Ekonomia wojny propagandowej

Prorok ponowoczesności Jeremi Rifkin zapowiada koniec kapitalizmu. Powodem ma być  potanienie wszelkiej produkcji. Przy masowej skali jej koszty mają być tak niskie, że jednostkowa cena zbliżać się ma do zera. Tezy Rifkina są dyskusyjne, w jednej jednak dziedzinie przewidywania te spełniają się. Koszty upowszechniania  informacji (jak i dezinformacji) zdają się radykalnie spadać. Widomym przykładem tego są trudności, jakie przeżywa prasa drukowana. Winny wszystkiemu jest internet. Dzięki niemu przesyłanie informacji jest niemal darmowe.

Internet był długo królestwem czarodziei za jakich laicy mieli  informatyków. Jego znaczenie ujawniło się jednak nie tylko na polu technologii ale i przemian społecznych.  Środki komunikacji są bowiem dalece nieobojętne dla porządku politycznego i stosunków władzy. Starczy przypomnieć, że wynalazek rzemieślnika o nazwisku Gutenberg, który tak usprawnił prasę do tłoczenia wina, by  stała się prasą drukarską, podkopał porządek średniowiecznej Europy, zalewając ją „tanią” książką.  Wynalazek radia dawał narzędzia agitacji  Hitlerowi i Stalinowi.

Z Internetem dzieje się podobnie. Media społecznościowe, wbrew intencjom ich twórców, mogą być poważnym zagrożeniem dla demokracji i państwa prawa a także światowego pokoju. Dlaczego?

Wróćmy do ekonomii. W społeczeństwie wielkiego spektaklu, zdominowanym przez telewizję i wielkonakładowe dzienniki, koszty upowszechniania  informacji w stosunku do kosztów ich wytwarzania były dość wysokie. Zakup ton papieru, dystrybucja, drogie telewizyjne studia i redakcje wymagają masy pieniędzy. Internet pozwala robić to  taniej.

U swych początków był obietnicą uniwersalnego forum, dzięki  któremu nieskrępowanie kształtować się będzie  opinia publiczna. Demokratyczne rządy starać się miały jedynie o rozbudowę infrastruktury Internetu, aby umożliwić społeczeństwu jak najszerszy do niego dostęp. Nie powinny się wtrącać w treści przekazu, to bowiem pachnie cenzurą ani nawet podpatrywać. Treści Internetu miały być sprawą obywateli.

Na Kremlu myśli się dokładnie przeciwnie. Inwestuje się w upowszechnianie treści na zamówienie rządu, pracują całe fabryki trolli, wykorzystując infrastrukturę przekazu, na którą łożył kto inny. Paradoksalnie więc dzisiejsza Rosja, mimo  słabnącej gospodarki, może poświęcić relatywnie spore sumy na agresywną propagandę, nazywaną wojną hybrydową. Mimo upadku ideologii komunistycznej Rosja staje się znów groźnym przeciwnikiem Zachodu.   Dąży do podskórnej destabilizacji swych oponentów,  czego dowodzą raporty z Niemiec, Węgier czy Polski.  Internet służy też zorganizowanej przestępczości  i terroryzmowi. Są to zresztą zjawiska pokrewne owej wojnie nowego typu. Internet posiada diaboliczne możliwości i nie wiadomo jak zagnać  cyfrowego dżina z powrotem do butelki.  Klucz do tego problemu leży być może nie w dziedzinie propagandy a w ekonomii nowego środka przekazu, jakim jest Internet.

Agresja w zastępstwie polityki

Wojna hybrydowa prowadzona przez Kreml przeciw Ukrainie, choć analizowana przez wojskowych w kontekście działań militarnych, jest przede wszystkim projektem społecznym. Taka jest zasadnicza teza ukraińskiego badacza z Charkowa Ihora Ruszczenko w jego obszernej i dobrze udokumentowanej pracy. Do działań militarnych dochodzi jednie w ostatniej fazie, poprzedzonej długimi i skomplikowanymi działaniami. Celem wojny hybrydowej nie są też przede wszystkim siły zbrojne wroga, ale społeczeństwo strony przeciwnej. Ostatecznym celem tych działań jest wedle Ruszczenki inscenizacja „quasi rewolucji” związanej z przejęciem rządów.  Kraj oponenta podbija się wtedy niejako od wewnątrz, rękami zorganizowanych grup rebeliantów potajemnie wspomaganych z zewnątrz.

Rec.Ігор Рущенко Російсьско-українска гібридна війна. Погляд соціолога. Харків 2015       [Igor Ruszczenko, Rosyjsko-ukraińska wojna hybrydowa. Spojrzenie socjologa, Charków 2015]

Doprowadzenie do tego nie jest oczywiście sprawą prostą i wymaga systematycznych i długotrwałych działań, do których przede wszystkim należy analiza społeczeństwa oponenta (wroga), która pozwana na zaplanowanie jego fragmentaryzacji i głębokiego paraliżu jego organów władzy. Dodajmy, że w rosyjskiej literaturze poświęconej wojnie informacyjnej (propagandowej czy też psychologicznej) nazywa się to dezintegracją.

Ruszczenko zauważa – a jest to przede wszystkim założenie strategów wojny hybrydowej – że żadne społeczeństwo nie jest jednolite, gdy chodzi o poczucie tożsamości, co przy planowaniu wojny hybrydowej wydaje się sprawą podstawową. Można w nim wyróżnić kilka kręgów, podług kryterium podatności na zewnętrzne wpływy propagandowe. Krąg środkowy, centralny stanowią producenci tożsamości danego społeczeństwa. Drugi krąg to obywatele przekonani o legitymizacji porządku własnego państwa. Trzeci krąg stanowią obojętni (w języku ukraińskim idiomatyczne nazywa się ich „watniki” czyli ludzie w waty). I wreszcie czwarty krąg stanowią osoby i grupy społeczne nie odczuwające lojalności wobec społeczeństwa, w którym żyją.

Ze zrozumiałych względów w pierwszy i drugi krąg społeczeństwa budzi mniejszą uwagę agresora, planujące wojnę hybrydową. Najważniejszych jest krąg czwarty, gdzie szukać i odnajdywać można  środowiska gotowe kwestionować porządek społeczny i mające do tego różnorodne motywacje.  Do tego kręgu  należeć mogą ekstremistyczne ugrupowania polityczne (zarówno skrajnie prawicowe jak i skrajnie prawicowe),  członkowie najrozmaitszych nisz społecznych, środowiska, których punkt oparcia czy odniesienie tożsamości leży poza państwem, ugrupowania przestępcze, skrajnie niezadowoleni itd. Ten stosunkowo szeroki margines społeczny zewnętrzni agresorzy chcą zmobilizować. Nie chodzi jednak tylko o ogólne podburzanie i propagandowy wpływ.  W tych marginesowych środowiskach szuka się też potencjalnych prowodyrów, którymi będzie można kierować i zlecać im konkretne zadania. Potrzebni są oni do inscenizacji zbiorowych zajść mających towarzyszyć quasi-rewolucji. Ich masowość, zauważa Ruszczenko winna być jednak ostatecznie pozorna, bowiem chodzi jedynie  o wycinkowy obrazek, jaki będzie można  upowszechniać w mass-mediach.

Ukraiński socjolog zwraca uwagę, że quasi-rewolucja nie ma być w żadnym wypadku wydarzeniem spontanicznym, bowiem wydarzenia spontaniczne i masowe nie poddają się kontroli. Jej prowodyrzy nie mają być ludowymi przywódcami, ale ludźmi jacy działają na polecenie. Dlatego też owa pozorna rewolucja ma być w zasadzie wydarzeniem jednodniowym (Ruszczenko nazywa to dniem „D”), w którym wszystkie uprzednie potajemne działania mają być skoncentrowane.

Krąg „watników” ma być przygotowany do tego, aby poprzez swoją bierność, mógł stwarzać w momencie trwania quasi rewolucji wrażenie rzekomego społecznego poparcia (skoro nie protestowali to znaczy popierają).

Należy zwrócić uwagę, że ta szczególna wizja społeczeństwa, jaka służyć ma  planowaniu wojny hybrydowej, nie odwołuje się w zasadzie do żadnych tradycyjnych teorii podziałów społecznych związanych ze statusem ekonomicznym, wykształceniem czy wyzwaniem  itd. Wszystko to może być wzięte pod uwagę, ale podstawowym kryterium jest szukanie newralgicznych miejsc porządku społecznego, gdzie możliwe rozpętywanie konfliktów a także poszukiwanie środowisk, gdzie rekrutować można osobami, którymi w łatwy sposób będzie można manipulować. Ruszczenko podkreśla przy tym wielokrotnie jak dalece wojna hybrydowa prowadzona przez Putina  ma pod wieloma względami charakter kryminalny i jak działania polityczne krzyżują się i splatają z działalnością przestępczą. W wielu punktach metody wojny hybrydowej przypominają też działania ugrupowań terrorystycznych, szczególnie tam, gdzie używa się prowokacji.

Za wstępną fazę wojny hybrydowej uważa Ruszczenko właśnie dokonanie odpowiedniej analizy społeczeństwa i życia politycznego kraju-oponenta. Istotne jest przy tym ustalenie wszelkich  newralgicznych punktów życia politycznego, konfliktów które można zaognić i możliwości jego fragmentacji. Dopiero z takim planem przejść można do działania.

Druga faza działań wojny hybrydalnej prowadzić ma do pobudzania  chaosu i przynajmniej częściowego paraliżu organów władzy oraz poczucia zagrożenia i strachu wśród pierwszego i drugiego kręgu społeczeństwa.

Quasi-rewolucja to starannie przygotowany przewrót, jaki nastąpić ma w określonym dniu, dokonany przez przygotowanych do tego prowodyrów. W dniu tym nastąpić ma zajęcie budynków administracji publicznej przy zainscenizowanym poparciu ludności (bierności watników i zastraszeniu reszty społeczeństwa). W ten sposób  ma być zainstalowana nowa władza.

Początków wojny hybrydowej Rosji z Ukrainą należy dopatrywać się, zdaniem ukraińskiego badacza już w czasach bezpośrednio   po rozpadzie Związku Sowieckiego, gdy  znacząca cześć elit rosyjskich nie uznała, tego co się stało. U początków wojny hybrydalnej jest swoisty rosyjski rewizjonizm. Konkretne przygotowania rozpoczyna jednak dopiero Putin po roku 2000. Tym samym autor przeczy hipotezie, że agresywna polityka Putina rodzi się w późniejszym okresie i jest wynikiem zapowiadających się trudności gospodarczych. Jest ona wynikiem długiego planowania i od samego początku ma ona właśnie charakter hybrydowy.

Ruszczenko swoje analizy  bogato ilustruje konkretnymi przykładami rosyjskich działań na terenie Ukrainy, przede wszystkim na Krymie a następnie w Donbasie, a także działaniami, które miały doprowadzić do stworzenia Noworosji (działania m.in. w Charkowie, Mikołajowie, Odessie itd.).

W szczególności ciekawa jest interpretacja Ruszczenki dramatycznego finału Euromajdanu. Ukraiński socjolog twierdzi, że po tragicznych wydarzeniach w Kijowie 20 lutego, gdy Janukowycz udał się do Charkowa, miała się tam zebrać większość Rady Najwyższej, że Kijów został opanowany przez terrorystów. Miano też brać pod uwagę wezwanie rosyjskiej pomocy. Działania Rady Najwyższej wraz prezydentem miałyby wszelkie pozory legalności i paraliżowałyby możliwości protestów z Zachodu. Dlaczego plan ten nie powiódł się? Zadecydowała o tym nie tyle kunktatorska co strachliwa postawa Juszczenki. Chcąc się zabezpieczyć na wszystkie strony został on o dzień dłużej w Kijowie i zawarł rodzaj ugody z przedstawicielami majdanu. Tym samym zdezorientował wielu własnych zwolenników, którzy wyczekując nie zjawili się w Charkowie (skąd nie było tam większości Rady Najwyższej). Ugoda Juszczenko-Euromajdana obdarzyła też legalizmem wydarzenia w Kijowie. Gdy Janukowicz opuścił stolicę można było ogłosić jego impeachment a przewodniczący Rady Najwyższej Turczynow mógł objąć obowiązki głowy państwa. Starannie przygotowana intryga spaliła na panewce.

Interpretacja Ruszczenki zdaje się tłumaczyć przynajmniej w części ostatnią fazę ówczesnych wydarzeń. Po pierwsze w nowym świetle dostrzec można działania snajperów na majdanie, co doprowadziło do niemal stu ofiar śmiertelnych. Jest coraz więcej przesłanek, że tego zbrodniczego czynu dopuścili się  członkowie rosyjskich jednostek specjalnych. Ta bezsensowna zbrodnia może się wydać celowa, tylko jeśli założy się, że miała spowodować wrażenie totalnego chaosu. Interpretacja Ruszczenki tłumaczyć też może inne wydarzenie o znaczeniu raczej epizodycznym ale jednak wielce charakterystyczne. Chodzi o pogardliwą wobec Janukowycza wypowiedz Putina w jego wystąpieniu następującym zaraz po ucieczce Janukowicza do Rosji. Ukraiński były prezydent wydaje się być w oczach Putina agentem, który nie umiał wypełnić powierzonego mu zadania.

Wedle interpretacji Ruszczenki dalsze wydarzenia, jakim jest zajęcie Krymu a następnie zainicjowanie terrorystycznych działań w Donbasie, nie są odpowiedzią Putina na zwycięstwo Euromajdanu, ale upartym kontynuowaniem planu Noworosji,  jaki już wcześniej i od dłuższego czasu był przygotowywany. Istotnie z perspektywy czasu trudno sobie wyobrazić, że projekt Noworosji pojawił się ad hoc w kwietniu/maju 2014 roku.  Warto w tym kontekście przypomnieć też rzuconą w rozmowie z min. Sikorski uwagę Putina czy Polska nie chciała by powrócić do Lwowa, co miało miejsce w roku 2008.[1]

Putin zdaje się realizować z uporem z góry ułożony plan, mimo że zmieniającej się sytuacji i mimo pojawiających się nowych okoliczności. Dlatego też, gdy pojawiają się trudności, posuwa się do przemocy, choć jej użycie będzie prowadziło skutków odmiennych od zamierzonych.

Ruszczenko  jest zdania, że u początków planowania wojny hybrydalnej jest tworzenie obrazu atakowanego społeczeństwa a do planowania  wojny hybrydowej najmuje się socjologów, psychologów społecznych i historyków w nie mniejszej mierze niż wojskowych.  W przypadku agresji na Ukrainę istotną rolę odgrywało w Rosji przekonanie, że rosyjskojęzyczni Ukraińcy skłonni są poprzeć właśnie Rosję. Mogło im się wydawać, że mając ogromne wpływy w armii ukraińskiej i tajnych służbach, które od niedawno zyskały odrębność od moskiewskiej centrali, zainicjowanie quasi-rewolucji będzie czymś stosunkowo łatwym. Ukraina i ukraińskie społeczeństwo zdawało się być niemal idealną ofiarą planowanej metodami wojny hybrydalnej agresji.

Ukraiński socjolog zadaje też pytanie, dlaczego Kreml nie odniósł w niej sukcesu. Jego zdaniem zdecydowały o tym dwa czynniki.

Przede wszystkim narodowe przebudzenie na Ukrainie, które dawało  masowe poparcie demokratycznym przemianom. Działania Kremla okazywały się kontra produktywne bowiem pobudzały ten ruch, a prawdziwie masowy charakter ukraińskiego ruchu uniemożliwiał manipulację. Majdanowi usiłowano z inspiracji Kremla przeciwstawić „antymajdan” czy też lokalne „antymajdany”, które jednak zmuszone w niemal śmieszny sposób naśladować symbolikę majdanu nawet tam gdzie nie posiadała ona dla nich żadnego znaczenia (np. palanie opon w miejscach gdzie nie dochodziło do żadnych walk). Wiara Kremla we wszechmoc propagandy i manipulacji zderzyła z prawdziwie obywatelskim ruchem.

