Przełomowy traktat polsko-niemiecki i jego rocznica

Ze znaczenia polsko-niemieckiego traktatu z roku 1991 zdać sobie można sprawę lepiej wtedy, gdy przypomni w jakiej sytuacji politycznej  była Polska w wieku XX i wcześniej. Określa ją najlepiej fakt rozbiorów i podwójna napaść na Polskę w roku 1939 ze strony Niemiec i Rosji. Położenie pomiędzy dwoma agresywnymi potęgami stwarzało kolosalne zagrożenie.

Rosja i po upadku komunizmu nie przestała być groźnym sąsiadem. Niemcy natomiast weszły w skład większego organizmu politycznego, jakim jest jednocząca się Europa i zasadniczo zmieniły swoją politykę. Zawarcie traktatu z Niemcami było jednym z najistotniejszych czynników otwierających Polsce drogę do Unii Europejskiej a także zabezpieczeniem przed Rosją, w której jak się okazało ambicje neoimperialne nie gasną.

Należy zwrócić uwagę, że stosunki polsko-niemieckie od wczesnego średniowiecza aż po wiek XVIII pozbawione były zasadniczych konfliktów. Dopiero Prusy za namową Moskwy stały się groźnym sąsiadem. Kulminacją wrogości i agresji stała się II wojna. Przesunięcie granic i utrata przez Niemcy terenów wschodnich zdawała się tworzyć trwałe źródło niezgody. Jeśli takie nadzieje miał Stalin, nie spełniły się one. Polacy i Niemcy umieli przezwyciężyć złą przeszłość.

W Niemczech związane to było z rozrachunkiem z okresem 1933-45. Dokonywał się w Republice Federalnej Niemiec na Zachodzie poprzez powszechną publiczną debatę. Ma ona istotne znaczenie aż do dzisiaj. Jest ona też przykładem jak trudny jest rozrachunek z totalitaryzmem i autorytarnymi rządami, jeśli zakorzenią się one w jakimś społeczeństwie. W Niemczech wschodnich okupowanych przez sowietów autentyczny rozrachunek nie był możliwy a propagandowy „antyfaszyzm” stanowić miał listek figowy dla komunistycznych rządów. Trudne problemy przeszłości podjęły się kręgi opozycyjne, z których najbardziej znaczący przyjął samą ze siebie mówiącą nazwę „Akcja Pokuty”.

Trzeba podkreślić jak wielkiego to wymagało wysiłku i że to było wynikiem intensywnej pracy wielu odważnych osób, które sprzeciwiły się powszechnym po wojnie stereotypom wrogości. Traktat był nie tylko wynikiem kalkulacji politycznej obu stron, ale także a może przede wszystkim dziełem pojednania. Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski, Stanisław Stomma, Wojciech Wieczorek, o których niezbędnie trzeba pamiętać, mówiąc o trudnej drodze do polsko-niemieckiego traktatu. Willy Brandt, Ludwik Mehlhorn, Guenther Saerchen  i wielu i innych to partnerzy tego owocnego dialogu po stronie niemieckiej.

Gdy teraz obchodzimy rocznicę tego historycznego traktatu warto dokonać refleksji nad położeniem Polski w świecie, gdy sytuacji międzynarodowa staje się tak napięta i widocznych jest tyle nowych zagrożeń.

Nimecy jest największym polskim sąsiadem. Stosunki z nimi wymagają uwagi i wiedzy. Interesy Polski i Niemiec w sprawach strategicznych są zbieżne, co nie wyklucza rozlicznych rozbieżności i konfliktów (takich jak obecnie kwestie polityki energetycznej czy uchodźców). Umiejętność ich negocjowania jest żywotną kwestią dla obu krajów a jakiekolwiek napięcia nie powinny eskalować do tego stopnia, aby naruszać strategiczne partnerstwo. Dzieło traktatu powinno być trwałe, gdyż jest to jeden z fundamentów tej europejskiej polityki, dzięki której Polska może czuć się bezpieczna.

Niemcy, Ukraina i walka o wolność z bronią w ręku

„O wolność walczy się również z bronią w ręku” – to stwierdzenie prezydenta Joachima Gaucka, mimo że w Polsce wyda się ono więcej niż oczywiste, wywołało w Niemczech burzę. Między innymi stało się powodem pełnej emocji debaty w Bundestagu. Nie po raz pierwszy ten wschodnioniemiecki pastor, związany niegdyś z opozycją i czerpiący przykłady z polskiego ruchu „solidarności” kwestionuje niemieckie stereotypy. Szalenie istotne przy tym jest to, że słowa Joachima Gaucka padły w bezpośrednim kontekście ukraińskim i konfliktu Ukrainy i Zachodu z Rosją.

Niemcy w sprawie konfliktu Ukraina-Rosja są głęboko podzielone. To ogólne stwierdzenie mówi  jednak nie wiele, a w Polsce łączy się łatwo ze stereotypem o zawsze zbyt przyjaznym Moskwie Niemcach. Dopiero przybliżenie, jak przebiegają te podziały pozwala na lepszą ocenę niemieckiego stanowiska.

Pierwsze istotne  przybliżenie daje Norbert Röttgen wiceprzewodniczący  komisji ds. polityki zagranicznej Bundestagu. Stwierdza on, że niemieckie elity polityczne, z wyjątkiem postkomunistycznej Die Linke, mają dość jednolite i jednoznacznie negatywnie stanowisko wobec polityki Putina.  Problem natomiast stanowi  znaczna część opinii publicznej, która zdaje się do 50% wykazywać aż nadmiar zrozumienia dla polityki Moskwy i wierzyć jej propagandzie dotyczącej np.: rzekomych ukraińskich faszystów. ( „Putin hat keine Zukunftsvision für Russland“ Interview mit Norbert Röttgen, Vorsitzender des Auswärtigen Ausschusses im Deutschen Bundestag. https://zeitschrift-ip.dgap.org/de/ip-die-zeitschrift/themen/putin-hat-keine-zukunftsvision-fuer-russland). Norbert Röttgen stwierdzając ów rozdźwięk dodaje, że politycy niemieccy muszą włożyć większy wysiłek w objaśnianie sytuacji niemieckiemu społeczeństwu. Joachim Gauck zdaje się w pełni podzielać pogląd Röttgena i jakby odpowiadać na jego apel.

Być może zadanie, jakie wyznacza sobie Norbert Röttgen nie będzie wcale takie łatwe. Owa niemal połowa niemieckiej opinii publicznej to nie są bynajmniej jacyś przekonani i zdecydowani zwolennicy Putina, lecz ludzie w szczególny sposób uwarunkowani niemiecką historią i sposobem myślenia ukształtowanym w ostatnich dekadach.

Istotnym czynnikiem tła jest powszechna ignorancja dotycząca  wschodniej części kontynentu, a w szczególny sposób Ukrainy. Kraj ten jako osobny naród z rozpoznawalną dla Niemców kulturą i historią właściwie nie istnieje. Kto używa cyrylicy i jest prawosławny rozpoznawany będzie najpewniej  jako Rosjanin. Ukraina wyłoniła się dla Niemców w ostatnim okresie jako nieznany ląd. To oczywiście ułatwia Moskwie szerzenie jakżeż zafałszowanego i kłamliwego obrazu.

Innym czynnikiem są niemieckie wyrzuty  sumienia związane z II wojną światową. Przyjmując sowiecką narracje w ofiarach II wojny na Wschodzie Niemcy widzą przede wszystkim Rosjan

Dalszym czynnikiem, związanym z owymi wyrzutami sumienia jest swoisty niemiecki pacyfizm, szczególnie wmówiony Niemcom na terenie byłego NRD (co związane było ze sporą dozą hopokryzji wobec daleko idącej militaryzacji społeczeństwa wschodnioniemieckiego.

Jak z tego widać debata na temat konfliktu rosyjsko-ukraińskiego dotyczy nie tylko kwestii niemieckiej polityki z zagranicznej, lecz w istocie  dotyka  istotnych kwestii niemieckiej tożsamości kształtowanej przez ostatnie pół wieku, definicji ich pozycji i odpowiedzialności za porządek międzynarodowy, a także zrozumienia idei wolności, co być może jest w całej debacie zagadnieniem centralnym.  W tle tych sporów jest też  rozkład terytorialny. Niemcy na wschodzie w byłym NRD wykazują  się znacznie większym zrozumieniem dla polityki Putina niż Niemcy na zachodzie z dawnej bońskiej Republiki Federalnej.

Spór trwa już od pewnego czasu. Choć tak wielu jest „rozumiejących Putina” stroną atakującą są ci którzy domagają się zmiany sposobu widzenia Rosji. Niemiecka prasa pełna jest artykułów, których tytuły mówią już same za siebie: „Nieobliczalna Rosja” (Michael Thumann, Unberechenbaras Russland, Die Zeit 12 Juni 2014), „Putin prowokator” (Provokateur Putin , Internationale Politik, Mai/Juni 2014) Jak Putin utracił Berlin (Andreas Rinke, Wie Putin Berlin verlor ( Internationale Politik, Mai/Juni 2014) itd.itd. Podobnie czołowe niemieckie thinktanki „Deutsche Gesellschaft fuer Internationale Politik” i „Stiftung fuer Wissenschaft und Politik”  przedstawiają w swoich analizach zasadniczą i ostrą krytykę polityki Putina i jego neoimperialnej ideologii. O pakcie na rzecz modernizacji, na czym polegać miała niemiecka polityka wobec Putina nie ma już mowy.

Bestsellerem jest książka Borisa Reitschustera, długoletniego korespondenta w Moskwie, który przyznaje się, że wiele lat temu jechał tam pełen entuzjazmu i opisuje swoje głębokie i fundamentalne rozczarowanie, dając tak czarny obraz Rosji, jak chyba nikt nie odważył się go malować po 1989 roku.

Mimo więc licznych „Putinvesteher” wydaje się, że niemiecka debata zmierza w dość określonym kierunku. Nie bez wpływu jest też pozycja polska i należy też wziąć pod uwagę, w jakim stopniu temat ukraiński jest dziś już i może być coraz intensywniej niemal głównym przedmiotem polsko-niemieckiego dialogu. Polsko-niemiecka wspólnota  poglądów w polityki wschodniej to sprawa niegatelna nie tylko dla obu krajów ale i dla całej Unii.

