UPA, Dolina Janowa

29.07.2014. Dolina Janowa. Do pomnika polskich ofiar zbrodni z 23 kwietnia 1943 doprowadza nas napotkany rowerzysta. Rozmawiamy z nim dłuższą chwilę. O zbrodni wie. Jest życzliwy, rozumie przyczynę naszego przyjazdu. Można być zaskoczonym, bowiem po przeczytaniu artykułu o Dolinie Janowej w Wikipedii należałoby by raczej przypuszczać, że miejscowi Ukraińcy są do Polaków tutaj wrogo nastawieni. Pomnik stoi wśród lasu. Nikt go nie chroni i jest zadbany. Tak jak na wszystkich pomnikach wieńce ze sztucznymi kwiatami (design nieco sowiecki).  Tylko jeden wieniec jest z szarfą i ukraińskim napisem „wieczna pamiat”. Nikt tego pomnika nie dewastuje, nikt go nie niszczy. Polska i ukraińska flaga zdobią zgodnie pomnik. Obchodzę potężny kamienny krzyż w koło. Spostrzegam coś co mnie zaskakuje. Jeden z wieńców umocowany jest do pomnika z pomocą wstążek o czarnej i czerwonej barwie.   To barwy UPA. Ktoś wśród tych wstążek umieścił jeszcze jedną niewielką polską flagę. Barwy UPA na polskim pomniku, stojącym na obrzeżu ukraińskiego prowincjonalnego i biednego osiedla,  który nazywa z sowiecka Bazaltowa, oznaczają tu dla mnie znak pojednania.

Przypomina mi się artykuł w Wikipedii. Autorzy aż trzy razy w krótkim artykule użyli słowa „siekiera”. Ukrainiec, siekiera, zbrodnia – oto ciąg skojarzeń autorów tego tak bardzo oddalonego od ducha pojednania tekstu. Ja natomiast widzę stojący w ukraińskim lesie pomniku, na którym obok polskich barw są barwy UPA, do którego doprowadza nas Ukrainiec, który mówi „tak, wiem”. Cóż więcej trzeba, aby zacząć rozmowę o najtrudniejszych sprawach.

 

SAM_3560 SAM_3556 SAM_3561

Obchody 11 listopada – co widziałem?

