Londyn w pułapce Brexitu

Przestrzeń negocjacyjna partii konserwatywnej i nowej  Premier Theresy May, zawęża się stopniowo, mimo ostatnich intensywnych podróży oraz debat wewnątrzpartyjnych – pisze w gościnnym komentarzu „in web scribis” Jacek Zieliński.  Spotkania z Kanclerz Merkel  i Prezydentem Hollandem zakończyły się uprzejmym – nie – w obu przypadkach. Nie, dla preferowanego scenariusza dostępu do pełnego rynku i ograniczenia wolności przepływu ludzi. Angela Merkel twierdziła, całkiem słusznie, iż jej akceptacja dla takiego scenariusza byłaby złamaniem etosu i zasad dla jakich Unia powstała, Prezydent Hollande był bardziej pragmatyczny, odmówił ze względu na Marine Le Pen i jej Front Narodowy oraz niechęć do tworzenia jakichkolwiek precedensów. Z drugiej strony Theresa May znajduje się pod naciskiem kręgów finansowych, City of London, przemysłu i związków zawodowych domagających się zachowania pełnego dostępu do rynku! Kwadratura koła? Na politycznym froncie wewnętrznym jest równie żle. Szeregowi posłowie Partii Konserwatywnej /backbenchers/, którzy poparli Brexit i zniszczyli Dawida Camerona pod przywództwem Borisa Johnstona, nie ustąpią. Nigdy nie zaakceptują wolności przepływu ludzi i grożą wycofaniem poparcia dla Pani Premier i kolejną rebelią. Wewnątrzpartyjna równowaga w Partii Konserwatywnej jest tak krucha, że jakakolwiek deklaracja o odstąpieniu od koncepcji pełnego Brexitu zniszczy ją natychmiast. Tego tygodniowa sesja PMQ,s /pytania do premier/w Parlamencie jednoznacznie pokazała w jak ciasnym gorsecie negocjacyjnym  funkcjonuje Theresa May. Jej dyskomfort musi być dodatkowo dramatycznie zwiększany przez liberalną i prestiżową prasę brytyjską, która w przeciwieństwie do tabloidów, zwalczała jednoznacznie i od samego początku ideę Brexitu. Prasa ta publikuje i nagłaśnia konkretne przypadki strat jakie poniesie gospodarka i społeczeństwo w wyniku działań polityków oddających fundamentalne decyzje o przyszłości państwa w ręce ludzi nie przygotowanych do tego typu odpowiedzialności. Gigantyczny i znany także i u nas koncern Unilever zatrudniający w Wielkiej Brytanii 7500 osób w 10 fabrykach już poinformował, że w związku ze spadkiem wartości funta brytyjskiego do dolara o 15%, musi rozważyć odpowiednia zwyżkę cen produktów oraz  powstrzymać dalsze inwestycje w fabrykach, które w ciągu 2 lat nie będą już ulokowane na obszarze wolnego rynku. Edukacyjny  program Erasmus dzięki któremu 27 400 studentów z krajów unijnych zapełniło uczelnie brytyjskie z czesnym opłaconym przez Brukselę, zostaje wstrzymany na terenie Wielkiej Brytanii. Do domu będzie z kolei musiało wrócić około 15 000 brytyjskich studentów z uniwersytetów francuskich, włoskich, niemieckich, a być może też z naszego  Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wstrząśnięte jest rolnictwo brytyjskie, które w 100% opiera się o siłę roboczą z Polski, Rumunii i Bułgarii w okresach zbioru truskawek i jeżyn. Farmerzy już rozważają zmianę profilu produkcji, ale zajmie to 10 lat i pochłonie gigantyczne koszty i straty o zrefundowanie których rzecz jasna wystąpią do rządu – czytaj: podatnika . Nie jest łatwo być Premierem Wielkiej Brytanii, a będzie jeszcze trudniej. W okolicach Westminsteru powoli zaczynamy czuć zapach przyspieszonych wyborów parlamentarnych.

Jacek Zieliński ur.1957, absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW w 1982 roku. studia Podyplomowe London School of Economics and Political Science 1987-1989. Od stycznia 2016 regularnie komentuje „News.Świat” poświęcone polityce brytyjskiej i europejskiej.
Reklamy

NATO, Rosja, Obama, Tusk i PiS

Szczyt NATO dał wyrazistą odpowiedz na agresywną politykę Rosji. Rozpoczynając swoją awanturniczą politykę takiego zdecydowania Sojuszu Putin nie spodziewał. Swoją ocenę sojuszu muszą też skorygować ci wszyscy w Polsce, którzy powtarzali chętnie stereotypy o naiwnym (a nawet może zdradliwym) Zachodzie. NATO nie żywi wątpliwości, że Rosja jest potencjalnym agresorem i sojusz przyjął strategię odstraszania.

Zawarta umowa USA-UE jest nowym czynnikiem polityki bezpieczeństwa. Wskazuje też jak dużą uwagę przywiązuje Waszyngton do Unii Europejskiej. Wszelkie spekulacje, że amerykanie odwracają się plecami do Europy, ponieważ ich interesy są na Pacyfiku, zdają się już nieaktualne.

Wydaje się, że w tej dziedzinie polityki bezpieczeństwa odnośnie NATO nie ma zasadniczych rozbieżności  między obozem rządowym w Polsce  a opozycją. Ponad 80% Polaków jest też  za członkostwem Polski w NATO a jedynie 3% jest temu przeciwna (choć warto zwrócić uwagę na agenturalne próby kwestionowania członkostwa Polski w NATO z jakich natężeniem miało się do czynienia ostatnio).

Szczyt ma też swoje znaczenie dla krajowe. Każda ze stron chce wyciągnąć z niego korzyści wewnątrz polityczne.  Rząd próbuje się zasługi wstąpienia Polski do NATO przypisać politykom PiS (delikatnie mówiąc są one znikome), co pokazywać ma kuriozalna wystawa pokazana z okazji szczytu, w której pomija się tych polityków III RP, którzy budowali zręby polityki bezpieczeństwa po 1989 i odzyskaniu niepodległości. PiS stara się we wszelkich dziedzinach pokazać,że wszystko zaczyna od nowa i lepiej, stąd teza, że obecny szczyt (przygotowywany rzekomo przez PiS – co jest nie prawdą, bowiem inicjatywa wyszła przed wielu lata od Bronisława Komorowskiego) jest niemal tak samo ważny jak samo wstąpienie do NATO w roku 2000.

Wbrew tym wysiłkom dobry nastrój politykom PiS psuć musi wystąpienie prezydenta Obamy  bez ogródek  mówił o tym, że wspólnota północnoatlatycka opiera na demokratycznych wartościach państwie prawa wyrażając zaniepokojenie tym, co dzieje się w związku w Polsce. Wspólna konferencja prasowa prezydenta Obamy i prezydenta Dudy pokazała też rażący kontrast obu wystąpień.  Można tylko spekulować czy spotkanie prezydenta Obamy z prezydentem Dudą mogła wywrzeć na tego ostatniego jakiś pozytywny wpływ i skłonić go do poważniejszego traktowania swego urzędu.
Widoczną postacią szczytu był natomiast Donald Tusk i to nie tylko z powodu pełnionej przez siebie funkcji. Oczywiste jest, że jest współautorem umowy USA-UE. Jego przemówienia podczas szczytu było wyraziste w sprawach polityki bezpieczeństwa zawierało również aluzje dotyczące wewnętrznej polskiej sytuacji. Zapowiedziane przesłuchanie Tuska w sprawie katastrofy smoleńskiej może okazać się istotnym wydarzeniem politycznym o dalece niekorzystnej wymowie dla PiS i Macierewicza propagującego teorię zamachu. Tusk na szczycie pokazuje się polityk europejskiego wymiaru. Próba niszczenia jego autorytetu może być dla jego przeciwników w Warszawie katastrofalna. W świetle wydarzeń globalnych (a takim jest szczyt NATO) widać małość polityki PiS jest jeszcze lepiej widoczna.

