Ekonomia wojny propagandowej

Prorok ponowoczesności Jeremi Rifkin zapowiada koniec kapitalizmu. Powodem ma być  potanienie wszelkiej produkcji. Przy masowej skali jej koszty mają być tak niskie, że jednostkowa cena zbliżać się ma do zera. Tezy Rifkina są dyskusyjne, w jednej jednak dziedzinie przewidywania te spełniają się. Koszty upowszechniania  informacji (jak i dezinformacji) zdają się radykalnie spadać. Widomym przykładem tego są trudności, jakie przeżywa prasa drukowana. Winny wszystkiemu jest internet. Dzięki niemu przesyłanie informacji jest niemal darmowe.

Internet był długo królestwem czarodziei za jakich laicy mieli  informatyków. Jego znaczenie ujawniło się jednak nie tylko na polu technologii ale i przemian społecznych.  Środki komunikacji są bowiem dalece nieobojętne dla porządku politycznego i stosunków władzy. Starczy przypomnieć, że wynalazek rzemieślnika o nazwisku Gutenberg, który tak usprawnił prasę do tłoczenia wina, by  stała się prasą drukarską, podkopał porządek średniowiecznej Europy, zalewając ją „tanią” książką.  Wynalazek radia dawał narzędzia agitacji  Hitlerowi i Stalinowi.

Z Internetem dzieje się podobnie. Media społecznościowe, wbrew intencjom ich twórców, mogą być poważnym zagrożeniem dla demokracji i państwa prawa a także światowego pokoju. Dlaczego?

Wróćmy do ekonomii. W społeczeństwie wielkiego spektaklu, zdominowanym przez telewizję i wielkonakładowe dzienniki, koszty upowszechniania  informacji w stosunku do kosztów ich wytwarzania były dość wysokie. Zakup ton papieru, dystrybucja, drogie telewizyjne studia i redakcje wymagają masy pieniędzy. Internet pozwala robić to  taniej.

U swych początków był obietnicą uniwersalnego forum, dzięki  któremu nieskrępowanie kształtować się będzie  opinia publiczna. Demokratyczne rządy starać się miały jedynie o rozbudowę infrastruktury Internetu, aby umożliwić społeczeństwu jak najszerszy do niego dostęp. Nie powinny się wtrącać w treści przekazu, to bowiem pachnie cenzurą ani nawet podpatrywać. Treści Internetu miały być sprawą obywateli.

Na Kremlu myśli się dokładnie przeciwnie. Inwestuje się w upowszechnianie treści na zamówienie rządu, pracują całe fabryki trolli, wykorzystując infrastrukturę przekazu, na którą łożył kto inny. Paradoksalnie więc dzisiejsza Rosja, mimo  słabnącej gospodarki, może poświęcić relatywnie spore sumy na agresywną propagandę, nazywaną wojną hybrydową. Mimo upadku ideologii komunistycznej Rosja staje się znów groźnym przeciwnikiem Zachodu.   Dąży do podskórnej destabilizacji swych oponentów,  czego dowodzą raporty z Niemiec, Węgier czy Polski.  Internet służy też zorganizowanej przestępczości  i terroryzmowi. Są to zresztą zjawiska pokrewne owej wojnie nowego typu. Internet posiada diaboliczne możliwości i nie wiadomo jak zagnać  cyfrowego dżina z powrotem do butelki.  Klucz do tego problemu leży być może nie w dziedzinie propagandy a w ekonomii nowego środka przekazu, jakim jest Internet.