11 listopada jest wciąż wielkim problemem. Jak obchodzić to święto wciąż nie wiemy, choć pogodne obchody państwowe zaproponowane przez prezydenta Komorowskiego wydają się właściwą propozycją. Niestety nie wszyscy ją podzielają zarówno po prawej jak i lewej stronie. Obchody święta 11 listopada są wyrazistym przykładem jak bardzo polska kultura polityczna potrzebuje dyskusji o historii i rozsądnej, zróżnicowanej polityki historycznej.
Odnotujmy najpierw, że obchody organizowane przez Pałac „Razem dla niepodległej” zgromadziły ok. 2 tys uczestników (wg. Polityka.Pl) i były znacznie lepiej zorganizowane niż w zeszłym roku. Intencją Prezydenta jest przypomnienie w tym dniu całego bogactwa polskiej kultury politycznej od Dmowskiego, poprzez Piłsudskiego, Witosa do Niedziałkowskiego.
Można jednak domniemywać, że mobilizacja Pałacu była, do pewnego stopnia, reakcją na zagrożenie, jakim mogłoby być zawłaszczenie święta niepodległości przez środowiska prawicowe. Było to przypomnieniem dla PO, że polityka historyczna jest potrzebna, choć w mniejszym stopniu dotyczyło z pewnością to samego prezydenta Komorowskiego, który znaczenie patriotycznych tradycji zawsze doceniał. Zeszłoroczny „Marsz niepodległości” w jakimś stopniu był więc wciąż w tle tegorocznych przygotowań do obchodów święta 11 listopada.
Z tego też względu duża część uwagi skupiała się również na tegorocznym „Marszu Niepodległości”. Jak więc on wyglądał?
Przede wszystkim nikt już go nie blokował. Był on nieco mniej liczebny niż w roku ubiegłym. Zaczął się dość nieszczęśliwie, chuligańskimi występami młodzieży wyraźnie nie związanej z marszem, to jednak owe chuligańskie zajścia muszą wpływać na jego obraz u postronnych obserwatorów i z pewnością będą wykorzystane przez jego przeciwników. Prowadzący marsz Mariusz Kowalski z ONR podołał temu trudnemu momentowi, uspakajając tłum i prowadząc negocjacje z policją. Co i raz intonował „Boże coś Polskę”, dzięki czemu zdezorientowany nieco tłum mógł przeczekać moment niebezpiecznego zastoju i rożnych zapowiedzi policji użycia środków przemocy. Przywódca Wszechpolaków Robert Winnicki zdawał się być tym razem niewidoczny. Bez żadnej nawet sympatii dla rzecznika ONR trzeba mu przyznać, że stanął na wysokości zadania i przeszły mu też przez gardło słowa „dziękuję policji za współpracę”, w chwili gdy sytuacja wyglądała dość dramatycznie.
Dzięki temu marsz mógł się uformować i wreszcie z ronda Dmowskiego ruszył ul.Marszałkowską. Jego uczestnicy wydają mi się bardzo zróżnicowani. Dużo ludzi starszych. Młodzi niekiedy razem z dziećmi niosący niewielkie białoczerwone proporczyki. Zjawia się grupa harcerzy, przebranych za powstańców warszawskich, idą w dwuszeregu z ogromną powagą. Wszędzie nagromadzenie najrozmaitszych symboli w dużym natężeniu, ale też bez wyraźnej koncepcji. Ta potrzeba symboli jest w tym tłumie widoczna, zarazem wyglądają one trochę tak jakby wyciągnięte z lamusa, bez współczesnej wymowy, prócz pragnienia i domagania się by nie ich nie porzucać. Owi harcerze w dwuszeregu byli dla mnie jakimś przejmującym do tego wezwaniem.
Widoczne są jednak także podgolone głowy. Jeśli widzę na rękawie naszywkę ONR (członkowie tej organizacji lubią się oznakowywać) wiem, że są to osoby identyfikujące się z marszem i starające się o zachowanie porządku. Wielu jest jednak młodych ludzi z podwiniętymi na szyi lub na głowie kominiarkami. Ci są bardzo ruchliwi i wyraźnie szukają draki. To typ kiboli i pseduokibiców, którzy skandują „policja zawsze i wszędzie j…. będzie”. Powtórzyło się to kilka razy w czasie marszu.