Ukraiński socjolog nie odwołuje się w swoich analizach do rozważań nad użyciem Internetu, który uważany jest przez wielu badaczy za istotne narzędzie wojny hybrydowej. Być może niezwykła dynamika wydarzeń w konflikcie rosyjsko-ukraińskim skłania go do takiego podejścia.  Zarazem jednak, metody wojny hybrydowej, które opisuje,  wydają się być bardzo podobne do działań w Internecie. Wskazują na to analizy dotyczące takich rosyjskich działań na obrębie sieci społecznościowych takich krajów takich Polska, Węgry czy ostatnio Niemcy. Pozwala to zadać pytanie, w jakim stopniu analiza wojny hybrydowej, jakiej dokonuje Ruszczenko,   odnosi się do szerszego zjawiska jakim jest wojna propagandowa prowadzona przez Krem przeciw wielu krajów Zachodu i Zachodowi w ogólności. Manipulowana inscenizacja przegrywała z autentystycznym ruchem społecznym.

Oczywiście Ukraina stanowi przypadek szczególny, ponieważ składnikiem toczonej tam wojny hybrydowej jest bezpośrednie użycie  przemocy  i na koniec  jak najbardziej tradycyjne działania wojenne, mimo że jest to wojna niewypowiedziana. Niekonwencjonalna wojny prowadzona przez Kreml przeciw Ukrainie ma ostatecznie bardzo tradycyjny cel – zdobycz terytorialną.

Zdobycie politycznego wpływu i przewagi poprzez dezintegrację opinii publicznej oponentów może być jednak celem samym w sobie w polityce międzynarodowej.  Pobudzenie konfliktów i niepokojów społecznych, mobilizacja i wspieranie środowisk ekstremistycznych, zwracanie się do niezadowolonych i budowanie „antysystemowych” nastrojów są metodami, jakie Kreml w oczywisty sposób stosuje.  Internet pozwala zarówno na masowe oddziaływanie jak i docieranie do konkretnych osób szczególnie podatnych na taki typ propagandy. Nie oznacza to, że działania takie ograniczają się tylko do Internetu. Prowokacje takie jak rzekome porwanie rosyjskiego dziecka w Berlinie łączą się ze zmasowanym „obróbką” w Internecie, upowszechnianiem kłamstwa, którego nie sposób we wszystkich miejscach sprostować, następnie demonstracją „rosyjskiej mniejszości” przed Bundestagiem. [2]

Metody wojny hybrydowej opisywane przez Ruszczenkę mogą też być przeniesione do polityki międzynarodowej w stosunkach wielostronnych.  Celem bowiem  może być  nie tylko dezintegracja czy fragmentyzacja danego społeczeństwa ale także o wywołanie napięć i konfliktów między społeczeństwami i w konsekwencji państwami poprzez masowe przywoływanie  negatywnych stereotypów, napięć z przeszłości czy zwyczajnie kłamstwa. Przykładem tego może być działania skierowane przeciw Ukrainie w polskim Internecie przywołujący w agresywny sposób  tragiczne wydarzenia na Wołyniu z 1943 roku (tzw „rzeź wołyńska”), mające wywoływać napięcia w  stosunkach polsko-ukraińskich.

Analiza rosyjsko-ukraińskiej wojny hybrydowej”, jaką przeprowadza ukraiński badacz, może  więc mieć, jak się wydaje, znacznie szersze zastosowanie i ułatwiać lepsze zrozumienie wrogich działań Kremla wobec wielu krajów Zachodu. W tym kontekście warto byłoby  bliżej przyjrzeć się, na co nie ma w tu miejsca, rosyjskiemu obrazowi Zachodu i zachodniej demokracji. Niestanne napięcia i ujawniające się konflikty społeczne, co tak charakterystyczne jest dla otwartych społeczeństw, interpretowane są jako narastający chaos, upadek i dekadencja. Dla planistów z Kremla taka interpretacja, tego co dzieje się na Zachodzie, czyni go idealnym obiektem wojny hybrydowej. Wszystkie te napięcia i konflikty należy jedynie umiejętnie wzmocnić aby Zachód istotnie upadł.

Prowadzi ona też do dalszego pytania, dotyczącego zachowań Kremla. Wedle znanej formuły Clausewitza wojna jest przedłużeniem działań politycznych. W świetle jednak wydarzeń na Ukrainie i obecnego konfliktu z Zachodem, to co czyni Kreml wydaje się zastąpieniem wszelkiej tradycyjnej polityki wojną hybrydową. Chodzi więc nie tylko o nowy sposób prowadzenia wojny, ale nowy sposób prowadzenia polityki, który opiera się na przekonaniu, że manipulacja i agresywna propaganda są zasadniczymi sposobami osiągania własnych celów. Wojna nie jest już przedłużeniem polityki, a polityka jest jedynie maskowaniem prowadzonej wojny.

 

[1] http://natemat.pl/121105,putin-osobiscie-zaproponowal-tuskowi-rozbior-ukrainy-lwow-jest-polski-zalatwmy-to-razem

[2] http://www.spiegel.de/politik/deutschland/berlin-angeblich-vergewaltigte-13-jaehrige-war-bei-bekanntem-a-1074642.html patrz także: http://www.rbb-online.de/panorama/beitrag/2016/01/13-jaehriges-maedchen-vorwurf-entfuehrung-vergewaltigung-berlin-marzahn.html

Internet i „wojna informacyjna” prezydenta Putina

Wojna, jaką toczy dziś Moskwą z Ukrainą, związana jest nie tylko z łamaniem zasadniczych zasad powojennego ładu międzynarodowego, ale także prowadzona jest w nowy, do pewnego stopnia nieznany dotąd sposób. Działaniom militarnym wojny hybrydalnej towarzyszą intensywne działania o wcale nie mniejszym znaczeniu o charakterze propagandowym, których głównym narzędziem jest Internet. Są to zabiegi planowane i mające w Rosji szerokie zaplecze w tamtejszej literaturze poświęconej tzw. „wojnie informacyjnej”.

  1. Kreml rozbudował „teorię wojny informacyjnej” czyniąc z niej istotną część „wojny hybrydalnej”.
  2. Kreml zaskoczył Zachód swoją aktywnością propagandową, w umiejętny i zawansowany sposób wykorzystując w swych działaniach Internet.
  3. W Rosji inwestuje się ogromne środki w działania propagandy. Obszarem oddziaływania jest sama Rosja, Ukraina i prawie wszystkie kraje Zachodu.
  4. Zasadniczym przesłaniem kremlowskiej propagandy jest nie tylko konieczność odbudowy imperium rosyjskiego ale także ukazanie dekadencji demokratycznych społeczeństw Zachodu. Przeslanie to ma uzasadnić konieczność zmiany cywilizacyjnej na całym kontynencie, jakiej przewodzić ma Rosja.
  5. Propaganda Kremla służy zarówno kłamstwu w przekazie bieżących wydarzeń, jak i dezintegracji społeczeństw Zachodu oraz długofalowemu kształtowaniu postaw rekrutowanych elitarnych zwolenników.
  6. Propaganda Kremla zaadresowana jest w dużej mierze do środowisk marginesowych, zarówno skrajnie prawicowej jak i skrajnie lewicowej (lub postkomunistycznej) orientacji, a także amorficznych środowisk „oburzonych” i gotowych kwestionować „system” na Zachodzie.
  7. „Wojna informacyjna” prowadzona z pomocą Internetu skorelowana jest silnie z tradycyjną działalnością agenturalną.
  8. Oddziaływanie kremlowskiej propagandy jest szczególnie niebezpieczne w sieciach społecznościowych, gdzie ma trafiać przede wszystkim do młodszych odbiorców o nieukształtowanych jeszcze poglądach i osobowości.
  9. Działania w Internecie – świecie wirtualnym – mają prowadzić do działań w świecie jak najbardziej rzeczywistym. Ostatecznym celem wojny informacyjnej nie jest tylko sukces propagandowy, lecz wygranie wojny, zdobycz terytorialna, wpływ i władza. Działania militarne Kremla są ściśle skorelowane z działaniami propagandowymi. Sukces w wojnie propagandowej wyprzedza decyzje o działaniach militarnych.
  10. Jednym z metod polityki powstrzymania Kremla powinna być adekwatna odpowiedz na jego działania propagandowe. Wymaga to zarówno odpowiedniej refleksji teoretycznej dotyczącej Internetu, jak i reakcji władz poszczególnych państw wspierających społeczną aktywność w Internecie.

 

 Wojna psychologiczna i dezintegracja społeczeństwa

Wojna, jaką toczy dziś Moskwą z Ukrainą, związana jest nie tylko z łamaniem zasadniczych zasad powojennego ładu międzynarodowego, ale także prowadzona jest w nowy, do pewnego stopnia nieznany dotąd sposób. Nazwano to zjawisko wojną hybrydalną, zwracając przy tym początkowo uwagę na militarną stronę zagadnienia, którą symbolizują przysłowiowe już „zielone ludziki”.

Działaniom militarnym wojny hybrydalnej towarzyszą także, co zaczęto coraz silniej zauważać, intensywne działania o nie mniejszym znaczeniu o charakterze propagandowym, których głównym narzędziem jest Internet. Są to zabiegi planowane i mające w Rosji szerokie zaplecze w literaturze poświęconej tzw. „wojnie informacyjnej”. Główni teoretycy tej wojny to ideolog wielkorosyjskiego nacjonalizmu Aleksander Dugin, oraz były wysoki oficer z „frontu informacyjnego” Igor Panarin. „Rosyjscy autorzy pod pojęciem „wojna informacyjna” – pisze analityk OSW Joanna Darczewska – rozumieją oddziaływanie na masową świadomość w międzypaństwowej rywalizacji systemów cywilizacyjnych w przestrzeni informacyjnej (…) Niejako z definicji mieszają w ten sposób porządek militarny z pozamilitarnym, a technologiczny (cyberprzestrzeń) ze społecznym (przestrzeń informacyjna) bezpośrednio nawiązując przy tym do zimnej wojny i wojen psychologicznych między Wschodem a Zachodem” [i] Wg Parina wojna informacyjna prowadzona jest na wzór operacji wojskowych i jest planowaną manipulacją.

——————————————————————

Spis treści

Od propagandowej treści do „zainfekowanego odbiorcy”. 4

Rosyjski trolling w polskiej sieci 8

Asocjacja: „Radykalna krytyka Zachodu”. 8

Asocjacja: „Naród, Narodowcy”. 9

Asocjacja: „Wołyń, banderowcy”. 11

Asocjacja: „Bądź patriotą – pilnuj swego nosa”. 12

Asocjacja:„pogarda dla państwa i kwestionowanie >systemu<”. 12

Asocjacja „nie bądź rusofobem”. 13

Putinowska polityka wpływu w Polsce. 13

Kultura polityczna a wojna informacyjna. 14

Społeczne reakcje na trolling i proputinowską propagandę. 17

Rekomendacje. 17

————————————————————————

 

Ową wojenną machiną propagandową mają rządzić następujące zasady: masowego i długotrwałego działania, zasada informacji pożądanej (niezależnie od stanu faktycznego powtarza się określoną, przydatną dla obrazu propagandowego informację), zasada emocjonalnego pobudzenia (doprowadzenie do takiego stanu, by działali bez większego namysłu – wręcz irracjonalnie), zasada zrozumiałości (przekaz jest uproszczony, w czarno-białych barwach), zasada rzekomej oczywistości (zawiera asocjacje z powszechnie znanymi stereotypami i mitami). Inaczej mówiąc chodzi o

fabrykowania informacji, fragmentyzację opinii publicznej, zastraszanie i stwarzanie wrażenia, że niewielka mniejszość jest większością, wprowadzanie chaosu w kanały komunikacji pluralistycznego, z natury otwartego społeczeństwa, która dla putinowskiej Rosji traktowane jest jako główne zagrożenie. [ii]

W dużym stopniu we współczesnej rosyjskiej wojnie informacyjnej zastosowanie mają dobrze znane praktyki propagandowe totalitarnego państwa. Porównanie więc propagandzistów Putina z Goebelsem nie jest więc jedynie retoryczną przesadą, choć wcześniejsze wzorce propagandy bolszewickiej i stalinowskiej są tu chyba istotniejsze. Całkowicie nowym czynnikiem jest jednak użycie w „wojnie informacyjnej” internetu. Bynajmniej nie chodzi o samą techniczną zdolność powielania informacji (czy raczej dezinformacji), jaką daje internet. Internet (web/sieć) stwarza zupełnie nowe struktury komunikacji społecznej, zmienia głęboko i we wciąż niezbadany sposób strukturę społeczeństwa, stwarza nowe mechanizmy psychospołeczne. „Wojna informacyjna” jest projektem propagandy odwołującym się do znacznie głębszych mechanizmów.

Wbrew tym teoretykom internetu, którzy są idealistycznymi wyznawcami cyberutopizmu[iii] – wyobrażeniu sieci jako gigantycznego wielkiego forum, gdzie wypowiadać się może swobodnie opinia publiczna – ma on być wykorzystany do agresji, wzmagając tendencje dezintegracyjne i stając się narzędziem kwestionowania ładu demokratycznego otwartych społeczeństw. Osiągnięcia dotychczasowych teoretyków Internetu są przekuwane na narzędzia masowej dezinformacji jak np. zasada „roju/ula” (ang. Hive). Internet traktowany jest jako narzędzie, dzięki któremu zasadnicze treści mają być dyktowane przez „liderów opinii’ poprzez odpowiednio skonstruowane „węzły sieci”. Można powiedzieć, że rosyjscy propagandyści tworzą nową alternatywną koncepcję wykorzystania Internetu jako narzędzia agresji, całkowicie przeciwną do wyobrażeń cyberutopizmu[iv].

Przykładem takiej sieci i systemu węzłów jest środowisko internetowe Aleksandra Dugina, składające się z kilkudziesięciu wzajemnie powiązanych portali,. Stanowi to bardzo silne narzędzie oddziaływania w rosyjskiej sieci, a w konsekwencji w rosyjskim społeczeństwie. Jego psychologiczna intoksykacja nacjonalizmem i postsowieckim rewizjonizmem (chęcią odzyskania imperium i sfery wpływów i dominacji) jest w dużym stopniu sukcesem „wojny informacyjnej”, jaką prowadzi Kreml przeciw własnemu społeczeństwu.[v] Podobne narzędzia „wojny informacyjnej” wprowadzane są w wielu krajach Unii Europejskiej, w tym również z duża intensywnością w Polsce.

Ten szczególny sposób uprawiania propagandy otrzymał już swoją nazwę trollingu [vi]. Zasady funkcjonowania trollingu nie stały się jednak dotychczas przedmiotem pilniejszej uwagi i studiów [vii], choć zjawisko zostało już szeroko zauważone.

Najbardziej powierzchowna i potoczna obserwacja widzi w trollingu kłamstwo, jakie dzięki Internetowi, może być masowo upowszechnianie. W istocie jednak trolling jest bez porównania bardziej złożonym zjawiskiem i nie sposób zrozumieć go bez szerszego kontekstu społecznego oraz bez właściwego zrozumienia jego psychospołecznych mechanizmów.

Na najbardziej elementarnym poziomie trolling jest rozsyłaniem w Internecie memów [viii] – jak w socjologii Internetu nazywa się jednostkę treści (może być to jedno zdanie, obraz, symbol, niekiedy też nieco większa objętość treściowa). Trolling wydaje się być zabiegiem przede wszystkim technicznym wykorzystującym Internet, aby w prosty i szybki sposób dotrzeć do dużej ilości odbiorców z propagandową, a więc kłamliwą informacją. Nie to jednak stanowi dostateczną i trafną charakterystykę toksycznych memów.