Reklamy

Jurgen Roth contra nagrania, trolle i rozsądek

Wydarzeniem wielkiej polityki jest dziś wizyta prezydenta Komorowskiego w Kijowie. Jest też mała i niska polityka. I ta też ma swoje głośne wydarzenia. Dziennikarz Jurgen Roth publikuje w Niemczech książkę, w której twierdzi, że do Tupolewa prezydenta Kaczyńskiego bombę podłożył generał FSB. Roth jest planktonem dziennikarskim i utrzymuje się z publikowania sensacji. Czasem wychodzi mu to nie najlepiej i przegrywa sądowe procesy za nadmiar zmyśleń. Tym razem usiłuje twierdzić, że owe sensacje ma wprost od niemieckiego wywiadu, tylko że ów wywiad temu natychmiast zaprzecza.
W niczym nie przeszkadza to ogłosić polskim zwolennikom smoleńskiego zamachu, że mamy wreszcie pewny jego dowód. Jeśli ktoś z Zachodu tak twierdzi, to ma być to gwarantem wiarygodności. To że wywiad niemiecki zaprzecza to oczywiste, bowiem wywiady zawsze zaprzeczają, więc owo zaprzeczenie w myśl logiki paradoksalnej jest nawet prawie jak potwierdzenie.
Nie jest jest jednak wiadome, czy bombę na pokład samolotu wniósł generał FSB czy też Jurgen Roth o tej bombie dowiedział się od oficera FSB być może jedynie trochę niższego rangą albo nie do końca wiedział skąd pochodzą materiały, które dostały mu się w ręce.
Opowieść Rohta zderza się z inną, wprost przeciwną opowieścią, jaka pojawiła w ostatnich dniach. Otóż wedle nasłuchu kabiny Tupolewa, miał być w niej polski generał, którzy przymuszał pilotów do lądowania. I owej szarży lotniczej towarzyszyć miał alkohol. Ta wersja wydarzeń dawała by zwycięstwo tym, którzy chcieliby całkowicie i ostatecznie pognębić zwolenników wiary smoleńskiej. To jednak nie może się udać, bowiem zeznanie jest przeciw zeznaniu. Roth przeciw nagraniom, a nie bardzo przecież wiadomo skąd się wzięły i dlaczego właśnie teraz w środku kampanii wyborczej i po tym jak spór o przyczyny katastrofy nieco zbladł i przycichł. Nadal więc nic nie wiadomo, jeśli tylko snuć wielostronne podejrzenia a nie posługiwać się zdrowym rozsądkiem.
W każdym razie Moskwa jest gotowa rzucić podejrzenie nawet na samą siebie, aby tylko nie dopuścić, by emocje w Polsce dotyczące katastrofy opadły. Roth musiał swoją książkę pisać co najmniej kilka miesięcy, ale nagranie można byłoby dostarczyć w trymiga. Pojawienie się tych dwóch opowieści równolegle zapewnia Moskwie, że spór smoleński rozgorzeje emocje przynajmniej na chwilę na nowo. To oczywiście również są spekulacje.
Ciekawe są przy tym zachowania moskiewskiego trollingu w polskiej sieci. Jedne trolle twierdzą zawzięcie, że pisule to świry, bowim to absurd aby Putin poważył się dokonać zamachu i wszystko im wyjaśnia alkohol na pokładzie i nagrania. Inne trolle nie mniej zawzięcie upowszechniają wersję, że Roth to nie tylko sensacja ale i sama prawda. I oto te same cyberludki, które publikowały karykatury kanclerz Merkel teraz twierdzą, że jak Niemiec coś powie, to już jest stuprocentowo pewne.
Polska jest podzielona, więc każda z tych wersji trafia do odpowiedniego obozu. Obozy te zresztą już istnieją, a kremlowski trolling ma jedynie za zadanie podgrzać tak atmosferę, aby Polacy rzucali się sobie rzucać do gardła.
Działania trolli w takiej atmosferze nawet się nie zauważy nawet, jeśli się będzie powtarzało to co wrzucają do Internetu. Każy ma trolla, któremu gotów jest wierzyć. Są trolle chętnie wysłuchiwane przez pisiorów i takie co trafiają do platfusów.
I to jest dziś cel kremlowskiej propagandy. Jej celem nie jest przekonywanie do czegokolwiek, lecz jedynie wprowadzanie zamieszania. Kremlowscy spece nazywają to dezinformacją, która kończyć się ma dezintegracją publicznego dyskursu. Trochę uczenie powiedziane, ale owi naukowcy od dezintegracji i propagandy są nie tylko dobrymi praktykami, ale i teoretykami i tak to sobie teoretycznie i praktycznie planują.
Więc ostatecznie jak było? Nie wiemy. Z całą jednak pewnością specjalny wydział sprawy smoleńskiej na Łubiance opija dziś swoje starannie zaplanowane albo też całkowicie przypadkowe zwycięstwo.
A w rocznicę tragicznej katastrofy Polacy zamiast czcić ofiary będę się kłócić o jakieś nagrania i publikacje  dziennikarskie. W taki właśnie sposób zdrowy rozsądek w każdym z nas doznaje poniżenia. Chyba, że ktoś zechce się nim posłużyć.

Burze medialne i większość rozsądnych Polaków

„Polacy są podzieleni”, „skrajna brutalizacja życia politycznego”, „polski breivick” ze wszystkich stron – prawnej i lewej – słychać słowa nie mądre i pozbawione rozsądku. Wiele osób zadaje sobie pytanie, jak daleko (lub jak blisko) jest od słów do czynów.
Sądzę, że jednak wciąż dosyć daleko i jestem przekonany, że to polskie media opanowała histeria, a nie polskie społeczeństwo zwariowało. Nie oznacza to wcale, by występów takich Grzegorza Brauna nie potępiać i to najbardziej zdecydowanie. Robienie jednak zbitki myślowej z Marszu Niepodległości, Brunona K. i Grzegorza Brauna i alarmowanie o zagrożeniu polskiej demokracji , jest niepoważne. Jest niepoważne jak gadanie o zamachu w Smoleńsku i twierdzenie, że dzisiaj jest jak za komuny itd. Gdy widzę okładkę tygodnika z tytułem „patriotyzm jest jak kastet” i są to słowa młodego człowieka, który już wykazał się zerem moralnej kompetencji , to niestety wiem, że jestem w tej Polsce, w której mówi się nierozważnie i głupio.
To, że Polska jest podzielona jest zwykle nie prawdą. W Polsce większość to ludzie rozsądni i umiarkowani, którzy z zażenowaniem patrzą na występy z jednej strony Grzegorza Brauna z drugiej Kuby Wojewódzkiego, Macierewicza i Palikota. Ci wszyscy pseudodziennikarze i nieudolni politycy nie potrafią inaczej zaistnieć w przestrzeni publicznej jak poprzez słowne prowokowanie, strojenie min, dziennikarski czy polityczny wygłup.
I każde z tych głupstw powtarzają media. Tu Tomasz Lis będzie konkurował z Rafałem Ziemkiewiczem w taki sposób, że każdy kto rozsądny będzie chciał się zamknąć w swoich czterech ścianach i przestać słuchać wzajemnych wyklęć, pseudomoralizatorstwa, kpiny.
To polskie massmedia są podzielone, a nie Polacy. Ich spektakl jest nie poważny i żałosny. Stojąc przed kioskiem i oglądając okładki tygodników nabiera się przekonania, że Polska to kraj bez żadnych innych problemów prócz tego jednego – lawiny kpin, pseudosensacji i medialnych ataków.
Dodam, żeby było jasne. To co nazywa się polską prawicą wydaje się mi intelektualnie uboższe i często prostackie. Tu język nienawiści jest częstszy, obowiązuje zwulgarywaowany pseudopatriotyzm, panuje niemal psychiatryczna obsesja rzekomego zamachem. Nad wszystkim unosi się tragikomiczna postać Antoniego Macierewicza.
Po drugie stronie jednak – która wydaje się mieć intelektualną przewagę – słyszy się język wykluczenia, , a zarozumialstwo „pseudooświeconych zawsze lepiej wiedzących” jest nieznośne. Zamiast rozmawiać z zagubioną młodzieżą od Wszechpolaków wołać będzie, by trzeba delegalizować, zamiast polemiki użyje się maczugi oskarżeń o faszyzm itd. itd. A wszystkich przebije w tym polityk-celebryta Janusz Palikot.
Po obu stronach brak elementarnej chęci do dialogu i rozmowy, umiejętności słuchania tego co mówi inny. Polskie życie publiczne zdaje się być prymitywne jak blogowisko , gdzie można pozwolić sobie na brak szacunku dla oponenta, chamstwo i werbalną agresję.
Jesteśmy państwem, w którym niemal nie ma forów, gdzie ludzie o różnych poglądach mogą spotykać się i wspólnie rozmawiać, być siebie nawzajem ciekawi, dzielić się swoimi opiniami. Chęć jednak takich właśnie spotkań i debat ma większość Polaków. I to trzeba sobie powiedzieć i zacząć rozmawiać, nie wierząc temu, że Polacy są podzieleni. Mają różne poglądy i opinie i bardzo chcieliby ze sobą o tym dyskutować. Wzywam do rozsądku ponad podziałami, póki polska demokracja nie jest wcale zagrożona, a jedynie brakom jej kultury politycznej należy poświęcić znacznie więcej uwagi.