Przełomowy traktat polsko-niemiecki i jego rocznica

Ze znaczenia polsko-niemieckiego traktatu z roku 1991 zdać sobie można sprawę lepiej wtedy, gdy przypomni w jakiej sytuacji politycznej  była Polska w wieku XX i wcześniej. Określa ją najlepiej fakt rozbiorów i podwójna napaść na Polskę w roku 1939 ze strony Niemiec i Rosji. Położenie pomiędzy dwoma agresywnymi potęgami stwarzało kolosalne zagrożenie.

Rosja i po upadku komunizmu nie przestała być groźnym sąsiadem. Niemcy natomiast weszły w skład większego organizmu politycznego, jakim jest jednocząca się Europa i zasadniczo zmieniły swoją politykę. Zawarcie traktatu z Niemcami było jednym z najistotniejszych czynników otwierających Polsce drogę do Unii Europejskiej a także zabezpieczeniem przed Rosją, w której jak się okazało ambicje neoimperialne nie gasną.

Należy zwrócić uwagę, że stosunki polsko-niemieckie od wczesnego średniowiecza aż po wiek XVIII pozbawione były zasadniczych konfliktów. Dopiero Prusy za namową Moskwy stały się groźnym sąsiadem. Kulminacją wrogości i agresji stała się II wojna. Przesunięcie granic i utrata przez Niemcy terenów wschodnich zdawała się tworzyć trwałe źródło niezgody. Jeśli takie nadzieje miał Stalin, nie spełniły się one. Polacy i Niemcy umieli przezwyciężyć złą przeszłość.

W Niemczech związane to było z rozrachunkiem z okresem 1933-45. Dokonywał się w Republice Federalnej Niemiec na Zachodzie poprzez powszechną publiczną debatę. Ma ona istotne znaczenie aż do dzisiaj. Jest ona też przykładem jak trudny jest rozrachunek z totalitaryzmem i autorytarnymi rządami, jeśli zakorzenią się one w jakimś społeczeństwie. W Niemczech wschodnich okupowanych przez sowietów autentyczny rozrachunek nie był możliwy a propagandowy „antyfaszyzm” stanowić miał listek figowy dla komunistycznych rządów. Trudne problemy przeszłości podjęły się kręgi opozycyjne, z których najbardziej znaczący przyjął samą ze siebie mówiącą nazwę „Akcja Pokuty”.

Trzeba podkreślić jak wielkiego to wymagało wysiłku i że to było wynikiem intensywnej pracy wielu odważnych osób, które sprzeciwiły się powszechnym po wojnie stereotypom wrogości. Traktat był nie tylko wynikiem kalkulacji politycznej obu stron, ale także a może przede wszystkim dziełem pojednania. Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski, Stanisław Stomma, Wojciech Wieczorek, o których niezbędnie trzeba pamiętać, mówiąc o trudnej drodze do polsko-niemieckiego traktatu. Willy Brandt, Ludwik Mehlhorn, Guenther Saerchen  i wielu i innych to partnerzy tego owocnego dialogu po stronie niemieckiej.

Gdy teraz obchodzimy rocznicę tego historycznego traktatu warto dokonać refleksji nad położeniem Polski w świecie, gdy sytuacji międzynarodowa staje się tak napięta i widocznych jest tyle nowych zagrożeń.

Nimecy jest największym polskim sąsiadem. Stosunki z nimi wymagają uwagi i wiedzy. Interesy Polski i Niemiec w sprawach strategicznych są zbieżne, co nie wyklucza rozlicznych rozbieżności i konfliktów (takich jak obecnie kwestie polityki energetycznej czy uchodźców). Umiejętność ich negocjowania jest żywotną kwestią dla obu krajów a jakiekolwiek napięcia nie powinny eskalować do tego stopnia, aby naruszać strategiczne partnerstwo. Dzieło traktatu powinno być trwałe, gdyż jest to jeden z fundamentów tej europejskiej polityki, dzięki której Polska może czuć się bezpieczna.

Ambasador RR i duszpasterz niby-partii „Zmiana”

„Jeżeli nie pomożemy Ukrainie, to niedługo za naszą wschodnią granicą będziemy mieli rozpadający się, bandycki kraj z rosyjskimi najemnikami, którzy będą destabilizować już nie Ukrainę, a Polskę! Wybór wydaje mi się jasny” – takie jest klarowne stanowisko przyszłego ambasadora RP w Kijowie Jana Piekło. Wypowiada je od dawna i bez ogródek. To z pewnością powód, że powierzono mu tak newralgiczne stanowisko w Kijowie. Ukrainę Jan Piekło zna doskonale jako długoletni dyrektor Fundacji Współpracy z Ukrainą (PAUCI).

Niemal równoległym  zdarzeniem do nominacji Jana Piekło jest list ukraińskich intelektualistów do Polaków „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Wśród sygnatariuszy znajdują się m.in.  dwaj byli  prezydenci i patriarcha kijowski Filaret. Jan Piekło jedzie więc do Kijowa w atmosferze, która w najwyższym stopniu sprzyja polsko-ukraińskiemu pojednaniu.

Polski ambasador wie znakomicie, że jest to misja najeżona trudnościami. Sam przed rokiem stwierdzał w jednym z wywiadów „Zarówno Rosja, jak i nieżyczliwi obywatele usiłują zrobić wszystko, żeby do pojednania nie doszło”.

Takim „nieżyczliwym” wtórującym głosowi z Moskwy, jest w Polsce od dłuższego czasu ks.Isakowicz-Zaleski. Jego nienawistny głos skierowany przeciw Ukrainie i Ukraińcom jest zawsze słyszalny, gdy Polacy i Ukraińcy zbliżają się do siebie. Nic więc dziwnego, że Isakowicza-Zaleskiego sprowokowała do wzmożonej aktywności zarówno nominacja Jana Piekło jak i list ukraińskich intelektualistów. Jak na zawołanie wysyła on list do Pani Premier Szydło mający przeszkodzić nominacji Jana Piekło.

Tylko niewiele osób popisało się takim dorobkiem starannie dawkowanej nienawiści do Ukrainy i Ukraiców. Z Isakowiczem-Zaleskim konkurować mogą chyba tylko  Bogusław Paź i Mateusz Piskorski. Postacie dość jednoznaczne.

Bogusław Paź chwali bezczeszczenie zwłok ukraińskich żołnierzy w Donbasie (zawieszony za to na pewien czas w prawach pracownika Uniwersytetu Wrocławskiego), Piskorski urządza demonstracyjne wycieczki na okupowany przez Rosjan Krym i kieruje prorosyjsko i proputinowską organizacją, udającą partię, ugrupowaniem „Zmiana”.  Ostatnio aresztowany na podstawie podejrzeń o działalność antypaństwową.