Dla przykładu do zwolenników francuskiej prawicy rozsyłane są memy z treściami mówiącymi o obronie chrześcijaństwa, do postkomunistycznej lewicy w Niemczech memy odwołujące się do pacyfizmu mówiącymi o obronie pokoju zagrożonego amerykańskim militaryzmem, na Słowację z treściami mówiącymi o niemieckiej dominacji UE itd). Celem nie jest tutaj przekonanie wszystkich odbiorców do jednego, spójnego zespołu treści. Dlatego treścią trollingu nie jest żadna ideologia dawnego typu, taka, jaką był komunizm. Pierwszorzędnym celem trollingu jest zdezorganizowanie i zmanipulowanie opinii publicznej wroga i dezorganizacja społeczeństwa, nie zaś agitacja na rzecz jakiej konkretnej idei. [ix] O ile tradycyjne działania propagandowe odwołujące się do zwartej i w miarę jednolitej ideologii mają przekonywać i dążyć do tego, aby dana społeczność skupiła się wokół jakiejś idei, to zadaniem trollingu jest przede wszystkim dezintegracja społeczna. Treści propagandowe kierowane do różnych środowisk i różnych często przeciwstawnych treściach mają dzielić, prowokować konflikty, wywoływać spory (np.: mem „rzeź wołyńska” ma wzmacniać antagonizm polsko-ukraiński i stwarzać wrażenie, że władze lekceważą pamięć o ofiarach).

Toksyczne memy mają więc znacznie bardziej skomplikowane zadanie od zwykłego kłamstwa. Rozsyłane są w bardzo różne miejsca i mają trafić do różnych środowisk często o absolutnie sprzecznych poglądach. Toksyczne memy są więc szalenie zróżnicowane, mają spełniać bardzo różne zadania, poszczególne ich odmiany przeznaczone są do różnych odbiorców.

Należy przy tym zauważyć, że trolling w zasadzie nie tworzy nowych treści, lecz jedynie wzmacnia już istniejące, dokonując istotnego wyakcentowania jednych treści kosztem innych.

Dezintegracja opinii publicznej ma wywołać poczucie niepewności i braku zaufania. Głos ma zabrać anonimowy, sfrustrowany i osamotniony osobnik, współtworzący łatwy do manipulowania motłoch („mob” – kategoria motłochu jest centralnym pojęciem teorii totalitaryzmu u Hannach Arendt). Głównym celem jest rozbicie struktury dyskursu demokratycznego i otwartego społeczeństwa. [x]

W tle tak prowadzonej „wojny informacyjnej”, choć nie ma zwartej ideologii dawnego typu, jest jednak określona wizja świata. Demokracja i Zachód widziane są jako formacje dekadenckie i schyłkowe, które w nieuchronny sposób muszą być zastąpione nowym porządkiem cywilizacyjnym. Wzmocnienie wszelkich napięć i konfliktów (np. tradycjonalizm- modernizm, scentralizowane państwo – regionalizmy, zbiorowa tożsamość – indywidualizm itd.) ma prowadzić do dezintegracji i rozpadu. Ma być to świat pełen niepewności, któremu przeciwstawione jest upór i siła „rosyjskiego projektu”. Dopiero w tym kontekście widać istotną rolę demonstracyjnego kłamstwa, jakim posługują się Putin, Ławrow i inni przedstawiciele Kremla. Zadaniem tego kłamstwa nie jest przekonywanie, lecz budzenie strachu i niepokoju. Kłamstwo jest demonstracją siły i zdecydowania, pokazując tym, którzy są niepewni i przestraszeni nieuchronność tego, co ma nadejść (wydaje się, że podobnie oddziaływać ma demonstracyjny terroryzm ISIS).

W tym najbardziej ogólnym oddziaływaniu wojna informacyjna prowadzona z pomocą Internetu jest istotną, a może nawet najistotniejszą częścią wojny hybrydalnej. Militarna siła jest częścią propagandy strachu i może być ona pełniej użyta, gdy „zdobędzie się przewagę w wojnie informacyjnej prowokując niepewność, podziały i defetyzm.

Od propagandowej treści do „zainfekowanego odbiorcy”

Działalność propagandowa Kremla jest widoczna przede wszystkim poprzez aktywności anonimowych komentatorów na wszelkiego typu portalach i tak zwanych blogowiskach. Na portalach takich jak onet.pl wszelkim publikacjom poświęconym Ukrainie towarzyszyły natychmiast anonimowe wpisy o agresywnie antyukraińskiej treści, a wszelkie krytyczne publikacje dotyczące Rosji spotykały się z „oburzeniem”. Podobnie działo się na największym polskim forum blogów Salon24.pl.

Znaczna ilość takich komentarzy tworzona jest zorganizowane grupy komentatorów, z pomocą fałszywych profili internetowych i fałszywych profili w sieciach społecznościowych (tzw. fejków). Jeden pracujący na rzecz aparatu propagandy internauta jest w stanie utworzyć nawet kilkaset fałszywych profili, a wspomagany przez odpowiednie programy komputerowe jest zdolny masowo rozsyłać swoje wpisy. Takie zorganizowane grupy trolli działają z terenu samej Rosji, gdzie łatwo zorganizować tego rodzaju działalność. Trudniej jednak o to na terenie Polski czy innych krajów, że Moskwa nie ma swobody działania.

Innym narzędziem jest tworzenie licznych stron internetowych o treściach jednoznacznie propagandowych często dla pozornie istniejących lub fikcyjnych organizacji,. Mają one odniesienia do stron rosyjskich i są wzajemne powiązane, co nie może dziwić z uwagi na udział w działaniach tych portali często tej samej już stosunkowo nielicznej grupy osób. Trudno jest przecież na terenie Polski zwerbować liczniejszą grupę internautów-prorosyjskich propagandzistów. Ta skromna liczebność maskowana jest pozorem rozmaitości poglądów od narodowych, konserwatywnych, fundamentalistycznie religijnych, aż po nawet antykomunistyczne. Strony te zdobywają one dość szybko znaczącą ilość „polubień” (lajków), co może dezorientować nieuprzedzonych odbiorców. Owe polubienia są jednak wynikiem wykupywania „promocji”, co umożliwia np. serwis FB.

Nawet dość powierzchowna obserwacja wskazuje, że strony internetowe i portale związane w jakiś stopniu z putinowską polityką wpływu zorganizowane są podług struktury, jaką można nazwać „rojem”. Bardzo to przypomina to, co dzieje w rosyjskim Internecie, gdzie widoczny jest „rój” Dugina.

Pierwszą grupę portali należy nazwać peryferyjnymi. Ich propagandowe treści są rozwodnione i najczęściej pomieszane z informacjami, które nie kojarzą się nawet z Rosją, Putinem i jego polityką, ale posiadają linki do portali o większym natężeniu treści propagandowej.

Drugą grupę stanowią portale o silnym stężeniu treści propagandowej. Nazwać je można maskami. Wreszcie są portale, gdzie pożądane treści są produkowane. W istocie są już portalami bliskimi portalom rosyjskim, a ich materiały często są tłumaczone lub transponowane na język polski poprzez portale służące jako maski-przykrywki treści propagandowych.

Decydująca jest duża ilość portali, czasem o podobnych nazwach, czasem o tematyce odległej od treści propagandowych ale połączonych (zlinkowanych) z portalami istotnymi dla propagandy. Szukając więc w Internecie np. hasła ‘żołnierze wyklęci”, które przede wszystkim kojarzone być powinno z antykomunizmem, jest bardzo prawdopodobne, że dotrze się drogą dwóch-trzech kliknięć do treści putinowskiej propagandy (np. poprzez stronę Falangi, gdzie problematyka Żołnierzy Wyklętych jest silnie obecna).

Nie należy jednak wyciągać wniosku, że ów polski proputinowski rój zaprojektowany został z Moskwy. Nic bardziej mylnego. Wykorzystano raczej wiedzę o polskim środowisku, niektóre właściwości Internetu i posłużono się niewielką inspiracją. Niektóre środowiska bezwiednie poddały się tej inspiracji, a na koniec duża liczba internautów bezwiednie powielać zaczęła toksyczne memy.

Z czasem jednak mem pozyskany z portalu o silnym natężeniu treści propagandowej przechodzi do portali i indywidualnych odbiorców Internetu.

Takie działanie wymaga dobrego rozpoznania socjologii i mentalności społeczności, do której ma być adresowany, symbolicznego zaplecza, a także pilnej obserwacji jego polityki wewnętrznej (np. Waszyngton oskarżył Moskwę o podsycanie w sieci zajść związanych z zastrzeleniem przez białego policjanta czarnego nastolatka, Moskwa intensywnie wspierała też w sieci secesję Szkocji). Trolling jako działanie wykracza więc dalece poza samo zjawisko upowszechniania takich czy innych memów. W istocie Internet jest tu drugorzędnym, technicznym narzędziem i , choć właściwości tego narzędzia są dobrze wykorzystane. Pierwotnym narzędziem trollingu jest wiedza o drugim społeczeństwie, jego kulturze, problemach i schorzeniach czy też kompleksach, które mogą być wykorzystane. [xi]

Pierwszym krokiem w upowszechnianiu toksycznego mema. nie jest jego masowa edycja, lecz właściwe jego zaadresowanie – ma on trafić do właściwego adresata. To on będzie go dalej powielał i upowszechniał. Stanie się on często nieświadomym „siewcą memów” (sieć daje każdemu możliwość ograniczonego upowszechniania każdej treści, przede wszystkim przez sieci społecznościowe). Gdy producent „memów” przystąpi do działania, nawet w wąskim stosunkowo kręgu odbiorców, dalej zadziałać powinien efekt kuli śnieżnej. Większa lub mniejsza populacja zacznie z przekonania, dla żartu, z bezrefleksyjnego zaciekawienia czy nawet przekory [xii] ów mem powielać w sieci.

Należy jednak zwrócić uwagę, że toksyczny mem, choć ma stać się masowym produktem, to jednak owo upowszechnienie dotyczy przede wszystkim określonych środowisk, na które planuje się oddziaływać (np mem związany z „rzezią wołyńską” ma trafić w pierwszym rzędzie do środowisk kresowych). Rozpoznanie więc jakie treści i do jakich środowisk należy adresować, kto jest potencjalnym siewcą memów, stanowi istotną część działań, jakim jest trolling.

Internet stwarza szczególnie szerokie możliwości oddziaływania na ludzi młodych i niedojrzałych. Głośno jest w mediach o nastolatkach z Europy, które skutecznie agitowane są do tego, aby wyjeżdżać na Bliski Wschód i wychodzić za mąż za islamskich terrorystów państwa ISIS. Zjawisko to nie powinno wydawać się nam tak całkiem egzotyczne. Sieci społecznościowe stwarzają wielkie możliwości niewidocznej z zewnątrz agitacji i manipulowania nieuksztaltowanymi osobowościami.[xiii] Właściwe pytanie o psychologię oddziaływania „toksycznego mema” dotyczy nie jego producentów i głównych „siewców” lecz odbiorców, stających się na koniec ofiarami manipulacji. Bierny „siewca toksycznych memów” może być osobą bezpośrednio pozyskaną (choć może nie być do końca świadomy, kto go pozyskuje), ale może powielać treści jakie do niego dochodzą, nie będąc świadomy roli jaką pełni.

Internet jest całkowicie nową przestrzenią komunikacji międzyludzkiej stwarzającą radykalnie nowe zależności i mechanizmy oddziaływania. Pokolenie ludzi po czterdziestce może tego nie odczuwać, a przez to i nie doceniać, traktując Internet jedynie jako ułatwienie w komunikacji . Młodsi jednak przedstawiciele „generacji digitalnej”, dla której obcowanie już nie z komputerem stacjonarnym ale smartphonem, jest czymś oczywistym i codziennym, tkwią już w nowej sytuacji kulturowo-cywilizacyjnej. To przejście od społeczeństwa spektaklu do społeczeństwa sieci ma kolosalny wpływ również na politykę i stosunki władzy.

Wydaje się, że trolling i toksyczny mem trafia przede wszystkim do ludzi młodych dzięki ich wciąż jeszcze trwającej niedojrzałości oraz ludzi sfrustrowanych i osobowości niesamodzielnych.[xiv] Sprzyja temu może skłonność do poglądów skrajnych i potrzeba poczucia bycia wyróżnionym. Mogą to być też osobowości o niespełnionym instynktach przywódczych i chęci władzy, niezdolne jednak do otwartej konkurencji. [xv] W pewnym stopniu można mówić o asocjalnym charakterze takich osobowości, bowiem porządek wartości, jakie dominują w liberalnym społeczeństwie demokratycznym jest przez nie słabo zinterioryzowany

Podatny odbiorca toksycznego mema nie ma zaufania do demokracji, bowiem w jego oczach świat jest manipulowany (przez wielki kapitał, imperializm amerykański, elity polityczne, światowe żydostwo, mafie watykańską itd.), Osobnik ten chce znać drugie dno i ukrytą elitarną prawdę. Może być w tym coś z mentalności sekciarza, który dobrze czuje się na marginesie życia publicznego, zarazem może być w nim obecny i aktywny, mając silne poczucie własnej misji. Trzeba zdawać sobie sprawę, że niezależnie od rozwoju cywilizacyjnego i kultury, w każdym społeczeństwie znaczący procent ludzi ma podobne skłonności i nastawienia. W „społeczeństwie spektaklu”, w którym zasadniczą rolę odgrywają środki masowego przekazu o scentralizowanym charakterze, takie jak TV czy radio, takie osobowości mają małe szanse publicznego zaistnienia.

Należy też zdać sobie sprawę z właściwości internetu, wyszukarek i sieci społecznościowych takich jak FB. Wyszukarki same podpowiadają, w zależności od twoich pierwszych kroków i ujawnionych „polubień”. z kim „chcesz być znajomym” Jeśli młody człowiek wyszuka dla swego profilu kilka razy np. „Żołnierze wyklęci” lub inne, podobnie patriotycznie brzmiące hasła, otrzyma podpowiedzi stron o podobnych tytułach, stworzonych już jednak nie przez historyków czy środowiska dbałe o historyczną pamięć. Wystarczy tylko jedno-dwa naciśnięcia myszki by znaleźć siew najbardziej doborowym towarzystwie najbardziej aktywnych siewców toksycznych memów.

Rosyjski trolling w polskiej sieci

Obecność rosyjskiego oddziaływania w polskiej sieci, podobnie jak w internetowych sieciach innych krajów Unii Europejskiej, jest powszechnie widoczna i wielokrotnie stwierdzona, choć znacznie trudniej określić jest jej zakres i metody jakich się do tego procesu używa..[xvi]

Początkowo, to znaczy w połowie 2014 roku, zwracały uwagę portale/blogowiska podlinkowane do portali rosyjskich i edytujące tłumaczenie tekstów Dugina i innych, podobnych autorów (Xportal, http://www.usopal.pl/ ,lub odwołania do stron rosyjskich, Falanga, http://rebelya.pl/ .) Dla przykładu portal ten dokonał bez komentarza przedruku programowego tekstu Aleksandra Dugina „Imię rosyjskiego mitu”, gdzie czytamy: Musimy zrozumieć, że rola Igora Striełkowa jest fundamentalna. Jest to typ rosyjskiego idealisty, konserwatysty i prawdziwego patrioty, który pokonał otchłań ziejącą pomiędzy ideałami a czynem; ta otchłań jest paraliżującym przekleństwem naszego patriotyzmu[xvii]

Następnie zauważyć można działalność przeważnie anonimowych blogerów dopisujących się z agresywnie prorosyjskimi treściami wszędzie tam, gdzie temat współczesnej Rosji, czy konfliktu rosyjsko-ukraińskiego się pojawia. Można to zaobserwować bardzo wyraziście w przypadku portalu ONET.pl i Salon24.pl.

Dalsze nasilenie trollingu związane było z powstaniem licznych stron wspierających takie, quasi-polityczne twory jak, „Doniecka (pseudo) Republika Ludowa” czy „Polacy wspierają Republikę Doniecką” a także wirtualno-propagandowe jak „Wileńska Republika Ludowa” ,budzące obawy, że mniejszość polska na Litwie ma w planach Kremla wspierać putinowskich „zielonych ludzików”.

W sposób szczególny aktywny jest portal Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych http://www.geopolityka.org/ , który jest właściwie odnogą sieci Dugina.