Wielka narada, nasze organy partyjne oraz skutki uboczne

Jak należało przewidywać, na naradzie ekonomistów zorganizowanej przez PIS pojawiły się też wątki katastroficzne. Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK stwierdził „jesteśmy w przedsionku potężnego kryzysu gospodarczego. Polacy nie mają pojęcia o jego skali”. Przeczytał to mój leciwy i daleki krewny, który oszczędności, lokował w SKOK-u. I wyciągnął wnioski. Skoro oczekiwania są tak katastroficzne to ja muszę oszczędności ze SKOK-u wycofać, bowiem to przecież parabank, a parabanki są na kryzys znacznie bardziej wrażliwe niż banki. Dotychczas w taki potężny kryzys nie wierzył, więc trzymał pieniądze w SKOK-u, ale skoro sam główny ekonomista to mówi, to musi być prawda. I krewny, szelma jedna, wyciągnął jeszcze jeden wniosek. Skoro przedstawiciel SKOK mówi coś takiego, co przecież nie w smak rządowi i to w obecności samego prezesa PIS, to SKOK z PIS musi być związany, a skoro tak, to ten rząd będzie temu SKOK-owi chciał zaszkodzić. Więc lepiej trzymać pieniądze gdzie indziej, póki ten rząd rządzi.  „Nie chcę być moherem na stracie”, zakończył mój daleki krewny. Zadziwił mnie tą analizą i praktycznymi wnioskami. Kuzynie powiedziałem, czy kuzyn nie przesadza, żaden z dziennikarzy, nie wyciąga takich wniosków. A co mi tam dziennikarze, odpowiedział, Ja gazety nauczyłem się czytać w PRL-u – odpowiedział –  więc czytam między wierszami, dziennikarze, co oni tam potrafią? Wywody dalekiego krewnego nasunęły mi więc pytanie, kto jest inteligentniejszy – nasze media czy ich odbiorcy.

Naradę  media oceniły rozmaicie. Nie może to dziwić, bowiem sprawa jest tyleż ekonomiczna co polityczna. Życzliwi więc PIS-owi następnego dnia komentowali życzliwie, mało życzliwi lub nieżyczliwi komentowali nieżyczliwie. Ot i sprawa jasna. Zależnie od tego czy kto czyta „Rzeczpospolitą” czy „Gazetę Wyborczą” mógł nabrać odmiennego zdania. Nasze massmedia nie odznaczają się obiektywnością więc komentarze są wyraziste i stronnicze. Z „Rzeczpospolitej” dowiedzieliśmy się, że był sukces wizerunkowy  PIS, z „GW”, że było to pustosłowie.

Te dwa dzienniki, jak zresztą wiele innych mediów w Polsce, bardziej przypominają biuletyny partyjne niż prasę na modę anglosaską, gdzie dziennikarz wstydzi się, gdy w uzasadniony sposób można zarzucić mu partyjność. Są niemal jak organ partyjny  w czasach minionych.  Na całe szczęście jednak mamy dzisiaj takich organów (bo i partii) wiele i różnych,  więc ostatecznie III RP nie przypomina PRL-u. Ale styl dziennikarstwa jest często z prl-u rodem. Po wszystkich stronach uprawia się więcej propagandy niż rzetelnego komentarza. I dodam, często jest to propaganda nieskuteczna, bowiem jeśli kogoś już przekonuje to tylko przekonanych. Sprawozdania z narady ekonomistów nie są może przykładem zbyt drastycznym, jednak wydarzenie miało swoją wagę (skoro wszyscy je komentowali),  więc warto się nad nimi pochylić.