Niemcy, Lipsk, Kijów, polski MSZ i pewna skandaliczna decyzja

Niemcy w sprawach ukraińskich są podzielone. Widoczna jest rusofilska partia, którą nazywa się tutaj „Putin-Versteher” (rozumiejących Putina). Lipsk jest natomiast miastem, które jednoznacznie i silnie popiera Ukrainę. W właśnie w takim miejscu  i w takim momencie polski MSZ chce zamykać się Instytut Polski i to w jakimś dziwacznym ekspresowym tempie. Decyzja ta szokuje stronę niemiecką. Głos w tej sprawie zabrał już  nadburmistrz Lipska i nadburmistrz Weimaru. Jest list otwarty mieszkańców Lipska do polskiego MSZ w tej sprawie.
Instytut ma niezwykle prestiżową i widoczną siedzibę w centrum miasta z wielkimi oknami przy głównym rynku. Jest instytucją głęboko zakorzenioną w życie kulturalne miasta, w poważny sposób oddziaływuje na terenie całej |Saksonii, największego landu, graniczącego w Polską, a także Turyngii i Saksonii-Anhalt, a więc na więcej niż połowie Niemczech wschodnich. Placówka kosztuje państwo polskie nie wiele, a uzyskuje od partnerów niemieckich wielokrotnie, wielokrotnie więcej w ramach współpracy niż w to wkłada strona polska.  Decyzja jest więc z wielu względów skandaliczna. Psuje stosunki polsko-niemieckie i nie da się uzasadnić oszczędnościami, bowiem bez Instytutu w Lipsku pozyskanie podobnych środków na promocję Polski będzie niemożliwe. Ostatnia znacząca impreza Instytuty to kilkudniowa konferencja „25 lat wolnych wyborów w Polsce i pokojowej rewolucji w NRD. Czego uczy nas historia na dziś i na przyszłość?”, która miała miejsce w niezwykle ważnym i znanym w całych Niemczech „Forum Historii Współczesnej” (Zeitgeschichliches Forum), z udziałem wielu głośnych postaci niemieckiego życia publicznego.
Jest jeszcze jeden istotny czynnik. Dzisiaj dialog polsko-niemiecki w poważny sposób powiązany jest z problemami Ukrainy, czego najlepszym dowodem są ostatnie spotkanie Trójkata Weimarskiego, podczas którego był to temat zasadniczy. Po stronie polskiej są głosy krytyczne, że Niemcy są niedostatecznie proukraińskie. Tymczasem Lipsk to miasto jednoznacznie zaangażowane po stronie ukraińskiej rewolucji. Nie małą rolę odgrywa tu Instytut Polski. Jego likwidacja w tym momencie może być odczytywana, że polski MSZ jest również obojętny wobec i tego aspektu stosunków polsko-niemieckich.
A Niemcy są w sprawach ukraińskich podzielone. Wielkie dzienniki niemieckie „Frankfurter Allegeimne”, „Die Welt” a jeszcze bardziej „Sueddeustche Zeitung” są jednoznacznie proukraińskie i jednoznacznie antyputinowskie. Podobnie zachowuje się wpływowy tygodnik „Der Spiegel”, gdzie w ostatnim numerze pisze się o końcu jakichkolwiek złudzeń w sprawie Rosji.  Ambiwalentny jest już wpływowy tygodnik „Die Zeit”, a dwie państwowe kanały TV ZDF i ARD wykazują aż nadto zrozumienia dla Moskwy.  Badania opinii publiczny też wskazują, że jest pół na pół. Połowa zapytywanych to „Putin-Versteher”. Polski głos jest w tej sytuacji nie bez znaczenia. Ci którzy w Niemczech są proukraińscy wsłuchują się często intensywnie w głos Polski. Wiele prasowych korespondencji poświęconych Ukrainie pisanych jest też w Warszawie. Instytut Polski w Lipsku, choć to mała i skromna placówka, odgrywa nie małą rolę. Już przez samą swoją obecność prowokuje i wywołuje niemiecką debatę na temat polityki wschodniej w tak istotnym historycznym momencie. Strona polska we własnym interesie winna robić wszystko, aby Niemcy więcej wiedząc o Ukrainie, rozumieli zagrożenie jakie również dla nich stanowi polityka Putina, aby cień paktu Ribbentrop-Mołotow nie rzucał najmniejszego nawet cienia na stosunki polsko-niemieckie.
Dlatego niezbędnie trzeba odwołać błędną i niepotrzebną biurokratyczną decyzję naszego MSZ i należy mieć nadzieję, że minister Sikorski zrobi to jak najrychlej instruując swoich współpracowników o tym, jaką wagę on sam przywiązuje do stosunków polsko-niemiecko-ukraińskich.

UE-Rosja: Spotkanie Tusk-Merkel

Wizyta kanclerz Merkel w Warszawie, choć planowana dużo wcześniej, nie mogła wypaść w lepszym momencie. Polska i Niemcy są tymi dwoma  krajami , w ogromnej części kształtującymi dziś politykę Unii  wobec Rosji. Wizyta potwierdziła zbieżność stanowisk obu stron i w tym sensie przebiegła bez niespodzianek. Niemcy zdecydowane są też  wprowadzić drugi etap sankcji gospodarczych wobec Rosji. Wobec rozmiarów gospodarski niemieckiej oraz wymiany handlowej niemiecko-rosyjskiej działania niemieckie mogą być dla Moskwy jednym z najbardziej bolesnych.

Zbieżność poglądów w obliczu konfliktu z Rosją nie chroni przed różnicami zadań w innej wąznej sprawie, jaką jest polityka energetyczna. Polska krytykuje niemiecką stronę za zbyt silny nacisk na pakiet klimatyczny, którego pośrednio prowokuje  zwiększanie zakupów gazu w Rosji. Plany zastąpienia energetyki tradcyjnej energetyką ze źródeł odnawialnych nie postępują tak szybko, jakby pierwotnie planowano, a także nie dość szybko, by zacząć kupować z Rosji znacznie mniej gazu i ropy. Polsce zależy na utrzymaniu tradycyjnej energetyki. Wspólnym mianownikiem dla obu stron może okazać się pomysł, aby od Rosji gaz i ropę nie kupowały osobno poszczególne kraje Unii lecz by zakupy te były negocjowane z Moskwą przez Brukselę. W poważny sposób uszczupliłoby to możliwości Moskwy prowadzenie jej „polityki gazowej”.

Polska krytyka  niemieckiej polityki energetycznej odbiła się echem w niemeickich mediach. Dziennik „Sueddeutsche Zeitung” skrytykował Polaków i premiera Tuska między innymi za to, że kryzys w stosunkach z Rosją usiłuje wykorzystać do jednostronnego przeforsowania włąsnych planów. Mimo, że to krytyka trudno nie docenić faktu, jak bardzo wzrosła pozycja Warszawy, skoro niemieckie dziennikarz uważa, że z jej postawą trzebasię jednak liczyć. Zarazem „SD” chwali niemieckie plany. Inne spojrzenie ma jednak dziennik „Die Welt”. Nie odnosi się on do polskiej krytyki, ale wskazuje jak dalece Rosjanie przenikneli na wewnętrzny niemiecki rynek energetyczny i wyraża tym silne zaniepokojenie.

Holocaust w świadomości Niemców i Polaków

Stwierdzenie, że pamięć o przeszłości uwarunkowana  jest historycznie i społecznie, graniczy niemal z banałem. To jak społeczeństwa zapamiętują dane wydarzenia historyczne i historyczne tragedie, zależy silnie od polityki, interesów,  tradycji, autosterotypów. Być może jedynie upływ czasu przywraca trochę obiektywności w spojrzeniu na historię, choć należy się obawiać, że największe tragedie i dosłowność cierpienia zostaje zapomniana.

O tej dwuznaczności pamięci historycznej wiemy niby dobrze. Zarazem jednak wciąż popełniamy ten sam błąd, że faktu tego nie uwzględniamy. Jednego z najbardziej uderzających przykładów, jak w różny sposób tragedia może być zapamiętywana (resp.zapominana) dostarcza porównanie pamięci o Holocauście w Niemieczech i w Polsce.

Holocaust z perspektywy sprawcy

Jak trudny i długi był proces przyjmowania do wiadomości, czym był Holocaust, wiemy dzisiaj coraz lepiej. Na początku lat 50-tych z trudnościami przegłosować można było w Bundestagu odszkodowania dla Izraela. Na dobrą sprawę dopiero proces Eichmanna otworzył Niemcom szerzej oczy na to, czym były deportacje i masowa zagłada europejskich Zydów. I dopiero gdzieś po 1968 roku świadomość apokaliptycznych faktów stała się powszechna i nie można im było dalej publicznie zaprzeczać. Pokolenie „sprawców” nie dokonało w Niemczech nigdy samodzielnego rachunku sumienia. Dopiero pokolenie ich dzieci procesy wymusiło, niekiedy biorąc świadomość winy na siebie, co zaostrzało silnie konflikty pokoleniowo. W latach 70-tych i 80-tych pamięć o Holocauście stała się podstawowym składnikiem rozwiniętej niemieckiej kultury pamięci, wyznaczając też w wielu punktach reguły poprawności politycznej, której poddać się musiał każdy, kto chciał być obecny w życiu publicznym. Tak proces ten przebiegał w Niemczech i w żadnym wypadku nie jest procesem zakończonym.

Niezależnie jak trudny i długi był proces narastania pamięci o Zagładzie, należy zwrócić uwagę, że do przede wszystkim dzięki niemu, zdobywają Niemcy świadomość o licznych zbrodniach dokonanych w ich imieniu przez nazistów. W latach 50-tych Niemcy czują się często również ofiarą wojny, a to co działo się podczas wojny usprawiedliwiane jest ogólnym jej okrucieństwem. Dopiero niezwykłość dokonanej zbrodni czyni wyłom w tej niemal wszechobecnej obronnej postawie i toruje drogę do szerszej refleksji nad zbrodniczym charakterem totalitarnego ruchu, jakim był nazizm, wreszcie prowokuje autokrytyczną refleksję nad niemiecką historią i niemieckim charakterem narodowym. Dzieje się tak, ponieważ Holocaustowi nie tylko nie można było w żaden sposób zaprzeczyć, ale również dlatego, że przekraczał on wszelką miarę „zwykle” popełnianych zbrodni. Przekroczenie tej miary prowokowało wyobraźnie, wzbudzało emocje i ostatecznie nie pozwalało zapomnieć, tak nieustannie próbuje się zapominać się o innych bardziej „zwyczajnych” zbrodniach. W tym też sensie inne ofiary nazizmu mają wiele do zawdzięczenia pamięci o Holocauście, bowiem torowała ona i toruje ona nadal drogę do refleksji nad wieloma innymi zbrodniami i pozwala o nich nie zapominać. Trzeba jednak również powiedzieć, że w tym punkcie proces kształtowania się historycznej pamięci w Niemczech nie był i nie jest jednoznaczny. Silna i zrozumiała koncentracja na Holocauście pozwalała też niekiedy umniejszać, czy też pozostawiać w cieniu inne zbrodnie nazistów.  Znaczenie innych złych czynów bladło w porównaniu z tym jednym, tak potwornym i niezwykłym. Swiadomość tego, czym była wojna dla Polski narastała w Niemczech znacznie, znacznie wolniej i najprawdopodoniej wciąż jest nader ograniczona, mimo wszelkich wysiłków. Swiadome wymordowanie (trzeba oczywiście zaznaczyć że na spółkę ze Stalinem) około 40% polskiej inteligencji, elity narodu (w tym również wielu Zydów) pozostaje w Niemczech dotychczas faktem nie dostatecznie znanym. Fakt ten nie budzi w Niemczech szerszej refleksji i namysłu nad wieloma elementami kultury niemieckiej składającej się na stosunek do wschodnich sąsiadów. Antysemityzm poddany został w Niemczech za sprawą Holocaustu autokrytycznej wiwisekcji i niemiecka opinia publiczna gotowa jest szeroko akceptować nawet tak krytyczny osąd historii niemieckiej, jaki zawarty jest w znanej książce Goldhagena. Nad antyslawizmem i jego zródłami nie prowadzono nigdy w Niemczech szerszej refleksji. Zbrodni dokonywanych w Europie wschodniej, na które naziści nie pozwalali sobie w takim stopniu na Zachodzie, prawie nigdy nie wiązano z tłem, jakim był stosunek Niemców do wschodnich „słowiańskich” sąsiadów. Pamięć o Holocauście torowała więc i toruje w Niemczech nieustannie drogę szalenie poważnej refleksji i autoreflesji historycznej, zarazem wskazać można na niedomogi tej refleksji, gdy dokonuje się uproszczeń i ogranicza się w jakimś stopniu pamięć o zbrodniach wojny dokonanych przez nazistów do samego tylko Holocaustu.

Pisząc o niemieckim stosunku do Holocaustu i porównując go W krajach zdominowanych przez sowietów milczenie o holocauście miało inne motywy. Po pierwsze jego tłem był antysemityzm samego Stalina, sowieckiej kompartii jak komunistycznego aparatu władzy zdominowanej przez sowietów europie wschodniej. Ten antysemityzm nie sprzyjał oczywiście podkreślaniu wyjątkowości zbrodni popełnianej na Zydach. Był też drugi ważny powód milczenia. Pamięć o wojnie miała być w bloku wschodnim heroiczna. Komuniści chcieli czcić swoją walkę (w Rosji był to kult wojny ojczyźnianej), co najwyżej prezentować można było jako bohaterskie ofiary członków komunistycznego ruchu oporu. Tragedia Zydow nie  pasowała do tego obrazu.

