Deklaracja 11 listopada

W dniu Święta Niepodległości 11 listopada nie możemy zamykać oczu na rzeczywistość. Niepodległość naszego narodu i państwa jest zagrożona.

Jest to związane z napiętą sytuacją międzynarodową, z odradzającym się i coraz bardziej agresywnym moskiewskim imperializmem. Ale nie tylko. Zagrożenia pochodzą również od wewnątrz. Siła Rzeczypospolitej zależy od aktywności jej obywateli. Spory i dyskusje są konieczne, aby cele państwa i interes narodowy były wciąż na nowo definiowane, lecz jeśli słychać tylko jeden głos albo zgiełk głosów, to zamiera opinia publiczna, a państwo pogrąża się w chaosie. Agresja i drwina zastępują argumenty. Dzisiejsze podziały w naszym społeczeństwie i stan publicznej dyskusji zagrażają polskiej niepodległości. Debata jest zdezorganizowana tak dalece, że uniemożliwia to nie tylko porozumienie, ale nawet formułowanie czytelnych stanowisk. Stawiamy sobie za cel organizować współpracę społeczną i polityczną ponad istniejącymi podziałami, przeciwdziałać polaryzacji i skrajnościom stanowisk, odbudować szacunek dla odmiennych poglądów. Zbliża się rok 2018 – stulecie odzyskania Drugiej Niepodległości. Chcemy budować z nowymi pokoleniami solidarność dla tej Trzeciej, której trzeba bronić przed zewnętrznymi i wewnętrznymi przeciwnikami. To żywotny interes Rzeczypospolitej i całej Wspólnoty Polskiej.

Kazimierz Wóycicki,Zbigniew Gluza,Czesław Bielecki,Andrzej Nowak,
Antoni Libera,Adam Zamoyski,Bogusław Chrabota,Katarzyna Sadło,
Mirosław Chojecki,Zbigniew Bujak,Marek Jurek,Kazimierz Ujazdowski,
Andrzej Paczkowski,Edward Pietrzyk,Tomasz Mroczkowski,o. Maciej Zięba,
Ludwik Dorn,Agnieszka Magdziak-Miszewska,Wojciech Roszkowski,
Antoni Dudek,Grzegorz Sroczyński,Mikołaj Karłowski,Janusz Okrzesik,
Franciszek Adamczyk, Tomasz P. Terlikowski,Zbigniew Girzyński

Reklamy

WEEC Dyskusja o nowej polityce wschodniej

Tym razem okrągły stół, w kolejnym dniu Warsaw East Europen Conference, poświęcony był „nowej polityce wschodniej”. Słowo „nowa” w tytule  uzasadniało się tym, że tematu podjęli się młodzi analitycy i eksperci,  a inicjatywa takiej dyskusji wyszła ze środowiska znanego portalu Eastbook. Trudno oczywiście o całkowicie nową politykę wschodnią, gdy najogólniejsze jest cele determinuje sytuacja geopolityczna Polski, czym obecnie jest  wsparcie dla Ukrainy i traktowanie Rosji jako zagrożenia. W tym Łukasz Jasina  („Kultura liberalna”), Marcin Kacperek (pracujący w MSZ), Paweł Purski (Eastbook) i Bartosz Rydliński (UKSW) byli zgodni.

Powtarzała się konstatacja o słabnięciu Rosji i potrzebie zredefiniowania z nią stosunków, porzuceniu lub nowego podejścia do „doktryny Giedroycia”, budowania w polityce wschodniej nie taktyki ale dalekosiężnej strategii. „Młode wilki”, jak nazwano ich w trakcie dyskusji, poruszali przy tym bardzo wiele punktów i problemów, wykazując się szerokością spojrzenia i niewątpliwą wiedzą. Jeśli jednak traktować ten „okrągły stół” z  jego młodymi twarzami, jako głos pokolenia, trzeba być bardzo ostrożnym. Między panelistami widoczne były znaczące różnice w podejściu zarówno do Rosji, znaczenia partnerstwa wschodniego czy np. znaczenia Białorusi dla polskiej polityki wschodniej. Bardziej jednak charakterystyczne wydawało się to, że sposób formułowania myśli nie odpowiadał podziałom, jakie występują dzisiaj między rządem a opozycją, a więc wśród generacji nieco podstarzałej i podzielonej na „plemiona”. Dyskusja była dzięki temu ciekawa, bowiem nie toczyła się starymi koleinami, a młodzi analitycy, w widoczny sposób  samodzielnie poszukują  własnych myśli i idei, odbiegając od wielu schematów dawniejszego myślenia.

Uczestnikami okrągłych stołów WEEC są wybitni i powszechnie znani politycy (w tym roku m.in. Juszczenko, Szuszkiewicz itd). Inicjatywa by głos w nich zabierały też osoby młodsze i mniej znane wydaje się ważna i potrzebna. Nie ma nic gorszego jak zamykanie się starszej generacji we własnym gronie. Polityka zagraniczna i tak ważna w Polsce jej część, jaką jest polityka wschodnia, winna kształtować się również w dialogu pokoleń.

Należy dodać, że spotkanie moderował z wielką swadą Paweł Kowal, którego z całą dla niego sympatią, trudno określić jako „młodego”,  bowiem jest już „starym (choć nie wyleniałym) wilkiem”. Nie jest to jednak źle, gdy starsze pokolenie moderuje dyskusję pokolenia młodszego. Na tym dialog pokoleń również może polegać.

Rosja, Białoruś,Ukraina – co z gospodarką?

Trudno mówić o ekonomii, gdy brzmią armaty – to zdanie  było mottem  wystąpienia b.prezydenta Juszczenki, podczas okrągłego stołu obecnej Warsaw East European Conference. Gospodarka Ukraina w ciągu ostatnich trzech lat zmalała o 20%. Ukraiński polityk i zarazem ekonomista nie był jednak pesymistą. Wskazał też na liczne osiągnięcia gospodarki ukraińskiej, która po rozpadzie ZSRR znalazła się w bardzo trudnej sytuacji (tym bardziej, że już przed tym gospodarka komunistyczna była katastrofą). Zwalczano inflację, ustanowiono własną walutę, utrzymano elementarną dyscyplinę budżetową. Popełniono  jednak poważne błędy, z których najpoważniejszym wedle Juszczenki była błędna koncepcja prywatyzacji. Prywatyzowany majątek dostał się ręce ludzi, którzy go nie wypracowali i nie umieli o niego dbać. To utrudniło napływ zewnętrznego kapitału, a bez światowych instytucji finansowych nie ma skutecznych reform gospodarczych, stwierdził Juszczenko. Mimo wojny prowadzonej przez Putina przeciw Ukrainie ostatni czas to okres intensywnych reform. Należy zwrócić uwagę jak mylące mogą być wszelkie statystyki dotyczące ukraińskiej gospodarki, skoro wedle niektórych danych aż 67% to szara strefa. Juszczeno stwierdził w podsumowaniu, że gospodarka ukraińska najgorsze czasy ma już za sobą.

Nawet cienia optymizmu nie było natomiast w wystąpienia Leonida Zlotnikova, który mówił o gospodarce Białorusi.  Wskazał on jak bardzo Białoruś korzystała ze wsparcia Moskwy  przede wszystkim na zaniżone ceny energii. Ten czas się jednak skończył. Moskwa ma mniej pieniędzy ale także napięcie Putin-Łukaszenko ma na to wpływ. Model gospodarki białoruskiej opartej o państwowe i niewydajne inwestycje jest całkowicie niewydajny. Regres jest widoczny i przyspiesza.

Nie wiele bardziej optymistyczny był opis gospodarki rosyjskiej. Mówił o niej Vladislav Inozemtsev. Gospodarka rosyjska jego zdaniem zdegradowała się do gospodarki surowcowej. Po upadku ZSRS nie było w Rosji żadnej koncepcji jak wydobyć się z pułapki gospodarki państwowo-nakazowej. Nastąpiła głęboka dezinstrializacja. Przez pewien czas ratowały ten stan wysokie ceny ropy ale i to się skończyło. Gospodarka rosyjska runie a co dalej nie wiadomo, stwierdził rosyjski ekonomista.