                Myślmy więc logicznie. Przeciętny czytelnik prasy nie jest wszak głupi i też logicznie myśli. Jeśli narada ekonomistów była tylko sukcesem wizerunkowym (jak chce „Rzp”) , to istotnie musiała być pustosłowiem. Wtedy obie strony mają rację, , choć trochę bardziej „GW”. Dlaczego jednak „pustosłowie” było na pierwszych miejscach we wszystkich niemal mediach? Pewnie chodziło o coś więcej niż tylko o naradę ekonomistów. Wtedy nie samo pustosłowie było istotnie i był to sukces wizerunkowy i rację przyznajemy „Rzp”. Jeśli ktoś czyta oba organa równolegle czuje, że sprawa jest zagadkowa.

Organ „Rzp” mógł chyba wybrać lepszy i bardziej subtelny sposób wspierania PIS. Gdy myślę o prezesie Kaczyńskim, to nie chodzi chyba o jego wizerunek, bowiem nie jest on z pewnością długonogą modelką, ale o to, co on myśli i zamierza. „Rzeczpospolita” mogła przypomnieć zarówno politykę gospodarczą PIS z lat 2005-2007,  jak również napisać więcej o dzisiejszych planach. Mnie na przykład propozycja tej partii powołania rzecznika praw podatników wydaje się całkiem sensowna. Sprawa podatków pojawiło się zresztą, choć marginesowo, na rzeczonej naradzie. W gruncie więc rzeczy, dziennikarze Rzp, choć propagandziści to jednak propagandziści słabi. Nie powierzył bym im dbania nawet o mój skromny wizerunek.

Organ „GW”, który za obowiązek ma zawsze dokopanie PIS-owi, też nie spisał się najlepiej. Jeśli bowiem było to tylko pustosłowie,  to o czym gadać. I tak część czytelników nie uwierzy, że tylu znanych ekonomistów mówiło same bzdury. Można było chyba napisać, że nawet dla oponentów PIS-u może być pozytywnym faktem, że partia, której zarzuca się  zajmowanie się przede wszystkim tragedią smoleńską (jak czyni to „GW”) zaczyna się zajmować gospodarką. Stosowanie reguły, że na początek trzeba małego komplementu pod adresem antagonisty, a dopiero po tym idą niszczące zarzuty,  szalenie uwiarygodnia te ostatnie. Propagandziście z GW tej zasady (przyznam, że wymaga ona trochę hipokryzji) nie znają. Są prostolinijni i atakują od razu. Gazeta nie pokusiła się, by zanalizować sytuację gospodarczą kraju w taki sposób, by na przykład w formie tabeli pokazać,  jak do tych problemów odnosi się PIS, jak rząd i lewa strona. Mamy na tyle wykształconą publiczność, że może ją zainteresować nawet inteligentnie zrobiona tabela.  Nasi dziennikarze są jednak przekonani, że polski czytelnik i tak jej nie pojmie i woli obrazek na pierwszej stronie.

Ze sprawozdań zarówno Rzp jak i GW dowiedzieć się też można było, że na naradzie zabrakło ekonomistów związanych z rządem, a ci którzy przyszli dzielili się atakujących rząd i takich, którzy go delikatnie bronili. Moje wrażenie, jeśli sprawozdania były rzetelne,  pozostaje takie, że ekonomiści bawili się w polityków i obsadzili siebie nie w tej roli,  jaka jest nim przypisana. Zarówno więc „Rzp” jak i „GW” powinny poważnie zastanowić się nad jakością dyskusji ekonomicznej, bowiem wiele z tego co się w Polsce o gospodarce mówi to istotnie pustosłowie i dbanie o wizerunek, znacznie zaś mniej o rzetelną debatę. Wtedy nie chodziło by tylko o naradę zorganizowaną przez PIS,  ale o coś znacznie więcej. Nasze organa tym „więcej” nie są zainteresowane, bowiem stronę swoich trzeba trzymać. A czytelnicy, jak mój daleki krewny, sami wyciągają wnioski, czyli komentują sprawy po swojemu.

Nie wszyscy ateiści są wielkimi moralistami

 Jak poinformowały media fundacja „Wolność od religii”  zamierza przeprowadzić w kilku miastach Polski akcję, która ma zwrócić uwagę na problem dyskryminacji ateistów. Hasłem kampanii jest „Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę”. Dorota Wójcik, prezes fundacji, tłumaczy, że kampania ma pokazać, że można być dobrym człowiekiem bez Boga.  Czytając główne hasło napawają mnie poważne wątpliwości, czy zostało ono  sformułowane przez  „dobrych ludzi” czy też przez osoby pozbawione kultury, agresywnie nietolerancyjne albo też słabo znające reguły języka. I czy kampania przyczyni się do czegokolwiek dobrego.

Hasło „Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę”  trudno odczytać inaczej niż sugestię „jeśli wierzę, to zabijam i kradnę”. Czytając zresztą stronę internetową fundacji można się dowiedzieć, jakich to źródłem nieszczęść i tragedii są wszelkie religie. Chodzi  więc raczej nie o tolerancję dla „niewierzących” w Boga, lecz raczej o nietolerancję wobec „wierzących”. Nietolerancja pani Doroty Wójcik nie jest jednak dla nikogo specjalnie groźna, więc sprawa wydaje się błaha.

