziły się. Taką rację można a nawet trzeba w imię fair play im przyznać. Można jednak wysunąć kontrargument, że w polityce liczą się tylko te przepowiednie, które mogą być narzędziem oddziaływania. Eurosceptyzm odbierał PiS możliwość by jego antyrosyjską przekuć w polityczne na działanie na arenie europejskiej, bowiem do takiej polityki trzeba znaleźć odpowiednich partnerów. PiS chce, aby PO tłumaczyło się z „resetu”. PO może odpowiedzieć, wytłumaczcie się ze swoich zachwytów nad Orbanem, który dziś jest głównym hamulcowym proukraińskiej europejskiej polityki.
Niewątpliwe jest zarazem, że poszczególne stanowiska w sprawie polityki zagranicznej motywowane są polityką wewnętrzną i nadchodzącymi wyborami. SLD chce pozyskać PRL-nostalgicznego wyborcę, który uważa, że Rosji zawsze należy ustępować. PSL myśli o sprzedawcach jabłek, który na chłopską partie mają głosować. PiS chce przypiąć PO łatkę mięczaków i skumplowania z wiecznie zbyt prorosyjską lewicą. I pewnością sami politycy PO pytają siebie, jak polityka wobec Ukrainy może wpłynąć na wynik wyborów. Schetyna staje antyrosyjski i wzmacnia swoją pozycję wewnątrz własnej partii. Dla wszystkich przyjęcie takiej czy innej postawy przy tak napiętej sytuacji międzynarodowej, może mieć nie mały wpływ na wynik wyborów.
Bardziej bezinteresowni wydają się działacze społeczni szerokiego ruchu na rzecz Ukrainy, niezależnie od tego jakie są ich polityczne czy partyjne sympatie. Zbyszek Bujak mówi „dajcie broń Ukrainie” i jak się wydaje, że  bardzo wielu działaczy społecznych podziela ten pogląd. Jeśli oceniać polską politykę zagraniczną oczami tych właśnie środowisk, to jest ona zbyt ostrożna. Polskę chętni widzieli by oni w bardziej jednolitym froncie razem z Litwą. Dyskusja trwa. Tylko nie wiadomo, ile mamy na nią czasu.