W naturalny sposób spowodowało to pytanie co dalej z reżymem Putina, który jest przyczyną braku jakichkolwiek reform. Rosjanin i w tym wypadku nie był optymistą. Uważa, że perspektywa upadku dyktatora to rok 2030. Zarazem wykluczył on skuteczną współpracę rosyjsko-chińską. Chiny idą własną drogą i tranzyt z Chin do Europy nie pójdzie przez Rosję (inaczej mówiąc jedwabny szlak pójdzie południem drogą morską a nie północą drogą lądową).

Co z polskim liberalizmem? Czy PO da się jeszcze uratować?

Liberalizm jest historycznie nowym nurtem polskiej polityki. W epoce PRL-u trudno było o kształtowanie się wyrazistych politycznych prądów. Sięgano instynktownie do tradycji. Była to albo słabo zdefiniowana lewica (PPS, Piłsudski etc) albo równie mało określona prawica (konserwatyści, dmowszczycy). Dość niefrasobliwy sposób publicznych debat po roku 1989 podzielił Polskę  na endeków i piłsudczyków, co było podziałem tyleż anachronicznym jak i nie adekwatnym.  Z tradycją myśli politycznej II nigdy w poważnej debacie publicznej się nie zmierzono. Nie zauważono przy tym, że w Polsce zrodził się liberalizm.

Choć termin liberalizm stał się z czasem ulubioną maczugą jego przeciwników, nikt otwarcie do liberalizmu się nie przyznawał. „Platforma obywatelska” zwalczana była jako liberalna, ale sama do liberalizmu się nie przyznawała. Jej członkowie, a śmiem twierdzić jej najpewniej i czołowi politycy, nie mieli świadomości, ani nie chcieli się przyznać, że są „liberałami”. Nikt też liberalizmu otwarcie nie bronił (bo pokracznych enucjacji Korwina-Mikkego za liberalizm brać nie sposób).

Polityka polska (zarówno gospodarcza jak i w kulturalna) była liberalna. Sytuacja ta była więc nacechowana paradoksem – Polska była liberalna, tylko nie było w niej liberałów. Jestem przekonany, że ta ideowa pustka była jedną z przyczyn porażki w pechowych wyborach jesieni 2015. Dlaczego? Mimo upadku  ideologii, opinia publiczna potrzebuje drogowskazów, jakimi są czytelne idee polityczne. PO stawiano w ostatnim okresie jej rządów zarzut „braku wizji” Na taki zarzut można oczywiście odpowiedzieć, że rządzenie to pragmatyzm a  nie jakieś tam wizje. Odpowiedz ta jednak pomija to, że opinia publiczna nie zadawala się tylko tym co bieżące, ale chce znać kierunek w jakim podąża państwo. I ma do tego prawo.

A ten kierunek, jakby to dla wielu nie brzmiało zbyt abstrakcyjnie albo miało być wymysłem jakiś „jajogłowych”,  określa powszechnie czytelna myśl polityczna (nie chodzi więc o jakieś same akademickie rozważania).

I tak PO pozbawiona myśli politycznej, nie zdolna do zdefiniowania swego praktykowanego liberalizmu, stała się dla zbyt wielu wyborców, nieczytelną formacją polityczną, nie wskazującą żadnego kierunku.

PO mówiła: „patrzcie jak dobrze rządzimy i zadowolcie się tym co jest”. PO rządziła być może wcale nie najgorzej, ale takie przesłanie nie mogło pozyskać zbyt wielu. Tych którzy byli zadowoleni demobilizowało, tym którzy byli nie zadowoleni nie dawało żadnej nadziei i obietnicy.

Co więc zrobić ma PO ma zacząć odbudowę swoich szeregów po doznanej klęsce? Chyba koniecznym (choć pewnie nie jedynym) sposobem jest powrót do swoich liberalnych korzeni. Musi też być głośno powiedziane, że liberalizm nie oznacza w żadnym wypadku lekceważenia dla polityki socjalnej, nie oznacza lekceważenia dla debat historycznych, nie oznacza lekceważenia problematyki tożsamości, nie oznacza wąskiego koncentrowania się na samej gospodarce, nie oznacza mówienia „jak ci nie udało, to jesteś sam sobie winny”, nie oznacza robienia z siebie mądrali, która wszystko wie lepiej.

Jeśli nie będziemy otwarcie i głośno dyskutować, czym jest polski liberalizm PO nie ma szans.

 

Wojny geografów. Uwagi politologa

ksiazka BrusewitzRec.  Gernot Briesewitz, Raum und Nation in der polnischen Westforschung 1918-1948,  Osnabrück 2014

Polska myśl zachodnia jest odpowiedzią na „Ostforschung” – tak brzmi główna teza obszernej pracy Gernota Briesewitza. Zaznacza on przy tym, że taki kontekst nie może w najmniejszym stopniu relatywizować czy usprawiedliwiać uwikłania niemieckiego Ostforschung w narodowy socjalizm III Rzeszy.

Autor we wnikliwy sposób opisuje ewolucję polskiej myśli zachodniej, pokazując jak reagowała ona na zmieniającą się sytuację polityczną w kolejnych etapach od  odzyskania przed Polskę niepodległości, w 1918 roku, poprzez okres międzywojenny i II wojny aż po czasy objęcia władzy przez władze komunistyczne. Autor nie wyjaśnia wyraziściej tej ostatniej cezury, ale jak się wydaje, wiąże ją  z nadejściem  stalinizacji.  W istocie praca Briesewitza obejmuje dłuższy okres niż tylko lata 1918-1948. W pracy  sięga się  bowiem do prac Wacława Nałkowskiego i Eugeniusz Romera z okresu sprzed I wojny, jak również  dzięki obszernym przypisom można śledzić dzieje myśli zachodniej po roku 1948. Książka jest ciekawym wykładem dziejów koncepcji nie tylko geografii politycznej w Polsce, ale także szerszych wyobrażeń terytorialnych w polskiej myśli politycznej.

Briesewitz uważa terytorium i przestrzeń, o jakiej mówi geografia, za twór wyobrażeń kulturowych,  podobnie jak Anderson mówi o „przeszłości wyobrażonej”, a także używana pokrewnego pojęcia „przestrzeni mentalnej”. Powoduje to, że z dużym dystansem odnosi się do geografii politycznej opartej o założenia obiektywnych czynników, determinujących przynależność danego terytorium do danej wspólnoty politycznej. Dlatego też autor jak najsurowiej osądza niemiecką geografię polityczną II i III Rzeszy, podkreślając, jak dalece konstruowała ona antypolskie stereotypy.

Briesewitz dostrzega zasadniczą różnicę polskiego i niemieckiego dyskursu geografii politycznej przed I wojną światową. W Niemczech silnie zinstytucjonalizowana geografia polityczna wyrażała imperialne ambicje  państwa, pytała o przestrzeń życiową i możliwość ekspansji (z czasem staje to politycznym projektem agresji).  Tymczasem w polskim przypadku  był to dyskurs ruchu narodotwórczego, który usiłował swoje państwo uzyskać i odbudować, mając w tle obraz dawnej przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Po ponad stuletnim braku państwowości i ogromie przemian etnicznych i cywilizacyjnych na tym obszarze, uzgodnienie historycznej mapy z współczesnymi realiami stawało się trudnym problemem. Stwarzało to  szczególny związek kształtującej się polskiej geografii politycznej z geografią symboliczno-historyczną. Jak wiadomo pytanie, jakie terytorium obejmować powinno odradzające się państwo polskie było około roku 1918 wewnątrzpolskim przedmiotem kontrowersji.

Autor omawia spór Nałkowskiego z Romerem, jako jeden z najistotniejszych w dyskusji dotyczących terytorium i położenia Polski poprzedzających odzyskanie niepodległości. Prace czołowych polskich geografów, Wacława Nałkowskiego i Eugeniusza Romera, umieszcza autor w kontekście sporów intelektualnych przełomu XIX i XX wieku. i twórczości Friedricha Ratzela, który powszechnie uważany jest za jednego z głównych twórców geografii politycznej jako dyscypliny naukowej. Postać niemieckiego geografa do dzisiaj wywołuje ożywione spory, dotyczące tego, w jakim stopniu tworzone przez niego pojęcia (Lebensraum, przestrzeń życiowa) współtworzyły później ideologię nazizmu. Spór dotyczy tego, czy pojęcia te zawierały od samych początków treści rozwinięte przez ideologów narodowego socjalizmu, a tacy geografowie uwikłani w nazizm jak Karl Kaushoffer to  bezpośredni spadkobiercy Ratzela. Terminologia używana przez Nałkowskiego i Romera (twór przyrodzony, organizm życiowy), wykazuje jednak podobieństwo i pokrewieństwo do terminologii Ratzela. Skoro więc polscy geografowie używają takich terminów, to  skłania do oceny, że terminologia niemieckiego geografa bardziej przynależy do  epoki, w której była tworzona i przede wszystkim w tym  kontekście należy ją intepretować. Jej „degeneracja” nastąpiła później.