Mimo to nasuwa refleksję o kilku  kwestiach  znacznie poważniejszych.

Pierwsza to pytanie o granice wolności słowa. Stwierdzę od razu, że byłbym zasadniczo przeciwny by akcji takiej zabraniać. W imię wartości tak istotnej jak wolność słowa, można i należy znosić niekiedy nawet grubiaństwo i głupotę. Wolność słowa to sprawa, jak wiadomo, niezwykle delikatna. Zwykle przeciwnicy czy zwolennicy jej ograniczania wskazują na liczne przykłady nadużywania tej wolności. I często są to przykłady drastyczne. Ostatnio sprawa ta była dyskutowana w związku za sprawą blogera obrażającego prezydenta RP. Próba ukarania w takim wypadku budzi więcej oburzenia i protestów niż sam niegodny i głupi przecież czyn.

Sprawa jednak może nastręczać innych jeszcze trudności tym, którzy mają z takimi przypadkami bezpośrednio do czynienia. Jedna z firm zawieszająca billbordy odmówiła wieszania hasła fundacji „Wolność od religii”. Zarzucono jej brak tolerancji. Powodem miał być lęk przed Kościołem. Byłoby to istotnie postępowanie, gdyby jedynym motywem był strach/ I to jest nawet możliwe.  Pragnę jednak zwrócić uwagę, że prawdopodobna jest też inna intepretacja.  Myślę, że szefowie tej firmy wykazali się po prostu dobrym smakiem i szanują na tyle swój zawód,  że za parę groszy nie chcą się kompromitować. I mają do tego takie same prawo, jak fundacja „wolność od religii” do swoich występów. Pytanie dla prawników byłoby –  jestem kazuistą amatorem – w jakich wypadkach podejmując się świadczyć publicznie usługi jestem zmuszony świadczyć je każdemu kto się do mnie zgłosi. Wiemy, że to właśnie pytanie stało się kluczowe w dyskusji o sprzedaży w aptekach środków antykoncepcyjnych. Wydaje mi się jednak, że nie dotyczy firmy zawieszającej bilbordy.

Druga kwestia, jaką nasuwa hasło „Nie kradnę, nie zabijam, nie wierzę”  to szkoda jaką, moim zdaniem, wyrządza się takimi akcjami rozproszonej społeczności osób istotnie pozbawionych wiary w Boga i nie przynależących do żadnej konfesji kościelnej. Nie wiem, w jakim środowisku wychowywali się twórcy  fundacji, skoro twierdzą, że w Polsce uważa się ateistę za złodzieja i mordercę. Było to jakieś wyjątkowe środowisko, bowiem w Polsce nie ma sposobu kontrolowania czyichś przekonań religijnych. W środowisku miejskim pozostaje się pod tym względem anonimowym.  Na wsi obecny być może pewien rodzaj kontroli związanej z tradycją, ale kontrola taka nie jest jeszcze nie tolerancją.

Umiłowanie wolności słowa każe więc znosić cierpliwie działania fundacji. „Wolność od religii” i można tylko napiętnować je, jako zachowanie pozbawione kultury. Właściwie pojętą wolność słowa tylko z trudem udaje się ratować poprzez jakieś zakazy i  organiczenia. Ratuje je jedynie kultura, zdrowy rozsądek i dobry obyczaj. To jeszcze jeden z wielu przykładów, że prawo stanowione nie jest w stanie regulować wszystkich dziedzin życia publicznego. Bez odpowiedniej kultury i właśnie dobrego obyczaju nie sposób dać sobie rady.

Nietolerancję budzić może natomiast chęć obrażania powszechnych przekonań. Kto tak czyni sam ją prowokuje i jest ona do pewnego stopnia uzasadniona. Jeśli ktoś agresywnie wmawia mi, że to w wierzę to idiotyzm i kretynizm, i wykrzykuje to publicznie, i okazuje mi brak szacunku, to dlaczego mam tego w pokorze wysłuchiwać.

Być może założyciele fundacji „Wolność od religii” nie mają nawet tak złych intencji, chciałbym w to wierzyć, obowiązuje w końcu domniemanie niewinności, a ich agresywna postawa związana z dość istotnym błędem myślowym. Nie chodzi o same nieprzemyślane sformułowanie hasła „Nie kradnę, nie zabijam, nie wierzę”. Głoszą „wolność od religii” i „nie wierzą”. Religia to w szerokim sensie to,  co ludzi ma łączyć. Nie ma więc społeczeństw bezreligijnych, choć bywają różne religie. W tym sensie ateizm też jest religią i trzeba dodać, że tam gdzie był religią panującą,  jak w systemie komunistycznym, dokonano w jego imieniu również wielu prześladowań a nawet zbrodni.

Jestem też przekonany, że  deklaracja twórców fundacji „Wolność od religii”  – „nie wierzę” – nie jest przemyślana. Mają przecież z pewnością swoje przekonania etyczne i filozoficzne. To popycha ich nawet, można się domyślać, do walki z tak dominującą w Polsce większością ludzi wierzących.

Oczywiście też, że nie wierząc w Boga można być też człowiekiem dobrym. Bywali i bywają ateiści będącymi wielkimi moralistami. Można się nawet zastanawiać, czy takie wielkie religie jak taoizm czy konfucjanizm nie są bardziej zbliżone do ateizmu niż do jakiejkolwiek wiary w Boga, tak jak rozumie to chrześcijaństwo czy judaizm. Bycie ateistą nie oznacza samego tylko braku wiary w   Boga, lecz rozmaitość takich poglądów na świat, które bez wyobrażenia Boga się obywają.