Isakowicz-Zalewski cieszy się natomiast ze swobody, którą wykorzystuje by w niezwykle intensywnej i systematycznej politycznej działalności, siać niezgodę między  Polakami z Ukraińcami. Wspierał w swoim czasie skorumpowanego prezydenta Janukowycza, organizował prowokacyjne wystawy w Kijowie we współpracy z wysoko postawionymi rosyjskiego agentami wpływu, podjudza środowiska kresowe, pasożytuje na pamięci tragedii Wołynia 43. Hipokryzja tego człowieka polega między innymi i na głoszeniu, iż strona ukraińska nigdy nie przeprosiła za „Wołyń 43”. Gdy zaś słyszy takie przeprosiny (z ust prezydenta Poroszenki czy hierarchii Kościoła greckokatolickiego) i ostatnio z ust ukraińskich intelektualistów i polityków, jest to dla niego jedynie powód do dalszych ataków.

Trzeba stwierdzić z całą dobitnością, że jest to działalność zgodna z kierunkami moskiewskiej propagandy.  Atak na ambasadora RP jakim jest Jan Piekło  jest niezwykłą bezczelnością, na którą zwykle zdobywają się jedynie wrogie Polsce mocarstwa. Isakowicz-Zaleski nie zawahał się zrobić to we własnym imieniu.

Na Facebooku Isakowicz-Zaleskiego napisane jest „działalność dobroczynna”. Błąd. Winno być „działalność nienawistna”. Będąc w takim towarzystwie jak Bogusław Paź i Mateusz Piskorski, Isakowicz-Zaleski winien podjąć się jeszcze jednego zadania – winien zostać duszpasterzem niby-partii Zmiana. Jego niby-duszpasterstwo pasowałoby do tej niby partii. Byłoby to dla niego właściwe miejsce i może wreszcie znalazłby się obok Mateusza Piskorskiego.

Expose min Waszczykowskiego – korekta bez zmian

Expose min. Waszczykowskiego traktować można jako pewną korektę polityki, jaką prowadzi on od czasu objęcia urzędu. Są w nim deklaracje przywiązania do Unii Europejskiej i NATO, zapewnienie że rząd dotrzyma wcześniejszych zobowiązań względem przyjmowania uchodźców, stwierdzenia o chęci dobrych stosunków z Niemcami, a także, że z Wielką Brytanią dzieli on koncepcje bezpieczeństwa. Można więc powiedzieć, że tym razem polski polityk ma każdemu coś miłego do powiedzenia. Jedynie wobec Moskwy jest oschły, co nie może dziwić i jest w pełni zrozumiałe.
MSZ kierowany przez Ministra Waszczykowskiego zaostrzył uprzednio stosunki z niemal wszystkimi poważnymi partnerami Polski. Do nieporozumień doszło nawet z Ukrainą, kiedy Kijów poczuł się urażony daną o milionie ukraińskich rzekomych uchodźców w Polsce. Czy więc istotnie min. Waszczykowski dokonał potrzebnej korekty i wyjaśnił istniejące nieporozumienia?
Łagodniejszy ton expose i brak z nim wycieczek słownych pod adresem krytyków dotychczasowej polityki mógłby o tym świadczyć. Uderza jednak stwierdzenie, że polityka MSZ „pozostanie asertywną, co nie oznacza że konfliktową. Polska nie zamierza zaostrzać stosunków z żadnym partnerem zagranicznym”. Nawet jeśli uwzględnić specyficzny styl wyrażania się min. Waszczykowskiego, który nie szuka specjalnie dyplomatycznych sformułowań, zdanie to budzi zastanowienie. Jeśli bowiem ma się z kimś dobre stosunki, to nie ma potrzeby składania takich deklaracji. Można też zapytać, jak odróżniać konfliktowość od asertywności.
Minister podkreśla też, że grupę Wyszehradzką tratuje jako „sprawdzony element architektury bezpieczeństwa”. Warto zauważyć pewną związaną z tym wieloznaczność, bowiem część polityków zachodnich w pewnym zakresie prorosyjskiej postawie Budapesztu i Bratysławy dostrzega poważne zagrożenie.
W expose wyczuwalne jest też skrywane zaniepokojenia, gdy mowa jest,
że „nie będzie zgody polskich władz na naruszenie jednego z podstawowych praw obywateli UE: prawa do swobodnego przemieszczania się” i gdy krytykuje się ideę tzw.”małego Schengen, które nie obejmowało by naszego regionu”. „Będziemy protestować przeciwko takim rozwiązaniom” stwierdza min.Waszczykowski. Gdy trzeba protestować, to chyba znaczy, że nie jest już tak dobrze.
„Polska polityka zagraniczna odzyskuje podmiotowość, której brakowało przez kilka ostatnich lat” – mówi na koniec min. Waszczykowski i to zdanie wydaje się kluczowe. Polska zdobyła sobie w latach 2005-2015, jako nowy członek UE, silną pozycję i prestiż, przynajmniej w opinii większości polityków Zachodu. Jeśli ta sytuacja w oczach min.Waszczykowskiego związana była z „brakiem podmiotowości”, to wielu komentatorów od Waszyngtonu, poprzez Londyn, Paryż aż po Berlin postawi sobie pytanie, na czym owa „odzyskiwana podmiotowość” szefa polskiego MSZ ma polegać. Polityka UE ma charakter wspólnotowy i opiera się na ciągłym szukaniu kompromisów. Podkreślanie „podmiotowości” (skądinąd sprawy oczywistej) mogą być odczytywane jako brak zrozumienia dla takiej polityki wspólnotowej, a jeśli się taka opinia utrwali, żadne protesty nie pomogą, gdy kraje  „małego Schengen” siądą same do stołu obrad, a „asertywnej”  Polski przy tym nie będzie.

Czy Polska może być krajem bez znaczenia?