Ta internetowa propaganda uprawiana jest na dwóch poziomach. Jednym z nich jest popularyzowanie putinowskiej ideologii w jej ogólnych sformułowaniach. Ważniejszy jest jednak drugi głębszy poziom, jakim jest odwoływanie się do specyficznych treści przeznaczonych dla polskiego odbiorcy. Zaznaczyć przy tym trzeba, że na tym drugim poziomie jest to przede wszystkim dołączanie do informacji, które w polskim Internecie już były obecne. Do nich dołączyć można treści propagandowe czy też nadać istniejącym już treściom nową wymowę lub narzucić im nowy kontekst. Poniżej opis takich właśnie związków i asocjacji, które budzić ma odpowiednio ukształtowany toksyczny mem.

Asocjacja: „Radykalna krytyka Zachodu”

Putinowska propaganda jest przede wszystkim zainteresowana wzbudzeniem niechęci do Zachodu. Podejmuje się w tym celu najrozmaitsze, często nie związane ze sobą wątki, usiłując trafić do środowisk o często bardzo rozbieżnych poglądach.

Zachód ma być z jednej strony słaby i dekadencki, „przeżarty” ideologią „gejowską”, w kryzysie finansowym, realizowane są tam tylko egoistyczne interesy najbogatszych i najsilniejszych. Pojawia się tu szczególny wątek, że Zachód nie będzie pomagał Polsce iw gruncie rzeczy jest Polsce wrogi. Wykorzystywane jest wspomnienie 1939 roku, kiedy Polska została „zdradzona”, z czego należy wyciągnąć „raz na zawsze wnioski”.

Z drugiej jednak strony Zachód ma być też agresywny, dwulicowy i brutalny, realizujący swoje interesy, które zresztą mają być rozbieżne z polskimi . Polskie Towarzystwo Geopolityczne dr Andrzej Zapałowski http://ptg.edu.pl/

Ostatecznie jedynym oparciem wobec Zachodu może być Rosja. Nie jest ona przedstawiana nawet jako specjalnie przyjazna. Rosja jest potężna a nawet groźna, ale skoro niepewny siebie i zdradliwy Zachód nie może Polski przed Rosją uchronić, to lepiej jest już Rosji ulec, zapewniając sobie przynajmniej spokój i bezpieczeństwo.

Dobrego przykładu łączenia treści antyzachodnich z rosyjskimi hasłami propagandowymi dostarcza wpis anonimowego proputinowskiego blogera podpisującego się „Bojkot Wyborczy” na blogowisku Salon24:

Kiedyś tłumaczyłem Ruskim, że mają fobie i popadają w histerię widząc śmiertelnego wroga w Zachodzie. Dzisiaj powoli jest mi wstyd, że im opowiadałem tekie głupoty. Okazuje się, że to ci Ruscy mieli rację.
Widząc poczynania Zachodu w ostatnim czasie (…) widać wyraźnie jak agresywną, morderczą i parszywie fałszywą jest cała ta ideologia Zachodu. Zachód mordyje, zabija, napda, najeżdża kogo tylko zechce i gdzie zechce nie pytając żadnych ONZ-tów o zdanie. Morduje bez zmróżenia okiem każdego, kto mu nie pasuje.
(zachowana pisownia orginału)

Nie sposób uniknąć wrażenia, że tego typu argumentacja odwołuje się do pewnego typu zbiorowej podświadomości polskiego społeczeństwa, związanej z poczuciem bycia izolowanym, zdradzonym itd. Trudno orzec, czy bloger będący autorem tych enuncjacji był bezpośrednim narzędziem putinowskiej propagandy. Za ciekawszy uznać można przypadek, w którym zainspirowany jedynie pisał on w taki sposób z własnej inicjatywy. Dowodziłoby to jak dalece wykorzystywać można na użytek prokremlowskiej agitacji głęboko tkwiące polskie kompleksy.

Asocjacja: „Naród, Narodowcy”

Propaganda prorosyjska łączy się w szczególnie wyrafinowany sposób z treściami polskiego „nacjonalizmu” i „ruchu narodowego”, hasłami „patriotycznymi”. Wydaje się, że portale o treściach narodowych wykorzystywane są w szczególny sposób do szerzenia putinowskiej propagandy podszywając się pod treści narodowe. Ciekawe jest tu, że treści i symbole, które w zasadzie winny być jednoznacznie konotować antyrosyjskość (np. „Żołnierze Wyklęci”) służą do emocjonalnej mobilizacji, która kończyć się ma sprzeciwem wobec tego „co się w Polsce dzieje” i akceptacji przejścia na drugą, już rosyjską stronę. Uderza ilość wyedytowanych stron, gdzie nagromadzona jest „patriotyczna” symbolika i retoryka [xviii], tak, by emocjami, jakie jest z tym wiążą, można było manipulować.

Najlepszą ilustracją owego zadziwiającego połączenia proputinowskiej propagandy z manipulowaniem treściami polskiego nacjonalizmu jest strona „Kronika narodowa” http://www.kronikanarodowa.pl/ Patronuje jej wizerunek Romana Dmowskiego. Putinowska propaganda w sposób szczególnie intensywny pasożytuje na tradycji endecji wykorzystując pozorną zgodność dawniejszej prorosyjskiej polityki Romana Dmowskiego i postulowanej dzisiaj promoskiewskiej . Objawia się to m.in. przywoływaniem postaci Bolesława Piaseckiego i jego kolaborującej z komunistami organizacji PAX.

Dobrego przykładu dostarcza np.: portal „Falanga. Polska!Młodość!Rewolucja!” http://falanga.org.pl/ Portal ten popiera skrajny serbski nacjonalizm, wypowiada się przeciw NATO, wspiera Assada w Syrii a jednocześnie aktywnie organizuje marsz żołnierzy wyklętych. Ciekawej analizy dostarcza nastepujacy, do pewnego stopnia programowytekst tej strony:

Żyjemy w epoce ponowoczesności, co niesie za sobą daleko idące konsekwencje dla zasad i celowości prowadzenia dyskursu. Ciężko uchwytna prawda immanentna ustępuje miejsca różnym prawdom wywodzonym z każdego, nawet najbardziej oryginalnego przekonania, tworząc nieskończenie wielką siatkę równoprawnych stanowisk, które pomimo sprzeczności mogą istnieć obok siebie, a nawet się przenikać. Dekonstrukcja wszystkich „prawd absolutnych” ( w tym liberalnych) w duchu ponowoczesności stwarza dobre warunki do powołania swoistego „laboratorium idei”, gdzie różne punkty widzenia mogą scierać się ze sobą i wywierać na siebie obustronny wpływ, tworząc niekiedy nową całość. Uporządkowanie i usystematyzowanie tych całości może stać się przyczynkiem nowej doktryny http://falanga.org.pl/

Tego wstępu z pewnością nie napisał żaden z łysogłowych, jakich ukazują zdjęcią portalu Falanga. Natomiast jest on bliski pseudointelektualnej stylistyce pism Aleksandra Dugina i jego pseudointelektualnego bełkotu o „czwartej teorii politycznej”.

Strona „Falanga” nie zawiera bezpośrednio treści prorosyjskich (prócz tego że Istotny jest natomiast link do strony „Open Revolt”, gdzie jest już odnośnik do Dugina, euroazjatyzmu itd. Itd.

Strona „Ruch suwerenności narodu polskiego” również nie propaguje bezpośrednio działalności agresywnie prorosyjskiej, a jednak szowinistyczna agitacja prowadzona na tym portalu ostatecznie do tego prowadzi. Odnajdujemy tam flagi Noworosji i eksklamacje typu pozdrawiam telewizję rosyjska, przynajmniej oni mogą powiedzieć prawdę [xix]

Ciekawego przykładu dostarcza strona http://www.konserwatyzm.pl/ . Trudno stwierdzić, jakie powiązania ma większość piszących na tej stronie. Z całą pewnością jednak obecne są tam treści   niemal dosłownie odpowiadające sloganom aktualnej propagandy Kremla, co nie przeszkadza deklarowaniu polskiego nacjonalizmu, przywiązaniu do patriotycznych symboli itd. Jest to zadziwiająca mieszanka idei wyczytanych z pism Dmowskiego, sympatii do czasów PRL (np. do postaci Wojciecha Jaruzelskiego), antysemityzmu, sympatii do lefebrystów, idei „zachowawczo-monarchicznych”, idei kresowych itd. Anglicy mówią o czymś takim lunatic fringe (ludzie z księżyca), ale to właśnie środowisko jest bardzo aktywnym producentem i siewcą toksycznych memów. [xx] Śledząc FB-znajomych tego środowiska można dotrzeć już do anonimowych internautów rozsyłających proputinowskie memy, pełne nienawiści do państwa polskiego i jego władz, a także do Ukrainy i Ukrainców.

Ostatecznie jednak ci polscy „narodowi konserwatyści” dojść mogą do następującego wniosku: Optymalnym scenariuszem dla Polski mogłoby być obecnie wystąpienie z NATO i zachowanie neutralności w decydującym etapie potencjalnej wojny. Jeżeli bowiem w wyniku konfrontacji zbrojnej Rosja zostanie łatwo rzucona na kolana, to i tak hegemon – USA – Wilna i Lwowa nam odzyskać nie pozwoli. Choćby dlatego, że Republika Litewska i Ukraina są również „sojusznikami” (wasalami) Stanów Zjednoczonych. [xxi]

Nacjonalizm okazuje się ostrą przyprawą, która łączy się z treściami całkiem przeciwstawnymi do stereotypu, że w Polsce nacjonalizm ma być przede wszystkim antyrosyjski.

Środowiskiem internetowym, w którym pojawia się też propagandowy mem jest fundamentalizm religijny, a z drugiej neopogaństwo w wersji słowianofilskiej. [xxii] Biorąc pod uwagę, ze strony neopogan są otwarcie antyreligijne, widać na tym przykładzie jak „elastyczne” jest manipulowanie propagandowym i toksycznym memem.

Ciekawego przykładu intencjonalnej czy też przypadkowej manipulacji dostarcza strona o zachęcającej nazwie „patriotyczna lista stron”. Wśród istotnie patriotycznych i nie budzących zastrzeżeń treści umieszczone są też odnośniki do stron, gdzie od symboliki i retoryki patriotyczno-nacjonalistycznej przechodzi się do propagandowej agitacji proputinowskiej [http://patriotyczna.listastron.pl/ ]

Asocjacja: „Wołyń, banderowcy”

Propaganda putinowska dąży do dyskredytowania zarówno ukraińskiego państwa jak i ukraińskiej narodowości. Ukraina ma być nie tylko niby-państwem (łatwo o skojarzenie z antypolską propagandą po I wojnie światowej mówiącej o „bękarcie traktatu wersalskiego” czy „państwie sezonowym”) a Ukraińcy nie mają też być pełnoprawnym narodem.

Pozostaje to w tle stwierdzeń, że władze Ukrainy po upadku Janukowycza mają być nielegalne i składaja się z faszystów i banderowców, co jest powtarzanym motywem propagandowym Kremla.

Wątek ściśle polski stanowi nieustanne przywoływanie historii Wołynia 43, który nazywany jest „rzezią wołyńską”. Ukraińcy przedstawiani sa jako dzikie i okrutne bestie bezmyślnie mordujące Polaków, nie oszczędzając kobiet i dzieci. Szczególną rolę odgrywać ma postać Stefana Bandery, stającego się głównym symbolem tych zbrodni (mimo, że w okresie mordów na Wołyniu był więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego). Bandera, który jako negatywny symbol jest z jednej strony kreacją sowieckiej propagandy, z drugiej stał się dla części dzisiejszej ukraińskiej opinii publicznej symbolem walki o niepodległość, stanowi przedmiot nieustannych ataków. Jego obecność w ukraińskim dyskursie stanowić ma o negatywnej ocenie współczesnego społeczeństwa ukraińskiego i dowodzić obecności w nim skrajnego nacjonalizmu.

Propaganda putinowska dołącza się też ze swoimi treściami i poprzez wątek „Bandery” i „banderowców” do tzw. ideologii kresowej. [xxiii] Portalem o stosunkowo szerokim oddziaływaniu, dostarczającym zarazem niemal modelowego wzorca jak putinowska i antyukraińska propaganda może łączyć się z problematyką kresową, są Kresy.pl

Temat Bandery i banderowców oraz ukraińskiego nacjonalizmu jest w polskim Internecie wszechobecny i stanowi jedną z zasadniczych metod antyukraińskiej perswazji i prób poróżnienia społeczeństw Polski i Ukrainy. Dzięki opisowi okrucieństw i zbrodni „rzezi wołyńskiej” problematyka ta ma być tak wysoce podsycana emocjonalnie, aby właściwie uniemożliwić jakikolwiek polsko-ukraiński dialog. Dobrym przykładem pobudzania takich emocji, obok Kresów.pl jest środowisko blogerów wokół http://www.konserwatyzm.pl/. http://prawica.net/39503. Obrazy z przeszłości przenoszone są też na współczesność i obecną sytuację na Ukrainie.

Jeden z blogerów tego środowiska Konrad Rękas pisze m.in. „Jak Kijowska junta gwałci prawa człowieka” http://prawica.net/39514 a także „Prawa człowieka na Ukrainie po Euromajdanie” gdzie pisze: Paradoksalnie jednak, pora na rozmowę o poszanowaniu praw człowieka na Ukrainie osiem miesięcy po Euromajdanie – jest wyjątkowo dobra. Pomimo bowiem cenzorskich zapędów „Gazety Wyborczej”, stacji telewizyjnych, czy samych zachodnich właścicieli stołecznego hotelu – na świecie poza Polską na jaw wychodzą kolejne fakty związane ze zbrodniami i naruszeniami podstawowych praw i wolności, dokonywanymi pod egidą władz kijowskich. [xxiv]

I na koniec cytat, którego przytoczenia nie można było sobie odmówić:

Pamiętajcie – KAŻDY LAJK TO JEDNA ROSYJSKA RAKIETA POSYŁAJĄCA TUZIN BANDEROWCÓW DO ATLANTYSTYCZNEGO PIEKŁA.[xxv]

Asocjacja: „Bądź patriotą – pilnuj swego nosa”

Strach przed wojną stanowi z pewnością silny komponent polskiej świadomości i dlatego wykorzystywany jest do zaszczepiania propagandowego mema. Wiąże się z silnym kompleksem (można by go nazwać kompleksem września 39) bycia osamotnionym i zdradzonym przez społeczność międzynarodową. Nie bez znaczenia jest fakt, ze obecnie w Polsce dyskutuje się sens   wielu, czynów zbrojnych, np. powstania warszawskiego i wyrażana jest też opinia o ich próżności i braku rozsądku. Ta wewnątrz polska dyskusja zakłócana jest interwencjami z zewnątrz.

Nie zawsze bezpośrednio trolling proputinowski odwołuje się do tego kompleksu emocji, łącząc się z typowym dla komunistycznej propagandy wątkiem „walki o pokój”.

Proukraińska postawa prezentowana jest jako nawoływanie do wojny, a sprawcami konfliktu mają być przede wszystkim sami Ukraińcy (faszyści, banderowcy) lub też Zachód (Amerykanie, NATO, Pentagon)

Bloger podpisujący się Marek Błaszkowski pisze na stronie Salonie24:

Źle to świadczy o Unii, że wspiera zamachowców. Ponadto wystawia Polskę na pierwszą linię frontu, a w razie czego na pewno nikt nam nie pomoże. Będziesz musiał Drogi Autorze sam wymachiwać szabelką, aby powstrzymać Putina. Warto też zauważyć, że armia ukraińska i przeróżni bojówkarze od Kołomojskiego i UPA dokonują regularnej masakry ludności cywilnej, z paleniem żywcem włącznie, jak to było w Odessie. Popieranie takich zbrodni to koszmar. 