Okres II RP nie tylko nie złagodził kontrowersji polskich i niemieckich geografów, ale w znaczący sposób je zaostrzył. Niemiecka geografia polityczna w pracach takich geografów jak właśnie Hausdorf, zradykalizowała antypolską argumentację, co poprzez terytorialny rewizjonizm republiki weimarskiej doprowadziło do zbrodniczej polityki III Rzeszy.  II RP konfrontowana była z rewizjonistycznymi tendencjami ze strony Niemiec, a po stronie polskiej istniało niezadowolenie z wyników referendów 1920.

Powstała koncepcja jagiellońsko-piastowska, która konstruowała „kontinuum czasowo-przestrzenne” od początków państwa polskiego do współczesności.  Argumentacja historyczna łączy się tu z argumentacją geograficzną.  Briesewitz skłonny jest sądzić, że uwaga polskiej geografii politycznej skierowana  została przede wszystkim ku Prusom Wschodnim i morzu Bałtyckiemu (kwestia poszerzenia polskiego korytarza). Chodzi bardziej o poprawę „geostrategicznego” położenia państwa bardziej niż jakiegokolwiek argumenty etniczne czy nawet historyczne. Dolny Śląsk i Pomorze Zachodnie nie stoją w takim stopniu w centrum zainteresowania koncepcji  jagiellońsko-piastowskiej, a polska myśl polityczna zdominowana jest przez ideę jagiellońską, skierowaną ku Wschodowi.  „Myśl zachodnia” pobudzana jest jednak przez rewizjonistyczne tendencje w Republice Weimarskiej. Koncepcje Eugeniusza Romera „naturalnego terytorium”, według których zachodnią granicą jest Odra i Nysa znajdują kontynuację w pracach Zygmunta Wojciechowskiego, gdzie kwestia granicy na Odrze i Nysie była wyraziście  zarysowana.

W okresie II wojny myśl zachodnia ulega zrozumiałej radykalizacji, by już po wojnie dostarczać uzasadnień granicy na Odrze i Nysie, wtapiając się  w komunistyczną  koncepcję Ziem Odzyskanych. Tragicznym paradoksem tej historii jest to, że realizacja koncepcji myśli zachodniej II RP nadeszła wraz klęską w II wojnie światowej. Polska uzyskała granicę na Odrze i Nysie z woli Stalina dławiącego w Polsce niepodległość. Uczeni tacy jak Zygmunt Wojciechowski, wpisywali swoje idee w powojenne koncepcje piastowskiej Polski, legitymizujące nową władzę.  Ratowali resztki  tego, co pozostawało z idei jagiellońsko-piastowskiej”,  konfrontując się z zagrożeniem, że Polska mogłaby być zredukowana do terytorium mniejszego od Kongresówki, a ideę jagiellońską starano się całkowicie zdyskredytować.

Myśl Zachodnia, ze zrozumiałych powodów bezpośrednio po wojnie  antyniemiecko nastawiona,  staje się podporą prowadzonej przez komunistyczne władze polityki niemieckiej. Dzieje się tak  aż do roku 1989, mimo że rosnący dystans czasowy do II wojny rodzi nowe idee i potrzeby polityczne. Instytut Zachodni i Instytut Śląski, jako podpory instytucjonalne, wspomagały wojnę z „zachodnioniemieckim” rewizjonizmem, w szczególności ze środowiskami niemieckich przesiedleńców. Podtrzymywały też tezę o piastowskim odwiecznym charakterze Ziem Zachodnich. Jest to jeden z powodów, dla którego proces budowania polskiej tożsamości na ZZ, którego istotnym czynnikiem stawało  się z czasem rozpoznanie niemieckiego dziedzictwa i jego przejmowanie, umyka większości późniejszych prlowskich adeptów „myśli zachodniej”. Trwają oni cały czas w atmosferze konfrontacji z Niemcami, gdy tymczasem od lat 70-tych obserwować można wiele objawów polsko-niemieckiego zbliżenia. Ośrodki te pozostaną na uboczu procesów, które doprowadzą polsko-niemieckiego pojednania po roku 1989.

W kontekście polsko-niemieckiego sporu geografów „myśl zachodnia” interpretowana być może być bardziej jako składnik dyskursu politycznego niż spór naukowy wewnątrz dyscypliny, jaką jest geografia. Rok 1989 całkowicie dezaktualizuje „myśl zachodnią” wobec zbliżenia Warszawa-Berlin i demaskuje jak dalece wyobrażenia geograficzne i terytorialne wpisywały się uprzednio w kontekst propagandowy. Nawet jednak przy tak krytycznej ocenie konieczne jest nie zapominanie, jak dalece od roku 1945 „myśl zachodnia” znajdowała swoje uzasadnienie polityczne wobec wymuszonych, rzadkich w historii w takiej skali, przesunięć terytorialnych.

Jeśli uzasadniona jest teza, że „myśl zachodnia”  po roku 1989 przynależy już bardziej do historii idei niż do aktualnego dyskursu politycznego, to nie usuwa to pytania jak skonstruowana jest „przestrzeń wyobrażona” współczesnej Polski, będącej członkiem Unii Europejskiej i jak owa konstrukcja ma się do wyobrażeń wyniesionych z przeszłości.

Lektura pracy Briesewitza nasuwa też drugą ogólniejszą kwestię, dotyczącą znaczenia i roli, jaką w procesach politycznych odgrywa geografia polityczna i tworzone w jej obrębie idee i wyobrażenia przestrzeni, w jakim stopniu idee geografów wpływają na politykę, w jakim zaś są jedynie uzasadnieniem ex post jej rozstrzygnięć z pomocą „geograficznych argumentów”, Jest to kwestia pokrewna pytaniu dotyczącemu  stosunków między naukami o polityce i geografią. Briesewitz skłania się co oceny, że  takie posługiwanie się geografią w celu argumentacji politycznej staje się nadużyciem naukowym, mimo że w kontekście epoki w jakiej tworzą Ratzel, Nałkowski czy Romer takie podejście było powszechne i traktowane za uzasadnione.

Okres przed I wojną światową to epoka ruchów narodowotwórczych na obszarze opanowanym przez europejskiej imperia takie jak II Rzesza i carska Rosja. Narody mające ambicję tworzenia własnych państw stały wobec konieczności określenia ich granic. To książka Briesewitza w ciekawy sposób uwypukla.  Zarazem i równolegle kształtują się pierwociny nauk politycznych, czego istotnym przejawem są narodziny geopolityki. W intelektualnej atmosferze zdominowanej scjentyzmem końca XIX wieku geopolityka z pretensjami do zobiektywizowanej niemal na wzór nauk przyrodniczych naukowości sięga do geografii i darwinizmu. Stosunki przestrzenne, układ pasm górskich, nizin i rzek w połączeniu z warunkami klimatycznymi tworzyć ma warunki determinujące niemal stosunki polityczne. Owa geopolityka znajduję się od samego początku w sytuacji dość dwuznacznej. Jej geograficzna argumentacja na ogół uzasadnia i objaśnia to, co już zdarzyło się i o czym wie historyk, geograf  twierdzi jednak dodatkowo , że musiało się to zdarzyć, ponieważ decydowała o tym geografia.

Geopolityka odnosi się jednak nie tylko do przeszłości ale i do przyszłości. Warunki geograficzne określać mają określony, dla danej wspólnoty politycznej obszar naturalny i jeśli w danej chwili ona go nie zajmuje, to stan ten należy przywrócić. Takie rozumowania łączy się na przełomie XIX i XX wieku z absolutyzowaniem podziałów etnicznych a także ideologiami rasizmu. Nic więc dziwnego, co zaznacza Briesewitz, że część twórców geopolityki tak łatwo zawarło mariaż z narodowym socjalizmem.