Odpowiedz „tak” wydaje się niedorzecznością. Polska to dwudziesta co do wielkości gospodarka świata i szósta w Unii Europejskiej, państwo położone w samym środku Europy. Polski głos w Brukseli zdaje się być nie do pominięcia. Polska jest silnie osadzona w stosunkach międzynarodowych i dzięki takim inicjatywom jak „trójkat weimarski” stała się niemal równorzędnym partnerem takich stolic jak Paryż czy Berlin. W dużym stopniu Europa zachodnia zawdzięcza Polsce szybsze zrozumienie agresywnej natury polityki moskiewskiej.
A jednak ! Polityka jest grą bardzo skomplikowaną. Pogorszenie własnej pozycji nie jest zadaniem niewykonalnym. Polityka globalna przeżywa obecnie głęboką ewolucję. Jeszcze dekadę temu nikt nie mógł przypuszczać, że państwa takie jak Turcja czy Ukraina staną znaczącymi aktorami światowej polityki. Dwie dekady temu nikt nie myślał, że Korea Płd będzie potęgą gospodarczą w skali światowej, podobnie nie groziła nam „inwazja” emigrantów z południa, bowiem ludności w Afryce północnej było bez porównania mniej ludności niż w Europie. Świat potrafi zmieniać się bardzo szybko, a w szczególnych wypadkach dla poszczególnych krajów zmiana może być skokowa. Czy coś takiego może wydarzyć się Polsce i to w taki sposób, że Polska straci swoją obecną pozycję? Aby się tak stało muszą być spełnione odpowiednie warunki i trzeba popełnić odpowiednią ilość błędów.
Pierwszym warunkiem jest popsucie sobie stosunków z Niemcami. Zamiast współpracować z Berlinem, można starać się o budowanie w Europie środkowej antyniemieckiego bloku. Można twierdzić (czytając podręczniki dawniejszej historii), że Polska jest wciąż w kleszczach niemiecko-rosyjskich i za wszelką cenę te wyimaginowane kleszcze starać się rozerwać przez budowanie wyimaginowanych projektów takich jak Międzymorze (nie zauważając przy tym, że Partnerstwo Wschodnie było w nowych warunkach jakimś przybliżonym sposobem realizacji właśnie owego „międzymorza”).
Drugim warunkiem osłabienia pozycji Polski jest pokazywanie figi Brukseli. Można to zrobić w najrozmaitszy sposób. Najlepszym sposobem jest łamanie reguł gry, które są ustalone dla całej wspólnoty. Można je przedstawiać jako narzucone. Można twierdzić, że chcemy być członkiem UE, ale jedynie na własnych warunkach. Postępowanie to przypomina członka jakiegoś klubu, który nagle zaczyna twierdzić, że nie zgada się na statut klubu i będzie pisał własny. Klub jest stateczny, nikt dziwaka nie wyrzuca, ale traktowany jest jak półgłupek.
Bardzo dobrym sposobem osłabienia międzynarodowej pozycji Polski jest zawieranie egzotycznych sojuszy, traktowanych jako strategiczne. O taki sojusz można na przykład starać się z Wielką Brytanią, która właśnie debatuje nad wystąpieniem z UE, co związane byłoby z pogorszeniem się sytuacji setek tysięcy mieszkających tam obywateli polskich. Sojusz z Wielką Brytanią można przedstawiać jako alternatywę dla dobrych stosunków z Niemcami i istotnie trudno o to, aby Londyn „zwasalizował” Warszawę, bowiem los Warszawy jest Londynowi dość obojętny.
A propos strategii można też twierdzić, że Polska stanie się strategicznym partnerem Chin i Chiny budują nowy jedwabny szlak tylko po to, by dotarł on do Warszawy.
Można też twierdzić, że główne oparcie (przeciw dekadenckiej i lewackiej Europie) znajdzie Polska w Stanach Zjednoczonych. Tam są twardziele, które nam pomogą i obronią (jak odejdzie Obama). Może nawet wypożyczą nam bombę atomową, abyśmy mogli poczuć się trochę lepiej. Kłopot jest tylko w tym, że psując sobie stosunki z Niemcami traci się punkty w Waszyngtonie. Mając do wyboru Warszawę i Berlin, amerykanie nieomylnie muszą wybrać Berlin, patrząc na polityków z Warszawy jako gości, którzy nic nie rozumieją ze światowej polityki.
Argumenty o sile współczesnej Polski można długo wyliczać. Polska jest krajem o gospodarce jedynie dwukrotnie mniejszej od gospodarki rosyjskiej. Niemcy też gonimy, wystarczy przyjrzeć się byłej NRD. Wreszcie dochód na głowę w Polsce to ponad ¾ Unii Europejskiej a to przecież jest grupa najbogatszych państw świata. Wydaje się więc, że Polska ma zapewnioną istotną pozycje w koncercie państwa europejskich. Okazuje się, że wcale tak nie jest. Pomysłów by Polskę zdegradować jest dzisiaj całe multum.
Można udawać, że jest się takim mocnym, iż stać nas na całkowicie samodzielną politykę. Pozycja i siła danego państwa zależy nie tylko od własnych zasobów, ale w ogromnej mierze od rodzaju i jakości związków z innymi państwami. Nawet jednak USA nie stać na politykę w 100% samodzielną i wiele swoich posunięć muszą staranie negocjować z partnerami. Można jednak twierdzić, że Polskę stać. Sojusz oznacza współzależność. Gdy odrzuca się jedne współzależności, wpada się w inne. Dobrym przykładem jest dumny Węgier Orban. Odwrócił się on plecami do EU i wpadł współzależność od Moskwy. W dzisiejszej Europie jest tylko wybór między Brukselą i Moskwą. Można, będąc nawet w gębie najbardziej antyrosyjskim, popaść w zależność od Putina.
Należy się jednak pocieszyć. Nie będzie najpewniej aż tak źle. Ostateczne ugruntowanie się samodzielności Ukrainy zmieni zasadniczo położenie Polski, czyniąc Polskę krajem w bezpiecznym położeniu w pełni środkowoeuropejskim. Ukraina wspierana przez cały Zachód da sobie radę, przejmując rolę „przedmurza” i obejmując strategiczne pozycje nad Morzem Czarnym. Rosja Putina znajdzie się w głębokim kryzysie i nie zaatakuje Warszawy ani nawet niezdolna będzie do wykorzystania głupoty i dyletantyzmu niektórych nadwiślańskich speców od polityki zagranicznej. Z Berlina, Paryża i Waszyngtonu będzie się leciało prosto do Kijowa, omijając Warszawę pogrążoną w śnie o potędze i odzyskiwaniu „silnej, samodzielnej pozycji” (rzekomo utraconej przez uległość wobec Berlina i Brukseli). Polska będzie mimo wszystkich ekstrawagancji bezpieczną europejską prowincją, budzącą może uśmieszek i lekką kpinę. Może ktoś życzliwy i wspominający dawniejsze czasy powie nawet „przecież oni mieli kiedyś kogoś takiego jak Wałęsa”. Nie będzie się tam jeździć na ważniejsze spotkania międzynarodowe, ale każdą większą konferencję organizowaną przez Warszawę uświetnią zawsze Victor Orban i Milosz Zeman. Można więc być krajem bez znaczenia i nie jest to wcale tak źle. Nie będzie to międzymorze, ale bajoro będzie swojskie.

Nie obronimy się w wojnie psychologicznej, to przegramy starcie militarne

Nasza cywilizacja dostała do ręki nowe narzędzie komunikacyjne – Internet. Jest ono wykorzystywane przez putinowską Rosję w sposób inteligentny, perwersyjnie twórczy i szalenie niebezpieczny. Tu raczej nie chodzi o wojnę informacyjną, bo też informacji jest tam mało. Króluje za to dezinformacja. Uważam, że nie doceniamy strony rosyjskiej.

Każdy kto wejdzie do moskiewskiej księgarni, znajdzie bez trudu duży dział zatytułowany „politologia”. Kłują nas tam w oczy tytuły „Wojna hybrydalna 3.0”, „Wojna informacyjna”, „Wojna psychologiczna”… Wojna psychologiczno-propagandowa jest tam opisana dość precyzyjnie. To znaczy, możemy bez trudu odnaleźć jej scenariusze w codziennej rzeczywistości.

Związek Radziecki dysponował ideologią komunizmu, którą usiłował propagować. Z czasem stało się to szalenie mało przekonujące, ale do końca niemal próbowano starano się przekonywać o „wyższości komunizmu nad kapitalizmem”. Dziś w Rosji mamy do czynienia z innym zjawiskiem, z propagandą skierowaną do wewnątrz, mówiąca o „wielkości Rosji”. Z gruntu szowinistycznej. Niestety, musimy sobie uzmysłowić, że w te bzdury wierzy przeciętny Rosjanin. Nam natomiast nie-Rosjanom funduje się coś zupełnie innego.