Najważniejsza jest jednak konkluzja tego tekstu, która powtarza się w różnej formie w wielu miejscach: Polską racją stanu jest pilnowanie własnego nosa, nie popieranie różnych zamachowców, nie wpychanie się na pierwszą linię frontu walki z Rosją, nie popieranie ludobójstwa. [xxvi]

Wojna ma być narzędziem przede wszystkim Zachodu, który nigdy nie liczy się z polskimi interesami. Dla antysemickiego demagoga Grzegorza Brauna wojna jest dziełem Żydów. Żydzi wspomagają Amerykanów, którym potrzeba utrzymania wpływów w Europie Środkowej. W tym źródło konfliktu na Ukrainie. Polskie niedojrzałe elity polityczne nie umieją się trzymać z boku, bowiem polskim nawykiem jest, że „należy pociągnąć za sznurek, aby usłyszeć dąbrowskiego mazurek” [xxvii]

To „pilnowanie własnego nosa” ma jednak w dalszej konsekwencji przybrać całkiem konkretny kształt. O ile w punkcie wyjścia chodzić ma   nie drażnienie Rosji, trzeba mieć z nią (niezależnie co ona czyni) unormowane stosunki [xxviii], to w konsekwencji trzeba stanąć po jej stronie.

Strona „Obozu Wielkiej Polski” www.owp.org.pl głosi: „Mamy już wojey”   publikuje mapę Noworosji z hasłem „Historia, Pokój i Prawda”. Nie może to dziwić, bowiem jednym z głównych działaczy tej pasożytującej na historycznej nazwie z okresu II RP organizacji jest Bartosz Bekier, jeden z najaktywniejszych putinowskich działaczy w Polsce.

Asocjacja:„pogarda dla państwa i kwestionowanie >systemu<”

Następny zespół treści, do których dołączają się toksyczne memy i treści rosyjskiej propagandy, to kwestionowanie systemu politycznego w Polsce, poniżające opinie o Polsce i polskości oraz odwoływanie się do wszelkiego typu społecznego niezadowolenia, kształtowanie przekonanie o bezsilności państwa. Należy w tym miejscu podkreślić, że większość wątków, jakie wykorzystuje w tej sferze trolling obecne były w polskim dyskursie już w latach 90-tych: krytyka Okrągłego Stołu, rozczarowanie reformami gospodarczymi, przejęcie władzy. Granica między uzasadnionym i mogącym być zrozumiałym wyrazem niezadowolenia społecznego, a wykorzystującymi to wrogimi działaniami propagandowymi, jest trudna do ustalenia.

Takie działania dezawuujące polską państwowość i życie polityczne, gdzie dołączają się treści zgodne z propagandą Kremla, znaleźć można na takich stronach jak np. http://oburzeni.pl/ , „Dziennik gajowego Maruchy” http://marucha.wordpress.com/, http://www.usopal.pl/ (gdzie znajdują się wprost odwołania do stron rosyjskich, działającego na youtubie Max Kolonko[xxix] (jednocześnie komentatora SUPER TV). Dla Kolonko „sytuacja na Ukrainie prowadzi do rewizji polskich granic; polscy politycy wspierając Ukraińców prowadzą mesjanistyczną politykę zapominając o polskich grobach (Kolonko TV utrzymuje się z reklam polskich firm, które się u niego publikują)[xxx]

Asocjacja „nie bądź rusofobem”

Wątków, do których dołącza się w polskim Internecie propagandowy i toksyczny mem jest więcej i trudno o pełny ich katalog. Jest zresztą najpewniej zbędny, bowiem chodzi przede wszystkim o zrozumienie mechanizmów, a nie detaliczne opisywanie zjawiska. O jeszcze jednym wątku należy jednak koniecznie wspomnieć. Związany jest on ze szczególnym rodzajem szantażu moralnego, jakim jest próba stwierdzenia, że wszelka krytyka dzisiejszej Rosji jest wynikiem antyrosyjskiej obsesji.

Na demonstracji popierającej Putina pod ambasadą rosyjską. padają następujące słowa jej organizatora i agitatora: Dość szczucia nas Rosja, dobrze się stało, że Krym przyłączył się do Rosji, niech Obama i Merkel nie wtrącają się do spraw Słowian, polskie media nie odzwierciedlają polskiej opinii publicznej [xxxi]

O ile wypowiedz ta jest w oczywisty sposób skrajna, to w innych miejscach teza o antyrosyjskiej fobii jest wyrażana ostrożniej, a propagandowy mem dołącza się internetowego środowiska, gdzie troska o to, by krytyka obecnych władz Kremla nie zamieniła się w antyrosyjską ksenofobię jest autentyczna. Istotą tego zabiegu jest próba identyfikacji Putina z rosyjskością i obecnej polityki Kremla z postępową polityką rosyjską.

Putinowska polityka wpływu w Polsce

Działanie w Internecie, jakim jest trolling, nie wyczerpuje działań na rzecz budowania w Polsce rosyjskiej polityki wpływu. Wystarczy przypomnieć o czasopismach takich jak „Gazeta Warszawska” „Myśl Polska”, stacjach radiowych czy oddziaływaniu telewizji „Russia Today”, wreszcie oficjalnych portalach takich jak „Sputnik”.

Zarazem nie można zapominać, że działania w świecie wirtualnym Internetu mają prowadzić do konkretnych skutków w świecie realnym.

Takie właśnie realne, a nie wirtualne wydarzenia to dla przykładu głosowanie czterech europosłów z Polski przeciw umowie stowarzyszeniowej z Ukrainą. To, że zanikająca prawie partia Korwina-Mikkego mogła wejść do europarlamentu jest m.in. wynikiem silnego jej wsparcia przez strony skrajnie nacjonalistyczne, gdzie putinowski trolling był wszechobecny.[xxxii] Janusz Korwin-Mikke, przynależąc do sceny politycznej i tym samym zapewniając swoja obecność właśnie dzięki m. innymi Internetowi, odgrywa znaczącą rolę w popieraniu kremlowskiej propagandy. Korwin-Mikke, podtrzymując swoją obecność publiczną skandalizującymi wypowiedziami, w ostatnim okresie opowiada się otwarcie i agresywnie po stronie Putina.

W obecnie toczonej prezydenckiej i parlamentarnej kampanii wyborczej putinowski Internet głosi hasło głosowania na małe wybrane partie. Promuje myśl, ze główny nurt polskiego życia politycznego od PiS poprzez PO do SLD jest całkowicie skorumpowany i skompromitowany.

Organizowane są antyukraińskie demonstracje uliczne przed ambasadą Ukrainy https://www.youtube.com/watch?v=8UScaMsr2Uk lub konsulatem ukraińskim w Lublinie jak i przed ambasadą rosyjską popierająca Rosję. [xxxiii]

Do działań w świecie realnym należą próby penetracji środowisk paramilitarnych[xxxiv] np. zapraszanie na „treningi” do Rosji członków sportowych stowarzyszeń strzeleckich.

Widoczne są zamiary przeobrażenia przez putinowska propagandę „marszu niepodległości” w polski majdan (a raczej antypolski) przy wykorzystaniu penetracji części środowisk „narodowych” .

Widoczna jest również obecność polskich obywateli wśród rosyjskich jednostek terrorystycznych w Donbasie. Są to osoby   takie jak Dawid Hudziec, który walczy w Donbasie, czy Dariusz Lemański, który walczy w siłach „Noworosji”.

Obecność w Internecie i działanie w sieciach społecznościowych często uzupełnia się. W realnym życiu zaobserwować można te same osoby, które napotyka się w Internecie, choć tam, będąc anonimowe, były często mniej widoczne.. Dla przykładu warto wymienić niektóre z nich.

Być może najsilniej obecnym w życiu publicznym, jako zwolennik proputinowskiej orientacji jest Mateusz Piskorski, tym bardziej od czasu, gdy został jednym z czołowych organizatorów partii „Zmiana”. Piskorski związany z „Polskim Towarzystwem Geopolitycznym” występuje jako polski politolog i międzynarodowy obserwator w „misjach” na anektowanym przez Moskwę Krymie. Kilkakrotnie wyjeżdżał do Syrii wspierając reżim Assada. Partia „Zmiana” postuluje całkowitą zmianę systemu politycznego w Polsce oraz wystąpienie Polski z NATO.

Adam Wielomski przynależy do najbardziej prorosyjskiego odłamu „narodowców”. Jest też twórcą kanapowego „Kongresu Zachowawczo-Monarchistycznego” oraz również kanapowego, ale o większym nieco zasięgu OWP – Obozu Wielkiej Polski. Adam Wielomski to także współpracownik pisemek „narodowych”, np. „Myśl Polska” oraz „Najwyższy Czas” Korwina-Mikkego i Konserwatyzm.pl. Bliski Korwinowi- Mikkemu, uchodził za szarą eminencję KNP. Jest on też autorem dwóch wiernopoddańczych listów do ambasadora Moskwy i Putina oraz paszkwilanckich tekstów o polskiej państwowości.

Innym aktywistą proputinowskiego Internetu jest Ronald Lasecki, członek redakcji portalu http://konserwatyzm.pl/, xportal.pl/ oraz innych proputinowskich portali. Ma wyraźną ambicję bycia ideologiem środowiska, będąc po wpływem skrajnej rosyjskiej prawicy. Można wymienić też inne postacie z proputinowskiego środowiska, jak Adam Danek czy Bartosz Bekier, otwarcie współpracujący nie tylko z rosyjskimi mediami, ale także mediami terrorystycznej Noworosji[xxxv] czy tez Konrad Rękas, który otwarcie występuje w „Voice of Russia” z oskarżeniami pod adresem polskiego życia politycznego.   W przeszłości działacz tzw. „prawicy narodowej”, następnie Samoobrony, obecnie członek Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego. Przykład tego aktywisty jest istotnym dowodem na wielowątkowość działalności różnych postaci na rzecz kremlowskiej polityki wpływu.

Jest oczywiście zastanawiające, że polscy obywatele mogą stać się propagatorami propagandy jawnie i otwarcie wrogiej Polsce.   Jaki jest profil polityczny i psychologiczny osobowości tych osób? Jaki z kolei jest profil łatwowiernego odbiorcy rozsiewanych przez nich proputinowskich treści, szczególnie gdy konflikt na Wschodzie zaostrza się, a pogróżki wobec Polski, płynące z Kremla są coraz lepiej słyszalne? Każdy kraj posiada swój folklor polityczny, polityczne skrajności i marginesy (w Wielkiej Brytanii nazywa się to „lunatic fringe”) i z takim zjawiskiem mamy w pewnym stopniu do czynienia w Polsce. Nie sposób jednak pominąć faktu możliwych bezpośrednich powiązań takiego marginesu z działalnością agenturalną wrogiej dziś Polsce potędze, jaką jest putinowska Rosja. Są przykłady osób, aktywnych w Internecie, którym postawiono już zarzuty prokuratorskie o działalność agenturalną na rzecz obcego państwa.

Kultura polityczna a wojna informacyjna

Użytek propagandowy czyniony z Internetu osądzić należy w szerszym kontekście kulturowym i cywilizacyjnym.

Wykorzystanie Internetu i sieci społecznościowych w celach polityczno-propagandowych w dużym stopniu zaskoczyło demokratyczny Zachód. Oczywiście widziano możliwości, jakie stwarza Internet dla prowadzenia kampanii wyborczej, czego nowatorskim przykładem była pierwsza kampania wyborcza prezydenta Obamy. Zrozumieli to również polscy politycy, chętnie używający twittera. Zwrócono uwagę na znaczenie Internetu podczas wiosny arabskiej, wyciągając z tego pochopnie optymistyczny wniosek, że w świecie sms-ów i twittera żadna dyktatura nie zdoła się utrzymać [xxxvi]. Można też dodać, że sam euromajdan i rewolucja godności wiele zawdzięcza Internetowi, zaczynając od tego, że zaczęła się od wezwania przez FB Mustafa Nayyem, by zjawić na Placu Wolności.

Jeszcze przed kilku laty w dyskusjach dotyczących Internetu panował całkowity optymizm. Internet miał być nowym narzędziem demokracji i sprzyjać demokratyzacji tam, gdzie jej brakowało. Jedynymi oponentami tego poglądu   byli ci, którzy widzieli w powszechnym usieciowieniu możliwość totalitarnej kontroli. a zagrożeniem dla sieci mieli być jedynie hackerzy (zjawisko skądinąd kulturowo skomplikowane) lub quasi monopolistyczna pozycja takich kompanii jak Google lub Facebook.

Pierwszym, którzy zauważył i opisał w pogłębiony sposób zagrożenie, jakim może być Internet, jako narzędzie propagandy skierowanej przez zachodnim demokracjim, był Evgeni Morozov. Już przed paroma laty opisał on zabiegi rosyjskie w tym względzie i fascynację Putina tym nowym środkiem komunikacji oraz fakt pozyskania przez niego względów całej grupy młody rosyjskich blogerów. Nie przypadkowo Morozov jest Białorusinem, który z doświadczeń własnego kraju wie dużo o sowieckiej czy postsowieckiej propagandzie.[xxxvii]

Kreml umiał połączyć dawniejsze elementy wojny psychologicznej z nowymi możliwościami, jakie daje Internet. Pierwszego eksperymentu specjaliści z Kremla dokonali na własnym społeczeństwie. Materiałem propagandowym, jakim się posłużono, były w sporej części poglądy Dugina, które oddają istotę wielu komplikacji schorzałej rosyjskiej tożsamości i zalecają neoimperialną kurację. Druga operacja propagandowa dotyczyła aneksji Krymu i miała już odniesienia międzynarodowe.

Wypróbowaną receptę postanowiono stosować dalej w polityce zewnętrznej. Kremlowscy fachowcy od internetowej propagandy od początki zakładali, że trolling w każdym kraju ma być inaczej ukształtowany.

Można wprawdzie powiedzieć, że tak jak Dugin ze swoimi schizofrenicznymi teoriami nie rozumie Rosji, ale jest niewątpliwie medium bolączek „duszy rosyjskiej”, tak też w każdym kraju istnieje potrzeba znalezienia takiego medium. Znajduje się ono zwykle na marginesie społeczeństwa, niczym obłąkany, który ujawnia bezładnie wszelkie niedyskrecje społeczności, w której przyszło mu żyć.

Medium propagandy kremlowskiej stał się więc w Polsce swoisty marginesowy folklor polityczny. Nie jest koniecznym w wielu wypadkach szukanie agenturalnych korzeni, aby objaśnić proputinowskie postawy. Niektóre marginesy opinii publicznej lub poszczególne kręgi były do tego gotowe niezależnie od tego, czy miały one związki z rosyjska stroną. Każdy, kto jest neopoganinem, z większym od przeciętnego prawdopodobieństwem przyjmuje treści rosyjskiego panslawizmu. Kto jest monarchistą, ten bardziej będzie wypatrywał jakiejś alternatywnej wobec demokracji wizji przyszłości. Kto ma negatywną i wysoce negatywną   wobec systemu w którym żyje postawę, , ten łatwiej podejmie jego radykalna krytykę, nie zważając za kim ją powtarza. Kto wierzy, że Zachód może Polskę tylko zdradzić, przyjmie, że w konflikt z Rosją nie należy się włączać. Kto nienawidzi Niemców, łatwiej zaakceptuje Rosję. Kto jest antysemitą uwierzy, że Ukrainą rządzą Żydzi

Polski folklor polityczny, który tworzą takie przykładowe postacie jak pseudoliberał Janusa Korwin-Mikke, antysemita Michalkiewicz, pseudohistoryk Waldemar Łysiak[xxxviii] czy felietonista Waldemar Ziemkiewicz, sprzyja penetracji trollingu. Dodać można do tego również przedstawicieli środowiska akademickiego,   takich jak dla przykładu Bronisław Łagowski[xxxix] ,   Andrzej Romanowski [xl]   ganiących rzekomo powszechną i irracjonalną rusofobię Polaków, a nawet jak Anna Raźna pisząca wiernopoddańczy list do Putina. Byłoby uproszczeniem i brakiem rozsądku dopatrywanie się w takich zachowaniach pospiesznie wpływu kremlowskiej agentury. Teorie spiskowe są na ogół najmniej przydatne do lepszego zrozumienia życia politycznego a nawet politycznego folkloru. Tworzy to jednak atmosferę, w której troll może zabrać głos i wcale nie będzie za trolla uchodził, oraz nie będzie jako troll rozpoznany.