Geografia, dostarczająca rzekomo zobiektywizowane kryteria obrysowywania przestrzeni politycznej,  stawała się do dyspozycji polityki, która przestrzeń polityczną chciała ukształtować. W taki sposób polityczna samowola, a nawet agresja miała zdobyć sankcję naturalnej obiektywności.

W istocie po II wojnie światowej porzucono „geopolitykę”  taką, jaką kształtował przełom XIX i XX wieku. Stało się tak między innymi w skutek kompromitacji, jaka związana była ze wspieraniem geopolitycznymi argumentami ideologii III Rzeszy.

Mimo to polsko-niemiecki spór geografów nie wygasł i trwał długo jeszcze po II wojnie, co działo się  wskutek ogromnych powojennych przesunięć terytorialnych, których w Polsce musiano z konieczności bronić, a których w Niemczech z naturalnych względów długo nie chciano zaakceptować. W istocie dawne argumenty pochodzące z dawniejszego okresu odgrywały w tym sporze niewielką rolę. Po 1989 polsko-niemiecka wojna geografów ostatecznie straciła sens i wygasła. Mogło wydawać się, że geografia przestanie już odgrywać przynajmniej w Europie rolę propagandową.

Trzeba jednak przypomnieć, jak wielkie znaczenie posiada mapa i jak wielką siłę perswazyjną ona posiada. Owe mentalne mapy nie są też koniecznie dziełem samych  geografów.  Obraz przeszłości zachowany  na mapie stanowi sugestywne dziedzictwo, które często nawet po kilku pokoleniach w sprzyjających okolicznościach może zostać ożywione. Również w Polsce zaczęto powracać do wyobrażeń terytorialnych, z którymi zdawałoby się, że już się pożegnano, takimi jak „międzymorze”,  co  jest pojęciem odziedziczonym po dawniejszych sporach. To nic innego jak echo wyobrażeń terytorialnych związanych z dawną Rzeczypospolitą. Dla Węgrów mapa stoi w centrum dyskusji o narodowej tożsamości.

Współczesnej wędrówki ludów i procesów migracyjnych również nie sposób dyskutować bez mapy.

Groźnego  przykładu użycia mapy, a więc wyobrażeń przestrzeni mentalnej,  dostarcza  dwuznaczny renesans  geopolityki, do czego  przyczyniła się putinowska Rosja. Mapy rysowana przez zwolenników takich propagandzistów jak Aleksander Dugin dobrze ilustrują wyobrażenia rosyjskiego neoimperializmu i są projektem nowego ładu międzynarodowego.

Każda ogólniejsza debata polityczna, w jakimś zakresie odwołuje się do mapy.  Istnieje też oczywiste powiązanie między naukami politycznymi a geografią w wielu jej naukowych odmianach. Granica między tymi dziedzinami nie jest z pewnością wyrazista. Pochopne jej przekraczanie czynić może z geografii narzędzie polityki, a politologowi podpowiadać uproszczone wyjaśnienia procesów politycznych. Przypomnienie o tych dawniejszych dyskusjach może być dzisiaj użyteczne nie tylko gwoli pilnowania reguł dyscypliny naukowej. Nierozważne wodzenie palcem po mapie może zakończyć się nie tylko wojną  geografów.  I to jest jeszcze jeden powód, dlaczego lektura książki Briesewitza może być nader pożyteczna i dobrze byłoby,  aby mogło ukazać się jej polskie tłumaczenie.

Expose min Waszczykowskiego – korekta bez zmian

Expose min. Waszczykowskiego traktować można jako pewną korektę polityki, jaką prowadzi on od czasu objęcia urzędu. Są w nim deklaracje przywiązania do Unii Europejskiej i NATO, zapewnienie że rząd dotrzyma wcześniejszych zobowiązań względem przyjmowania uchodźców, stwierdzenia o chęci dobrych stosunków z Niemcami, a także, że z Wielką Brytanią dzieli on koncepcje bezpieczeństwa. Można więc powiedzieć, że tym razem polski polityk ma każdemu coś miłego do powiedzenia. Jedynie wobec Moskwy jest oschły, co nie może dziwić i jest w pełni zrozumiałe.
MSZ kierowany przez Ministra Waszczykowskiego zaostrzył uprzednio stosunki z niemal wszystkimi poważnymi partnerami Polski. Do nieporozumień doszło nawet z Ukrainą, kiedy Kijów poczuł się urażony daną o milionie ukraińskich rzekomych uchodźców w Polsce. Czy więc istotnie min. Waszczykowski dokonał potrzebnej korekty i wyjaśnił istniejące nieporozumienia?
Łagodniejszy ton expose i brak z nim wycieczek słownych pod adresem krytyków dotychczasowej polityki mógłby o tym świadczyć. Uderza jednak stwierdzenie, że polityka MSZ „pozostanie asertywną, co nie oznacza że konfliktową. Polska nie zamierza zaostrzać stosunków z żadnym partnerem zagranicznym”. Nawet jeśli uwzględnić specyficzny styl wyrażania się min. Waszczykowskiego, który nie szuka specjalnie dyplomatycznych sformułowań, zdanie to budzi zastanowienie. Jeśli bowiem ma się z kimś dobre stosunki, to nie ma potrzeby składania takich deklaracji. Można też zapytać, jak odróżniać konfliktowość od asertywności.
Minister podkreśla też, że grupę Wyszehradzką tratuje jako „sprawdzony element architektury bezpieczeństwa”. Warto zauważyć pewną związaną z tym wieloznaczność, bowiem część polityków zachodnich w pewnym zakresie prorosyjskiej postawie Budapesztu i Bratysławy dostrzega poważne zagrożenie.
W expose wyczuwalne jest też skrywane zaniepokojenia, gdy mowa jest,
że „nie będzie zgody polskich władz na naruszenie jednego z podstawowych praw obywateli UE: prawa do swobodnego przemieszczania się” i gdy krytykuje się ideę tzw.”małego Schengen, które nie obejmowało by naszego regionu”. „Będziemy protestować przeciwko takim rozwiązaniom” stwierdza min.Waszczykowski. Gdy trzeba protestować, to chyba znaczy, że nie jest już tak dobrze.
„Polska polityka zagraniczna odzyskuje podmiotowość, której brakowało przez kilka ostatnich lat” – mówi na koniec min. Waszczykowski i to zdanie wydaje się kluczowe. Polska zdobyła sobie w latach 2005-2015, jako nowy członek UE, silną pozycję i prestiż, przynajmniej w opinii większości polityków Zachodu. Jeśli ta sytuacja w oczach min.Waszczykowskiego związana była z „brakiem podmiotowości”, to wielu komentatorów od Waszyngtonu, poprzez Londyn, Paryż aż po Berlin postawi sobie pytanie, na czym owa „odzyskiwana podmiotowość” szefa polskiego MSZ ma polegać. Polityka UE ma charakter wspólnotowy i opiera się na ciągłym szukaniu kompromisów. Podkreślanie „podmiotowości” (skądinąd sprawy oczywistej) mogą być odczytywane jako brak zrozumienia dla takiej polityki wspólnotowej, a jeśli się taka opinia utrwali, żadne protesty nie pomogą, gdy kraje  „małego Schengen” siądą same do stołu obrad, a „asertywnej”  Polski przy tym nie będzie.

„Islam należy do Niemiec” – wnioski dla Polski

Adam-Balce-foto-internet

W ostatnich kilku latach pogłębiła się integracja zróżnicowanej wspólnoty muzułmańskiej w Niemczech. Obywatele Niemiec wyznania muzułmańskiego weszli na szeroką skalę do głównego nurtu życia politycznego. Istnieją wszelkie przesłanki, że ta intergracja będzie kontynuowana w najbliższych latach – pisze w raporcie Akademii Europejskiej Krzyżowa Adam Balcer.

Sukcesy procesu integracji muzułmanów niemieckich niemal nie dostrzega się w Polsce. Dominuje przekonanie o fiasku tego procesu. W Polsce brakuje także refleksji na temat konsekwencji wzrostu obecności muzułmanów w niemieckim życiu politycznym na relacje polsko-niemieckie oraz możliwych pozytywnych skutków tego zjawiska dla spójności interesów Polski i Niemiec.

Niestety wysoki poziom niechęci do muzułmanów w polskim społeczeństwie oraz w rządzących elitach może stać się źródłem problemów w relacjach polsko-niemieckich. Może także w poważany sposób utrudniać zrozumienie współczesnych Niemiec.