Schodzę do toalety hotelu forum, położonego tuż obok miejsca owych nieszczęsnych początkowych zajść. Tam grupa wyrostków gorączkowo myje wodą twarz i oczy. Zmywają gaz. To są chuligani, którzy atakowali policję. Instruują się jak postępować. Nie wiem, kim są owi młodzi ludzie. Czy to tak zwani autonomiści, czy też po prostu grupa chuliganów, których przyciąga wielkie zgromadzenie ludzi? Warto takie sprawy ustalać.
Na dalszej długiej trasie marsz przebiega już spokojnie, rozciąga się, wiele ludzi zdaje się maszerować tylko pewien odcinek i odchodzić. Nerwowe nieco służby porządkowe marszu nawołuję by iść środkiem ulicy, nie zbliżać się do szpalerów policji. Wyraźnie boją się dalszych prowokacji i incydentów.
Do pomnika Dmowskiego docieram bocznymi ulicami przed czołówką marszu. Tam trwa piknik patriotyczny. Jakiś ludowy poeta, który przedstawia się jako Szczurko, recytuje wiersze o ludowo-antyrządowej treści, postawny mężczyzny w stroju góralskim stoi przed transparentem „nie jesteśmy faszystami”, po czym daje się fotografować z kimś w zbroi husarskiej. Można powiedzieć – symbolika tradycyjnie narodowa w natłoku. Wreszcie piknik się kończy, bowiem nadchodzi marsz. Teraz dopiero można zobaczyć, o ile jest on mniejszy niż w zeszłym roku. Krąg tłumu, jaki otacza pomnik jest węższy. Usiłując ocenić liczebność tego zgromadzenia, w porównaniu z zeszłym rokiem połowa, tak około 10 tysięcy.
Inne obchody nie wydają się organizacyjnie udane. W radiu wysłuchałem, że pochód „socjalistów” (trudno mu zidentyfikować ugrupowanie posługujące się tą nazwą) liczył 80 osób. W marszu antyfaszystów brało udział około 500 osób (wg. Polityka.pl). Na stronie „Stowarzyszenia 11 listopada” znalazłem dość kuriozalną notatkę: „Anders Breivik nie wziął się znikąd, dojrzewał w duchu neofaszystowskiej nienawiści, wychowywał w nacjonalistycznych środowiskach, odwoływał się do idei polskich >narodowców<.” Trzeba niestety dodać, że w podobnym duchu w była pierwsza strona piątkowej GW, która 11 listopada poprzedziła „mapą brunatnej Polski”. GW udziela też intensywnego poparcia dosyć skrajnej lewicy. Niestety mimo ogromnego znaczenia tego dziennika, w tej dziedzinie jego oddziaływanie nie okazuje się skuteczne. Paradoksalnie agresywny ton GW robi raczej reklamę nielubianej przez nią prawicy. A duża część środowisk lewicowych polegać chce raczej na negacji znaczenia problematyki historycznej niż na wydobywaniu z niej własnych pozytywnych treści. 11 listopada jest wyraźnie świętej dla którego lewica nie potrafi znaleźć żadnego niemal klucza czy interpretacji.
Tym niemniej „marsz niepodległości” nie był w tym roku takim sukcesem jak w zeszłym. Zarówno marsze prawicy jak i lewicy, to organizacyjnie dzieło młodych, ideowych (choć pewnie w taki czy inny sposób zagubionych) ludzi. Ich pasja uczestnictwa w życiu publicznym nie znajduje wsparcia ze świata dorosłej polityki.
Wydaje się jak najbardziej właściwe, by to właśnie Prezydent RP był głównym gospodarzem i inicjatorem tego święta. A jednak trzeba też dodać, że w dziedzinie polityki historycznej państwa trzeba jeszcze wiele zrobić, jeśli zamiar ten miał się powieść. Prezydent Komorowski odniesie sukces nie wtedy gdy odbierze publiczność „marszowi niepodległości”, ale wtedy gdy uda mu się, by te liczne i rozproszone środowiska młodzieżowe zaczęły ze sobą dyskutować. Mogłoby stać się nawet tradycją, że marszy na 11 listopada jest wiele, byle nie były skierowane przeciwko sobie. Skoro nie można było razem iść w marszu, dlaczego nie można przynajmniej spotkać się na koniec w prezydenckim pałacu na wspólnej dyskusji? Dyskusja i spór zamiast antagonizmu. Może taki 11 listopada też nadejdzie.