Poszczególne kraje atakowane są w taki sposób, by zdezorganizować opinię publiczną za pomocą dezinformacji. To nie ma nic wspólnego z bezpośrednimi, otwarcie wyrażanymi celami polityki rosyjskiej. Chodzi o to, by Polacy nienawidzili Ukraińców, a Ukraińcy nienawidzili Polaków. Chodzi o to, by Niemcy byli podburzeni przeciw polityce Angeli Merkel. Chodzi o to, by poszczególne kraje Europy czuły się zagrożone islamem. W Niemczech będzie to hasło antyfaszyzmu, bo jest ono związane z wojną, a u nas będzie chodziło o banderowców. Inaczej będzie to wyglądało w Słowacji, a inaczej – w Czechach.

Po drugiej, rosyjskiej stronie internetowego kabla siedzą psycholodzy, historycy i socjolodzy. Zastanawiają się oni, jak wewnętrznie skłócać oponentów w krajach będących przedmiotem ataku. A zatem, nie jest to żadna propaganda.

Internet stworzył zupełnie nowe relacje w stosunkach społecznych. Na początku to była zabawa, wymyślona w garażu przez kilku hipisów. Tak jak Gutenberg drukując klockami pierwsze strony Biblii, nie zdawał sobie sprawy, że dokonuje rewolucji, tak pojawienie się Internetu niesie z sobą nieprawdopodobne skutki cywilizacyjne, których nie potrafiliśmy przewidzieć.

Dzięki Internetowi można trafić do kraju-oponenta, do każdego domu i każdego mieszkańca. Co przedtem nie było możliwe. Przed atakiem następuje rozpoznanie słabych punktów opinii publicznej, miejsc gdzie najłatwiej i najboleśniej można ją zdezorganizować. Potem wystarczy założyć fałszywe portale, zorganizować trolli i liczyć na naturalny idiotyzm sporej części społeczeństwa. Użyteczni kretyni powtórzą najgłupszą informację. Nie zdając sobie z tego sprawy, będą pełnić funkcję broni dywersyjnej.

W fachowej literaturze rosyjskiej znajdziemy, często powtarzane hasło „prawo-lewo”. Chodzi o to by podburzyć wszelkie marginesy. W Polsce są wspierani narodowcy oraz wszelkie elementy postkomunistyczne. To dla rosyjskiego ataku wszystko jedno. Pamiętajmy, że celem jest zdezorganizowanie opinii publicznej. A kogo można najłatwiej podburzyć? Motłoch! Tak nazywa najsłabsze ogniwo społeczne Hannah Arendt. Chodzi o to, by motłoch, ze swą głupotą i agresywnością, znalazł się w centrum opinii publicznej.

Europa, wedle założeń Moskwy, jest dekadencka i dlatego ma upaść. Jeżeli podburzy się motłoch i głupotę, to Europa unijna, demokratycznych i wolnych społeczeństw (pojęcia puste dla moskiewskich czynowników) upadnie. Jednak, mimo, że Moskwa chce mobilizować z hołotą, narzędzi do sterowania nią używa zaiste subtelnych.

Można namówić idiotę, ślęczącego po nocach przed laptopem, by pojechał do Doniecka. Tak jak islamiści skutecznie namawiają młode Europejski, by rzuciły wszystko i wyjechały do Iraku. Dlaczego? Bo działa „digital density” – gęstość środowiska internetowego. Jeśli wchodzę do Internetu, bo zainteresowałem się Wołyniem, to choćbym nie wiem co zrobił, zawsze trafię na strony, które będą mnie przekonywać, że Ukraińcy nigdy nie przeproszą, a my nigdy nie wybaczymy.

To niestety działa, bo jest dobrze zrobione. Do pewnego stopnia, wobec takiej agresji, jesteśmy bezbronni.

A zatem, nie sama analiza tej wojny psychologicznej, jest najistotniejsza. Najważniejsze jest to, że nie opanowaliśmy narzędzia, jakim jest Internet. Wciąż za mało o nim wiemy. Internet jest całkowicie nowym i szalenie niebezpiecznym narzędziem. Początkowo był utopią powszechnej komunikacji. Dziś stał się sferą bezlitosnej i niebezpiecznej gry.

Wygrana wojna psychologiczna kończy się agresją militarną. To nie dzieje się „zamiast”. Celem wojny psychologicznej jest przygotowanie do agresji militarnej. Jeżeli zatem dostrzegamy natężenie działań dezinformacyjnych, to powinniśmy się zastanawiać czy niebem nie pójdzie za nimi tradycyjny atak. Na Ukrainie nie było dalszej agresji, bo Rosja przegrała wojnę propagandową.

Dziś mamy do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją, bo cała Europa podminowana jest problemem uchodźców. I to jest główny cel zmasowanego ataku. Doskonale przeprowadzono akcję dezinformacyjną, przekonującą, że w Szwecji muzułmanie gwałcą kobiety. Pozakładano „fake’owe” strony po angielsku. A informacje stamtąd błyskawicznie podchwyciły polskie portale. Efekt jest taki, że na Nowym Świecie spotykam dżentelmena, który oczywiście nie ma nic przeciw uchodźcom, ale… przecież oni gwałcą!

Lecz cała ta konstrukcja opiera się nie na tym, że oni są tacy sprytni. To, niestety my jesteśmy tacy głupi. Ten przekaz odwołuje się wszakże do tego, co gdzieś tam jest uśpione w naszych głowach.

Jedyną możliwą obroną jest mobilizacja intelektualna dla stworzenia przestrzeni publicznej, która w taki hybrydowy sposób nie może być atakowana. Jeżeli nie obronimy się w wojnie psychologicznej, przegramy również starcie militarne.

Tekst drukowany w „Para Bellum.Niezależnym Magazynie Strategicznym”.

 