Kryzys uchodźców wywołał w Polsce szeroką falę islamofobii opartej na przekonaniu, że przyjęcie muzułmanów stanowić by miało poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa i spójności społecznej kraju. Muzułmanie w Europie budzą lęk i widzi się w nich w Polsce przede wszystkim jako potencjalnych terrorystów, przestępców i gwłcicieli, zaś ich integracja w całej Europie miała się rzekomo zakończyć się fiaskiem. Taka opinia dominuje w polskim społeczeństwie i mediach. Została ona wzmocniona przez bezprecedensowe wydarzenia sylwestrowe (kilkaset przypadków molestowania seksualnego kobiet i kradzieży w kilku miastach niemieckich, w tym szczególnie w Kolonii dokonanych przez nowo przybyłych imigrantów i uchodźców muzułmańskich). Niemal nie dostrzeżono w Polsce, że np. Turcy, stanowiący zdecydowną większość niemieckich muzułmanów i mieszkający od wielu lat w Niemczech nie byli zamieszani w te wydarzenia. Warto także przypomnieć, że nigdy wcześniej w Niemczech nie doszło do takich zdarzeń. Nie jest to przypadkowe, gdyż proces integracji społeczności muzułmańskiej postępuje, a nawet w ostatnich latach uległ przyspieszeniu. W sytuacji burzliwej dyskusji toczącej się obecnie w Niemczech na temat integracji nowych imigrantów jest niezwykle ważne, aby nie zapomnieć o tym fakcie.
Pomimo niezaprzeczalnych problemów z integracją muzułmanów, w Niemczech – najważniejszym sąsiedzie Polski- w ostatnich latach można zaobserwować zdecydowany wzrost ich obecności w głównym nurcie życia publicznego. W Polsce popularna jest obecnie opinia o nie znajomości polskich realiów w Niemczech. Jednak, bardzo ograniczona świadomość zjawiska postępującej integracji muzułmanów pokazuje, że wiedza w Polsce na temat Niemiec jest wciąż nie wystarczająca.