Zarazem można dowodzić, że penetracji trollingu sprzyjały i sprzyjają też fronty wielu publicznych dyskusji i jej bardzo silna polaryzacja.

Wizja rzekomego „salonu III RP” – ulubiony chwyt retoryczny prawicowej publicystyki – pozwalała każdemu głupkowi przedstawiać się jako niedopuszczonego do debaty publicznej. Czarna legenda „okrągłego stołu” i „Magdalenki” sprzyja kwestionowaniu wartości państwa polskiego i ułatwia mówienie o jego upadku. Z kolei prezentowanie polskiej prawicy jako wyłącznie nieodpowiedzialnych „świrów” i zagrożenia dla demokracji, sprzyja negatywnym stereotypom, że taka właśnie jest Polska – nacjonalistyczna, ciemna i nierozumiejąca demokracji. [xli]

Właściwie większość treści rosyjskiego trollingu daje się już odnaleźć w emocjonalnych sporach dwóch obozów PiS przeciw PO i PO przeciw PiS. Przecież „pisiorypa” to dla „platformersów” – jeśli dopuscić się pewnych uproszczeń – „endecy” (chociaż Kaczyński jest raczej Piłsudczykiem), ksenofoby, skłonni do antysemityzmu, nacjonaliści ekscytujący się Żołnierzami Wyklętymi itd. A „platfusy” dla „pisiorów” to „ekipa z magdalenki”, „szwindel okrągłostołowy”, propaganda kultury gejowskiej itd. Polska wedle „platformersów” nieustannie zagrożona jest dojściem do władzy „świrów” z PiS-u, a jednocześnie wedle „pisiorów” Polska jest katastrofą spowodowaną przez niezlustorowanych zwolenników WSI.

Polskie media jedynie wzmacniają te podziały. „TV Republika” ma być pisowski, a TVN „platformerski”, Gazeta Wyborcza „platformerska” a dziennik Rzeczpospolita PiSowski. Media odtwarzają podział partyjny, a nawet w pewien sposób go zastępują, bowiem to one bardziej niż sami politycy są producentami idei.

Ten chaotyczny często i pełnego emocji ton publicznych debat ułatwia propagandowe manipulacje z zewnątrz.

Umożliwia to też próby budowania nowych frontów, które sprzyjałyby dezintegracji polskiego społeczeństwa. I takie próby są podejmowane. Po jednej stronie, w ramach masowej interwencji w polski Internet, ma być PO-PiS a po drugiej prorosyjska alternatywa. PO-PiS popiera Ukraińców, jest w związku z powyższym ksenofobicznie antyrosyjski, i popycha kraj do wojny. Po drugiej stronie mają być ci, którzy obiecują „zmianę” i odrzucenie starego „systemu”. Obiecują ją tym wszystkim, którym było i jest równie źle przy rządach PO jak i PiS, bo to ta sama klika („i Tusk Żyd i Kaczyński Żyd”). Potrzebna jest więc radykalna zmiana. Głosił jej potrzebę już PiS, ale nie potrafił tego zrobić. Teraz zrobimy to my, którzy rozumiemy, że wojna z Rosją jest niepotrzebna, że Banderę i „rzeź wołyńską” trzeba pamiętać.

Wydaje się, że w latach dziewięćdziesiątych rosyjska polityka wpływu szukała przede wszystkim kontaktów w środowiskach postkomunistycznych. Nie należy też zapominać, że był to okres jelcynowski, okres, w którym przynajmniej część rosyjskich elity politycznych czyniła próby zbliżenia do Zachodu.

Z czasem widoczne jest zainteresowanie rosyjskich służb Samoobroną. Gdy formacja ta upada zainteresowania przesuwają się ku „Nowej Prawicy” i środowiskom nacjonalistycznym, ocenianych jako łatwe do manipulacji. Jest to zresztą zgodne z działaniami propagandowymi w innych krajach Unii Europejskiej, w których skrajna prawica cieszy się poparciem Kremla.

Organizowana obecnie partia „Zmiana”, grupująca jednoznacznie promoskiewskich aktywistów, jest wyrazem jeszcze innej tendencji rosyjskiej propagandy – jej eklektyzmu. Analizując biografie czołowych działaczy i publicystykę tego środowiska można odnaleźć w niej szeroką paletę idei od neopogaństwa i panslawizmu, poprzez pokrętne nawiązania do polskiego nacjonalizmu, aż po prl-owskie sentymenty i lewackie hasło, wszystko to przyprawione pseudointelektualnym bełkotem wziętym od Dugina. Ukraiński historyk Ihor Hrycak nazwał tego typu pseudoideową mieszankę ironicznie „postkomunistycznym postmodernizmem”. Wykpiwanie tego zjawiska czy wykazywanie irracjonalności jest nie tylko bezcelowe i jest też jego niezrozumieniem. Pozornie chaotyczna forma, ma jasny i czytelny cel. Ta mieszanka sprzecznych haseł i sloganów ma dezintegrować myślenie polityczne i przyczyniać się do ogólnej dezorientacji.

Z tych uwag wyciągnąć można istotny, choć trudny do przełożenia na konkretne i praktyczne działania wniosek, że im niższa kultura polityczna i czym gorsza jakość mediów, tym łatwiej o zarażenie danej społeczności politycznej propagandowym „toksycznym memem”. [xlii]

Społeczne reakcje na trolling i proputinowską propagandę

Przekonaniu o zagrożeniu, jako stanowi propagandowa aktywność w Internecie, przeciwstawić można dwa argumenty.

Po pierwsze Internet jest zbyt wielki, aby można nim dowolnie manipulować. Socjologia Internetu mówi w tym wypadku o tzw „efekcie tłumu” (crowd effect).

Po drugie wzmożona aktywność w Internecie wywołuje też wzmożoną kontr aktywność. W rezultacie rozkład poglądów danej społeczności nie odbiega od rozkładu poglądów, jakie posiada dana społeczność niezależnie od owych zewnętrznych działań. Opisując to zjawisko niektórzy socjologowie mówią o „zbiorowej mądrości” (crowd wisdom), choć raczej należałoby mówić, o „uśrednionym statystycznie rozsądku”.

Patrząc na spontaniczne organizowanie się poprzez Internet środowiska poparcia dla Ukrainy i grup monitorujących kłamstwa putinowskiej propagandy, takich jak np. „Rosyjska V kolumna”, „Polacy Solidarni z Ukrainą”, „Pomagaj Ukrainie” i wielu innych, można by dojść do przekonania, że „efekt tłumu” działa wystarczająco silnie. Polskie środowisko internetowe zauważyło manipulatorskie działania rosyjskiej propagandy i z narastającą intensywnością zaczęło na nie reagować.

Przeciw nadmiernemu optymizmowi należy jednak skierować kilka bardzo istotnych zastrzeżeń.

Celem rosyjskiej propagandy nie jest poddanie wpływowi całego czy nawet większości polskiego społeczeństwa. Jest to zresztą nader mało prawdopodobne, aby społeczeństwo tak bardzo historycznie obarczone doświadczeniem stosunków z Rosją stało się szerzej prorosyjskie. Działania Kremla mają natomiast na celu wytworzenie odpowiednich nisz społecznych, którymi można manipulować. Rosyjska propaganda ma też szanse oddziaływania na wybrane środowiska młodzieżowe. Ostatecznie chodzi nie o to, by kogoś nawet przekonać, ale by wzbudzić poczucie niepewności i zamieszania. Takie cząstkowe „sukcesy” propaganda Kremla z pomocą Internetu może odnosić. Wobec tego, że kremlowski trolling jest zinstytucjonalizowany i silnie dofinansowany, społeczne i spontaniczne przeciwdziałanie może się okazać nie dość skuteczne.

W państwach zachodnich podejmuje się już przeciwdziałania wspierane przez państwo, także mnożą się apele, aby takie działania podejmować. Takie decyzje powinny być podejmowane również w Polsce.

Rekomendacje

  1. „Wojna informacyjna” stanowi zagrożenie równoległe do zagrożenia militarnego i wymaga odpowiedniej reakcji władz państwowych i rządu.
  2. Znacznemu poszerzeniu powinna ulec definicja cyberbezpieczeństwa, jaką posługują się odpowiedzialne za nie instytucje i agendy rządowe. Obok kwestii zagrożenia atakami hackerskimi, winno ono obejmować kwestie wrogich działań propagandowych w Internecie.
  3. Konieczne jest uświadomienie opinii publicznej zjawiska jakim jest polityczny trolling i informowanie o związanych z tym zagrożeniach.
  4. Systematyczne badanie treści propagandy Kremla istotne jest dla oceny jego intencji politycznych. Dlatego „wojna psychologiczna” powinna stać się istotną częścią badań ośrodków analitycznych.
  5. Rozpoznawanie socjologicznych i psychologicznych procesów, jakie związane są z aktywnością w Internecie jest niezbędne dla skutecznych działań przeciw „wojnie informacyjnej” Kremla. Konieczna jest w tej sprawie współpraca międzynarodowa.
  6. Niezbędna jest identyfikacja tych środowisk, które są producentami toksycznych memów. Są to środowiska potencjalnej proputinowskiej działalności politycznej, a nie tylko wirtualnej w przypadku poszerzania się rosyjskiej agresji.
  7. Organy ścigania, prokuratura i sądy powinny zwracać uwagę na nowy typ zagrożeń i przestępczości, jakiego narzędziem jest Internet.
  8. Potrzebne są pilne nowe regulacje prawne dotyczące aktywności w Internecie. W szczególności anonimowość nie może, zwłaszcza w przypadku oszczerstw, mobbingu i gróźb karalnych, chronić przed odpowiedzialnością za słowo.
  9. Przeciwdziałanie „wojnie informacyjnej” wymaga nowatorskich metod pracy odpowiednio przygotowanych wielodyscyplinarnych zespołów. Ich członkami powinni być m. innymi informatycy, socjolodzy i psychologowie społeczni, a także historycy.
  10. Zadaniem agend bezpieczeństwa winno być ustalanie, jaki jest związek polityki wpływu prowadzonej przez Internet z tradycyjną agenturą i sposobem pozyskiwania głównych siewców toksycznych memów.
  11. Iluzją jest, że można nic nie robić. „Zbiorowa mądrość” wyrażająca się Internecie „efektem tłumu” [crowd efect] czyli zasadą, że Internet jako zjawisko masowe, będzie zawsze wyrażał to, co społeczność sieci sobą reprezentuje na zasadzie statystycznego rozkładu i dlatego nader trudno jest Internet zmanipulować, może okazać się myląca.

 

 

 

 

[i]Joanna Darczewska, Anatomia rosyjskiej wojny informacyjnej. Operacja Krymska – studium przypadku, Warszawa 2014. S.12. Autorka w wysoce kompetentny a zarazem przejrzysty sposób dokonuje przeglądu rosyjskojęzycznej literatury a także opisuje praktyczne agresywne działania, jakie władze rosyjskie podejmują w sieci.

[ii]http://wszystkoconajwazniejsze.pl/klaus-bachmann-igor-lyubaszenko-czy-rosyjska-kampania-propagandowa-w-internecie-jest-skuteczna/

[iii]Jako przykład takiej postawy wymienić można: Yohai Benkler, Bogactwo sieci. Jak produkcja społeczna zmienia rynek i wolność. Warszawa 2008. Patrz; recenzja tej pracy https://kazwoy.wordpress.com/rozmaitosci/czy-internet-wesprze-liberalna-demokracje/

[iv]Jednym z pierwszych, który zwrócił uwagę na działania rosyjskie w internecie jest amerykańsko-białoruski teoretyk Evgeny Morozov w jego książce The Net Delusion. How not to liberate the World z roku 2011.

[v]Należy jednak po pierwsze zwrócić uwagę, że współczesna Rosja nie dysponuje ideologią podobną do dawnej ideologii komunistycznej i po drugie, że otwarte kłamstwo (zaprzeczaniu oczywistym w tym sensie powszechnie uznanym faktom) jest całkowicie jawnym, publicznym działaniem władz moskiewskich. Jak zobaczymy dalej, ma to bardziej funkcję psychologiczną (ma raczej przestraszyć i przekonać o nieustępliwości strony atakującej) niż perswazyjną (przekonać do własnego stanowiska) „wojny informacyjnej” prowadzonej przeciw własnemu społeczeństwu, które nie tyle ma podlegać indoktrynacji, co ma być zmanipulowane.

 

[vi]Troll i od tego słowa pochodzący trolling to pojęcia, jakie pojawiły się najpierw w potocznym użyciu internautów. Wobec szalenie szybko rozwijającego się interaktywnego ze swojej natury Internetu (co najbardziej widoczne jest w upowszechnieniu się sieci społecznościowych) wiele słów-pojęć opisujących ten typ aktywności ludzkiej jest wytworem społecznego i spontanicznego procesu, a nie pojęciami urobionymi przez naukowe opracowania. Uzasadnione jest jednak, aby odwoływały się one w swoich bardziej pogłębionych analizach do pojęć potocznych i już intuicyjnie powszechnie zrozumiałych. Dodać można wiele nowych pojęć związanych z używaniem Internetu, takich jak „Sharing,” „friending,” „liking,” „following,” „trending,” and „favoriting”. Patrz m.in Dijck Jose van The Culture of Connectivity : A Critical History of Social Media, UK 2013

[vii]Literatura poświęcona Internetowi jest już obszerna. Jednak większość autorów, zwłaszcza dążących do szerszych uogólnień i syntez, stwierdza daleko idący brak odpowiednio pogłębionej analizy. Patrz dla przykładu: Fuchs Christian, Social Media : A Critical Introduction, UK 2013.

[viii]Używam tu terminu „mem hybrydalny” przez analogię z terminem „wojna hybrydalna”. Ponieważ rozsyłanie memów jest powszechną praktyką całego Internetu potrzebny jest szczególny termin.

[ix]Evgeny Morozov, The Net Delusion: The Dark Side of Internet Freedom Morozov Evgeny: To Save Everything, Click Here : Technology, Solutionism, and the Urge to Fix Problems That Don’t Exist, UK 2014

[x]Wasil Kostickyj szef centralnej Komisji ds.etyki życia publicznego     uważą że celem wojny informacyjnej prowadzonej przez Kreml wobec Ukrainy jest m.in. rozbicie tożsamości Ukraińskiej, http://www.radiosvoboda.org/content/article/26600158.html Należy w tym kontekście zwrócić uwagę na pozornie odległe o kwestii poruszonych przez Kostikova uwagi McChesney, Robert W, Digital Disconnect : How Capitalism is Turning the Internet Against Democracy, UK 2013. Autor ten zauważa jak dalece Internet zaczyna służyć reklamie i komeracjalizuje się, przestając służyc a nawet zagrażając demokracji.

[xi]Brooke, Heather, The Revolution Will be Digitised : Dispatches from the Information War, UK 2012

[xii]Przywołam tu jako przykład dyskusję jaką toczyła się na FB, gdy jeden ze znajomych o zdecydowanie antyrosyjskich i antykomunistycznych przekonaniach zaczął publikować linki do zdecydowanie prokremlowskich materiałów bez żadnego dodatkowego komentarza. Gdy zwrócono mu na to uwagę, że robi z siebie „trolla” odpowiedział, że przecież robi to dla żartu, bowiem i tak „wszyscy wiedzą o co chodzi”. Problem w tym, że nie wszyscy gotowi byli traktować edytowane materiały jako ośmieszające ich autorów i interpretować je w taki sposób jak internauta będący powodem tej dyskusji.

[xiii]Zjawisko jest już opisywane w licznej literaturze patrz m.in. Howard Gardner and Katie Davis, The App Generation. How Todays’s Youth Navigate Identity, Intimacy and Imagination in a Digital World. Kwestia kształtowania się tożsamości w Internecie stanowi już dzisiaj przedmiot licznych studiów. Niestety literatura ta nie jest w Polsce bliżej znana.