Wojna hybrydalna Putina – odmiana syryjska

Rosyjska interwencja w Syrii może być interpretowana jako wielki powrót na Bliski Wschód a tym samym i do wielkiej globalnej gry jako światowe mocarstwo. Byłoby to spełnieniem neomocarstwowych ambicji Moskwy i może być, zdaniem niektórych komentatorów, wstępem do dalszych agresywnych działań skierowanych przeciw Zachodowi.
Putin podejmując działania w Syrii zdaje się osiągać na raz kilka istotnych celów.
Po pierwsze wspiera słabnącego prezydenta Assada, wiernego sojusznika Moskwy, i tym samym dając do zrozumienia innym potencjalnym koalicjantom, że Moskwa jest wiarygodnym partnerem.
Budowa koalicji Irak-Iran-Moskwa zaskoczyło Waszyngton, tym bardziej iż rząd w Bagdadzie zdawał się być tak bardzo zależny od amerykańskiej pomocy a deal z Iranem zdawał się znaczący rozwiązywać problemy USA z Teheranem.
Następnie bombardując przede wszystkim siły demokratycznej opozycji wobec Assada Putin jak się wydaje chce ją całkowicie wyeliminować. Na tamtejszym teatrze wojennym pozostały by wtedy wyłącznie siły Assada wspierane przez Moskwę oraz państwo islamskie. Zachód miałby tylko taki wybór kogo popierać, a Putin przekonywująco mógłby głosić, że z dwojga złego lepszy jest Assad.
Nagłe zjawienie Moskwy na Bliskim Wschodzie odwraca też uwagę od agresji rosyjskiej na Ukrainie. Ta intencja Putina było widoczne podczas ostatniej sesji ONZ, a czasowe następstwo wydarzeń (najpierw news o interwencji w Syrii, następnie przemówienie w ONZ) starannie wyreżyserowane.
Wedle niektórych komentatorów celem działań Putina na Bliskim Wschodzie może być, poprzez wywołanie niepokoju w tym regionie, spowodowanie wzrostu cen ropy, co jest słabnącej gospodarce rosyjskiej tak bardzo potrzebne.
Następnie Putin wzmagając kryzys w Syrii i bombardując tereny opanowane przez opozycję demokratyczną, które leżą w pobliżu granicy tureckiej wzmaga kryzys migracyjny. Tutaj właściwym celem działań Moskwy wydaje się już nie Bliski Wschód a Unia Europejska. I to być może jest celem niemal zasadniczy. Putin uparcie dąży do zdezorganizowania UE a przez to i NATO. Na kryzys migracyjny Europa reaguje nerwowo i wydaje się znacznie głębiej podzielona (podziały przebiegają zarówno między krajami jak wewnątrz społeczeństw) niż nawet w sprawie Ukrainy. Kryzys ten istotnie zdaje się zagrażać jedności europejskiej.
Wszystko mogłoby wykazywać, że Putin okazał się nadzwyczaj zręcznym graczem, który jednym zdecydowanym i zaskakującym posunięciem potrafi przeorientować na własną korzyść całą politykę globalną. Wyglądać to może nawet na kontynuację jakiegoś misternego i długofalowego planu. Tak zresztą gotowi są widzieć Rosję wszyscy ci, którzy patrzą na nią z historycznej perspektywy jako wielki i niezmienny twór.
Są jednak argumenty jest wprost przeciwnie. Są głosy, że interwencja w Syrii może być podobną pułapką dla Federacji Rosyjskiej jak był niegdyś Afganistan dla Związku Sowieckiego.
Po pierwsze wprowadzenie rosyjska wojska na Bliski Wschód antagonizuje Moskwę z Turcją i znaczną częścią świata arabskiego a przede wszystkim z Arabią Saudyjską. Moskwa zyskusje więc narzędzie manipulacji Bliskim Wschodem ale też robi sobie potężnych wrogów.
Wrogiem dla Rosji nader niebezpiecznym mogą, które Putin w tej chwili prowokuje, mogą być radykalne ugrupowania islamskie. Do nich należy m.in. Al-Kaida, która walczy z reżymem Assada (jako Front Nusra). Już teraz przywódcy tych ugrupowań ogłosili Rosję za wroga przypominając nota bene o klęsce Rosjan w Afganistanie.
W Syrii nie ma też łatwej drogi do spektakularnego zwycięstwa militarnego. Rosyjskie wojsko może zacząć ponosić straty a obraz rosyjskiego żołnierza w rękach rzeźników z ISIS może wywrzeć poważny na rosyjską opinię publiczną nawet jeśli władze na Kremlu bardzo będą pilnowały aby takie obrazy do niej nie docierały.
Interwencja Rosji nie musi wcale przyczynić się do wzrostu cen ropy. Jeśli news o wejściu Rosjan był przyczyną wzrostu cen o 3-4$ to po pierwsze nie jest jasne, że nie jest to chwilowe wahanie a poza tym ropa musiała by wzrosnąć o 30-40 $ aby ratowało to słabnącą gospodarkę rosyjską zapadającą się w coraz głębszy kryzys. Taki wzrost cen jest jednak mało prawdopodobny.
Należy też powiedzieć, że koszty czysto finansowe interwencji rosyjskiej muszą być bardzo wysokie. Nawet bardzo skromna kalkulacja każe mówić o 4-6 mlrd $ w skali roku. Interwencja w Syrii przyspieszyć może wyczerpywanie się finansowych zasobów Kremla.
Również manewr odwrócenia awanturą w Syrii uwagi od agresji na Ukrainę nie musi być udany. Zachód z powodów prawnomiędzynarodowych nie może całkiem zapomnieć o aneksji Krymu i sytuacji w Donbasie. Interwencja w Syrii może natomiast wzmóc przekonanie, że obecny przywódca Kremla jest nieobliczalny i niebezpieczny.
Putin pewnie by chciał, by cały świat skupił swoją uwagę na Bliskim Wschodzie a sytuacja na Donbasie stała się konfliktem zamrożonym. Ukraina to jednak nie Gruzja i nie Kaukaz a Krym i Donbas to nie Górny Karabach i Osetia. Konflikt z Ukrainą, nawet jeśli wejdzie on w stanie chroniczny, będzie poważną chorobą dręczącym bardziej Moskwę niż Kijów.
Można więc dojść też do wniosku, że Putin bardziej polega na własnych zdolnościach propagandowej manipulacji niż na chłodnej kalkulacji politycznej. Napina mięśnie w istocie zaś robi w majtki. Kiedy wojna hybrydalna prowadzona na Ukrainie nie tylko nie przyniosła mu sukcesu ale wpędziła w nie małe tarapaty, Putin ratuje się ucieczką do przodu czyli do Syrii. Jeśli i tam dozna porażki Syria może być dla Moskwy istotnie drugim Afganistanem.

Bogumił Luft: Czy Putin unicestwi Rosję? Polemika

Rozumowanie Kazimierza Wóycickiego jest logiczne. Szczególnie ważna jest teza, że lęk przed zagładą nuklearną, którą grozi Putin jest złym doradcą. Wydaje się z tego wynikać – jak twierdzi Wóycicki – że jedyną postawą Zachodu w tej rosyjskiej ruletce powinna być totalna nieustępliwość wobec Putina, tak by sam przestraszył się nieuniknionych, katastrofalnych skutków własnej  strategii. Jeśli chce Pan zabić całą ludzkość, a choćby jej połowę – prosimy bardzo. Zabije Pan przede wszystkim Rosję i samego siebie. Wątpliwości co d0 słuszności takiej – postulowanej przez Wóycickiego – postawy Zachodu mogą jednak wynikać nie tylko z lęku, ale również z chłodnego i równie logicznego rozumowania. Nikt nie wie co jest w głowie Putina, ale tym bardziej należy poszerzyć katalog hipotez na ten temat.

Dlaczego prezydent Rosji rozpętał tę całą awanturę? W powszechnym przekonaniu w celu odbudowania imperium. Ale do czego mu to jest potrzebne? Być może doszedł do wniosku, że podjęcie takiej próby jest jedynym sposobem ratowania przed upadkiem Rosji, której z jej własnej winy nie udała się jak dotąd modernizacja mogąca zapewnić jej na przyszłość utrzymanie mocarstwowej pozycji w światowej skali. Być może oznacza to, że dostrzegł, iż może utracić władzę, którą tak bardzo lubi, jeśli nie dostarczy narodowi satysfakcji, której ów naród nie znalazł innymi sposobami, niż znana z poprzednich wieków dominacja nad innymi narodami. Jeśli tak, to już się mu udało dostarczenie owej satysfakcji – jak wolno sądzić z miażdżącego poparcia Rosjan dla jego działań i jego osoby.