Oczywiście niemieckie pytania były szczególnego rodzaju. Między brakiem pomocy dla prześladowanego, a udziałem w zbrodni istnieje zasadnicza różnica. Niemieckie pytanie brzmiało – na czym polegał mój udział. Pytanie to nabrało niemal traumatycznego charakteru dla młodszego pokolenia

Niemieckiego przypadku, gdy chodzi o pamięć o Holocauście, nie należy izolować od szerszych procesów w całym świecie. Aby przyjąć do wiadomości, czym była zagłada Zydów, cały świat potrzebował pewnego czasu. Holocaust długo gubił się w długim rejestrze nazistowskich zbrodni. Pytanie, czy Europejskim Zydom, w tak bezprzykładny sposób prześladowanym, nie można było skuteczniej pomagać, skierować można było do wielu i do dzisiaj wzbudza ono dyskusje i pobudzać może do wyrzutów sumienia. Również motywy tej jednej z największych, o ile nie największej w swojej perfidii, zbrodni ludzkości, pozostają nie końca wyjaśnione i najprawdopodobniej takimi pozostaną. Czy głównych przyczyn Holocaustu szukać należy w planach samego Hitlera i zbrodniczej dynamice ruchu nazistowskiego,  czy też Holocaustu nie trzeba objaśniać przede wszystkim szerokim tłem rozpowszechnionego  w całej Europie antysemityzmu – odpowiedzi zawarte między tymi skrajnymi hipotezami dawano różne i z różnymi intencjami. Dyskusja na ten temat pewnie się nie zakończy się nigdy i będzie towarzyszyć każdej poważniejszej refleksji nad kulturą starego kontynentu.

Holacaust z perspektywy świadka

W Polsce proces kształtowania pamięci o Holocauście przebiega ze zrozumiałych przyczyn całkowicie odmiennie w porównaniu z Niemcami. Podstawowy wpływ na to miała polityczna sytuacja Polski po II wojnie światowej i całkowita niemal, przynajmniej do 1956 roku, dominacja sowiecka, która ustała dopiero po roku 1989. Dlatego też w polskim przypadku, należy starannie rozróżniać pamięć oficjalną od nieoficjalnej, gdy chodzi o jej kształtowanie się w okresie 1945-1989.

Polskie społeczeństwo, tak jak państwo polskie padło ofiarą, dwóch zbrodniarzy – Hitlera i Stalina, czego szczególnym wyrazem był zawarty w  1939 roku pakt między dwoma tyranami. Zbrodni na społeczeństwie polskim dokonywał nie tylko naziztowski i sowiecki okupant. Po roku 1945 władzę w Polsce dzierżyli natomiast zausznicy sowietów i argumentem dla ich władzy miała być jednoznacznie antyniemiecka orientacja polskiego społeczeństwa. W tej sytuacji w komunistyczne władze nigdy nie chciały specjalnie odróżniać między zbrodniami na Polakach i Zydach. Ponad  3 miliony polskich Zydów, jacy padli ofiarą Holocaustu, ukrytych było w oficjalnych i nagłaśnianych statystykach 6 milionów obywateli polskich (mówiło się jednak zawsze w skrócie o Polakach), jacy zgineli podczas wojny. Akcentowanie zbrodni na Zydach komplikowałoby propagandowy obraz wojny i nie pozwalałoby na uzyskanie efektu jednowymiarowej antyniemieckości, tym bardziej, że ta antyniemieckość miała ukrywać też zbrodnie dokonane na Polakach przez Stalina.

Jeśli los Zydów podczas wojny staje się w pierwszym okresie komunistycznej władzy przedmiotem szczególnej refleksji, to jedynie pod bardzo ograniczonym kątem. We wczesnych latach 50-tych, a więc gdy trwa jeszcze pełnia stalinowskiej nocy nad Polską, postawiony zostaje w Warszawie pomnik bohaterów powstania w Gettcie. Rzeżba na pomniku do dzisiaj jest symbolem bohaterskiego zrywu społeczności żydowskiej. Należy jednak zwrócić uwagę, że w ten sposób podkreślono przede wszystkim heroiczny charakter oporu, kwestia cierpienia zaś schodziła na drugi plan. Zydzi stawali się, gdy chodzi o ich los, nader podobni do Polaków. Powstanie Zydów miało miejsce w 1943 roku, polskie powstanie w Warszawie tylko o rok później w roku 1944. Wielu Niemcom dotychczas mylą się te dwa powstania i swiadectwa oporu. Obraz heroizmu, który dominował nad obrazem cierpienia, nie sprzyjał w oczywisty sposób lepszemu uświadamianiu sobie szczególnego losu społeczności żydowskiej.

Dochodził tego jeszcze inne istotne czynnniki. Pielęgnowanie pamięci o polskiej martyrologii było, gdy chodzi o nieoficjalnie pamięć historycznym, szalenie istotne dla kształtowania się ducha oporu wobec dominacji sowieckiej. Zbrodnie stalinowskie, takie jak Katyń, były objęte całkowitym tabu, a pielęgnowanie pamięci o nich było istotnym czynnikiem zachowywania poczucia niezależności. Polacy czuli się szczególnie perwersyjnie doświadczoną ofiarą wojny, poprzez nie tylko zbrodnie Hitlera i Stalina, ale również poprzez utratę suwerenności własnego państwa, mimo formalnej przynależności do obozy zwycięzców i bycie aliantem Francji, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Rosji.  Polskie cierpienie było legitymacji racji moralnej, by utraconą suwerenność odzyskać. Koncentrowano się więc na własnym cierpieniu. Podkreślanie cierpienia Zydów, cierpienia jeszcze większego i jeszcze boleśniejszego, mogło i z pewnością zdawało się wielu, niemal podświadomie, relatywizowaniem polskiej ofiary. Ten swoisty przykład konkurencji ofiar – a znamy więcej takich przykładów – nie sprzyjał w Polsce kształtowaniu się świadomości tego czym był  Holocauście. Polacy, gdy chodzi o rozpowszechnioną świadomość, cierpieli tak jak Zydzi, jeśli zaś różnica losów budziła czyjąś reflekcję „byli drudzy w kolejce do gazu”.

Innym czynnikiem hamującym kształtowanie się świadmości Holocaustu i pamięci o nim był antysemityzm. I w tym wypadku należy zachować świadomość potrzeby starannych rozróżnień, na które nie ma tu niestety dojść miejsca. Antysemityzm był z całą pewnością ważnym narzędziem sowieckiej władzy, nie tylko w tym sensie, że również zydzi padali ofiarą sowietów, ale przede wszystkim w tym sensie, że władza sowiecka w perwersyjny sposób odwoływała się, korzystała i manipulowała w nader zręczny sposób tradycyjnym antysemityzmem. Przeciwnicy komunizmu w bezpośrednio powojennej Polsce oskarżani byli pauschal o antysemityzm, co miało pomagac ich  kompromitowaniu. Zarazem w warunkach cenzury i ograniczeniu swobód obywatelskich niemożliwy był jakikolwiek otwarty spór i autentyczna krytyka zjawiska antysemityzmu. Znaczna część społeczeństwa zamykała się więc obronnej postawie: „nie jestem antysemitą, o co się mnie oskarża” i owa obronna postawa zastępowała refleksję nad najrozmaistszymi przejawami antysemityzmu. Nader głupi stereotyp „zydokomuny” nie był dyskutowany, a jeśli ktoś publicznie miał mu prawo zaprzeczyć to jedynie przedstawiciele komunistycznej władzy. Paradoksalnie z czasem, w latach 60-tych i 70-tych, przestali oni nawet owemu już tak prymitywnemu stereotypowi zaprzeczać, a nawet zaczeli go potwierdzac. Część przestawicieli komunistycznej władzy, chcąc mieć legitymację narodową, świadomie dążyła do wywarcia wrażenia, że pragnie się „żydokomuny” pozbyć. Gdy antyniemiecki argument coraz bardziej tracił na znaczeniu, jako legitymacja komunistycznej władzy, coraz bardziej najrozmaitsze odłamy komunistycznej władzy starały się korzystac z najrozmaistszych kompleksów polskiego społeczeństwa. Tak jak w latach 40-tych i 50-tych szantażowano przeciwników komunistycznej władzy zarzutem antysemityzmu (co niestety nie oznacza, że niektórzy z nich istotnie nie byli antysemitami), tak w latach 60-tych i 70-tych władze wmawiały społeczeństwu, że cały świat oskarża Polaków o antysemityzm i przed tym zarzutem trzeba się wspólnie bronić.

Nagromadzenie całkowitego pomieszania pojęć i groznej w skutkach głupoty, jaki było z tym związane,  nie mogło napotkać prawie żadnego oporu otwartym dialogu publicznym, niemal całkowicie kontrolowanym przez niedemokratyczne władze.  W oczywisty sposób kształtowanie się w tej sytuacji świadmości tego, czym Holocaust, było szalenie utrudnione. Oficjalnie zatwierdzane podręczniki historii nie zawierały do roku 1989 żadnego wyrazistego nauczania o holocauście.

Oczywiście, tak jak w niemieckim przypadku, to co socjologizujący historyk przypisuje świadomości zbiorowej,  trudno uogólniać w ten sposób by utracić z pola widzenia całe zróżnicowanie ludzkich postaw. Dobrym przykładem tego zróżnicowania i krytycznej reflesji może być wczesny wiersz Czesława Miłosza „Biedny chrześcijanin patrzy na Getto”, w którym Holocaust odmalowany jest z punktu widzenia biernego ale ponoszącego winę świadka straszliwej zbrodni. Jeśli wziąść jak wielką rolę odegrała poezja Miłosza w Polsce powojennej, przykład ten potraktować można jako znaczący.

Antysemicka kampania wewnątrz PZPR w roku 1968, w skutek swoitych rozmiarów i strat, jakie przynosiła dobremu imieniu Polski, prowokowała też refleksję na temat stosunku Polaków i Zydów. Niezależnie myślący intelektualiści nie zawsze mogąc otwarcie i skutecznie sprzeciwić się tej kampanii, zaczeli podkreślac rolę pomocy wielu Polaków dla Zydów podczas wojny, jak czynił to w wielu publikacjach Władysław Bartoszewski. W ten sposób w pośredni sposób uzmysławialioni  różnicę losów, a tym samym znaczenie Holocaustu i znaczenie odpowiedzialności moralnej za pamięć o nim. Wymagało wielkiej odwagi cywilnej by tak jak Jan Józef Lipski otwarcie potępić objawy antysemityzmu nie tylko władzy ale i wewnętrz społeczeństwa.

Po roku 1989, wraz z odzyskaniem przez Polskę suwerenności, możliwa stała się otwarta publiczna debata. Przypomnienie Holocaustu i rola pamięci o Holocauście zaczeła przybierać na znaczeniu. Bez osłonek ujawniła się cała gama postaw, tym razem jednak możliwa jest również

Wielka debata dotycząca zbrodni w Jedwabnym, porównywalna z niemieckim sporem historyków, gdy chodzi o jej znaczenie dla świadomości zbiorowej, uzmysłowiła wielu Polakom, jak skomplikowane jest pytanie o Holocaust i jak dalece ważne jest ono dla całej kultury europejskiej.

Dla polskiej opinii publicznej głównym zadaniem jest więc zrozumienie, że rola nawet biernego świadka tragedii nie jest tak zupełnie niewinna, jak mogłoby się wydawać. Potrzebne jest przezwyciężenie dość rozpowszechnionej postawy obronnej i pełne uświadomienie sobie, że pamięć o własnym cierpieniu nie powinna konkurować z pamięcią o cierpieniu innych, a z całą pewnością nie konkuruje z pamięcią o straszliwym, zbiorowym cierpieniu ofiar Holocaustu.

W kontekście  niemieckim pamięć o Holocauście winna otwierać, a nie zamykać refleksję na okresem 1933-45. Niemcy winni być swiadomi, że kształtowanie ich szczególnej pamięci historycznej, nie ma  celu naznaczanie się stygmatem wiecznej winy, ale ma uniwersalne znaczenie i jest ważnym czynnikiem kształtownia się nowej europejskiej świadomości.