Nie oznacza to jednak,  by będąc ateistą,  z takimi czy innymi dla tego filozoficznymi uzasadnieniami, obrażać uczucia religijne tych, którzy w Boga wierzą. Twórcy fundacji „Wolność od religii” nie sprawiają więc wrażenia wielkich moralistów.  Ich przekonania, te widoczne w ich działaniach, zdają się  ograniczać do wiary w słuszność samego hasła ateizmu i polegać na tym, by przeczyć i prowokować większość, która ich otacza. W tym wydają  się niestety sekciarzami i jak wszyscy sekciarze uważają się za mądrzejszych od całego niemal świata. To ostatnie jest widoczne na ich facebooku, gdzie jasne jest, że walczą o wolność od  wszystkich  religii świata (z konfucjanizmem i taoizmem włącznie), nie tylko od  prymitywnej w ich oczach religijności  proboszcza w pobliskiej parafii.

Lubelski radny, Sylwester Tułajew, jak również skrzętnie doniosły media, uważa, że cała akcja uderza w katolicyzm w Polsce. Ja wcale tak nie uważam. Katolicyzm jest tak silnie zakorzenionym w Polsce zjawiskiem kulturowym, że trudno sobie wyobrazić by kilka plakatów (na razie fundacja zebrała pieniądze na 17 billbordów) mogła zatrząść polskim katolicyzmem. Niezależnie też od przekonań religijnych zaatakowani budzą więcej sympatii  niż  atakujący, jeśli dokonuje się ataku w sposób prostacki i agresywny. Znam też co najmniej kilku ateuszy i zaprzysięgłych agnostyków, którzy obserwując tak demonstracyjne i agresywne działania wobec religii, chrześcijaństwa czy wierzących w Boga, zdegustowani  mówią „chyba zacznę na znak protestu chodzić do kościoła”.  Nie jestem więc pewien, czy fundacja „Wolność od religii” nie przyczyni się do wzrostu religijności.