A jednak pytanie, co Putin dalej zamierza, nie jest pytaniem retorycznym, a twierdzenie, że totalna nieustępliwość jest jedynym sposobem powstrzymania jego agresji, jest mocno dyskusyjne. Nie wiadomo czy Putin jest szaleńcem, ale na pewno znalazł się w pułapce, którą sam na siebie zastawił. Nie może się cofnąć. Ale niewykluczone, że może, a nawet chce się zatrzymać. Być może już się boi tego, co rozpętał, choć na pewno nigdy się do tego nie przyzna. Być może opór jaki jednak napotkał – i na Ukrainie i ze strony Zachodu – trochę go zaskoczył. Warto to sprawdzić i dać mu szanse na modyfikację pierwotnych marzeń z zachowaniem twarzy wobec  własnego społeczeństwa. Dawanie tego rodzaju szans nawet (a może nawet zwłaszcza) najbardziej parszywym partnerom to abecadło dyplomacji. Brak takich szans może spowodować, że Putin zamknie się sam w kokpicie,  jak pilot-samobójca i zabójca lecący nad Alpami.

Cóż zresztą dziś oznaczałyby owe ustępstwa wobec Putina? Do zelżenia sankcji na razie nie ma powodu, ale chwilowo nie istnieją wyraźne powody, by je zaostrzać. Nie można po prostu uznać aneksji Krymu, ale trzeba przyjąć do wiadomości, że większość mieszkańców tego półwyspu nie miała nic przeciwko, a ukraińska armia wycofała się z niego bez jednego wystrzału. Nie można uznać Noworosji powstałej w Dombasie, ale można pogodzić się z tym, że powstało kolejne Naddniestrze, skoro ponad dwudziestoletnia uparta egzystencja nieuznawanego przez nikogo mołdawskiego Naddniestrza mało przeszkadzała Europie. Można by dostarczyć znaczną ilość broni Ukrainie, ale w jakim celu? Po to, by odbiła Krym, a przynajmniej Dombas? To jest niewykonalne, bo założę się, że rosyjska armia uniemożliwi taką opcję i to bez użycia broni nuklearnej. Więc może nie dostarczać broni Ukrainie, chyba, że z twardą gwarancją, że będzie używana w celach wyłącznie defensywnych.

Cóż miałaby z kolei oznaczać owa totalna nieustępliwość wobec Putina? Żądanie zwrotu Krymu i Donbasu? Tego na pewno nie zrobi, bo na własnym rosyjskim podwórku byłby politycznym samobójcą. Udzielenie Ukrainie jakiegoś militarnego wsparcia (choćby w postaci dostaw broni) w odbijaniu zaanektowanych terytoriów? To byłoby oczywiste wejście do wojny ze skutkami trudnymi do przewidzenia, nawet jeśli nie oznaczały by nuklearnej katastrofy lub taktycznej katastrofki. A wchodząc do wojny warto mieć przynajmniej jakiś zarys skutków takiej decyzji, bo inaczej sytuacja łatwo wymyka się spod kontroli.

Ukrainy nie wolno pozostawić samej. Trzeba jej udzielić pomocy w dziedzinie gospodarki i modernizacji na miarę jej własnej determinacji we wdrażaniu reform. Do tego trzeba dużego wysiłku i dużo pieniędzy, a szafowania pieniędzmi Europejczycy niestety jeszcze bardziej nie lubią niż szafowania krwią, a zwłaszcza uzbrojeniem. Jeśli jednak Europa w tej kwestii zawiedzie, to będzie to niewybaczalny błąd. Przede wszystkim nie może jednak zawieźć sama Ukraina, która – jak się zdaje – dorobiła się wreszcie elity zdecydowanej na reformy, ale przez poprzednich ponad dwadzieścia lat przespała najlepsze pięć minut, gdy rosyjski niedźwiedź schował przejściowo swoje pazury. Zanim zadeklarujemy gotowość umierania za Ukrainę warto by się przekonać, że ten kraj ma rzeczywiście stanowczą wolę i możliwości podjęcia takich przemian, które stworzą mu szanse dołączenia do europejskiej rodziny. Brzmi to brutalnie, ale taka jest prawda i nie jest żadnym argumentem twierdzenie, że ten, kogo zaatakowała Rosja ma taryfę ulgową.

Wniosek z tego wszystkiego jest taki, że dumna wola pokonania Putina na Ukrainie za wszelką cenę może być również nienajlepszym doradcą. Warto przypomnieć decyzję Winstona Churchilla, który po zakończeniu drugiej wojny światowej snuł konkretne plany uratowania Polski od sowieckiej okupacji przy pomocy wojny ze Stalinem, ale porzucił ten projekt jako zbyt ryzykowny, bo mógłby się zakończyć sowiecką okupacją znacznie większej części Europy, co nawet dla Polski nie byłoby korzystne w dłuższej perspektywie historycznej. Nie była to decyzja moralnie estetyczna, ale być może realizm brytyjskiego premiera stworzył po dziesięcioleciach szansę na niepodległość również dla krajów wtedy przez Kreml podporządkowanych, bo przetrwała Europa od Sowietów niezależna.

Oczywiście jest czerwona linia, na której przekroczenie nie wolno Putinowi pozwolić. Jest to granica państw NATO. Jak dotąd nic takiego się jednak nie stało. Gdyby do tego doszło należałoby odpowiadać adekwatnie, więc spokojnie i nie przesadnie, ale stanowczo, zgodnie z traktatowymi zobowiązaniami. Na razie jednak warto powściągać namiętności oraz nie prężyć wojennych i wrogich Rosji muskułów, co niestety miewa w Polsce miejsce.

Strach pisać takie rzeczy, bo narasta atmosfera, w której jest się za nie podejrzewanym przynajmniej o tchórzostwo, jeśli nie o coś gorszego. To nie jest dobra atmosfera. Boję się. Nie wiem, który lęk jest większy – przed Putinem, czy przed takimi podejrzeniami. Piszę jednak, bo myślę. Wbrew temu, że się boję.

 

Bogumił Luft, niezależny publicysta, były ambasador RP w Rumunii i w Republice Mołdawii

Konflikt na Wschodzie: jak dalece się angażować?