Z pewnością jednak, tak jak i w Niemczech proces kształtowania pamięci o Holocauście nie jest zakończony. Z jednej strony polski i niemiecki kontekst różnią się między sobą w bardzo istotny i zasadniczy sposób, z drugiej jednak zarówno upływ czasu jak potrzeba kształtowania europejskiej świadomości historycznej sprzyja i wymusza wspólną refleksję nad Holocaustem, jako symbolem ciemnych mocy tkwiących w człowieku i stałym zagrożeniu dla cywilizowanego społeczeństwa. Reflesja nad holocaustem otwierać winna drogę do refleksji nad wszelkiego typu ludobójstwem i masowymi zbrodniami, jakie miały miejsce w historii i wciąż są dokonywane.

Niemcy i stosunki z Polską w dobie europejskiego kryzysu

W Niemczech słowo kryzys, zwłaszcza w zestawieniu ze słowem gospodarczy, wywoływałoby  jeszcze kilkanaście lat temu nastrój paniki. Skojarzenia z „wielkim kryzysem”, związanym z nim dojściem Hitlera do władzy i w konsekwencji „niemiecką katastrofą” były wciąż żywe. Niemcy byli wciąż jeszcze niepewni siebie. Euforia związana ze zjednoczeniem nie zdolna była przegnać od razu  demonów przeszłości, których Niemcy traumatycznie niemal się lękali. Dzisiejsze podejście do kryzysu finansowego i gospodarczego jest już w Niemczech nader pragmatyczne. Na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wiele się zmieniło bowiem w niemieckim myśleniu politycznym i nastrojach.

————————————————-

Spis treści:
Od euforii do pragmatyzmu.. 1    Opiekuńcza kanclerz Merkel 3 Stosunki z Polską i nierównoboczny trójkąt 5 Bezpieczeństwo, Rosja, energetyka. 6                         [artykuł opublikowany w: Sprawy Międzynarodowe, lipiec-wrzesień 2012]

————————————————-

Od euforii do pragmatyzmu

Politykę niemiecką na co dzień dyktuje przede wszystkim Angela Merkel. W opinii przeciętnego Niemca przesłanie pani Kanclerz brzmi „za spokój trzeba płacić” i większość Niemców wybiera spokój. [1] Aby jednak ocenić właściwie tą sytuację trzeba cofnąć się nieco w czasie.

Euforii  zjednoczenia towarzyszył  w Niemczech  euro optymizm (co było też zjawiskiem powszechniejszym niż tylko niemieckim). Przesłanie kanclerza Kohla dla całej Europy brzmiało:  zjednoczone Niemcy będą nie mniej proeuropejskie niż stara bońska Bundesrepublika, a Unijna Europa będzie miała przed sobą wielką karierę.  Prowadzić do  tego miała m.in. nowa wspólna waluta euro, której projekt właśnie wówczas przedstawiono i którego Kohl był orędownikiem.  Niebezpieczeństwo odrodzenia się „(zbyt) wielkich Niemiec” była troską nie tylko ich sąsiadów, ale również samych Niemców. Od lat sześćdziesiątych niemieccy historycy, publicyści i politycy powtarzali jak polityczną mantrę: „Niemcy były za małe, aby dominować na kontynencie, ale za duże aby ze swoimi mniejszymi sąsiadami umieć partnersko  współpracować”, a położone w samym centrum kontynentu, mają tych sąsiadów tak wielu.  To miała być przyczyna wszystkich nieszczęść. Teza ta dotyczyła Niemiec od końca XIX wieku aż po III Rzeszę, a nie znacznie mniejszej Republiki Federalnej na Zachodzie, wielkości prawie w sam raz na sojusz  z Francją. Perspektywa zjednoczenia Niemiec, kazała jednak myśleć, jaki wniosek mają wyprowadzić Niemcy z gorzkiej lekcji historii, jaką otrzymali.  Przed rokiem 1989 były to tylko rozważania teoretyczne. Rozpad bloku sowieckiego i nadspodziewane szybkie zjednoczenie Niemiec przywracało dawny dylemat polityki niemieckiej „za duzi czy za mali” i tym razem należało dać praktyczną, a nie tylko teoretyczną odpowiedz. Politycy niemieccy bali się, że przywrócenie większych i  zbyt potężnych Niemiec, prowokować będzie, jak dawniej, tworzenie się antyniemieckiej koalicji wszystkich ich o wiele słabszych sąsiadów.

Problem ten udało się Republice berlińskiej (a już nie bońskiej) rozwiązać dzięki rozszerzeniu Unii Europejskiej. Rozszerzenie Unii Europejskiej było w istocie konieczne dla utrzymania wewnątrzunijnej równowagi. W większej i poszerzonej Unii Niemcy stawały się proporcjonalnie mniejsze. Otoczenie Niemiec przyjaznymi ze wszystkich stron sąsiadami, jest dla Niemiec najbardziej stabilną sytuacją. Owa przyjaźń jest też formą kontroli nad Niemcami. Dzięki temu nie ma się, co obawiać Niemiec, które nie chcą ale i nie mogą być zbyt samodzielne. Należy zauważyć, że uzyskanie takiej stabilnej sytuacji Niemcom potrzebne były dobre stosunki z Polską, która jest ich największym sąsiadem na Wschodzie.

Euforia zjednoczeniowa miała jednak swój kres, co łączyło się też końcem czasów eurooptyzmizmu. Już przed rokiem 2000 widoczne było, że  EU nie będzie superstar, jak wcześniej zapowiadano. W samych Niemczech zmierzch optymizmu związany był nie tylko z ogólnoeuropejskimi ale też  z dwoma wewnątrzniemieckimi czynnikami – narastającymi trudnościami z transformacją NRD oraz z koniecznością przebudowy „opiekuńczego państwa dobrobytu” wspaniałego wspólnego dzieła zarówno niemieckiej chadecji jak i socjaldemokracji okresu republiki bońskiej.

Nastroje stały się w Niemczech z euforycznych raczej minorowe. Niemcy sprawiali wrażenie, jakby niczego dobrego nie mogli się spodziewać i zastanawiali przede wszystkim nad tym, by w przyszłości nie było im gorzej i by nie utracić tego, co w przeszłości uzyskali. Politycy dyskutowali nieustannie o potrzebie reform, których kosztów jednak powszechnie się obawiano.

Na reformy zdecydował się jednak kanclerz Schroeder. I okazały się one w jakimś stopniu skuteczne. Obniżono koszty pracy, zaczęto oszczędzać na pomocy dla bezrobotnych. W szczególności tzw Harz IV ograniczał w dużym stopniu dawne dwuznaczne  przywileje  socjalne.  Związano podwyżki płac ze wzrostem wydajności pracy, co było możliwe dzięki rozbudowanemi systemowi rozmów taryfowych między pracodawcami, związkami zawodowymi i rządem.

Niemcy gospodarczo stały się sprawniejsze i bardziej konkurencyjne. Ten sukces miał jednak skutki uboczne, jakim były poważne przemiany w niemieckim systemie partyjnym. Ducha gospodarczego liberalizmu, co połączone było z częściowym demontażem państwa opiekuńczego, wprowadzał socjaldemokrata. Był to szczęśliwa konstelacja dla reform (bowiem chadecy nie przeciwstawiali się tym reformom), nieszczęśliwa jednak dla samej socjaldemokracji. Schroeder zostawił gospodarkę niemiecką w znacznie lepszym stanie niż partię polityczną, której przewodził. Secesji dokonał bardziej lewicowo nastwiony i ambitny viceszef SPD Oscar Lafotaine i na lewo od SPD wyrosła bardziej lewicowa formacja, wywodząca się z postkomunistycznej PDS, która jednak rozprzestrzeniła się na całe Niemcy przemianowując się na Die Linke (Lewicę). I ostatecznie, po okresie współrządzenia z CDU,   SPD przegrała z kretesem wybory z jednym z najniższych wyników wyborczych w swojej powojennych dziejach.

Reformy Schroedera choć w szerokim zakresie skuteczne, nie wyczerpały bynajmniej potrzeby dalszych kroków reformatorskich. Zjawił się jednak czynnik, który pozwolił zapomnieć Niemcom o ich kłopotach wewnętrznych a nawet doprowadził do pewnej poprawy samopoczucia.

Opiekuńcza kanclerz Merkel

Światowy kryzys zaczął odwracać w jakimś stopniu  uwagę Niemców od kłopotów wewnętrznych. Wiadomo, że w naturze ludzkiej, leży to, że nic lepiej nie poprawia samopoczucia niż kłopoty bliźnich. Mimo wszystko Niemcy wypadały znacznie lepiej od innych sąsiadów.

Na tle skłonnego do spektakularnych wystąpień Sarkozego, Merkel wypadała jako polityk znacznie poważniej.  Początek jej rządów przypadł też na schyłek rządów Tony Blair’a, którego gwiazda wielkiego europejskiego polityka powoli gasła. Angela Merkel znalazła się w naturalnej pozycji przywódcy Unii Europejskiej. Wraz ze względną poprawą kondycji gospodarki niemieckiej oraz rosnącą pozycją międzynarodową  niemieckiej pani kanclerz społeczeństwo niemieckie mogło  być usatysfakcjonowane. Przestano też obawiać się, tak jak dawniej, zjednoczonych Niemiec (to znaczy również mniej wypominano Niemcom ich nie sławną przeszłość) . Można też było choć trochę zapomnieć o wciąż obecnych kłopotach, jakim było potrzeba dalszych reform oraz kulejąca wciąż transformacja Niemiec wschodnich.

Angela Merkel wygrała następne, kolejne wybory i w tym momencie pojawił się światowy kryzys. Najpierw był on finansowy i amerykański, wkrótce jednak okazało się, że jest gospodarczy  i jak najbardziej europejski.

Recepta niemiecka na kryzys od samego początku była wyrazista. Skoro u źródeł kryzysu leży zadłużenie, trzeba oszczędzać. Krytykowali to ci wszyscy, którzy uważali, że  dużo lepszą receptą na zadłużenie ma być  wzrost gospodarczy. Nie jest tu miejsce, by wchodzić nawet trochę bliżej w zawiłości tego sporu. Ważne dla tych rozważań jest to, którego rozwiązania kanclerz Merkel stała się gorącym adwokatem. Krytyka jaką spotykała za to Niemcy związana była jeszcze z jednym czynnikiem – ich względnym sukcesem gospodarczym ostatnich lat. Niemiecka gospodarka opiera się na eksporcie (dopiero nie dawno Niemcy straciły w tej dziedzinie pozycję światowego lidera na rzecz Chin) a obniżenie kosztów i zwiększenie wydajności pracy tym bardziej ułatwiło sytuację niemieckich eksporterów.    Wymyślili walutę, którą pożyczają innym – argumentowano –   aby tamci mogli u nich więcej kupować. Zniesienie barier istniejących dawniej dzięki odmiennym walutom zwiększało jedynie zależność mniej od niemieckiej konkurencyjnych gospodarek. Sami więc Grecy, a także ich obrońcy mogli dzięki takim wywodom stwierdzać, że   to Niemcy winni są kryzysu. [2]  Nieco złośliwie i w uproszczeniu można też było powiedzieć, że udzielając pomocy dłużnikom, zwracają jedynie to, co na nich przed tym zarobili.  Oczywiście Niemcy przeciwko takim zarzutom energicznie się bronili i bronią nadal. [3]  Hasło oszczędzać („sparen”) bliskie jest niemieckiej mentalności i  opinia publiczna nad Łabą i Renem, po pewnych wahaniach, uwierzyła, że postawa Angeli Merkel jest słuszna.

CDU przegrywa co prawda kolejne wybory landowe, co w innej sytuacji winno przyczyniać się do gwałtowanego spadku popularności Angeli Merkel i zachwianiu jej przywódczej roli w partii. Tak jednak się nie dzieje. Merkel i opinia publiczna czyni ostatecznie winnymi landowych przywódców. Pozycja Merkel pozostaje w CDU nie zachwiana a nawet się wzmacnia, odpadają bowiem jej kolejni potencjalni wewnątrzpartyjni konkurenci.