O Donaldzie Tusku, blogerach i frustracji na Salonie24

Otwarte blogi, takie jak „salon24” , mające historię zaledwie kilku lat,  to coś zupełnie nowego, w świecie naszej komunikacji społecznej. Powszechne jest narzekanie, że duża ilość wpisów to wyraz wulgarności, braku dobrego wychowania, ignorancji. Mimo to warto dyskutować nawet na blogu, a sprawa warta jest opisu i refleksji. Droga do w pełni otwartego społeczeństwa, umiejącego publicznie debatować nie jest prosta.
Przywołam jeden drobny przykład. Tytuł tekstu brzmiał „Czy Tusk zostanie mężem stanu?” (2015 wejść, 114 komentarzy). Dyskusja trwała dwa dni po czym, jak musiało być, zanikła. Nie czytam podobnych angielskich, niemieckich czy francuskich blogów tego typu (a ciekawe byłoby porównać), ale są
Większości zabierających głos tekst nie podobał się. Oponowali przede wszystkim wyzwiskami najpierw pod adresem Donalda Tuska.
„Tusk mężem stanu ????? Toż zwykły cieć zwany dawniej dozorcą lepiej sprawował swoje funkcje niż ten ryży piłkarzyk w krótkich spodenkach!” (bloger podpisujący się @ram)
„ta kanalia rzeczywiście zostanie ogłoszony mężem stanu przez jemu równych. Za to, że będzie trwać na stołku zamiast siedzieć w pierdlu.”(Anicia)
„Zwykły złodziej i faszystowski aparatczyk zarządza 38-milionami Polaków, a powinien za swoje przestępstwa siedzieć we Wronkach.” (SI ciekawy jest podpis tego blogera „propagator nienawiści”).
Aby dopiec rządowi zdaniem blogerów należy przede wszystkim powiedzieć, że obecny rząd jest taki sam jak rządy za czasów komunistycznych i ulega całkowicie Moskwie. Ale i coś więcej. Bruksela to samo, co Moskwa i rząd ulega nie tylko Moskwie ale i Brukseli. Oto przykłady
„Jedzie jak Bierut i skończy jak Bierut.” (@Arek Rosiak)
„Bierut miał tylko Moskwę, Tusk jeszcze Berlin i Brukselę” (phill)
Taki z niego będzie mąż stanu jak Bierut. Te same metody trzymania się u władzy.
(Arek Rosiak – rzadki przypadek braku anonimowości)
Łączy się to często z nader negatywnym obrazem Polski, niemal pogardą dla własnego kraju.
„Wielotsetne życie w samodzierżawnych caratach, apodyktycznych cesartwach, totalitarnych dyktakturach poczyniło w usłużnych „elitach” intelektualnych straszliwe intelektualne spustoszenia. Mylić prawdziwą demokrację z tym polskim Muppet Show, to jest tego najjaskrawsze świadectwo.” (Bisnetu)
Od ataku na rząd przechodzi się do ataku na piszącego. Ponieważ piszący ośmielił napisać o obecnej władzy , co jest odczytywane jako pozytywne , to  z pewnością ma być   jej  sługusem.
„Mam nadzieję, że nie para się Pan pracą naukową. Ta bowiem wymaga odpowiednich predyspozycji intelektualnych. Pobieżna logiczna analiza treści Pańskiego „wystąpienia” doprowadza do wniosku, że predyspozycji do pracy naukowej, zdaniem moim, Pan zupełnie nie posiada. […] Posiada Pan natomiast talent publicystyczny, którego rodzaj określić można słowem „służalczy” i to służalczy jedynie wobec sprawujących władzę co nie przynosi zaszczytu ani własnej godności, ani też własnemu rozumowi. (Homosovieticus)”
Ową agresywność ułatwia szalenie, że piszący są anonimowi. Ukrywają się za swoimi pseudonimami (nickami), których brzmienie jest niekiedy wiele mówiące (Trammer-blogerska tłuszcza, Close Your Brain, madmaciek, Korsarz). Im wpisy krótsze, tym są też na ogół agresywniejsze. Niekiedy dyskutanci nawzajem się napędzają. Ma się też wrażenie, że dla dużej ilości piszący, blogowanie (choć tematem jest polityka i sprawy publiczne) to rodzaj happeningu, sfera cynicznego żartu, coś czego nie traktuje się poważnie. Mało jest w tym jednak poczucia humoru i żartu. Wydaje się też, że impuls tym głosom daje nie chęć dyskusji, lecz wyładowanie najrozmaitszych frustracji.
Nie należy jednak przesadzać, że skargami na sfrustrowanych blogerów. Pisujący poważne komentarze (a tych nie brak na salonie24) winni też wziąć na siebie pewne zobowiązania. Niestety każdy pisząc, jak widać, narażany jest na nader nie przyjemne docinki. Reakcją może być „banowanie”. Poza wyjątkowymi przypadkami nie jest to moim zdaniem słuszne. Mimo wszystko da się dyskutować.
Po pierwsze lepszy taki odgromnik frustracji niż wiele innych. Po drugie okazywanie frustracji jest pewnym sposobem udziału w życiu publicznym, co znów lepsze niże całkowita bierność. Po trzecie wreszcie dyskutowanie nawet z najbardziej sfrustrowanymi (nazwijmy ich tak umownie) daje często pewne wyniki. Jeśli nie będzie się reagowało na obraźliwe zaczepki, reagując na nie co najwyżej ironicznymi uwagi. Okazuje się, że część „sfrustrowanych” można skłonić do nieco bardzie merytorycznej dyskusji.
„Salon24” słusznie uchodzi z prawicowy, choć nie trafne byłoby uogólnić to na wszystkich piszących na tym portalu. Podany przykład przykładu jest też jednostronny, że pokazuje bowiem blogerów o „prawicowym odchyleniu”. Są też portale gdzie dominuje „odchylenie lewicowe”. Napisanie tam najdrobniejszej pozytywnej uwagi o PIS narazi na autora na ciężkie zarzutu, tak samo jak w moim przykładzie napisanie czegoś dobrego o PO. O „prawicowy odchylenia” podejrzewają swych oponentów o uzależnienia od Moskwy, to „odchyleńcy lewicowy” rzucają również łatwo na swoich przeciwników podejrzenie o faszyzm i nacjonalizm. Ogólnie na prawicy widać więcej frustracji i kompleksów, na lewicy swoistego zarozumialstwa. Dla prawicy Polska jest krajem nieudaczników (dopóki rządzi), dla lewicy ciemnogrodem (dopóki nie pozbędziemy się Kaczyńskiego). Wspólnym mianownikiem dla obu „odchyleń” mogą być ataki na Brukselę, międzynarodowy kapitał itd.
Należy zauważyć jednak, że refleksja nad mizerią blogowania obecna jest też wśród samych blogerów, co napawa optymizmem. Oto dwa głosy z dyskusji „Czy Tusk może zostać mężem stanu” niemal podsumowujące to, co w tym komentarzu sam chciałem powiedzieć.
„No, ale Pan trafił z tematem! Zewsząd słychać poszczekiwanie, dosyć bezsilne zresztą:-) Ale co się dziwić, obraz PANOWANIA Tuska przez 12 lat może wprawić każdego szanującego się Wzmożonego blogera w nerwowy tik […] (Marek.W)
I jeszcze inny głos:
„jak Pan widzi Panie Kazimierzu dyskusja z naszymi dzielnymi pacjentami portalu psychiatryk24.pl dostarcza niemało ubawu. Są tak cudownie zaprogramowani w swoich asocjacjach, że wystarczy jedno nazwisko i już mamy kaskadę nienawistnego słowotoku „Bierut” , „żydokomuna”, POpaprańcy”. Jednak pozwólmy im mówić\pisać, bo dostarczają materiału, który poprawić potrafi humor na cały dzień (one12).
Warto więc dyskutować – powtórzę raz jeszcze – nawet na blogu. I ze wszystkimi. Tylko trzeba mieć cierpliwość.  Warto też zastanawiać się, jak działa to nowe narzędzie opinii publicznej. Inaczej kultura (brak kultury) blogowania nie zmieni się ani o jotę. Droga do w pełni otwartego społeczeństwa, umiejącego ze sobą dyskutować nie jest prosta.