[xiv]Jakub Korejba, Trolle Putina straszą w sieci, http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,130330,16869831,Trolle_Putina_strasza_w_sieci.html

[xv]Wielu autorów wskazuje, ze intensywne użytkowanie Internetu wpływa i kształtuje osobowość jej użytkowników, jak pisze jeden z autorów „ zmienia nas jako ludzi”,. Patrz:Lanier Jaron, You are Not a Gadget : A Manifesto. Zwraca się też uwagę, że Internet stwarza sztuczne, oderwane od realiow wyobrażenie o świecie. W zależności od cech i skłonności psychicznych jednostki może ona przebywać? w dużym stopniu wirtualnym świecie. Patrz m.in: Loving Gert, Networks without a Cause : A Critique of Social Media UK 21/02/2012.

[xvi]Fakt, że od kilkunastu miesięcy fora internetowe kilku ogólnopolskich portali są bombardowane masową ilością prorosyjskich postów jest bezsporny. Fakt używania oprogramowania jest też bezdyskusyjny, o czym świadczą m.in. szybkość publikacji postów na forach oraz ich ilość. Trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, z kim mamy do czynienia. Przy tak niskim „progu wejścia” w skuteczne „szeptanie”, może to być zarówno mała grupa polityczna działająca na ternie kraju, jak i doskonale zorganizowana grupa działająca na zewnątrz.

Najważniejszym pytanie dotyczy celu tego typu działań – czy służą tylko dezinformacji użytkowników forów czy też maja wpływać na tonowanie i kierunkowanie opinii?

http://niwserwis.pl/artykuly/informacyjna-czwarta-wojna-swiatowa.html

http://niwserwis.pl/artykuly/forum-internetowe-forum-propagandy-czy-forum-publicuma.html

 

[xvii]http://rebelya.pl/forum/watek/75453/

[xviii]Samobrona Patriotyczna to m.in. Bohdan Poręba, Eugeniusz Sendecki, Zbigniew Witaszek, Anita Edyta, Zabroś Zdzisław Jankowski poseł IV kadencji (samoobrona)http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbigniew_Witaszek mnożenie nazw (Polska Patriotyczna, Samoobrona Odrodzenie, Samoobrona Ruch Społeczny)

Intersujący jest portal http://narodowikonserwatysci.pl/

 

 

[xix]Chodzi zarówno o stowarzyszenie o ten nazwie jak i portal http://suwerennosc.blogspot.com/ . Kieruje nim Jerzy Rachowski. Sławomir Andrzej Zakrzewski Ruch suwerenności narodu polskiego http://eugeniuszsendecki.neon24.pl/tag/80003 Eugeniusz Sendecki ,ruch-suwerennosc-narodu-polskiego http://eugeniuszsendecki.neon24.pl/tag/80003 ,ruch-suwerenność-narodu-polskiego     flagi Noworosji Bandera Stop

 

[xx]http://www.konserwatyzm.pl/ Środowisko to jest również wydawcą książek drukowanych. Ciekawą pozycję stanowi: Engelgard Jan, Meller Arkadiusz, Wielomski Adam, Stefan Bandera w Kijowie. Kulisy rewolucji na Ukrainie, Warszawa 2014. Wydawnictwo Capital

[xxi]http://narodowikonserwatysci.pl/2014/06/27/wojna-nato-z-rosja-a-polityka-polska/

[xxii]http://opolczykpl.wordpress.com/ propaguje iedeologię słowiańsko-neopogańską, a więc i antychrześcijański i jest zarazem otwracie proputiniwski

[xxiii]http://wmeritum.pl/ukraina-parlament-zalegalizuje-oun-upa/http://www.krs-online.com.pl/fundacja-miedzynarodowy-instytut-nowych-krs-817242.html (Martynov Aleksei, Mateusz Piskorski, Jacek Cezary Kamiński)
http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2014/09/przestancie-popierac-ukraine/
https://www.facebook.com/PRLbezcenzury?fref=photo (społeczność 11 tys) wyraźnie spreparowany na Donbasie film o p.Szpakowskim separatyści
http://www.nacjonalista.pl/2014/07/09/wolyn-43-pamietamy/

 

[xxiv]http://prawica.net/39503

[xxv]https://www.facebook.com/adam.wielomski.3 wpis anonimowego internauty Katon Najmłodszy dostęp 2014-09-12. Strona FB tego anonimowego internauty jest typowym przykładem prokremlowskiego i proputinowskiego trollingu.

[xxvi]http://marekblaszkowski.salon24.pl/comments/

[xxvii]https://www.youtube.com/watch?v=fCZuPqdCd5I

[xxviii]Np.: Dawid Łasut http://polish.ruvr.ru/2014_09_02/Wielu-Polakow-zyczy-sobie-unormowania-relacji-z-Rosja-9824/

[xxix]https://www.youtube.com/user/Media2000Corp

[xxx]https://www.youtube.com/watch?v=tnA2fEhqq-I&list=TLmqy0naOAB-FdM0LVToIRZTr6dNVm7n8H

[xxxi]https://www.youtube.com/watch?v=8UScaMsr2Uk

[xxxii]http://polish.ruvr.ru/news/2014_09_07/Korwin-Mikke-Polska-powinna-uznac-aneksje-Krymu-2928 /

[xxxiii]Organizatorem tych demonstracji jest Sławomir Andrzej Zakrzewski.

[xxxiv]http://www.psww.com.pl/

[xxxv]Bartosz Bekier o sytuacji w Ukrainie I Noworosji http://xportal.pl/?p=16661

[xxxvi]Castell Manuel, Networks of Outrage and Hope : Social Movements in the Internet Age, UK 2012, Shirky Clay, Here Comes Everybody : How Change Happens When People Come Together. UK 2009,. Na możliwości Internetu w dziedzinie oddziaływania politycznego zwrócono uwagę w okresie arabskiej wiosny, Wywołało to entuzjazm wśród części ekspertów od sieci. Tym bardziej że już wcześniej dostrzegano możliwości społecznego oddziaływania poprzez Internet, jako „alternative politics”, Occupy movement i inne nowe formy prostetu Patrz: Ghonim Wael Revolution 2.0, UK 2012, Hands Joss@ is for Activism : Dissent, Resistance and Rebellion in a Digital Culture, UK 2010, Gerbaudo Paulo, Tweets and the Streets : Social Media and Contemporary Activism, UK 2012

Van Dijk, Jan A.G.M, The Network Society, UK 2012

[xxxvii]Evgeny Morozov (2012), The Net Delusion: The Dark Side of Internet Freedom

[xxxviii]artykuł „Przestańcie popierać Ukrainę”,

[xxxix]http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/prof-bronislaw-lagowski-rusofobia-to-jest-obecnie-ideologia-panstwowa/51vhw

[xl]http://wyborcza.pl/1,75968,16529003,Polska__Rus_i_racja_stanu.html

[xli]http://www.economist.com/news/europe/21646756-europe-belatedly-waking-up-russias-information-warfare-aux-armes-journalistes

 

 

[xlii]Taylor Astra, The People’s Platform : Taking Back Power and Culture in the Digital Age UK 2014 autorka analizuje upadek poważnego dziennikarstwa, które nazywa churnalism. Zjawisko, na które ten raport wskazuje w Polsce, ma szerszy charakter i obserwowane jest również, gdzie indziej.

„Nocne wilki” czyli na prowokacje należy reagować szybciej

Sprawa „nocnych wilków”, którzy mieli odbyć rajd motocyklowy, była jedną z intensywnie dyskutowanych kwestii w polskich mediach ostatnich tygodni. Rząd nie reagował, więc dyskusja stawała się coraz gorętsza. Już sam fakt, że sprawa była tak głośna budził rozliczne kontrowersje.
Byli tacy, którzy twierdzili, że najlepiej byłoby o sprawie milczeć, wtedy rajd „wilków” spokojnie by sobie przez Polskę przyjechał i byłoby po wszystkim. Padały nawet sformułowania cóż to za państwo, które czułoby się zagrożone przez kilkudziesięciu motocyklistów”.
Znaczna część opinii publicznej była przeciwnego zdania uważając, że zapowiadana jest gigantyczna prowokacja. Mówiono i pisano, że dojść może to rozlicznych awantur, zarówno ze strony samych „wilków” jak i tych wszystkim, którym „Wilki” się nie podobają. Milczeć więc o sprawie się nie dawało, ponieważ wilki wpuścić bez specjalnego szumu, i w ten sposób je zlekceważyć nie było sposobu.
Liczna była też grupa tych, którzy najzwyczajniej sądzili, że przejazd przez Polskę kolumny osobników z symboliką nie tylko rosyjską ale i sowiecką byłoby czymś wysoce niestosownym. „Wilki” trzeba dodać to jest zwykły gang motocyklowy, ale grupa bliskich przyjaciół Putina z którymi lubi się on fotografować jak również zbrojna banda biorąca udział w wojnie w Donbasie.
Wpuszczać więc „Wilki” czy nie wpuszczać”? Pytanie to ekscytowało dużo część Polski i całymi godziny debatowano o tym na najrozmaistszcyh internetowych forach.
Choć prowokacji spodziewano się w Polsce, ostatecznym celem „Nocnych wilków” miał być Berlin. Niemcy mieli więc w całej sprawie również coś do powiedzenia. Zwracano uwagę, że gdyby Niemcy odmówili wjazdu to powstałaby co najmniej dziwna sytuacja, w której „wilki” szalały by po Polsce, nie mogąc dotrzeć właściwego celu podróży.
Strona niemiecka najpierw zabroniła grupie motocyklistów wjazdu do Berlina, dopatrując się w tym niezarejestrowanej a więc nielegalnej demonstracji. Na koniec nie dano „wilkom” schengenowskich wiz, co było wynikiem zgodnego działania trzech rządów Polski, Niemiec i Czech.
Najbardziej zdumiewający był końcowy epizod całej historii. Na polsko-białouskiej granicy w Terespolu spotkały się dwie grupy, aby witać mających przybyć do Polski putinowskich bikerów. Jedną grupą byli polscy motocykliści z „komandorem” Węgrzynem na czele, a drugą działacze proputinowskiej partii „Zmiana”. „Wilków” nie wpuszczono, ale doszło jednak do ostrej kontrowersji, kto ma większe prawo witać przyjaciół Putina. Przedstawiciel partii „Zmiana” stwierdził podczas tej sprzeczki, że „Wilki” przyjeżdżają do Polski na jej zaproszenie, o czym dotychczas nie było wiadomo. Argument ciekawy, bowiem uprzednio cały czas głoszono, że impreza „wilków” nie ma charakteru politycznego i nie chodzi w niej o nic więcej jak tylko o uczczenie rocznicy zwycięstwa.
Należy zadać sobie pytanie, jaki cel stawiały sobie „wilki”, skoro należy przypuszczać, że ich cele były inne niż deklarowane. Na czym polegać miała prowokacja, o którą ich podejrzewano? Niektórzy opatrywali w „wilkach” awangardę „zielonych ludzików”. To jednak była przesada. Jak się wydaje, chodziło właśnie o ten szum medialny. „Wilki” miały przejechać, demonstracyjnie prezentując swoje rosyjsko-sowieckie emblematy, jednocześnie z otwartą hipokryzją odwiedzając miejsca-symbole polskiego patriotyzmu. Polacy mieli to wszystko grzecznie strawić, jednocześnie piekląc się i podnosząc wrzawę medialną. „Wilki” zaś, tak jak już mówiły powtarzały by, że „każdy Polak, który przeciw nim występuje, to ten sam, który był strażnikiem żydowskich gett”. Poddane takiej próbie, społeczeństwo miało być podzielone, a po wyjeździe „wilków” przeżywać solidnego kaca. Wszystko to miało zdarzać się dzięki rozemocjonowanym mediom, choć motocykle „wilków” miały być jak najbardziej realne.
Pouczające w najwyższym stopniu jest to, że gdy „Wilków” nie wpuszczono, sprawa niemal natychmiast przycichła, a nawet więcej znikła. „Wilki” co prawda odgrażały się, że jeszcze spróbują wjechać, ale nic z tego poważnego nie wynikło i był to tylko kundli skowyt. Zaprotestowała tylko na chwilę Moskwa, oświadczając oficjalnie że niepuszczenie „wilków” to dowód pogorszenia się polsko-rosyjskich stosunków. Moskwa potwierdziła tylko w ten sposób tezę tych, którzy twierdzili od samego początku, że nie chodziło o niewinny rajd motocyklowy, a o zaplanowane posunięcie propagandowe, które tym razem w dużym stopniu udaremniono.
Jaki wniosek należy wyciągnąć z całej tej historii? Paradoksalnie rację w sporze o wilków miały obie strony. Mieli ją ci, którzy twierdzili, że wokół „Nocnych wilków” za dużo było gadania ale też ci, którzy wołali i apelowali głośno by „wilków” nie wpuszczać. Okazało się jednak, że najlepszym sposobem, aby owo gadanie ukrócić nie jest nawoływanie do milczenie, ale jednoznaczna decyzja aby przyjaciół Putina nie wpuszczać. Aby nie prowadzić zbędnych dyskusji, trzeba więc przede wszystkim podejmować szybkie i zdecydowane decyzje. Na prowokacje należy reagować błyskawicznie i zdecydowanie. Tego w całej sprawie zabrakło, choć ma ona swój happy-end.

Jurgen Roth contra nagrania, trolle i rozsądek

Wydarzeniem wielkiej polityki jest dziś wizyta prezydenta Komorowskiego w Kijowie. Jest też mała i niska polityka. I ta też ma swoje głośne wydarzenia. Dziennikarz Jurgen Roth publikuje w Niemczech książkę, w której twierdzi, że do Tupolewa prezydenta Kaczyńskiego bombę podłożył generał FSB. Roth jest planktonem dziennikarskim i utrzymuje się z publikowania sensacji. Czasem wychodzi mu to nie najlepiej i przegrywa sądowe procesy za nadmiar zmyśleń. Tym razem usiłuje twierdzić, że owe sensacje ma wprost od niemieckiego wywiadu, tylko że ów wywiad temu natychmiast zaprzecza.
W niczym nie przeszkadza to ogłosić polskim zwolennikom smoleńskiego zamachu, że mamy wreszcie pewny jego dowód. Jeśli ktoś z Zachodu tak twierdzi, to ma być to gwarantem wiarygodności. To że wywiad niemiecki zaprzecza to oczywiste, bowiem wywiady zawsze zaprzeczają, więc owo zaprzeczenie w myśl logiki paradoksalnej jest nawet prawie jak potwierdzenie.
Nie jest jest jednak wiadome, czy bombę na pokład samolotu wniósł generał FSB czy też Jurgen Roth o tej bombie dowiedział się od oficera FSB być może jedynie trochę niższego rangą albo nie do końca wiedział skąd pochodzą materiały, które dostały mu się w ręce.
Opowieść Rohta zderza się z inną, wprost przeciwną opowieścią, jaka pojawiła w ostatnich dniach. Otóż wedle nasłuchu kabiny Tupolewa, miał być w niej polski generał, którzy przymuszał pilotów do lądowania. I owej szarży lotniczej towarzyszyć miał alkohol. Ta wersja wydarzeń dawała by zwycięstwo tym, którzy chcieliby całkowicie i ostatecznie pognębić zwolenników wiary smoleńskiej. To jednak nie może się udać, bowiem zeznanie jest przeciw zeznaniu. Roth przeciw nagraniom, a nie bardzo przecież wiadomo skąd się wzięły i dlaczego właśnie teraz w środku kampanii wyborczej i po tym jak spór o przyczyny katastrofy nieco zbladł i przycichł. Nadal więc nic nie wiadomo, jeśli tylko snuć wielostronne podejrzenia a nie posługiwać się zdrowym rozsądkiem.
W każdym razie Moskwa jest gotowa rzucić podejrzenie nawet na samą siebie, aby tylko nie dopuścić, by emocje w Polsce dotyczące katastrofy opadły. Roth musiał swoją książkę pisać co najmniej kilka miesięcy, ale nagranie można byłoby dostarczyć w trymiga. Pojawienie się tych dwóch opowieści równolegle zapewnia Moskwie, że spór smoleński rozgorzeje emocje przynajmniej na chwilę na nowo. To oczywiście również są spekulacje.
Ciekawe są przy tym zachowania moskiewskiego trollingu w polskiej sieci. Jedne trolle twierdzą zawzięcie, że pisule to świry, bowim to absurd aby Putin poważył się dokonać zamachu i wszystko im wyjaśnia alkohol na pokładzie i nagrania. Inne trolle nie mniej zawzięcie upowszechniają wersję, że Roth to nie tylko sensacja ale i sama prawda. I oto te same cyberludki, które publikowały karykatury kanclerz Merkel teraz twierdzą, że jak Niemiec coś powie, to już jest stuprocentowo pewne.
Polska jest podzielona, więc każda z tych wersji trafia do odpowiedniego obozu. Obozy te zresztą już istnieją, a kremlowski trolling ma jedynie za zadanie podgrzać tak atmosferę, aby Polacy rzucali się sobie rzucać do gardła.
Działania trolli w takiej atmosferze nawet się nie zauważy nawet, jeśli się będzie powtarzało to co wrzucają do Internetu. Każy ma trolla, któremu gotów jest wierzyć. Są trolle chętnie wysłuchiwane przez pisiorów i takie co trafiają do platfusów.
I to jest dziś cel kremlowskiej propagandy. Jej celem nie jest przekonywanie do czegokolwiek, lecz jedynie wprowadzanie zamieszania. Kremlowscy spece nazywają to dezinformacją, która kończyć się ma dezintegracją publicznego dyskursu. Trochę uczenie powiedziane, ale owi naukowcy od dezintegracji i propagandy są nie tylko dobrymi praktykami, ale i teoretykami i tak to sobie teoretycznie i praktycznie planują.
Więc ostatecznie jak było? Nie wiemy. Z całą jednak pewnością specjalny wydział sprawy smoleńskiej na Łubiance opija dziś swoje starannie zaplanowane albo też całkowicie przypadkowe zwycięstwo.
A w rocznicę tragicznej katastrofy Polacy zamiast czcić ofiary będę się kłócić o jakieś nagrania i publikacje  dziennikarskie. W taki właśnie sposób zdrowy rozsądek w każdym z nas doznaje poniżenia. Chyba, że ktoś zechce się nim posłużyć.