Kryzys i konieczność płacenia mogłaby też łatwo wywołać falę populizmu. Mogło by się tak dziać, bowiem czytelny system partyjny w Niemczech kolokwialnie mówiąc „rozlazł się”. Na centralnej scenie politycznej jest już w Niemczech obecnie aż siedem ugrupowań (a więc więcej niż w polskim sejmie) wraz z dość egzotyczną (choć odnotowującą 10% poparcie) partią piratów. Spektakularna kariera tej partii, której naczelnym hasłem jest „jeszcze nie mamy własnego zdania, ale wszystkiego się o nas możesz dowiedzieć”, związana jest być może z kryzysem na poza SPD-owskiej lewicy, w szeregach Die Linke gdzie wyraźnie dochodzi do podziału na „wschodniaków” i „zachodniaków”  [4].  Powodem może być też wyraźne starzenie się Zielonych, kiedyś znajdujących wyborców wśród młodszego pokolenia, gdy tymczasem dzisiaj owi najmłodsi szukają nowych idoli. A jednak populizm nie staje się metodą walki politycznej (nie płaćmy długów innych, mamy dość własnych kłopotów by nie pomagać innym). [5]

Szeroko rozumiane polityczne elity zdają się rozumieć, że sytuacja jest poważna i tym razem Niemcy mają wiele do stracenia. I w tej sytuacji opinia publiczna upatruje w Angeli  Merkel niemal  opatrznościowego przywódcę , który w trudnych czasach kryzysu potrafi sterować państwową nawą. Formuła Angeli Merkel – jej przesłanie do społeczeństwa niemieckiego – płacąc za kryzys kupujemy sobie bezpieczeństwo  zdaje się więc dobrze funkcjonować. Niemcy godzą się płacić ale też wiele otrzymują w zamian.

Trzeba też koniecznie dodać, że Angela Merkel zyskała w ostatnim czasie ważnego politycznego partnera, którego wpływ na nastroje w Niemczech okazać się może wcale nie mały i to w sposób, który polityce pani kanclerz będzie sprzyjać. Jest nim nowo wybrany prezydent Joachim Gauck. Być może najlepiej wyraża on  zmianę nastrojów, która pozwala Niemcom wobec gospodarczego kryzysu na ową pragmatyczną i pozbawioną elementów paniki postawę.  Mówi on  o dumie bycia Niemcem,  co wiążę dla niego z „radością i pewną wdzięcznością”, że polityka niemiecka  potrafi być  dzisiaj „grą fair”[6]. Jak wiadomo jest to polityk, który nie zapomina o trudnej niemieckiej przeszłości, niewątpliwie jednak prezentuje on nowo zdobytą pewność siebie Niemców, że potrafią dochować wierności wartościom demokratycznego i otwartego społeczeństwa. W czasie, gdy świat może zawalić się na głowę jest to w gruncie rzeczy nie mało.

Politycznemu pragmatyzmowi sprzyjają też media. Kryzys gospodarczy jest z pewnością tematem, który nadaje się do sensacyjnej obróbki. Czytając jednak czołowe niemieckie dzienniki a także śledząc komentarze i debaty telewizyjne, odnosi się wrażenie, że powaga sytuacji skłania większość mediów do rzeczowego i spokojnego podejścia.[7]

Jest jednak jeszcze jeden głębszy, ale mniej dostrzegalny czynnik niemieckiego pragmatyzmu – Niemcy znalazły się w nowej sytuacji geopolitycznej. Dodać trzeba, że  nie wszyscy w Niemczech widzą to dość wyraźnie, z uwagi na siłę dawnych stereotypów, a świadomość tego, silniejsza w klasie politycznej, przebija się też powoli do szerszej opinii publicznej.

Stosunki z Polską i nierównoboczny trójkąt

W traktacie polsko-niemieckim z 1991 roku Niemcy zobowiązały się do popierania polskich starań o członkowstwo EU. Berlin, mając często przeciwko sobie Paryż, był adwokatem sprawy polskiego członkostwa w Unii i wywiązał się z zadania, jakie na siebie przyjął. Uroczyste obchody rocznicy układu była wyrazem tego,  jak dobre stały się stosunki między Warszawą i Berlinem.

Polska zaczęła być postrzegana w Niemczech w nowy sposób. Jest to m.in. owocem polskiego sukcesu gospodarczego, ekonomicznego wzrostu w czasie, gdy większość gospodarek europejskich jest na minusie, porównywania sukcesu polskiej transformacji z nieco kulejącą transformacją w NRD oraz wreszcie tego, że wielu Niemców może przyjechać do Polski i skorygować swoje tak dawniej częste negatywne stereotypy. „Polnische Wirtschaft” to już nie koniecznie synonim bałaganu, a badania opinii publicznej odnotowują systematyczne, choć powolne, zmiany na lepsze opinii Niemców o Polsce (choć ciągle Polacy są znacznie lepszego zdania o Niemcach niż Niemcy o Polakach).

Ta zasadnicza zmiana, tym bardziej uwypuklająca się, jeśli spojrzy się w przeszłość, nie jest skutkiem samych tylko kontaktów bilateralnych. Obecny kształt stosunków polsko-niemieckich to skutek  zmian geopolitycznej konfiguracji  całego regionu, do których skądinąd stosunki polsko-niemieckie aktywnie się przyczyniają.

Centralne, w samym środku kontynenty, z tak licznymi sąsiadami,  położenie Niemiec przestaje być dla Niemiec przekleństwem. Nikt właściwie nie kwestionuje cichego niemieckiego przywództwa.

Niemcy swoją tak bezpieczną pozycję w Europie zawdzięczają m.in. i to w poważnym stopniu rozszerzeniu Unii na Wschód. Nie są już krajem granicznym Unii, są w jej środku, otoczone zaprzyjaźnionymi sąsiadami, którzy nie czują się zmuszeni zawiązywać antyniemieckich koalicji. I dla takiej sytuacji Niemiec dobre stosunki z Polską są potrzebne i konieczne.

W skutek obecnego kryzysu zaczęły się też rysować nowe podziały w polityce wewnątrzunijnej. Dawne podziały na „starą” i „nową” Europę lub na Wschód i Zachód zacierają się  nieco na rzecz nowego na południową (zadłużoną) i północną (odpowiedzialną gospodarczo) część. I Polska znalazła się już w oczach Niemców nie na Wschodzie ale na północy.[8] Ważne w niemieckich debatach o kryzysie są kontrprzykłady dla Grecji, a często  to Słowacja (mała ale należąca do strefy euro) i Polska, które z kryzysem dają sobie wcale nie źle radę. W jakimś sensie w sukurs Niemcom przychodzą więc kraje, o których nie mówiło się mało lub prawie wcale. Oczywiście musi minąć jeszcze trochę czasu zanim Niemcy pełniej odkryją Europę Środkową .

W gruncie rzeczy głęboko zmieniły się też stosunki niemiecko-francuskie. Oczywiście nadal sojusz francusko-niemiecki jest czymś zasadniczym dla istnienia Unii Europejskiej i nadal jest on konieczny,  by znajdować receptę na europejski kryzy, staje się jednak bardziej wieloznaczny i skomplikowany niż można zobaczyć to na powierzchni.

Jeśli przed 1989 mówiło się o Niemczech, że to gospodarczy olbrzym i polityczny karzeł,  to  trzeba też dodać, że tym politycznym karłem (mimo wszystko politycznie bardzo istotnym) miały być Niemcy przy politycznym olbrzymie, jakim chciała być Francja. Paryż zawsze chciał odgrywać pierwsze skrzypce, a Bonn w jakimś stopniu godziło się na to, obciążone trudną niemiecką przeszłością. Po roku 1989 takie relacje stawały się już niemożliwe. Francja widziała zagrożenie dla własnej pozycji nie tylko w samym zjednoczeniu Niemiec,  ale także rozszerzeniu Unii na Wschód. W oczach Que d’Orsay  Europa Środkowa (Mitteleuropa) była obszarem potencjalnych wpływów niemieckich. Nie dość więc że większe dzięki zjednoczeniu, Niemcy miałyby się stać silniejsze w oczach Francuzów, dzięki odzyskaniu wpływów, na obszarze, gdzie wpływy niemieckie były historycznie obecne.

Paryż starał się więc w latach 90-tych uniknąć takiej sytuacji, hamując rozszerzenie Unii na Wschód, następnie prowadzić nader samodzielną politykę w rejonie morza śródziemnego, chcąc zdominować wymiar południowy polityki unijnej, a następnie już w dobie kryzysu dążąc do budowy osobnych instytucji dla samej strefy euro. Za każdym razem te próby Paryża były blokowane przez Berlin.

Trzeba to wszystko mieć na uwadze również analizując stosunki polsko-niemieckie. Za każdym razem było to działanie zgodne również z polskim interesem, choć Niemcy działały z myślą o interesie przede wszystkim własnym. Integracja Europy środkowej – powtórzmy raz jeszcze – zapewnia Niemcom nader bezpieczną i stabilną pozycję w centrum unijnej Europy. Zamiast sprzymierzonych przeciw sobie graniczących z Niemcami krajów, usiłujących zrównoważyć ich potęgę, Niemcy otoczone są przyjaznymi sąsiadami, z których część skłonna jest przyjąć „miękkie” przywództwo Berlina w Unii Europejskiej. Lepszej sytuacji Berlin nie może sobie wyobrazić.

Daje to zarazem Polsce szanse stania się partnerem Niemiec i Francji w samym centrum Europy. Warszawa jest co prawda najsłabszym partnerem w tym trójkącie, ale i dla Berlina niezbędnym. W niemieckim interesie jest unijna integracja Europy Środkowej, a bez Polski – największego kraju tego regionu i szóstej co do wielkości gospodarki unijnej – byłoby to niemożliwe. Paryż musi się też pogodzić z nowymi realiami, wyznaczającymi nową pozycję Niemiec, co winno popychać Paryż również do znacznie poważniejsze potraktowanie Polski jako partnera,  a także poszerzenie wiedzy i aktywności na terenie całej Europy Środkowej. Wszystko to wytwarza całkiem nową konfigurację geopolityczną całego regionu i polityka niemiecka,   jak wiele wskazuje, będzie usilnie się starała o jej utrwalanie.

Bezpieczeństwo, Rosja, energetyka

Zachodzi jednak pytanie, czy Niemcy nie dostaną zawrotu głowy od sukcesów. Przeobrażanie się „miękkiego” przywództwa w Unii w chęć dominacji nie wydaje się jednak prawdopodobne. Po pierwsze gospodarka niemiecka to jedynie 20% gospodarki Unii  i nie tak wiele większa od gospodarek francuskiej[9], brytyjskiej czy włoskiej (choć ta ostatnia jest w poważnej zapaści). Dodajmy do tego, że gospodarka niemiecka jest siedem razy większa od gospodarki polskiej wedle miary banku światowego, ale tylko cztery razy większa wedle parytetu siły nabywczej. Choć więc gospodarka niemiecka jest największą w Unii, to jednak o wiele za małą by móc dominować. Niemcy nie mogąc zaś dominować,  muszą współpracować.

I jest też jeszcze jeden powód szerszej globalnej natury, że do takiej współpracy we własnym interesie powinni dążyć oraz w konsekwencji dążą [10].

Niemcy są o wiele za małe, by odgrywać samodzielną rolę na wielkiej światowej scenie. W skali globu gospodarka niemiecka to zaledwie 4%. Gospodarka chińska jest już obecnie od niemieckiej ponad dwa razy większa [11], gospodarka Indii jest porównywalnej wielkości i rosną nowe potęgi gospodarcze takie jak Brazylia czy Meksyk. Utrzymać się w pierwszej lidze gospodarki światowej mogą Niemcy jedynie na spółkę z innymi krajami Unii. Żaden z krajów Unii nie jest dostatecznie silny, by odgrywać samodzielną rolę w globalnej polityce – powtarza się nieustannie w Berlinie –  nawet Niemcy. I to zmusza do współpracy.