Pytanie zasadnicze polskiej polityki wobec konfliktu na Wschodzie brzmi: jak dalece Warszawa winna się w ten konflikt angażować? MSZ konfrontuje się z krytyką z dwóch stron – jedni mówią, że zaangażowanie to jest zbyt duże, drudzy że zbyt małe.
Polskie stanowisko, jak się wydaje, odegrało, dość dużą rolę w Brukseli w kształtowaniu europejskiej polityki, zwłaszcza w pierwszej fazie konfliktu. Z czasem jednak rola ta zmniejsza się wobec tego, że polityka EU staje się coraz bardziej wyrazista, co szczególnie odczuwalne jest w parlamencie europejskim. To, że przewodniczącym Rady Europejskiej został Donald Tusk pozwala silnie kojarzyć pozycje polskie z europejskimi.
Wydaje się, że ten sukces osiągnęła Warszawa dzięki dobrym stosunkom z Niemcami. I jest to sukces podwójny. Dzięki dobrym stosunkom z Berlinem Warszawa mogła zdobyć tak względnie duży wpływ na politykę europejską, i po drugie Berlin przejął wiele punktów polskiego stanowiska w polityce  wschodniej. Niemcy dokonały poważnej ewolucji, gdy chodzi o stanowisko wobec Rosji i Ukrainy właśnie pod wpływem Warszawy.
Natomiast za porażkę Warszawy można uznać, że nie potrafiono uzgodnić wspólnych pozycji z południowymi sąsiadami Czechami i Słowacją, a przede wszystkim Węgrami. Oznacza to, że projekt, jakim jest grupa wyszechradzka, znajduje się w  kryzysie. Wydaje się, że działania, jakie podejmowano w polityce dwustronnej z poszczególnymi rządami tego południowego sąsiedztwa, były niedostatecznie intensywne i nie podejmowano się w nich poważnych i trudniejszych rozmów. Zwraca uwagę, że Rumunia, której do V-4 nie dopuszczono zajmuje dziś pozycje znacznie bliższe Polsce niż Budapeszt, Praga czy Bratysława.
Najwięcej jak wydaje można mieć jednak zastrzeżeń, co do kształtowania przez Warszawę stosunków dwustronnych Warszawa-Kijów. Nie umiano „politycznej sympatii” zaopatrzyć w silniejsze narzędzia polityczne i gospodarcze. Ostatnia wizyta premier Kopacz w Kijowie, choć przyniosła pewien postęp to jednak nie przyniosła przełomu.
PO nie zajęło się m.in. polityką pamięci, która w stosunkach polsko-ukraińskich paradoksalne odgrywa dziś większą rolę niż w stosunkach polsko-niemieckich. Wiele dokonał w tej dziedzinie wcześniej prezydent Lecz Kaczyński nota bene narażając się części własnego elektoratu. Te zaniedbania wykorzystuje dziś Putin manipulując historią Wołynia 43. Dopiero ostatnio minister Schetyna „zahaczył” pewne newralgiczne kwestie związane z historią II wojny w relacjach polsko-ukraińsko-rosyjskich. Wywołało to irytacje Moskwy, a zarazem podbudowało pozycję ministra Schetyny zwłaszcza wobec premier Kopacz. Wątek narracji II wojny w obecnym roku, 70-tej rocznicy II wojny,  okazać się może jeszcze politycznie znaczący.
Konflikt na Wschodzie wywołuje z oczywistych względów pełną kontrowersji debatę dotyczącą polskiej polityki zagranicznej. Stawia się też pytanie, jakie znaczenie miał reset stosunków polsko-rosyjskich, jakiego w swoim czasie próbowało PO . Wydaje się, że nie wielkie. Z perspektywy dalszego rozwoju wypadków wielu zechce   traktować te próby jako krok zupełnie niepotrzebne a nawet całkowicie błędne. Można by jednak kontrargumentować, że Warszawa ulegając w jakimś stopniu ogólnoeuropejskiej polityce złudzeń, okazało się nie tyle nieudolna co elastyczna (w chwili gdy trudno było przekonać zachodnich partnerów do antyrosyjskiego kursu), co pozwoliło się zyskać więcej wiarygodności, gdy kurs wobec Rosji trzeba było zaostrzyć.
Prowadzona polityka napotyka z oczywistych względów krytykę opozycji. O zbyt dużym zaangażowaniu po stronie Ukrainy mówi SLD lub osoby do SLD zbliżone. Argument brzmi – nie należy Polski narażać na konflikt z Rosją. Byłoby to może nie pozbawione pewnej słuszności, gdyby nie fakt, że po pierwsze nawet bardzo umiarkowane zaangażowanie po stronie Kijowa (zgodne z EU-normą) naraża nas już na konflikt z Rosją, po drugie obecna polityka Putina jest tak skonstruowana, że gdyby wygrał on z Kijowem następna na celowniku może być Warszawa. Zostawienie Ukrainy samej sobie jedynie zwiększa prawdopodobieństwa stania się samemu przedmiotem rosyjskiej agresji.
SLD i jemu podobni mają też zaskakujących popleczników w krytyce polityki MSZ-etu. Są nimi niektórzy działacze ugrupowań nacjonalistycznych. Piszę „niektórzy”, ponieważ polscy nacjonaliści są w sprawie Ukrainy silnie podzieleni. Jednak część z nich głosi, że w sprawy ukraińskie nie należy się wtrącać. Uzasadnienia bywają różne od czysto pragmatycznych, do agresywnie antyukraińskich. W tym ostatnim wypadku często chodzi o manipulacje rosyjskie w polskim internecie. Jak wiadomo ugrupowania skrajnie nacjonalistyczne są w całej Europie ulubionym obiektem propagandowej manipulacji Kremla.
Środowisko PiS podkreśla przede wszystkim, że polska dyplomacja jest za mało aktywna i Polscy politycy nie zasiadają przy negocjacjach takich jak w Mińsku. Miałoby to dawać Polsce znacznie lepszą pozycję jako aktywnego podmiotu polityki międzynarodowej. Krytycy Po z PiS chcieliby, aby działać tak jak czynił to prezydent Kaczyński w Gruzji to znaczy być na pierwszej linii frontu. To on zresztą miał słusznie przewidywać agresję rosyjską, gdy tymczasem PO dokonywało „resetu” z Moskwą.
Krytykę dotyczącą zbyt słabego zaangażowania po stronie Kijowa wzmaga to, że istotnie koalicjant PO jakim jest PSL wynajduje dużo argumentów, by się nie wchodzić w konflikt z Rosji. Argumenty PSL są przede wszystkim natury gospodarczej. Angażowanie się po stronie Ukrainy ma szkodzić kontraktów z Rosją, co zresztą sprawdziło się.
Przewidywania Lecha Kaczyńskiego i tych wszystkich, jacy widzieli w Rosji narastające zagrożenie sprawdziły się. Taką rację można a nawet trzeba w imię fair play im przyznać. Można jednak wysunąć kontrargument, że w polityce liczą się tylko te przepowiednie, które mogą być narzędziem oddziaływania. Eurosceptyzm odbierał PiS możliwość by jego antyrosyjską przekuć w polityczne na działanie na arenie europejskiej, bowiem do takiej polityki trzeba znaleźć odpowiednich partnerów. PiS chce, aby PO tłumaczyło się z „resetu”. PO może odpowiedzieć, wytłumaczcie się ze swoich zachwytów nad Orbanem, który dziś jest głównym hamulcowym proukraińskiej europejskiej polityki.
Niewątpliwe jest zarazem, że poszczególne stanowiska w sprawie polityki zagranicznej motywowane są polityką wewnętrzną i nadchodzącymi wyborami. SLD chce pozyskać PRL-nostalgicznego wyborcę, który uważa, że Rosji zawsze należy ustępować. PSL myśli o sprzedawcach jabłek, który na chłopską partie mają głosować. PiS chce przypiąć PO łatkę mięczaków i skumplowania z wiecznie zbyt prorosyjską lewicą. I pewnością sami politycy PO pytają siebie, jak polityka wobec Ukrainy może wpłynąć na wynik wyborów. Schetyna staje antyrosyjski i wzmacnia swoją pozycję wewnątrz własnej partii. Dla wszystkich przyjęcie takiej czy innej postawy przy tak napiętej sytuacji międzynarodowej, może mieć nie mały wpływ na wynik wyborów.
Bardziej bezinteresowni wydają się działacze społeczni szerokiego ruchu na rzecz Ukrainy, niezależnie od tego jakie są ich polityczne czy partyjne sympatie. Zbyszek Bujak mówi „dajcie broń Ukrainie” i jak się wydaje, że  bardzo wielu działaczy społecznych podziela ten pogląd. Jeśli oceniać polską politykę zagraniczną oczami tych właśnie środowisk, to jest ona zbyt ostrożna. Polskę chętni widzieli by oni w bardziej jednolitym froncie razem z Litwą. Dyskusja trwa. Tylko nie wiadomo, ile mamy na nią czasu.