Obraz europejskich muzułmanów w Polsce

W debacie publicznej można często usłyszeć, że Polacy nie są tacy naiwni jak mieszkańcy zachodniej Europy i nie wpuszczą do Polski muzułmańskich uchodźców- islamskiego konia trojańskiego. Muzułmanie w Europie są bowiem w Polsce utożsamiani z zamachami terrorystycznymi, przestępstwami, gwałtami, zamieszkami i płonącymi przedmieściami, na które nie może wejść policja oraz żądaniem wprowadzenia szariatu. W Polsce niemal codziennie w mediach czyta się o fiasku polityki integracji, choć przebiega ona bardzo różnie w poszczególnych krajach, a nawet miastach Europy. To fiasko wynika z faktu, że europejscy muzułmanie są w Polsce przede wszystkim postrzegani jako kompletnie obcy kulturowo. W efekcie ich integracja jest uznawana za niemożliwą do realizacji. Taki stosunek do europejskich muzułmanów oznacza, że większość Polaków nie akceptuje ich jako współobywateli w ramach UE.
Teza o rzekomej porażce integracji muzułmanów w całej Europie pokazuje, że większość Polaków i rządzaca elita kultywuje uproszczony i jednoznacznie negatywny obraz islamu, który jest uogólniony na wszystkich europejskich muzułmanów traktowanych jako homogeniczna masa. Islam jest postrzegany przez wielu Polaków jako totalitarna cywilizacja stanowiąca śmiertelne zagrożenie dla Zachodu, gdyż dąży do jego podboju wszelkimi metodami. W rzeczywistości cywilizacja islamu jest tak zróżnicowaną i skłóconą wewnętrznie wspólnotą religijną na świecie, że aż trudno mówić o jednej cywilizacji. Bardzo jednoznaczne poglądy na temat europejskich muzułmanów prezentują dziennikarze i politycy, często pozbawieni elementarnej informacji, którzy nie potrafią powiedzieć jakie są dwa najważniejsze święta muzułmańskie czy też na czym polega różnica między sunnizmem i szyizmem. Krytykują Zachodnią Europę za brak wiedzy na temat naszego regionu, wydają się znać świetnie na wszystkim, także na sytuacji muzułmanów w Berlinie czy Kolonii.
Najbardziej zaskakujący jest fakt, że nie dostrzega się w Polsce położenia niemieckich muzułmanów żyjących tuż za miedzą, którzy nigdy nie przeprowadzili w Niemczech żadnego zamachu terrorystycznego i nie wywoływali żadnych zamieszek. Praktycznie nie ma refleksji czy w Niemczech nie zachodzi – przy pewnych trudnościach tego procesu – ich integracji oraz czy może być to zjawisko dotyczące spraw polskich również w pozytywnym sensie.
Muzułmanie w Niemczech
W Niemczech mieszka ponad cztery i pół miliona osób pochodzenia muzułmańskiego (nie uwzględniając uchodźców przybyłych w 2015 r.) o różnym stopniu identyfikacji z islamem i praktyki religijnej. Około dwie trzecie z nich pochodzi z Turcji, mając etniczne tureckie i w mniejszym stopniu kurdyjskie korzenie. Pozostali pochodzą przede wszystkim z Bałkanów, Iranu, Tunezji i Maroka oraz Afryki Zachodniej. Około 3/4 niemieckich muzułmanów jest sunnitami, a pozostali przede wszystkim należą do różnych odmian szyizmu. W przypadku osób pochodzących z Turcji mniej więcej połowa z nich posiada obywatelstwo niemieckie. Muzułmanie w Niemczech w zależności od pochodzenia etnicznego, klasowego i wyznaniowego oraz miejsca zamieszkania (różnorodne polityki integracyjne w poszczególnych landach i miastach) są w różnym stopniu zintegrowani w poszczególnych sferach życia społecznego, ekonomicznego i politycznego. Oceniając drogę jaką pokonali muzułmanie w Niemczech należy uwzględnić fakt, że startowali oni przeważnie z niższego poziomu (wykształcenie, sytuacja materialna) niż imigranci z Grecji, Włoch czy Hiszpanii.
Zwrócić trzeba przede wszystkim uwagę, że wspólnymi cechami społeczności muzułmańskiej w Niemczech jest:
-brak dużych gett charakteryzujących się wysokim poziomem przestępczości,
-brak napięć związanych z bolesną spuścizny kolonialną
-brak relatywnie większych islamistycznych środowisk ekstremistycznych pochodzenia imigranckiego (szczególnie w przypadku muzułmanów pochodzących z Turcji, Iranu i Bałkanów), gotowych do użycia przemocy.
Przez kilka dekad muzułmanie byli traktowani w Niemczech jako tymczasowi imigranci zarobkowi. Mieli małe szanse na uzyskanie niemieckiego obywatelstwa, co z pewnością nie sprzyjało integracji. Sytuacja zaczęła się zmieniać w XXI wieku. W 2000 r. nastąpiła liberalizacja zasad przyznawania obywatelstwa. Obecnie trwają prace nad dalszą liberalizacją tego prawa. Te zmiany postępują wraz z rosnącą akceptacją przez Niemcy własnej różnorodności. W tym kontekście bardzo symboliczne znaczenie, potwierdzające ten fenomen społeczny miała deklaracja „islam należy do Niemiec” kanclerz Angeli Merkel wygłoszona w styczniu 2015 r. Liberalizacja prawa obywatelskiego spowodowała, że od końca lat 90. XX wieku ponad sześciokrotnie wzrosła liczba osób pochodzących z Turcji, która uzyskała obywatelstwo niemieckie. W bardzo szybkim tempie i na wielką skalę włączyli się oni w życie polityczne, co jest istotnym dowodem potwierdzającym postępy integracji. W ciągu kilku lat Niemcy muzułmanie zdobyli zdecydowanie lepszą reprezentację w życiu politycznym niż udało się osiągnąć społecznościom muzułmańskim uprawnionym do głosowania przez kilkadziesiąt lat w innych krajach zachodnich, np. we Francji. Warto pamiętać, że muzułmanie mieszkają w olbrzymiej większości w Niemczech Zachodnich oraz Berlinie, dlatego ich obecność w życiu publicznym jest w rzeczywistości jeszcze większa, jeśli uwzględnimy tylko te landy. Cezurą był rok 2008, gdy współprzwodniczącym Zielonych został Cem Ozdemir. Dzisiaj politycy niemieccy o korzeniach muzułmańskich zajmują wysokie pozycję w Partii Socjaldemokratycznej (wiceprezes i sekretarz generalny) i Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej CDU (członek prezydium) i przewodniczącej klubu Die Linke (pół-Perska). Jeszcze bardziej znacząca jest ich reprezentacja w prezydiach partyjnych w landach, gdzie jest blisko 30 Niemców przede wszystkim pochodzenia tureckiego lub kurdyjskiego i w mniejszym stopniu arabskiego i perskiego (w tym współ-przewodniczący i wiceprzewodniczący partii).
Od 2008 r. zwiększyła się kilkakrotnie reprezentacja Niemców o korzeniach muzułmańskich w parlamentach landowych, w których zasiada ich ponad 40 osób. Osoby o korzeniach muzułmańskich przede wszystkim tureckiego są szefami frakcji w dwóch parlamentach landowych, wiceszefami klubów w trzech parlamentach i zasiadają w kierownictwie dwóch klubów parlamentarnych. Niemieccy muzułmanie zajmują także funkcje kierownicze w parlamentach landowych (jeden wiceprzewodniczący, pięciu członków prezydium parlamentów). Ten sam spektakularny wzrost reprezentacji politycznej nastąpił na poziomie lokalnym (np. rady miast). Już w 2011 roku w prawie 80 dużych miastach niemieckich politycy pochodzenia tureckiego i kurdijskiego stanowili prawie 40% radnych o korzeniach migracyjnych, choć osoby wywodzące się z Turcji stanowią tylko około 20% imigrantów.
W 2010 r. po raz pierwszy w historii Niemiec ministerem w rządzie landowym została muzułmanka Niemka pochodzenia tureckiego. Dziś w rządach landowych jest obecnie trzech ministrów pochodzenia muzułmańskiego. Jeden z nich pełni równocześnie funkcję wicepremiera.
Po wyborach w 2013 r. wzrosła prawie dwu i półkrotnie w porównaniu z 2009 r. reprezentacja osób o korzeniach muzułmańskich. W Bundestagu zasiada obecnie 16 osób o korzeniach tureckich i kurdyjskich (11), perskich (3) i senegalskich (1). W izbie wyższej zasiada obecnie 2 polityków pochodzenia muzułmańskiego (tureckiego i arabskiego). W 2013 roku wydarzył się kolejny precedens. Po raz pierwszy w historii Niemiec osoba pochodzenia tureckiego została powołana na stanowisko ministra w niemieckim rządzie federalnym.
W Polsce muzułmanów postrzega się często jako żelazny elektorat lewicy nie dostrzegając, że zaczynają oni coraz częściej głosować na prawicę. Wzrost poparcia wśród niemiecko-tureckich wyborców dla CDU i rosnąca obecności polityków niemiecko-tureckich w tej partii jest prawdopodobnie najsilniejszym wskaźnikiem trwającego procesu integracji. Pierwszym w historii ministrem na poziomie landowym, pochodzącym ze społeczności tureckiej była polityk CDU. W 2013 roku, po raz pierwszy, Niemka pochodzenia tureckiego została wybrana do Bundestagu z listy CDU. W parlamentach krajowych (czterech posłów do niedawno pięciu- przejście do biznesu) oraz w kierownictwie partii na poziomie landowym (pięć osób) jest nawet lepiej. Według niektórych szacunków poparcie elektoratu niemiecko-tureckiego dla CDU (z wyłączeniem małych partii tureckich) w wyborach 2013 roku wzrosło do prawie 25% (wcześniej około 10%). Pryncypialna pozycja Angeli Merkel w sprawie kryzysu uchodźców i jej pozytywne wypowiedzi na temat muzułmanów w Niemczech prawdopodobnie doprowadzą do znacznego wzrostu poparcia CDU przez elektorat niemiecko-turecki w następnych wyborach. Znamiennym faktem jest wyraźna nadreprezentacja kobiet wśród polityków niemiecko-tureckich. Prawie 60% posłów niemiecko-tureckich w Bundestagu stanowią kobiety.
Wnioski dla Polski
Proces integracji muzułmanów w życiu publicznym Niemiec jest ważny dla relacji polsko-niemieckich. Polska polityka wobec Niemiec powinna uwzględniać postępująca integrację muzułmanów w życiu politycznym Niemiec. Im więcej będzie polityków pochodzenia muzułmańskiego w niemieckiej polityce tym bardziej problematyczna i konfliktogenna może być islamofobia powszechna w społeczeństwie polskim i w ramach elity rządzącej. Co więcej, integracja muzułmanów w życiu politycznym Niemiec może mieć pozytywny wpływ na sprawy polskie, z czego niemal nikt w Polsce nie zdaje sobie sprawy. Politycy pochodzenia tureckiego w Niemczech są znacznie częściej niż niemiecki main stream polityczny pozbawieni sentymentów lub powiązań biznesowych z Rosją. Na przykład, proporcjonalnie najwięcej polityków o korzeniach muzułmańskich jest w partii Zielonych, które to ugrupowanie ma najbardziej krytyczne podejście do Rosji ze względu na swoje wyczulenie na prawa człowieka. Jego wejście po następnych wyborach w koalicję z CDU byłoby optymalnym scenariuszem dla Polski. Z drugiej strony w przypadku powstania koalicji Zielonych z SPD i Die Linke, ta pierwsza formacja- która prawdopodobnie kierowałby MSZ jak w czasach koalicji (1998-2005)- mogłaby wpływać moderująco na politykę zagraniczną Niemiec w sytuacji zbyt pro-rosyjskiego stanowiska lewicowych partnerów koalicyjnych. Dla zrozumienia postawy Zielonych ważny jest także kontekst kulturowy. Cem Ozdemir lider Zielonych wymieniany od lat jako poważny kandydat na szefa MSZ wywodzi się z Kaukazu (Czerkiesja), na którym Rosja dokonała nie raz ludobójstwa na miejscowych muzułmanach. Nie przypadkiem Ozdemir napisał wstęp do pierwszej w Niemczech monografii na temat ludobójstwa na Czerkiesach, którego 150 rocznicę obchodzono w 2014 r.
Brak świadomości postępującej integracji muzułmanów niemieckich w Polsce jest związany z bardzo negatywnym wizerunkiem islamu bez którego przezwyciężenia trudno sobie wyobrazić właściwe zrozumienie przez polskie elity polityki wewnętrznej Niemiec. Niestety istnieje poważne zagrożenie, że islamofobia części polskiej elity rządzącej przyczyni się do postrzegania integracji muzułmanów jako przejawu islamizacji Niemiec i zagrożenia dla Polski.
(Adam Balcer)

Czy Polska może być krajem bez znaczenia?