Podróż po zamrożonym Naddniestrzu

KISZYNIÓW-TIRASPOL. Rosyjskie wojsko stacjonuje w Naddniestrzu i nie należy przewidywać by miało się stamtąd wyprowadzić. Nastroje tamtejszych rosyjskich wojskowych dobrze ilustruje następująca anegdota. Nasz samochód z obcą rejestracją dogania wojskowy pojazd, z którego wyskakuje wyraźnie zirytowany obcymi oficer, chcący nas natychmiast legitymować. Będący z nami obserwator OSCE chłodzi nieco jego gorliwość i zwraca się do niego  „Gaspadin major”,  a ten wyraźnie poirytowany odpowiada gniewnie „ja nie gaspadin, ja tawariszcz”.

Mołdowa przedzielona Dniestrem z niby-państwem Naddniestrzem na lewym brzegu to jeden z tzw. zamrożonych konfliktów. Nikt nie wie jak go rozwiązać i nie wiadomo czy w ogóle ktoś chce go rozwiązywać. Zachód wyraźnie nie chce tu zadrażnień z Moskwą, a konflikt jest i w tym sensie zamrożony, że nic się tu praktycznie nie dzieje, jeśli zlekceważyć fakt chronicznego niedorozwoju gospodarczego i brak perspektyw jakiejkolwiek poważniejszej poprawy.

Gdy chodzi o Mołdowę, już sama nazwa stwarza pewne trudności. Gdyby miało chodzić jedynie o historyczną Mołdawię sprawa byłaby jaśniejsza. Mołdawia przynależąca kulturowo do obszaru, który jest dzisiaj Rumunią musiałaby być zaliczona do Europy Środkowej. Państwo jednak, które dzisiaj nazywa się Mołdowa, obejmuje również tereny położone na lewym brzegu  Dniestru, gdzie w istocie „Rumunów” nigdy nie było. Można jedynie wspomnieć, że kiedyś była tam Rzeczpospolita, o czym przypomina wciąż zachowany Kościół w Raszkowie gdzie wedle Sienkiewicza Wołodyjowski miał brać ślub( aż łza się w oku kręci miłośnikowi Trylogii). Wszystko to jednak tylko odległa przeszłość (choć ksiądz w Raszkowie jest Polakiem), a dzisiejsze problemy kształtuje dzisiejsza geopolityka.

Zastanawiając się nad sytuacją Kiszyniowa trudno o dobrą radę. Historyk, z którym rozmawiam, chciałby  jak najszybciej pozbyć się Naddniestrza i bez tego obciążenia wprowadzić swój kraj jak najszybciej do NATO.  Jest na tyle młody, że prawo do enztuzjazmu.  Misja OSCE nie może jednak pozwolić sobie na tak śmiałe plany. Zasada nienaruszalności granic każe podtrzymywać rzekomą jednolitość państwa po obu stronach Dniestru, choć staje się ona coraz bardziej fikcją.

Jak się wydaje sytuacji nie ułatwiają też niektórzy politycy rumuńscy. Ci, którzy traktują Mołdowę/Mołdawię jako część Rumunii,  utrudniają proces kształtowania się jakieś tożsamości mołdawskiej i antagonizują jeszcze bardziej Naddniestrze. Nie wiadomo też, czy Mołdowa chciałaby się przyłączać do Rumunii. Być może jej silny regionalizm, choć blisko pokrewny temu co rumuńskie zasługuje na samodzielny byt w ramach Unii Europejskiej. Mimo  marzeń o wielkiej Rumunii (a więc z Mołdową), Mołdawianie traktowani są w samej Rumunii, jako obywatele drugiego sortu i nikt ich specjalnie serdecznie nie traktuje. Rumuński nacjonalizm jest więc w to mi graj rosyjskiemu imperializmowi.

Przejazd przez Dniestr do Tiraspola przekonuje jak trudne są tutejsze problemy. Nie ma wątpliwości kto w Nadniestrzu  rządzi i czego chce. Bardzo nie wielka społeczność nie wydaje się być zdolna do wytworzenia jakiejkolwiek namiastki opinii publicznej, choć zdarzają się i tutaj niezależnie myślące obywatelskie grupy.  Długoletni prezydent rządzący tu do nie dawna niepodzielnie, były sowiecki generał Igor Smirnow, określał sytuację  bezkompromisowo:

„Naddniestrze jest historyczną granicą Imperium Rosyjskiego. Ponadto z prawnego punktu widzenia, my ze Związku Radzieckiego nie wychodziliśmy! Nasz naród opowiedział się za zachowaniem ZSRR w referendum uznanym za zgodne z międzynarodowymi normami. A potem zadaliśmy kolejne pytania. Z Mołdawią czy samodzielnie? Samodzielnie. Razem z Rosją? Na pewno razem z Rosją, dlatego, że tu jest Rosja”.