Mowa nienawiści, wykluczenia i absurdu. Odcinek drugi

Mowa nienawiści, wykluczenia i absurdu jes wszechobecna w naszym życiu publicznym. a w szczególności staje się językiem naszej polityki. Zdarza się nią posługiwać najbardziej znanym politykom i publicystom Stefanowi Niesiołowskiemu, Waldemarowi Kuczyńskiemu, Rafałowi Ziemkowiczowi, Adamowi Michnikowi, Jarosławowi Kaczyńskiemu  by wymienić przykładowo osoby ż różnych obozów. Skoro używają go ci najbardziej znani, którzy dla wielu są autorytetem i wzorem, język ten upowszechnia Często uniemożliwia to jakąkolwiek poważniejszą dyskusję o sprawach naszego kraju. Zwalczanie tego nie kulturalnego języka  jest warunkiem poprawy naszej polityki. Trzeba go piętnować, wskazując na najrozmaitsze tego przykłady. Podaję ich poniżej kilka z ostatniej dawki nienawiści i obmowy, kwiatki z naszego życia publicznego.

Kwiatek:Kulturę chrześcijańską należy wyśmiać

 Felieton Romana Pawłowskiego z cyklu Kronika Wypadków Kulturalnych

[…] Przypomnijmy, że po zdelegalizowaniu Krytyki Politycznej jako organizacji terrorystycznej, władze Warszawy anulowały umowę na wynajem kawiarni Nowy Świat i oddały lokal „Frondzie”. Odważna decyzja prezydenta Zbigniewa Ziobry przynosi już pierwsze efekty. Kawiarnia pod nową nazwą Stary Dobry Świat stała się ulubionym miejscem stołecznych chrześcijan. […] lokal jest tłumnie odwiedzany, zwłaszcza w niedziele po sumie. […] Na Polaków odwiedzających kawiarnię czekają nie tylko pyszne kremówki papieskie i wybór herbat ziołowych od benedyktynów, ale także spora dawka chrześcijańskiej kultury. […] A w niedzielę po wieczornej mszy na cotygodniowym „Dansingu z różańcem” zagrają Armia, De Press i Arka Noego, koncert poprowadzi mistrz chrześcijańskiego rocka Tomek Budzyński. […] Cały dochód z baru w tym tygodniu jest przeznaczony na pomoc dla prześladowanych katolików z Unii Europejskiej.

http://wyborcza.pl/1,75968,10677980,Stary_Dobry_Swiat.html#ixzz1euGd10Yl     Dostęp 27.XI.2011

Komentarz: Publicysta GW używa ulubionego chwytu – jesteśmy prześladowani. Środowisko popierane  przez największy w kraju dziennik przedstawiane jest jako prześladowane. Prześladowcami są chrześcijanie, a całakultura chrześcijańska (a nie jej jakieś przejawy) warta jest wyśmiania. Tylko w nie wielkim stopniu agresywność tekstu łagodzi jego żartobliwy charakter

Kwiatek: Durnie wokół Donalda

Wywiad Paweł Piskorski, przewodniczący SD, były sekretarz generalny PO. Tytuł wywiadu: Donald wie, że otaczają go durnie

Pytanie: I on, i Tusk.i Pan to historycy. Znacie mechanizmy dworu, mechanizmy stalinowskich czystek.

Odpowiedz: Archetyp czystek jest zawsze ten sam i on tu oczywiście zadziałał: Zinowiew pomaga jeszcze usunąć Trockiego, by następnie razem z Kamieniewem być następnym w kolejce do usunięcia.

Rzp 19-20 listopad 2011

Komentarz:  Słowo „dureń” jest jednoznacznie obraźliwe. P.Piskorski mógł użyć słów „ignoranci”, „ludzie pozbawieni odpowienich kompetencji” itd. Wybrał słowo najmocniejsze.

Porównanie premiera Tuska do Stalina nie wymaga komentarza. Zadający pytanie dziennikarz p.Mazurek sam sobie wydał świadectwo kultury słowa, jak również p.Piskorski odpowiadając na tak zadane pytanie.

Kwiatek: PIS czyli nasilenie bandyckich wystąpień

Marek Beylin: Czemu pani, taka blada

Marsz niepodległości został więc ufundowany na wielkim oszustwie. Organizatorzy, Ziemkiewicz, Żaryn, ci którzy mu patronowali, oszukali tysiące uczestników pragnących jedynie uczcić rocznicę niepodległości okazać  zwykły patriotyzm. A naprawdę okazali Solidarność z antysemicką i w dużej mierze totalitarną organizacją.

Niebezpieczeństwo widzę w tym, że kibole, ONR czy nieco bardziej umiarkowani wszechpolscy to dziś jedynie środowiska gotowe do rekrutacji przez PIS lub Solidarną Polskę. Inne się nie nadają, więc towarzystwo to będzie pieszczone przez Kaczyńskiego i Ziobrę. Co zapowiada wzmożoną konfrontację ideologiczną i, obawiam się, nasilenie bandyckich wystąpień przeciw mniejszościom.

Marek Beylin, Czemu pani, taka blada. 11 listopada w Warszawie ujrzeliśmy starcie  słabych z oszustami, GW 19-20 listopada 2011.s.23.

Komentarz: Publicysta GW rozumuje następująco działalność PIS prowadzi do „nasilenia bandyskich wystąpień przeciw mniejszościom”. PiS nie ma innej bazy rekrutacyjnej niż bandyckie środowiska młodzieżowe i ów bandytyzm wspierają Ziemkiewicz i Żaryn.

Dalsze przykłady i dyskusja. Namawiam do współpracy i przysyłanie materiałów.

https://kazwoy.wordpress.com/przeciw-mowie-nienawisci/

https://kazwoy.wordpress.com/przeciw-mowie-nienawisci/dokumetacja-przeciw-mowie-nienawisci/

https://kazwoy.wordpress.com/wp-admin/post.php?post=2705&action=edit&message=1