Do tego dochodzi refleksja, że gospodarka niemiecka nie ma przed sobą jakiś wspaniałych perspektyw. Związane jest to sytuacją demograficzną. W nieco dalszej perspektywie Niemcy utracić mają najludniejszego kraju Unii (na rzecz Wielkiej Brytanii, a liczba ludności Francji poważnie przybliży się do danych niemieckich). Zmniejszają się więc poważnie zasoby siły roboczej a dopływ imigrantów jest znacznie poniżej potrzeb Jest to też społeczeństwo silnie starzejące się, co oczywiście musi coraz więcej kosztować [12]. Niemcy, są co prawda wciąż eksporterem na światową miarę, ale ich eksport idzie w dużej mierze do zadłużonych krajów Unii, a w handlu z Chinami Niemcy zaliczają deficyt (co oczywiście jest światową regułą a nie wyjątkiem). Co gorsze jeszcze niemiecki eksport oparty jest dużym stopniu na inwestycjach, przy jednoczesnym bardzo dużym zmniejszeniu się inwestowania w samych Niemczech. Innym dyskutowanym problemem jest potężne choć ukryte zadłużenie wschodnich landów w stosunku do zachodniej części kraju.

Również inne wskaźniki nie mogą pobudzać Niemców do optymizmu. Tradycyjnie tak dobre niemieckie szkolnictwo nie znajduje się w najlepszym stanie. Tylko sześć niemieckich uniwersytetów jest w  pierwszej setce listy szanghajskiej, a pierwszy z nich znajduje się na 47 pozycji.

Należy jeszcze wziąć pod uwagę, że decyzja odejścia od energetyki jądrowej (sposób podjęcia tej decyzji pod wpływem katastrofy w Japonii świadczy sam w sobie o pewnej skłonności niemieckiej opinii publicznej do ulega chwilowym emocjom) stawia poważne pytanie, czy Niemcy postęp technologiczny związany z odnawialnymi źródłami energii okaże się dostatecznie szybki i czy Niemcy nie znajdą się w sytuacji uzależnienia energetycznego w przypadku jego zbyt wolnego tempa.

Wszystko skłaniać winno i skłania wielu Niemców raczej do myślenia z troską o przyszłości własnego kraju, bowiem wiedza o tych poważnych problemach jest w Niemczech dość powszechna,  nie zaś do snucia jakichkolwiek planów ekspansji.

Innym jednak objawem „zawrotu głowy” mogłoby być wiara, że pod niemieckim przywództwem Unia sama byłaby w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo, czego efektem byłoby osłabienie więzi transatlantyckiej. Na niemieckiej lewicy (tak jak szerzej w lewicowych partiach w całej Unii) istnieje pewna skłonność do dystansowania się od USA, od czego część niemieckiej lewicy też nie jest wolna. Niemieckie elity polityczne znakomicie wiedzą jednak, że bezpieczeństwo europejskie opiera się na NATO. Istotnie jednak niemieckie wyobrażenia  o bezpieczeństwie różnią się w pewnym stopniu od polskich wyobrażeń i oparte są na przekonaniu, że bezpieczeństwo zapewniają przede wszystkim miękkie a nie twarde środki. Bez porównania mniejsze jest też poczucie zagrożenia ze strony Rosji. Kwestie te wciąż wymagają intensywnej dyskusji polsko-niemieckiej, od której nie powinna obu stron powstrzymywać dotychczasowa dobra współpraca wojskowa. Do pewnego stopnia paradoksalnie – jeśli brać pod uwagę stereotypy z przeszłości – polska strona miałaby interes by Niemcy wydawali więcej na cele militarne (wydają poniżej wytycznych NATO), choć nie zmienia to faktu jak Bundeswehra jest nowocześnie uzbrojona.

Poważniejsze rozbieżności zdają się istnieć w dziedzinie polityki energetycznej. Niemcy zrezygnowali z energetyki jądrowej i są silnie zaangażowani we wprowadzanie pakietu klimatycznego. Rezygnując z atomu i węgla (choć zainteresowani są technologiami gazyfikacji węgla)  zmuszeni są opierać własną energetykę na gazie. Zarazem bardzo intensywnie inwestują w odnawialne źródła energii i są po Chinach i Stanach zjednoczonych największym inwestorem w energię solarną. Niemcy są w jakimś stopniu uzależnieni od rosyjskiego gazu, to jednak twierdzą, że jest to uzależnienie obustronne, bowiem Rosja musi też gaz sprzedawać. Polityka energetyczna jest jednym z najbardziej istotnych i czułych elementów stosunków polsko-niemieckich. Dostrzegając różnice trzeba jednak z konieczności szukać wszystkich możliwych form współpracy.

Kwestie energetyki ściśle wiążą się z kwestią stosunków z Rosją.[13] Wbrew wielu istniejącym w Polsce stereotypów Putin nie jest bohaterem żadnego niemieckiego romansu, (chyba że dla b.kanclerza Schroedera, będącego obecnie w zarządzie Gazpromu, co budzi w Niemczech przede wszystkim zażenowanie). O specjalne stosunki z Niemcami stara się Rosja. Nie wydaje się, żeby działo się to w drugą stronę. Znaczenie Rosji dla polityki europejskiej jest niezaprzeczalne, więc stosunki z Moskwą mają dla Berlina swoją oczywistą wagę, rosyjska polityka Berlina w żadnym punkcie nie wykracza jednak poza to,  co wypada nazwać unijnymi ramami polityki zagranicznej (stosunków zewnętrznych). Zresztą Chiny przyćmiewają dziś w globalnej polityce Rosję i to jest też istotny czynnik postrzegania Rosji w Niemczech.  [14]

***

Ten pokrótce uczyniony bilans polityki niemieckiej winien w Warszawie skłaniać przede wszystkim do optymizmu, co do rozwoju przyszłych stosunków polsko-niemieckich. Zasadniczą przesłanką tego optymizmu nie jest jednak tylko to, że stosunki te są dzisiaj tak dobre, ale przede wszystkim to, że kształtują się one w oparciu o nową geopolityczną konfigurację. Dawna teza Krzysztofa Skubiszewskiego o „polsko-niemieckiej wspólnocie” interesów, mimo nieuchronnych niekiedy napięć we wzajemnych stosunkach, znajduje moim zdaniem w dużym stopniu potwierdzenie.

Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z siły nawyków myślowych i dawnych stereotypów. Dla wielu Niemców, a nawet części elit politycznych, to co dziś uchodzić może za Europę środkową (pas krajów byłego bloku wschodniego od Estonii aż po Bułgarię) to wciąż Wschód („Der Osten” – pojęcie, które w języku niemieckim kojarzone jest z czymś odległym, egzotycznym i zawierającym zagrożenie) lub Bałkany, a więc obszar podwyższonego politycznego ryzyka. Owe spojrzenie dotyka po części także Polski, choć  trzeba zarazem raz jeszcze podkreślić, że cały okres od 1989 roku to powolny awans Polski w oczach Niemców. Pojawienie się podziału na północ i południe, choć są to określenia publicystyczne, jest dość ciekawym i moim zdaniem istotnym sygnałem tych przemian. Dużo też zależy od polskich reakcji – czy stosować się będzie dawne schematy (Niemcy jako zagrożenie) czy też w polskiej publicystyce i myśli politycznej akcentowane będą te nowe czynniki i szanse geopolityczne.

Dialog polsko-niemiecki nie może dzisiaj zadawalać się dobrymi polsko-niemieckimi stosunkami ani sukcesem procesu pojednania. Skoro dobre stosunki polsko-niemieckie nie są wynikiem jedynie dwustronnych zabiegów, lecz są skutkiem zasadniczych zmian geopolitycznych na kontynencie, to to właśnie winno być przedmiotem intensywnych debat i winno być uświadamiane obu opiniom publicznym. Obecny zaś kryzys, choć tak sam w sobie niebezpieczny i niepokojący oraz zapowiadający się na co najmniej najbliższą dekadę, zdaje się bardziej sprzyjać  zacieśnianiu się stosunków polsko-niemieckich niż je utrudniać.[15]


[1] Thomas Fischermann, Ein Boom für alle. Vielen Länder ist es unheimlich dass die deutschen weiter so erfolgreich exportieren. Warum eigentlich?, Die Zeit. 16. August 2012. Wie ir euch sehen.  Ein Kontinent in der Krise: Überall drohen Bankrott, Wirtschaftskollaps und Massenarbeitslosigkeit. Verärgert schauen daher viele Europäer auf das reiche Deutschland unter Angela Merkel: Sind wir Deutschen zu mächtig? Quälen wir das Leidende Europa?, Die Zeit. 16. August 2012.

[2] Te nie przychylne Niemcom opinie głosiła w dużym stopniu prasa anglosaska  m.in. była to dominująca opinia w renomowanym tygodniku brytyjskim „The Economist”.

[3] Uwe Jean Hauser, No, we can’t. Warum es trotz aller Forderungen aus dem Ausland richtig ist,wenn Deutschland bei Euro-Rettung hart  bleibt, Die Zeit 14 Juni. 2012.

[4] Mariam Lau, Da hilft  kein Gysi, Die Zeit 6 Juni 2012. Dla polskiego obserwatora, wobec wschodnioniemieckiej i wyraziście postkomunistycznej proweniencji tej partii,  zaskakujące być może, że to „wschodniacy“ stają  powoli bardziej umiarkowani w swojej lewicowości, gdy tymczasem „zachodniacy” to lewicowy beton.

[5] Mathias Geis, Populistische Versuchung. In der Krise stehen die deutsche Parteien Maxima unter Druck. Die Zeit 13 October 2011.

[6] Kann man auf Deutschland stolz sein? Ja, das ist jetzt möglich, Zeit-Gespräch mit dem neuen Bundespräsidenten Joachim Gauck, Die Zeit, 31 Mai. 2012. Sam Joachim Gauck jest jak najbardziej zaangażowany w nieustannym o niej przypominaniu.

[7] Znakomita większość cytatów z prasy niemieckiej pochodzi w tym artykule (przytoczonych gwoli ilustracji a nie dowodu) z tygodnika „Die Zeit“. Jestem przekonany jednak, że w podobny sposób ilustrować można by nastroje polityczne w Niemczech cytatami z innych głównych niemieckich organów prasowych niezależnie od ich zróżnicowanych sympatii  politycznych.

[8] Marc Brost, Mark Schietitz, Abschied von Süden, Die Zeit 26.Juli 2012

[9] Niemieckie GDP wynosi 3571 mlrd $, a francuskie 2.773 mrld $ wedle danych Banku Światowego, przy GDP per capita prawie tej samej wielkości.

[10] Kazimierz  Wóycicki, Waldemar, Czachur Jak rozmawiać z Niemcami? O stosunkach polsko-niemieckich i ich europejskim wyzwaniu. Przedmowa Prof. Dr Irena Lipowicz .Wrocław 2009.

[11] Niemcy, jak wpomniano, to 3571 mlrd$  a Chiny 7318 mlrd $ (dane Banku Światowego) przy wiadomym nieproporconalnie w stosunku do gospodarki niemieckiej szybkim wzroście.

[12]  Opisane zjawiska zauważa wielu światowych analityków patrz.m.in. Adam Tooze,Germany’s Unsustainable Growth,, Foreign Affairs, september/october 2012.

[13] Alice Bota, Russlans Regime. Hört die Signale. Der Prozess gegen die Band Pussy Riot zeigt: Widerstand gegen Putin ist möglich. Es braucgt nur laute Töne, Die Zeit. 16. August 2012; Wolfgang Bauer, Die Pein der Bilder. Viel mehr Druck auf Russland.: Das ist das Mindeste, was der Westen gegendas Morden in Syrien tun kann, Die Zeit, 31 Mai 2012.