Nie wydaje się, aby nowy prezydent Jewgienij Szewczuk miał w tych sprawach odmienne poglądy. Ostatnio wywożąc z Nadniestrza rosyjską broń zaktywizowano dla równowagi rosyjską dyplomację i mnożą się spekulację nt. wprowadzenia tam rosyjskiego rubla. Byłoby to zgodne z neoimperialną polityką Putina.

Wizyta w twierdzy Bender, leżącej na terenie rosyjskiego garnizonu, może tylko dodatkowo przekonywać, że Rosja stąd nie ma zamiaru się wycofywać. Zabytkową twierdzę zamienia się na muzeum. Wojskowy historyk pokazuje nam popiersia carskich generałów, które otaczają muzeum a imperialny dwugłowy orzeł wisi nad główną bramą. Nasz przewodnik jest uprzejmy i z całą naiwnością opowiada o tym, że jest rosyjskie muzeum. Jego mocodawcy z pewnością jednak nie są naiwni. W tym muzeum tak jak w polityce Putina, dążeniem jest przywrócenie przeszłości.

Patrz zdjęcia Naddniestrza: https://kazwoy.wordpress.com/zdjeciafoto/podroz-do-naddniestrza/

Lokalna polityka też jest wielka

Dużo się pisze jak zachowują się posłowie w Sejmie, ale czy wiemy co robią nasi radni w mojej dzielnicy czy gminie. Tu, na dole jest też wielka polityka, pieniądze i władza. I znacznie mniej obywatelskiej kontroli i uwagi mediów. Działy miejskie wielkich gazet to repertuar, że coś tam wybudowali albo że pękła rura, ewentualnie jakiś skandal, ale musi być już odpowiednio duży, żeby dał się porównać z przekrętami centralnymi. I grupie obywateli Saskiej Kępy taka sytuacja nie odpowiada. Zaczęła wychodzić gazeta miejska i od razu okazało się, że burmistrz dzielnicy jest z tego niezadowolony. Nic dziwnego, bo jak się tylko trochę poszuka, to widać, że z demokracją lokalną jest krucho. Otwórz więc i czytaj. Redakcji chodzi nie tylko o Saską Kępę i Warszawę, ale los naszej demokracji lokalnej.

Saska Kepa 05 Nowe dziennikarstwo miejskie

A w następnym numerze nasi dziennikarze piszą:

„Gdzie pracują nasi radni? W kieszeni u Burmistrza”

„U nas chodnik jest krzywy ale stadion jest narodowy”


Warszawskie klimaty – Cafe 7 na Dobrej to też kultura!!!!!

Bar Cafe 7 to ostatni posterunek dawnego dobrego Powiśla. To dzielnica starej Warszawy, który broni się naporem mdłej nowoczesności. Cafe 7 na Dobrej 37 broni się dzielnie. Również przed sądami, ponieważ miasto Warszawa chce posesje sprzedać i Cafe 7 wyrzucić, ale Pan Krzyś, barman, wygrał już dwie rundy, i sprawuje swoje obowiązki zza kontuaru. Pan Krzyś to samo wcielenie Warszawy, tej najlepszej jak z opowiadań Marka Nowakowskiego. Wystrój jest jak trzeba nostalgicznie prl-owski i jest fantastatycznie. I zbiera się tutaj najlepsze society z Powiśla, wraz z niektórymi jajogłowymi z z Uniwersytetu. Należy tu przyjść, aby zasmakować klimatu. Bar prowadzi, jak powiedziano, Pan Krzyś ale za barem zasiada też jego przystojna połowica Pani Hania. Pan Krzyś dysponuje dobrą gadką i poczuciem humoru. Włada polskim i gwarą warszawską. Pytanie poważniejsze brzmi, czy dawną dzielnicę Warszawy o proletariackim rodowodzie, ma przepoczwarzyć w teren nowobogackiego luksusu. Czy mamy zachować coś z Warszawy Tyrmanda, z Warszawy l.70-tych i 80-tych, atmosfery miasta, która broni się w ostatnich niszach, tej atmosfery, która pokonała wszystkich, którzy wyobrażali sobie, że Warszawę można sobie podporządkować? I pytanie jest czy władze Warszawy, chcą zachować coś z przeszłości, aby podtrzymać pamięć o tym, czym to miasto było, broniąc swego autentyzmu i swego fasonu? Piszę te słowa siedząc przy barze i gadam z Panem Krzysiem i wzywam wszystkich, którzy myślą dobrze o starej Warszawie, aby podtrzymali tutejszą konsumpcję. Wzywam młodych konserwatystów i republikanów, lewaków od Sierakowskiego i antyglobalistów. Tutaj można się spotkac i rozmawiać jak Polak z Polakiem, pojada ć skromnego lecz dobrego grilla i popijać tym czym zawsze popijali prawdziwi Warszawiacy. Jeśli ktoś chce ze mną spotkać starczy poprosić Pana Krzysia, on zadzwoni do mnie zadzwoni a ja przyjdę. Tutaj może kształtować się nasza opinia publiczna. O Pana Krzysia dyskutuje się o wszystkim w przyjaznej atmosferze.