Odpowiedz „tak” wydaje się niedorzecznością. Polska to dwudziesta co do wielkości gospodarka świata i szósta w Unii Europejskiej, państwo położone w samym środku Europy. Polski głos w Brukseli zdaje się być nie do pominięcia. Polska jest silnie osadzona w stosunkach międzynarodowych i dzięki takim inicjatywom jak „trójkat weimarski” stała się niemal równorzędnym partnerem takich stolic jak Paryż czy Berlin. W dużym stopniu Europa zachodnia zawdzięcza Polsce szybsze zrozumienie agresywnej natury polityki moskiewskiej.
A jednak ! Polityka jest grą bardzo skomplikowaną. Pogorszenie własnej pozycji nie jest zadaniem niewykonalnym. Polityka globalna przeżywa obecnie głęboką ewolucję. Jeszcze dekadę temu nikt nie mógł przypuszczać, że państwa takie jak Turcja czy Ukraina staną znaczącymi aktorami światowej polityki. Dwie dekady temu nikt nie myślał, że Korea Płd będzie potęgą gospodarczą w skali światowej, podobnie nie groziła nam „inwazja” emigrantów z południa, bowiem ludności w Afryce północnej było bez porównania mniej ludności niż w Europie. Świat potrafi zmieniać się bardzo szybko, a w szczególnych wypadkach dla poszczególnych krajów zmiana może być skokowa. Czy coś takiego może wydarzyć się Polsce i to w taki sposób, że Polska straci swoją obecną pozycję? Aby się tak stało muszą być spełnione odpowiednie warunki i trzeba popełnić odpowiednią ilość błędów.
Pierwszym warunkiem jest popsucie sobie stosunków z Niemcami. Zamiast współpracować z Berlinem, można starać się o budowanie w Europie środkowej antyniemieckiego bloku. Można twierdzić (czytając podręczniki dawniejszej historii), że Polska jest wciąż w kleszczach niemiecko-rosyjskich i za wszelką cenę te wyimaginowane kleszcze starać się rozerwać przez budowanie wyimaginowanych projektów takich jak Międzymorze (nie zauważając przy tym, że Partnerstwo Wschodnie było w nowych warunkach jakimś przybliżonym sposobem realizacji właśnie owego „międzymorza”).
Drugim warunkiem osłabienia pozycji Polski jest pokazywanie figi Brukseli. Można to zrobić w najrozmaitszy sposób. Najlepszym sposobem jest łamanie reguł gry, które są ustalone dla całej wspólnoty. Można je przedstawiać jako narzucone. Można twierdzić, że chcemy być członkiem UE, ale jedynie na własnych warunkach. Postępowanie to przypomina członka jakiegoś klubu, który nagle zaczyna twierdzić, że nie zgada się na statut klubu i będzie pisał własny. Klub jest stateczny, nikt dziwaka nie wyrzuca, ale traktowany jest jak półgłupek.
Bardzo dobrym sposobem osłabienia międzynarodowej pozycji Polski jest zawieranie egzotycznych sojuszy, traktowanych jako strategiczne. O taki sojusz można na przykład starać się z Wielką Brytanią, która właśnie debatuje nad wystąpieniem z UE, co związane byłoby z pogorszeniem się sytuacji setek tysięcy mieszkających tam obywateli polskich. Sojusz z Wielką Brytanią można przedstawiać jako alternatywę dla dobrych stosunków z Niemcami i istotnie trudno o to, aby Londyn „zwasalizował” Warszawę, bowiem los Warszawy jest Londynowi dość obojętny.
A propos strategii można też twierdzić, że Polska stanie się strategicznym partnerem Chin i Chiny budują nowy jedwabny szlak tylko po to, by dotarł on do Warszawy.
Można też twierdzić, że główne oparcie (przeciw dekadenckiej i lewackiej Europie) znajdzie Polska w Stanach Zjednoczonych. Tam są twardziele, które nam pomogą i obronią (jak odejdzie Obama). Może nawet wypożyczą nam bombę atomową, abyśmy mogli poczuć się trochę lepiej. Kłopot jest tylko w tym, że psując sobie stosunki z Niemcami traci się punkty w Waszyngtonie. Mając do wyboru Warszawę i Berlin, amerykanie nieomylnie muszą wybrać Berlin, patrząc na polityków z Warszawy jako gości, którzy nic nie rozumieją ze światowej polityki.
Argumenty o sile współczesnej Polski można długo wyliczać. Polska jest krajem o gospodarce jedynie dwukrotnie mniejszej od gospodarki rosyjskiej. Niemcy też gonimy, wystarczy przyjrzeć się byłej NRD. Wreszcie dochód na głowę w Polsce to ponad ¾ Unii Europejskiej a to przecież jest grupa najbogatszych państw świata. Wydaje się więc, że Polska ma zapewnioną istotną pozycje w koncercie państwa europejskich. Okazuje się, że wcale tak nie jest. Pomysłów by Polskę zdegradować jest dzisiaj całe multum.
Można udawać, że jest się takim mocnym, iż stać nas na całkowicie samodzielną politykę. Pozycja i siła danego państwa zależy nie tylko od własnych zasobów, ale w ogromnej mierze od rodzaju i jakości związków z innymi państwami. Nawet jednak USA nie stać na politykę w 100% samodzielną i wiele swoich posunięć muszą staranie negocjować z partnerami. Można jednak twierdzić, że Polskę stać. Sojusz oznacza współzależność. Gdy odrzuca się jedne współzależności, wpada się w inne. Dobrym przykładem jest dumny Węgier Orban. Odwrócił się on plecami do EU i wpadł współzależność od Moskwy. W dzisiejszej Europie jest tylko wybór między Brukselą i Moskwą. Można, będąc nawet w gębie najbardziej antyrosyjskim, popaść w zależność od Putina.
Należy się jednak pocieszyć. Nie będzie najpewniej aż tak źle. Ostateczne ugruntowanie się samodzielności Ukrainy zmieni zasadniczo położenie Polski, czyniąc Polskę krajem w bezpiecznym położeniu w pełni środkowoeuropejskim. Ukraina wspierana przez cały Zachód da sobie radę, przejmując rolę „przedmurza” i obejmując strategiczne pozycje nad Morzem Czarnym. Rosja Putina znajdzie się w głębokim kryzysie i nie zaatakuje Warszawy ani nawet niezdolna będzie do wykorzystania głupoty i dyletantyzmu niektórych nadwiślańskich speców od polityki zagranicznej. Z Berlina, Paryża i Waszyngtonu będzie się leciało prosto do Kijowa, omijając Warszawę pogrążoną w śnie o potędze i odzyskiwaniu „silnej, samodzielnej pozycji” (rzekomo utraconej przez uległość wobec Berlina i Brukseli). Polska będzie mimo wszystkich ekstrawagancji bezpieczną europejską prowincją, budzącą może uśmieszek i lekką kpinę. Może ktoś życzliwy i wspominający dawniejsze czasy powie nawet „przecież oni mieli kiedyś kogoś takiego jak Wałęsa”. Nie będzie się tam jeździć na ważniejsze spotkania międzynarodowe, ale każdą większą konferencję organizowaną przez Warszawę uświetnią zawsze Victor Orban i Milosz Zeman. Można więc być krajem bez znaczenia i nie jest to wcale tak źle. Nie będzie to międzymorze, ale bajoro będzie swojskie.

Polska strategia demograficzna, uchodźcy i emerytura trzydziestolatka

Dyskusja o uchodźcach zdaje się dotyczyć zasad moralnych i podstawowych wartości. Jedni twierdzą, że należy pomagać potrzebującym (ofiarom wojen i prześladowań), drudzy że zobowiązanym jest się przede wszystkim wobec własnego społeczeństwo, a napływ emigrantów stanowić może zagrożenie.
W istocie jednak spór dotyka strategii demograficznej zarówno całej Unii Europejskiej jak i Polski. Wedle długotrwałych prognoz mieszkańców Polski w roku 2045 ma być niecałe 34 mln z dalszą silną tendencją spadkową ( w roku 2015 będzie liczba mieszkańców spadnie poniżej 33 mln). Zarazem osoby powyżej 65 roku życia stanowić będą 29% ogółu ludności (obecnie 15%). Łatwo zdać sobie sprawę z absolutnie fatalnych ekonomicznych konsekwencji takiej sytuacji. (dane za: http://www.census.gov/en.html). Byłby to kraj niezdolny do samodzielnego bytu.
Nawet jeśli wszyscy Polacy, jacy w ostatnim okresie wyemigrowali z Polski, mieliby wrócić (ok.2 mln) nie zmieniłoby to radykalnie sytuacji. Żadna też polityka „prorodzinna” nie jest w stanie radyklanie zmienić sytuacji. Kalkulacja „jeszcze jedno dziecko czy dostateczniejsze życie” obowiązuje we wszystkich bardziej dostatnich krajach. Można tylko wydać bezskutecznie mnóstwo pieniędzy zachęcając do „robienia dzieci” (co nie oznacza by wydawać pieniędzy na ułatwienie rodzinom wychowywania dzieci).
Jedyną drogą do zrównoważonej struktury demograficznej, umożliwiającej dostatek ogółu ludności (a więc przede wszystkim ludności „rdzennej”) jest imigracja. Nie wiele upraszczając, łatwo jest obliczyć, że dla uzupełnienia do roku 2045 deficytu ok.5 mln ludności w porównaniu ze stanem obecnym, trzeba Polsce od 150 do 200 tys. imigrantów rocznie.
Napływ imigrantów, co jest niezwykle trudnym procesem, wymaga odpowiedniego przygotowania. Samo moralizowanie nic tutaj nie pomoże. Trzeba kształcić m.in. odpowiednich pracowników socjalnych, trzeba mieć wyspecjalizowane wydziały policji ze specjalistami władającymi świetnie językami imigrantów, trzeba znać kraje z których oni przybywają, trzeba zainwestować w odpowiednią infrastrukturę materialną (ośrodki przejściowe itd.), trzeba usprawniać przepisy prawa. To wszystko po stronie inwestycji.
Te inwestycje przynoszą jednak korzyści. Wszystkie poważne raporty wskazują, że praca imigrantów przynosi krajom, jakie ich przyjmują, więcej korzyści niż wynoszą ponoszone koszty (nawet licząc wszelkie nadużycia w dziedzinie pomocy socjalnej). (patrz np: The Economist, Open up. A special report on migration)..
Należy też sobie zdawać sprawę, że dzieje ludzkości nie znają społeczeństw zamkniętych na dłuższy czas. Zamknięcie prowadzi albo do katastrofy albo dochodzi do otwarcia. Jeśli jednak zamknięcie trwa zbyt długo, otwarcie może mieć niekontrolowany charakter i wtedy związane będzie z poważnymi zagrożeniami. Na przygotowanie polskiej strategii demograficznej jest jednak jeszcze czas. Tylko pracę taką należy rozpocząć od zaraz.
Fala przerażającej ignorancji i histerii, jaka zalewa polskie media jest istotnie zagrożeniem i opóźnia poważne kroki na rzecz polskiej polityki imigracyjnej. Przyczynami tej histerii należałoby zająć się osobną, jednocześnie wskazując jak bardzo otwartą politykę imigracyjną prowadzą takie kraje jak Niemcy, Szwecja czy Wielka Brytania i jak dzięki temu odnoszą korzyści. Wymierająca Europa Środkowa może wpaść w historię uchodźczą, śladem Orbana, oznaczałoby to jednak, że straci on swoje polityczne i gospodarcze znaczenie. Katastrofa demograficzna oznaczałaby również kres wszelkich poważniejszych ambicji politycznych i gospodarczych naszego kraju.
Tym zaś przedstawicielom średniego i młodszego pokolenia, którzy nie chcą w Polsce imigrantów należy twardo mówić „nie będzie imigrantów, to i nie będzie w przyszłości waszych emerytur”. Za głupotę gorzko się płaci.