[14] Marc Brost, Dagmar Rosenfeld, Fritz Vorholz,  Lüge auf der Stromrechnung, Die Zeit, 23 August 2012. , Dirk Asendorff, Mit schlauer Power. In sieben Jahren soll unser Strom aus erneuerbaren Quellen kommen, Die Zeit. 16. August 2012. Mrc Brost, Öko oder sozial? Nun wir der Strom doch teurer. Darum muss die Politik handeln – gegen die ungerechtiggkeit, nicht gegen die Umwelt, Die Zeit 6. Juni 2012.

[15] Die ganze Welt will inser Geld. Was Deutschland leisten kann. Und was nicht, Die Zeit 14. Juni 2012.

Josef Offe, Die Euro-Kriese. Hauden Primus. Für die Einheit Europas soll Angela Merkel dieschleusen noch weiter öffnen – auch wenn das falsch ist,  , Die Zeit 14. Juni 2012.

Joachim Gauck w Brukseli – pragmatyczny euroentuzjasta

„Moja wizyta jest sygnałem pokazującym, że Niemcy mówią „tak” Europie – bez żadnych ograniczeń i restrykcji” – stwierdził   Joachim Gauck, podczas swojej pierwszej wizyty w Brukseli. Kiedy w Europie narastają głosy sceptyczne wobec  UE Joachim Gauck prezentuje się jako nieugięty euroentuzjasta. Zarazem wyraźnie stwierdza, że dla samych Niemców wiąże się taka postawa z poważnymi zobowiązaniami. Wyrazista jest jego pochwała paktu fiskalnego. Jeśli Berlin był w dużym stopniu współautorem  paktu fiskalnego to musi też podtrzymywać zawarte w nim zobowiązania do dyscypliny finansowej. Niemcy muszą  też  jako największa gospodarka i jedno z najbogatszych państw poczuwać się do solidarności z innymi. To więc to co mówi Joachim Gauck w Brukseli    skierowane  jest też do niemieckiej opinii publicznej, a nie tylko do szefa KE Jose Barroso.  Oczywiste też jest, że postawa Joachima Gaucka wspiera politykę Angeli Merkel.

Zwraca też uwagę, że Gauck widzi obecny kryzys nie tylko w kategoriach ekonomicznych. „Jesteśmy gotowi powiedzieć ‘tak’ solidarności i wiarygodności” – stwierdza. Chodzi   więc  jego zdaniem nie tylko o sam czysty rachunek ekonomiczny, ale o poczucie politycznej wspólnoty, jaką ma być Unia Europejska.  Z tym przesłaniem   Gauck wydaje się ponad głowami brukselskich polityków zwracać się wszystkich obywateli Unii Europejskiej.

Jednocześnie trzeba zauważyć ,  że euroentuzjazm Gaucka pozbawiony jest naiwności. Pytany, czy opowiada się za dalszą integracją EU ku  „stanom  zjednoczonym Europy”, odpowiada: „Nie, to jest jeszcze ten etap”.  Jego euroentuzjazmem motywowany jest jak najbardziej pragmatycznie. „Jesteśmy silni  jako Europa, ale jako pojedyncze państwa narodowe już nie mamy dość siły”. Gauck nie neguje się więc   potrzeby i znaczenia państw narodowych, ale postuluje ich coraz silniejszy  związek. Integracja europejska nie jest też w jego oczach idealistycznym postulatem, ale jest polityczną potrzebą wszystkich państw Unii. „Tożsamość narodowa wciąż dominuje, ale nasze interesy podpowiadają nam, że z racjonalnego punktu widzenia powinniśmy chcieć więcej Europy”. W tym kontekście Gauck wzywał w Brukseli do  więcej „koordynacji, współpracy i kompetencji”.

Główny motyw wizyty w Polsce pojawił się też w wypowiedziach Gaucka w stolicy EU. Znamienna jest  jego stwierdzenie, że przeżył „czasy dyktatury” w NRD i jego wizja UE bierze się z tego doświadczenia „.  Nie mniej mówiące są dalsze słowa : „razem z wieloma Europejczykami z Europy Wschodniej podzielam wizję Europy jako powiązanej z praktyką wolności (…) Ta wizja Europy jest niekiedy postrzegana nawet poważniej na obrzeżach Europy niż w jej sercu”.

W wystąpieniach Gauck dostrzec można nie tylko euroentuzjazm, ale także ostrze polemiczne. Słowa Gaucka odebrać można   jako wyraźną krytykę zagubionej dzisiaj europejskiej lewicy. Pakt fiskalny i politykę oszczędności dostrzega ona przede  wszystkim  jako ograniczenia narzucane polityce socjalnej. Gauck stwierdził wcześniej, że nie wyobraża sobie, aby Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe był zablokować zaakceptowanie paktu fiskalnego przez Bundestag. Z takim wnioskiem zwróciła się do Karlsruhe posłanka SPD Herta Däubler-Gmelin (SPD). Rozstrzygnięcie oczekiwane jest w maju.  Podobna jest jednak postawa nie tylko niemieckiej socjaldemokracji ale i lewicy w Hiszpanii i Grecji.

Innym adresatem słów Gaucka, rozumianych jako polemika, może być Londyn. Izolowany w sprawach paktu fiskalnego i zagrożony izolowaniem w polityce europejskiej Londyn lansuje ograniczenie znaczenia poszczególnych agent EU i prowadzi politykę „eurosceptycy wszystkich krajów łączcie się”. Wiadomo, że takie podpowiedzi płyną również z Londynu do Warszawy.

Prezydent Niemiec polemizuje też z rozpowszechnionym poczuciem defetyzmu wobec europejskiego kryzysu.  Wspominał, że doświadczenie dyktatury nauczyło go, że strach odbiera zdolność widzenia; sprawia, że „widzimy bardzo mało i czyni małymi nasze serca”. Jednak – przekonywał – „nie powinniśmy pozwolić, by kierował nami strach, ani też pokusa, by się cofnąć i zarzucić projekt europejski”.

Gdy chodzi o wizytę Gaucka w Brukseli nie należy, moim zdaniem,  pominąć informacji, że spotkał się on tam również  z szefem NATO Andersem Foghiem Rasmussenem. Charakterystyczne  jest, że nie podjął on publicznie zrytualizowanej już przez niektórych polityków krytyki interwencji NATO w Afganistanie. Wysłuchał natomiast pochwał Rasmussena pod adresem żołnierzy niemieckich, którzy biorą udział w tej misji Paktu.

26 marca – przypomnijmy – niemiecki prezydent był w Polsce. Wizycie tej niestety poświęcono zbyt mało uwagi.  Mamy tymczasem do czynienia z kimś, kto zapowiada się na jedną z silniejszych osobowości europejskiej polityki. Wizytę w Polsce podyktowało mu „serce”, ale i wspólne doświadczenie,  jaki  był walka z komunizmem.  Wizyta w Brukseli jest oczywistością z uwagi na znaczenie polityki europejskiej dla Berlina. Jak widać jednak z wypowiedzi niemieckiego prezydenta, chce on być adwokatem spraw byłych krajów bloku wschodniego nie tylko w Brukseli,  ale wobec  całego Zachodu.

Prezydent z Niemiec wschodnich i z opozycyjną przeszłością

Joachim Gauck z pewnością jest silną osobowością. Po dość nieszczęsnych dwóch poprzednich dzierżycielach tego stanowiska, świta nadzieja, że dobra tradycja takich postaci jak Richard Weizsaecker powróci. Prezydent Niemiec małe uprawnienia, za to może mieć ogromny wpływ na atmosferę publicznych debat i w ten sposób oddziaływać na życie polityczne.  Dla Niemiec  ale także dla Europie może mieć to nie małe znaczenie w dobie obecnych kasandrycznych nastrojów powodowanych kryzysem.

Po Gaucku jednak nie należy się spodziewać, że będzie zabierał bardziej zdecydowanie głos w sprawach finansowych czy ekonomicznych. Z pewnością natomiast będą go interesowały kwestie etyczne, jakie obecny kryzys również stawia przed nami. Niewątpliwie też będzie je wiązał z  rozrachunkiem z przeszłością, zarówno okresu 1933-45 jak komunistycznych Niemiec wschodnich.

W Niemczech sprawy te traktuje się bardzo poważnie. Nie jest chyba przypadkiem, że głównym kontrkandydatem Gauck była Beate Klarsfeld,
zaangażowana w rozliczanie nazistowskiej przeszłości. Kwestie przeszłości zarówno okresu 1933-45 jak tej wschodnioniemieckiej 1945-89 to istotne kwestie niemieckiej kultury politycznej. Niemcy nieustannie dyskutują o przeszłości i z pewnością nie przestaną dyskutować. Stanowisko Gaucka wydaje się w tym punkcie jednoznaczne i powtarzane w licznych jego wystąpieniach –  demokracja potrzebuje dyskusji o przeszłości i taka dyskusja  jest składnikiem każdej bardziej dojrzałej kultury politycznej, a ucieczka od historii jest wyrazem niedojrzałości i kompleksów. Ową niedojrzałość, konformizm i związane z tym brak skłonności do odrzucania otwartej dyskusji o okresie 1945-89 Gauck wielokrotnie wypominał wschodnioniemieckiemu społeczeństwu.

O takim jego stanowisko decyduje jego biografia. Jego ojciec przeszedł ciężkie sowieckie represje. Przed latami 87-89 w NRD można mówić o pojedynczych dysydentach, do których Gauck nie należał. Był jednak pastorem, co stawiało go w naturalny sposób w kontrze do komunistycznego reżymu. W okresie 1989-90 był gorącym zwolennikiem rozliczania wschodnioniemieckiego komunizmu. Stało to w sprzeczności ze stanowiskiem  kanclerza Kohla, który uważał, że akta STASI należy zamknąć w archiwum na dłuższy czas. Gauck był jednym z tych, którzy byli przeciw temu zdecydowanie oponowali. Silny protest przeciw stanowisku kanclerza doprowadził do tego, że utworzenie instytucji zajmującej się aktami Stasi i rozrachunkiem zostało zagwarantowane w traktacie zjednoczeniowy. Gauck stał się nie tylko szefem tej instytucji, ale  charyzmatycznym przywódcą prowadzonego przez siebie Urzędu i stworzył bardzo wysoki standard moralny tego, co wypada nazwać rozrachunkiem z przeszłością. Wyraźne było, że dla niego było to nie tylko archiwum dawnej policji politycznej, ale że przed BSTU stawiał poważne  zadania edukacji obywatelskiej.

Paradoksem jest to, że mimo wielkiego wysiłku, jaki włożono w rozrachunek z wschodnioniemieckim komunizmem, efekty nie były imponujące.  Decydowało jednak o tym nie sam sposób prowadzenia rozrachunku, ale fakt że społeczeństwo wschodnioniemieckie było głęboko skonformizowane i choć nikt nie śmiał być głośno przeciwny rozrachunkowi,  to w gruncie rzeczy znaczna część społeczeństwa wschodnioniemieckiego nie chciała o tym słyszeć. Paradoksem jest, że w Polsce nie chciano raczej rozrachunku i było tyle silnych głosów mu przeciwnych (i to właśnie wśród byłej opozycji), a jednak jest to sprawa wciąż żywa, niezależnie od wszystkich kontrowersji z tym związanych (a może również i dzięki nim).  I dzieje się tak  właśnie dlatego, że  opór i opozycja w Polsce wobec komunizmu była bez porównania silniejsze  iż w NRD.

Właśnie brakami  wschodnioniemieckiego rozrachunku  wyjaśnić można tamtejsze trudności  transformacji gospodarczej. Nie rozumiejąc czym był komunizm, czemu NRD zawdzięczało względny dobrobyt w bloku wschodnim, a więc też czym była nakazowa gospodarka, Niemcy wschodni nie mogą też lepiej zrozumieć czym jest otwarte społeczeństwo, gospodarka wolnorynkowa, konkurencja itd. Polska mimo braku tak ogromnej pomocy, jaką otrzymały Niemcy Wschodnie z Niemiec Zachodnich w ramach „paktu solidarności”, dogania dziś Niemcy wschodnie, gdy chodzi  o dochód narodowy na głowę (w Polsce to 20 tys. $, w byłej NRD średnio 24 $), a różnica na początku była dużo większa.  To coś mówi o obu społeczeństwach i mówi też o zrozumieniu czym był komunizm. Niemcy na wschodzie wciąż spoglądają w przeszłość z nostalgią, która tak silnie prowokowała Gaucka do jego płomiennych wystąpień.