Absolwent bez pracy – dlaczego? Dalsze przykłady i dalszy ciąg dyskusji

Opublikowanie pod pseudonimem Jan Kamiński autoreportażu o problemach absolwenta jednej z wyższych uczelni ze znalezieniem pracy, poruszył temat ważny, skoro miał około 3.5 tys. czytelników i wiele komentarzy. Podzielić je trzeba na trzy grupy: „liberałów”, którzy uważają, że jak ktoś nie ma pracy, to sam sobie winien, „krytyków naiwność” – jak ktoś studiuje politologię, to czego ma się spodziewać, „krytyków rynku pracy” – jest on źle skonstruowany i młodzież nie potrafi się na nim odnaleźć. Niektóre komentarze są nieco skrajne w sformułowaniach w istocie jednak wskazują różne aspekty tego samego problemu. Z pewnością jednak 25% bezrobotnej młodzieży i wysokie bezrobocie wśród kończących studia wyższe to poważny problem społeczny, niezależnie od tego jakie są jego przyczyny. Nawet jeśli rację mieliby nawet „liberałowie”, że chodzi o nieudolność w szukaniu pracy, to pozostawałoby jeszcze pytanie, skąd się ona tak masowo bierze.

            Jan Kamiński kontynuuje swój reportaż, odpowidajac na głosy w dyskusji i opowiadając losy innych absolwentów mających trudności z pracą. Warto by mieć więcej zróżnicowanych przykładów namawiam więc do kontynuowania i włączenia się w debatę.

Część głosów dotyczyła oceny mojego postępowania. Wiele było bardzo krytycznych. Wskazywano w nich na błędy przy poszukiwaniu pracy oraz wyborze studiów. Pojawiły się też głosy wsparcia.

Jednak szczególnie cieszą te głosy, które wykorzystały mój przykład jako asumpt do szerszej dyskusji. Taki zresztą był cel opublikowania autoreportażu.

Ta część dyskusji dotyczyła rozważań nad: kryzysem na rynku pracy (ze szczególnym uwzględnieniem segmentu „młodzi”), tym czy mamy do czynienia z rynkiem pracownika czy pracodawcy (oraz czy taki podział ma w ogóle sens), jaka powinna być polityka państwa, jaki jest stan szkolnictwa wyższego, czy boom edukacyjny szkolnictwa wyższego był pozytywnym zjawiskiem.

Tym razem opiszę dwie kolejne historie młodych ludzi. Moich znajomych. Mam nadzieję, że dadzą one kolejny asumpt do dalszego pogłębionia rozpoczętej debaty. Oto one:

Piotrek, 25 lat. Absolwent dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Dyplom obroniony na 5. Roczne stypendium na Uniwersytecie Poczdamskim. Znajomość dwóch języków obcych (angielski, niemiecki).  2 lata doświadczenia w telewizji (TVN, Polsat, TVP), w tym na samodzielnym stanowisku reporterskim.