„Nocne wilki” czyli na prowokacje należy reagować szybciej

Sprawa „nocnych wilków”, którzy mieli odbyć rajd motocyklowy, była jedną z intensywnie dyskutowanych kwestii w polskich mediach ostatnich tygodni. Rząd nie reagował, więc dyskusja stawała się coraz gorętsza. Już sam fakt, że sprawa była tak głośna budził rozliczne kontrowersje.
Byli tacy, którzy twierdzili, że najlepiej byłoby o sprawie milczeć, wtedy rajd „wilków” spokojnie by sobie przez Polskę przyjechał i byłoby po wszystkim. Padały nawet sformułowania cóż to za państwo, które czułoby się zagrożone przez kilkudziesięciu motocyklistów”.
Znaczna część opinii publicznej była przeciwnego zdania uważając, że zapowiadana jest gigantyczna prowokacja. Mówiono i pisano, że dojść może to rozlicznych awantur, zarówno ze strony samych „wilków” jak i tych wszystkim, którym „Wilki” się nie podobają. Milczeć więc o sprawie się nie dawało, ponieważ wilki wpuścić bez specjalnego szumu, i w ten sposób je zlekceważyć nie było sposobu.
Liczna była też grupa tych, którzy najzwyczajniej sądzili, że przejazd przez Polskę kolumny osobników z symboliką nie tylko rosyjską ale i sowiecką byłoby czymś wysoce niestosownym. „Wilki” trzeba dodać to jest zwykły gang motocyklowy, ale grupa bliskich przyjaciół Putina z którymi lubi się on fotografować jak również zbrojna banda biorąca udział w wojnie w Donbasie.
Wpuszczać więc „Wilki” czy nie wpuszczać”? Pytanie to ekscytowało dużo część Polski i całymi godziny debatowano o tym na najrozmaistszcyh internetowych forach.
Choć prowokacji spodziewano się w Polsce, ostatecznym celem „Nocnych wilków” miał być Berlin. Niemcy mieli więc w całej sprawie również coś do powiedzenia. Zwracano uwagę, że gdyby Niemcy odmówili wjazdu to powstałaby co najmniej dziwna sytuacja, w której „wilki” szalały by po Polsce, nie mogąc dotrzeć właściwego celu podróży.
Strona niemiecka najpierw zabroniła grupie motocyklistów wjazdu do Berlina, dopatrując się w tym niezarejestrowanej a więc nielegalnej demonstracji. Na koniec nie dano „wilkom” schengenowskich wiz, co było wynikiem zgodnego działania trzech rządów Polski, Niemiec i Czech.
Najbardziej zdumiewający był końcowy epizod całej historii. Na polsko-białouskiej granicy w Terespolu spotkały się dwie grupy, aby witać mających przybyć do Polski putinowskich bikerów. Jedną grupą byli polscy motocykliści z „komandorem” Węgrzynem na czele, a drugą działacze proputinowskiej partii „Zmiana”. „Wilków” nie wpuszczono, ale doszło jednak do ostrej kontrowersji, kto ma większe prawo witać przyjaciół Putina. Przedstawiciel partii „Zmiana” stwierdził podczas tej sprzeczki, że „Wilki” przyjeżdżają do Polski na jej zaproszenie, o czym dotychczas nie było wiadomo. Argument ciekawy, bowiem uprzednio cały czas głoszono, że impreza „wilków” nie ma charakteru politycznego i nie chodzi w niej o nic więcej jak tylko o uczczenie rocznicy zwycięstwa.
Należy zadać sobie pytanie, jaki cel stawiały sobie „wilki”, skoro należy przypuszczać, że ich cele były inne niż deklarowane. Na czym polegać miała prowokacja, o którą ich podejrzewano? Niektórzy opatrywali w „wilkach” awangardę „zielonych ludzików”. To jednak była przesada. Jak się wydaje, chodziło właśnie o ten szum medialny. „Wilki” miały przejechać, demonstracyjnie prezentując swoje rosyjsko-sowieckie emblematy, jednocześnie z otwartą hipokryzją odwiedzając miejsca-symbole polskiego patriotyzmu. Polacy mieli to wszystko grzecznie strawić, jednocześnie piekląc się i podnosząc wrzawę medialną. „Wilki” zaś, tak jak już mówiły powtarzały by, że „każdy Polak, który przeciw nim występuje, to ten sam, który był strażnikiem żydowskich gett”. Poddane takiej próbie, społeczeństwo miało być podzielone, a po wyjeździe „wilków” przeżywać solidnego kaca. Wszystko to miało zdarzać się dzięki rozemocjonowanym mediom, choć motocykle „wilków” miały być jak najbardziej realne.
Pouczające w najwyższym stopniu jest to, że gdy „Wilków” nie wpuszczono, sprawa niemal natychmiast przycichła, a nawet więcej znikła. „Wilki” co prawda odgrażały się, że jeszcze spróbują wjechać, ale nic z tego poważnego nie wynikło i był to tylko kundli skowyt. Zaprotestowała tylko na chwilę Moskwa, oświadczając oficjalnie że niepuszczenie „wilków” to dowód pogorszenia się polsko-rosyjskich stosunków. Moskwa potwierdziła tylko w ten sposób tezę tych, którzy twierdzili od samego początku, że nie chodziło o niewinny rajd motocyklowy, a o zaplanowane posunięcie propagandowe, które tym razem w dużym stopniu udaremniono.
Jaki wniosek należy wyciągnąć z całej tej historii? Paradoksalnie rację w sporze o wilków miały obie strony. Mieli ją ci, którzy twierdzili, że wokół „Nocnych wilków” za dużo było gadania ale też ci, którzy wołali i apelowali głośno by „wilków” nie wpuszczać. Okazało się jednak, że najlepszym sposobem, aby owo gadanie ukrócić nie jest nawoływanie do milczenie, ale jednoznaczna decyzja aby przyjaciół Putina nie wpuszczać. Aby nie prowadzić zbędnych dyskusji, trzeba więc przede wszystkim podejmować szybkie i zdecydowane decyzje. Na prowokacje należy reagować błyskawicznie i zdecydowanie. Tego w całej sprawie zabrakło, choć ma ona swój happy-end.