Dla Joachima Gaucka rozumienie przeszłości posiada wielką wagę i jest traktowane przez niego, jako istotny czynnik polityczny. Sądzę, że również na stosunki polsko-niemieckie spogląda on pamiętając o historii. Wiele jego wypowiedzi wskazuje, że posiada on wielki szacunek dla zasług polskiej opozycji i ruchu „Solidarności” jak również jest znakomicie świadom czym była dla Polski II wojna światowa. Będzie to pewnością prezydent Niemiec, dla którego dialog z Polską posiadać będzie duże znaczenie.

Należy jednak zwrócić uwagę na coś więcej (co zauważa też komentator BBC). Dwie czołowe postacie niemieckiego życia politycznego to dziś Niemcy z NRD. Dzięki temu m.in  Angela Merkel ma więcej zrozumienia dla problemów społeczeństw postkomunistycznych od wielu zachodnich polityków. Podobnie Joachim Gauck z pewnością będzie miał większą wrażliwość i większe zrozumienie dla problemów tych wszystkich krajów w Unii Europejskiej, które wyszły z komunizmu i którym ta przeszłość wciąż w jakiś sposób ciąży. Jest to istotne w momencie, gdy EU grozi wciąż podział na „starą” i „nową” Europę.

Wybór Joachima Gaucka  na prezydenta Niemiec wydaje się z polskiego punktu widzenia korzystny. Wiadomo, że nie wszyscy też w Polsce z sympatią przeglądali się działalności Gaucka,  jako gorącemu orędownikowi  rozrachunku, mimo jego wielkiego uznania dla polskiej opozycji. Część z kolei tych, którzy w Polsce są za rozrachunkiem, nie będzie Gaucka lubić bowiem jest on Niemcem. Życie polityczne jest jak wiadomo skomplikowane i  międzynarodowe stosunki krzyżują się ze stanowiskami w polityce wewnętrznej poszczególnych krajów. Warto jednak uznać, że ktoś taki jak Joachim Gauck, dla którego kluczowym momentem jest rok 1989, będzie zwolennikiem jedności Europy jako Unii Europejskiej i będzie też adwokatem tych, wszystkich którzy się do tej jedności przyczynili. Jego moralistyczny żar, jaki często przejawia i który budzi zarówno uznanie jak niekiedy sprzeciw, może  go często postawić w opozycji do części zachodnich elit politycznych, wśród których czasem przeważa zimny pragmatyzm a także dystans do naszej części kontynentu. Głos Gaucka będzie słyszalny, ponieważ nie tylko ze względów formalnych ale i jego talentu jako retora, jego głównym narzędziem politycznym będzie słowo. Z pewnością więc nie jeden raz będzie on prowokował nie tylko niemiecką ale i europejską opinię publiczną. Moim zdaniem będą to prowokacje, które będą mogły otwierać drogę do pogłębionego dialogu także między Polakami i Niemcami.

Przeszłość będzie ważną sprawą dla przyszłego prezydenta Niemiec

Dla Joachima Gaucka  a on najprawodopodobniej zostanie wybrany, zrozumienie przeszłości posiada wielką wagę. Sądzę, że również na stosunki polsko-niemieckie spogląda on pamiętając o historii. Wiele jego wypowiedzi wskazuje, że posiada wielki szacunek dla zasług polskiej opozycji i ruchu „Solidarności” jak również jest znakomicie świadom czym była dla Polski II wojna światowa. Będzie to pewnością prezydent Niemiec, dla którego dialog z Polską posiadać będzie duże znaczenie.

Wywiad dla redakcji histmarg.org. Pytania Tomasz Leszkowicz:                 W zbliżających się wyborach prezydenckich w Niemczech kandydatami
głównych partii mają zostać: 72-letni pastor Joachim Gauck, były
enerdowski opozycjonista i 73-letnia Beate Klarsfeld, dziennikarka
zaangażowana w rozliczanie nazistowskiej przeszłości. Czy Pana zdaniem
można uznać to za podświadome wyrażenie niemieckich problemów z
przeszłością?

Może być to nie tylko podświadome, ale całkowicie świadome. Kwestie przeszłości zarówno okresu 1933-45 jak tej wschodnioniemieckiej 1945-89 to istotne kwestie niemieckiej kultury politycznej. Niemcy nieustannie dyskutują o przeszłości i z pewnością nie przestaną dyskutować. Taka zresztą dyskusja jest składnikiem każdej bardziej dojrzałej kultury politycznej, a ucieczka od historii jest wyrazem niedojrzałości i kompleksów. Oczywiście Niemców w szczególny sposób motywuje ich „zła przeszłość” okresu narodowego socjalizmu.

Dla Joachima Gaucka zrozumienie przeszłości posiada wielką wagę. Sądzę, że również na stosunki polsko-niemieckie spogląda on pamiętając o historii. Wiele jego wypowiedzi wskazuje, że posiada wielki szacunek dla zasług polskiej opozycji i ruchu „Solidarności” jak również jest znakomicie świadom czym była dla Polski II wojna światowa. Będzie to pewnością prezydent Niemiec, dla którego dialog z Polską posiadać będzie duże znaczenie.

2. Czy Joachima Gaucka można uznać za jednego z czołowych opozycjonistów w dawnym NRD?

W dużym stopniu tak, choć trzeba zdawać sobie sprawę, że otwarta opozycja, w naszym znaczeniu tego słowa,  to w NRD dopiero lata 87-89. Przed tym należy mówić o pojedynczych dysydentach, do których Gauck nie należał. Był jednak pastorem, co stawiało go w naturalny sposób w kontrze do komunistycznego reżymu.

3. Abstrahując od działalności Gaucka przed 1990 r., jest on najbardziej znany z 10-letniego kierowania Federalnym Urzędem ds. Akt Stasi, zwanym powszechnie Instytutem Gaucka. Jak można ocenić tę działalność?

Przede wszystkim pozytywnie. Gauck był nie tylko szefem tej instytucji, ale  charyzmatycznym przywódcą prowadzonego przez siebie Urzędu i stworzył bardzo wysoki standard moralny tego co wypada nazwać rozrachunkiem z przeszłością. Wyraźne było, że dla niego było to nie tylko archiwum dawnej policji politycznej, ale że przed BSTU stoją poważne  zadania edukacji obywatelskiej.

Można też przypomnieć, że kanclerz Kohl w roku 1990 uważał, że akta STASI należy zamknąć. Gauck był jednym z tych, którzy byli temu zdecydowanie przeciwni. Silny protest przeciw stanowisku kanclerza doprowadził do tego, że utworzenie instytucji zajmującej się aktami Stasi i rozrachunkiem zostało zagwarantowane w traktacie zjednoczeniowy.

4. Często porównuje się funkcjonowanie Instytutu Gaucka do polskiego
Instytutu Pamięci Narodowej. Na ile procesy rozliczania zbrodni
komunistycznych i lustracji w byłym NRD przebiegały podobnie do tych w
Polsce?

W Niemczech procesy te były prowadzone z bez porównania większym zdecydowaniem i determinacją niż to się działo w Polsce. Rozumiano tam, że budowanie demokracji wymaga przejrzystości biografii, a współżycie społeczne wymaga odpowiedzialności za swoje uprzednie czyny, choćby miała ona tylko charakter symboliczny.  Surowsze jest w tym względzie prawodawstwo i nikt niemal nie ośmiela się twierdzić, że przypominanie kto kim był w przeszłości i co w przeszłości czynił może być naganne.

Inna istotna różnica polega też na tym, że środowisko byłych opozycjonistów wschodnioniemieckich jednoznacznie opowiadało się za rozrachunkiem, gdy w polskim przypadku opozycja była silnie podzielona.  Jak wiemy nie wszyscy też w Polsce z sympatią przeglądali się działalności Gaucka jako gorącemu orędownikowi  rozrachunku.

5. Dziedzictwo NRD jest dla Niemców sprawą dość aktualną i w pewnym
stopniu nieprzepracowaną. Jakie jeszcze problemy stoją przed niemiecką
pamięcią i polityką historyczną rządu federalnego?

Dzieje NRD są bardzo gruntownie przepracowane. Ilość badań i opracowań historycznych jest ogromna i znacznie więcej ich jest „na głowę mieszkańca” niż dzieje się w przypadku PRL.

Uczyniono ogromy wysiłek, by uporać się w jakiś sposób z dziedzictwem NRD. A jednak nie wydaje mi się, żeby to się udało. Decydowało jednak o tym nie sam sposób prowadzenia rozrachunku, ale fakt że społeczeństwo wschodnioniemieckie było bardzo głęboko skonformizowane i choć nikt nie śmiał być  głośno przeciwny rozrachunkowi,  to w gruncie rzeczy nie dał on oczekiwanych efektów. Paradoksem jest, że w Polsce nie chciano raczej rozrachunku i było tyle silnych głosów mu przeciwnych, a jednak jest to sprawa wciąż żywa, niezależnie od wszystkich kontrowersji z tym związanych (a może również i dzięki nim), i właśnie może dlatego że  opór i opozycja w Polsce wobec komunizmu była bez porównania silniejsze.  

Brak głębszego zrozumienia przeszłości wpływa w Niemczech wschodnich na proces transformacji gospodarczej. Nie rozumiejąc czym był komunizm, czemu NRD zawdzięczało względny dobrobyt w bloku wschodnim, czym była gospodarka nakazowa, nie mogą też lepiej zrozumieć czym jest otwarte społeczeństwo, mechanizmy, gospodarka wolnorynkowa itd.

Proszę zwrócić uwagę, że Polska mimo braku tak ogromnej pomocy, jaką otrzymały Niemcy Wschodnie z Niemiec Zachodnich w ramach paktu solidarności, Polska dogania Niemcy wschodnie, gdy chodzi  o dochód narodowy na głowę (w Polsce to 20 tys. $, w byłej NRD 24 $), a różnica na początku była dużo większa.  To coś mówi o obu społeczeństwach i mówi też o zrozumieniu czym był komunizm. Niemcy na wschodzie wciąż spoglądają w przeszłość z nostalgią. Gauck zwalczał to z ogromną energią, ale takich jak Gauck było w byłej NRD za mało. Może teraz jako prezydent całych Niemiec będzie mógł jeszcze silniej i skuteczniej oddziaływać.

 

 

Rozrachunek z przeszłością NRD i przemiany niemieckiej świadomości historycznej

Wydałem książkę „Niemiecka Pamięć. Rozrachunek z przeszłością NRD i przemiany niemieckiej świadomości historycznej”. Polecam ją wszystkim zainteresowanym  współczesnymi Niemcami i stosunkami polsko-niemieckimi.

W książce dowodzę, że rozrachunek z przeszłością NRD był ważny nie tylko dla samych dzisiejszych Niemiec wschodnich, ale dla pamięci ogólnoniemieckiej.  Rozrachunek prowadzony w dawnej Niemieckiej Republice Federalnej z okresem 1933-45 zyskał po 1989 nowy kontekst, gdy zaczęto rozrachowywać się z komunizmem. Paradoksalnie ten drugi rozrachunek pod wieloma względami nie okazał się łatwiejszy od pierwszego.

Wydawcami są Instytut Historii PAN oraz Oficyna Wydawnicza ASPRA-IR http://www.aspra.pl. Kto jest w Warszawie kupi książkę z księgarni im.Prusa z jedne 25 PLN. Książka jest też pewnie w wielu innych księgarniach, jak np w „Czułym Barbarzyńcy” na ul.Dobrej.

Kazimierz Woycicki, Niemiecka Pamięć. Rozrachunek z przeszłościa NRD i przemiany niemieckiej świadomości historycznej