Piotrek myślał, że stypendium na dobrym niemieckim uniwersytecie, dodatkowo zwiększy jego atrakcyjność na rynku pracy. Dlatego pomimo, że po dwóch latach pracy w telewizji dorobił się stabilnej pozycji i naprawdę imponującej pensji zdecydował się na wyjazd.

Jeszcze będąc w Niemczech, szukał pracy. Po kilku pierwszych miesiącach, wysłaniu niezliczonej liczby CV i odezwaniu się do wielu swoich dawnych kolegów z telewizji, upewnił się co do jednego – wyjazd do Niemiec to nie był dobry pomysł. Stało się dla niego jasne, że kryzys na rynku pracy dotknął także media.

W siódmym miesiącu poszukiwań wydawało się, że karta się odwróciła. Znalazł pracę! W oddziale jednej z telewizji w Krakowie. Dostał 2500 zł netto. Pieniądze nieporównywalne do tego, co zarabiał wcześniej, ale biorąc pod uwagę ogólną sytuację na rynku był wniebowzięty. Cieszył się tym bardziej, że pochodził z miejscowości pod Krakowem. Mógł więc często odwiedzać rodziców.

Po miesiącu pracy okazało się, że szef był „nieprecyzyjny” przy omawianiu warunków zatrudnienia. Wysokość pensji Piotrka nie była sumą gwarantowaną, ale uzależnioną od liczby wykonanych materiałów, która… także nie były gwarantowana. W kontekście jego osobistych doświadczeń było to niemiłe zaskoczenie. W praktyce pensja mogła wynosić 2,5 tyś, a równie dobrze 1,5 tyś. Piotrek cały czas był zadowolony. Mówił, że średnia na pewno będzie dobra.

Po kolejnym miesiącu nawet on – człowiek z zasady pozytywnie nastawiony do życia – miał dosyć. Szef poinformował go, że stawki pracowników „nieetatowych”, czyli bez umowy o pracę (a Piotrek oczywiście do nich należał), zostają zredukowane… o 40%.

Piotrek starał się postawić. Powiedział, że jego pensja miała wynosić 2,5 tyś zł. A teraz wyliczył, że będą miesiące, w których zarobi kilkaset złotych! W odpowiedzi usłyszał: „Na Twoje miejsce jest wielu chętnych.”

Stało się jasne, że przy tak niskich i niestabilnych dochodach samodzielne życie w Krakowie i wynajmowanie pokoju nie wchodzi już w grę. Przeprowadził się do starszych rodziców. Na dojazdy przeznacza 3 godziny dziennie. Dodać do tego trzeba 10 – 11 godzin spędzonych w pracy.

Emerytury rodziców oraz skromna pensja Piotrka pozwalają przeżyć. Cały czas szuka nowej pracy. Warszawa, Gdańsk, Wrocław. Nieważne. Byle mógł się sam utrzymać.

Marta, 26 lat. Martę, podobnie jak Piotrka, znam od lat. Absolwentka psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyplom z wyróżnieniem. Dwa języki obce. Liczne staże w działach HR. Docelowo właśnie w HR chciała pracować.

W trakcie studiów pomagali jej rodzice. Po ich zakończeniu miała trzy miesiące na znalezienie wymarzonej pracy. Na dłuższe poszukiwania nie mogła sobie pozwolić. Potem musiała iść do jakiejkolwiek.

Wymarzonej pracy nie było. Znalazła za to zatrudnienie w jednej z krakowskich restauracji. Po znajomości. Nie powinno dziwić, że potrzebowała znajomości do dostania tej pracy. Z napiwkami od bogatych turystów z zagranicy, zarabia średnio 5 tyś zł netto miesięcznie.

Pytałem czy szuka jeszcze wymarzonej pracy. Po długim zastanowieniu powiedziała, że tak.