Afera taśmowa: kelnerzy, medialna papka i otwarte pytania

Miało być sensacyjnie, a na razie skończyło się na dosyć niemrawej sesji w sejmie. Wylewano tam najrozmaitsze żale do rządu (azoty, gazoport) i pokrzykując „Tusku musisz odejść”, nie umiano jednak zadawać konkretnych pytań w sprawie będącej zasadniczym przedmiotem debaty,  jaką były podsłuchy wysokich urzędników państwowych. Opozycja popisała się w ten sposób nieudolnością dążąc obalenia rządu zaraz i natychmiast, zamiast wykazać się dbałością o sprawy państwa i zbierać punkty na następne wybory parlamentarne. Popisał się w tej debacie w sposób szczególny poseł Szczerski, który oświadczył członkom rządu RP „jesteście tu obcy”. Premier, wobec takiej nieporadności opozycji, dał sobie w tej sytuacji stosunkowo łatwo radę.

Trudne pytania jednak pozostały. Dotyczą one bezpieczeństwa naszego państwa, które ma być chronione między innymi przez odpowiednie służby. Wiem, że jako zwykły obywatel nie mogę wiedzieć o tym zbyt wiele, bowiem obowiązuje w tej mierze duża doza tajności. Chciałbym jednak mieć przekonanie, że mieć nasze ABW i pokrewne agencje za coś w rodzaju MI5, FBI czy CIA, a nie za żałosnych i skłóconych amatorów. Jeśli zaś wysokich urzędników państwa podsłuchiwać może przez dłuższy czas paru kelnerów, a minister spraw wewnętrznych dowiaduje się o tym z gazety i sam jest podsłuchiwany, to wszystko to zakrawa na tragifarsę o dość ponurej wymowie. Media zrobiły i robią z tego wszystkiego dość beztrosko sensację, dlatego też afera taśmowa jest też niewątpliwie aferą medialną wytwarzając wokół atmosferę, jaka panuje w maglu.  Treść samych podsłuchów nie ujawniła jednak tak wiele (przede wszystkim brak dobrego wychowania, gdy chodzi o kulturę jezyka, co łączy jak się okazuje polityków z ogółem społeczeństwa), natomiast sam fakt takich działań i to jak dalece i łatwo można tym spowodować niepokój w całym państwie stanowi istotę taśmowej afery.

Premier Tusk z jednej strony dramatyzuje nieco aferę, aby nie zarzucono mu, że sprawę lekceważy, z drugiej zaś czyni aluzję do jakiś trzecich czynników (pod czym powszechnie domyślać się będzie Moskwy), za co spotyka go oskarżenie o odsuwanie od siebie odpowiedzialności. Z tego jednak nie dowiadujemy się wiele.

Ważnym newsem wczorajszego dnia było zatrzymanie biznesmena podejrzanego o współudział w sprawie podsłuchów. Ponadto ów biznesmen podejrzewany jest o nie dość legalny handel węglem  polegający na sprowadzania z pominięciem legalnych procedur tańszego węgla z Rosji i odsprzedawania go drożej jako już rzekomo polskiego węgla. Nie chodzi o parę wagonów a o miliony ton, a bohater tej story jest jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. Miał on już trudności prowokowane przez prokuraturę z ową cudowną transformacją węgla rosyjskiego w polski i motywem jego działania może być chęć obalenia rządu (a przynajmniej zemsty na nim). W ogólnym państwowym zamieszaniu ciemne interesy udałoby się może ukryć. Jak z tego widać, chodzić zaczyna o coś więcej jak tylko spisek kelnerów. Już tylko domysły  prowadzić mogą do hipotetycznego wniosku, że skoro ów biznemen prowadził na taką skalę interesy z Rosją, to może i Rosjanie coś mogli o całej sprawie wiedzieć, tym bardziej, że jest w ich interesie, by swój węgiel do Polski sprzedawać. Nie mówiąc już o tym, że mają też najwyższy i  pilny interes by osłabić Polskę w chwili, gdy odgrywa ona tak dużą rolę w UE w związku z konfliktem unijno-ukraińsko-rosyjskim.

Dodajmy, że jak można doczytać się w internecie,  naczelny „Wprost” – tygodnika publikującego nagrania – mający za sobą znaczącą karierę jako kryminalista, podobno powiązany był też w jakiś sposób z rosyjskim światem przestępczym. Nie jest on tak bardzo izolowany od rosyjskich tajnych służb.

Istnieją więc powody do poważnych spekulacji, czy jest jakieś głębsze drugie dno całej afery i na czym ono może polegać czy też premier Tusk rzuca takie sugestie, aby się lepiej bronić.  Aby się tego dowiedzieć, potrzebuje polskie państwo służb bezpieczeństwa z prawdziwego zdarzenia i ministra spraw wewnętrznych, którym jest więcej niż amatorem, dającym się podsłuchać paru kelnerom (niezależnie od tego na czyich są usługach).

No i dobrze jeszcze byłoby mieć dodatkowo w państwie polskim media, które nie zamieniają wszystkiego, również poważnych spraw, w medialną papkę. Ale byłby to już luksus i o tym można sobie tylko pomarzyć. Skoncentrujmy się na poszukiwaniu polskiego Bonda na stanowisko ministra.

2012 – polskie media w kryzysie

W ramach podsumowań ostatniego roku 2012 nie sposób nie wspomnieć o kryzysie polskich mediów. Rok kończył się fatalnymi zawirowaniami wokół „Rzeczpospolitej” i „Uważam rze”. „Lewica” cieszyła się, że nareszcie publicystów takich jak Wildstein i Ziemkiewicz ma już z głowy, nie zważając na to, jak dalece zostały złamane pewne zasady, dotyczące stosunków wydawca-dziennikarze. „Prawica” z kolei bezkrytycznie popiera nie tyle dawną ekipę „Rzeczpospolitą” co Cezarego Gmyza, mimo że istotnie pobił on rekord dziennikarskiej niekompetencji. Jak często u nas w ostatnim czasie, nikt nie wyważał racji, zamiast tego narastał podział na dwa bezkrytyczne i wrogo do siebie nastawione obozy.
Smutna historia „Rzeczpospolitej” nie mogłaby jednak być powodem, by mówić o narastającym głębokim kryzysie polskich mediów. Decyduje o tym co najmniej kilka innych czynników, działających od dłuższego czasu.
Pierwszym w nich jest stan telewizji publicznej. W Wielkiej Brytanii jest ona ostają obiektywizmu i miarą dziennikarskich standardów. W Polsce z uwagi m.in. na brak odpowiedniego prawodawstwa tak nie jest. Każda kolejna ekipa rządowa usiłuje media publiczne zawłaszczyć i nikt nie chce uszanować ich autonomii. Trzeba też koniecznie dodać, że nie ma też dziennikarzy, którzy chcieli by się poczuć jako pełni dystansu komentatorzy a nie agitatorzy tej czy innej opcji politycznej.
Czołowi dziennikarze Tomasz Lis, Jacek Żakowski, Bronisław Wildstein, Rafał Ziemkiewicz, Janina Paradowska, Monika Olejnik robią wrażenie takich właśnie agitotorów. Jacek Żakowski zna tylko jeden gatunek dziennikarski „polityczną homilię”, Monika Olejnik jest organizatorem corridy między zwaśnionymi politykami, Janina Paradowska z miną wielkiego guru umie rozprawiać jedynie o konfliktach personalnych i notowaniach partii politycznych, Bronisław Wildstein walczy z salonem a Rafał Ziemkiewicz, pióro utalentowane, zabawia się w political fiction. Nikt jednak w poważny sposób nie pisze o sprawach kraju, nie pomaga zrozumieć przed jakimi dylematami stoją rządzący i czego można wymagać od opozycji.
W polskie mediach zapomniano już, że mają one pośredniczych między światem polityki a opinią publiczną, dostarczać informacji, pomagać w zrozumieniu zjawisk politycznych. Zapomniano w polskich mediach o szacunku dla odbiorcy. Ten szacunek winien polegać na tym, by zakładać, że to on sam ma sobie wyrobić zdanie i osąd zjawisk politycznych, a nie przyjąć, zaagitowany, zdanie dziennikarza. Dziennikarze robią wrażenie polityków na etatach dziennikarskich.
Media w bardzo poważny sposób przyczyniają się do zjawiska, które nazwano „podziałem na dwie Polski” i pewien z sposób z tego podziału żyją. Póki co nie wywołuje to jakiś dramatycznych skutków, ale czyni naszą opinię publiczną coraz bardzo bezbronną wobec coraz poważniejszych wyzwań, jakie związane są z ogólnoeuropejskim kryzysem gospodarczym. Polska traci polityczny język , w którym opinia publiczna mogłaby się porozumiewać, w którym prowadzony mógłby być dialog. I ta utrata języka widoczna jest w mediach.
W roku 2012 kryzys mediów stawał się coraz bardziej widoczny. Pocieszać może jedynie to, że jest coraz bardziej dostrzegany i coraz więcej osób dostrzega, że dzieje się coś złego. Pocieszać też może, że wiele dyskusji i debat przenieść się może do sieci. Byłoby jednak w chwili obecnej przesadą stwierdzić, że sieć stanowi skuteczną alternatywę dla „spektaklu”, jakim dawać mają telewizja i prasa drukowana. Tym bardziej, że poziom dyskusji w sieci bywa również żenujący. Można tylko mieć nadzieję, że wreszcie większość będzie miała dosyć uproszczeń i wyzwisk i pomówień. I Polacy powrócą do poważnego dialogu. I tego wszystkim w roku 2013 życzę.

„Rzp” i „Uważam rze” będzie wszystkim brakowało

Niezależnie, czy ktoś zgadzał czy nie zgadzał się z poglądami zespołu Rzp kierowanego przez Pawła Lisickiego i „Uważam rze”, winien być w najwyższym stopniu zaniepokojony tym, jak wydawca p.Hajdarowicz postępuje z tymi tytułami. Wyraźnie wyobraża on sobie, że dziennikarz to pracownik najemny, którego zwalnia się wedle własnego widzimisię. Kultura polskich mediów, i tak dość niska, doznaje następnego poważnego uszczerbku.

Nie zgadzałem się często z publicystyką p.Ziemkiewicz, p.Wildsztajna i środowiska, jakie zgromadził Paweł Lisicki. Drażnili mnie często, uważałem niekiedy, że piszą nonsensy, ale cieszyło mnie, że po prostu są ze swoim niezależnym stanowiskiem. Ich publicystyka przyczynia się do pluralizacji polskich mediów, była ciekawa i pisana z autentyczny zaangażowaniem. Stali się ważnym punktem odniesienia. Mapa polskich mediów rozciągnięta między Rzp a GW, mimo wszystkich mankamentów, była konstrukcją przypominającą zachodnie stosunki. Teraz ta konstrukcja zostaje zwichnięta. Konsekwencje mogą być poważne.

Wbrew oczekiwaniom tych, którzy Rzp i Uważam nie lubili (bo zbyt prawicowe) i mogliby się z tego powodu cieszyć, spektrum polskich mediów przesunie się najpewniej w prawo. Nowych czytelników zyska „Gazeta polska” znacznie bardziej radykalniejsza od Rzp. Zespół Pawła Lisickiego starał się o formułowanie umiarkowanego konserwatywnego stanowiska i ta postawa straci swoją platformę. Upadek Rzp przyczynić się może do silniejszej polaryzacji opinii publicznej.

Paradoksalnie będzie to raczej z korzyścią dla PiS, a utrudniać będzie życie PO. Być może po lewej stronie są osoby wyobrażające sobie, że można się tylko cieszyć, że polityczno-ideowy oponent, jakim była środowisko Rzp-Uważam zniknie. Takie wyobrażeniejednakoparte być może jedynie na mylnym zrozumieniu roli i znaczenia mediów. Tylko w bardzo ograniczonym stopniu mogą być one dla polityków narzędziem wpływu na opinię publiczną. Media to źródło niezależnej informacji dla polityków , niezbędnej dla nich wiedzy o nastrojach społecznych. Usiłowanie wywoerania zewnątrznego wpływu na media, to w istocie przede wszystkim, oszukunie samego siebie. Opinia publiczna i tak znajdzie sposób wyrażania się, a ludzie będą szukali mediów, które im bardziej odpowiadają (bardziej to nie znaczy, że w pełni). Dlatego też upadek Rzp-Uwarzam spowoduje przesunięcie medialnych sympatii części opinii publicznej ku „Gazecie polskiej”.

Co do samego p.Hajdarowicza, to okazuje się on nie mieć żadnego pojęcie o biznesie, jakim jest prasa. Położył już „Przekrój” (przy nakładzie 55 tys. sprzedaż wynosi 18 tys wg publikowanych danych). Trzeba było szczególnego biznesowego wyczucia „prasowego magnata”, aby mieszczański z ducha „Przekrój” dać do redagowania Romanowi Kurkiewiczowi, który zrobił z pisma lewacką agitkę. Teraz p.Hajdarowicz wykańcza Rzp i tygodnik Uważam , który mógł decydować o jego biznesowym sukcesie. Finansowa plajta jest już zaplanowana. Można mieć tylko nadzieję, że jakiś rozsądny wydawca wykupi tytuły prasowe z taką marką, zanim p.Hajdarowicz całkiem je pogrąży.

Skandal, jaki wywołał p.Gmyz i brak profesjonalizmu p.Wróblewskiego były – to trzeba przyznać – trudnym momentem dla wydawcy. Okazał się on jednak jeszcze mniej profesjonalny i nie umiał się z problemem uporać. Istnieje oczywiście nieprzychylne dla niego podejrzenie, że tylko na taką okazję czekał.

Obecna sytuacja Rzp i Uważam musi budzić niepokój tych wszystkich, którzy myślą z troską o stanie polskich mediów, które coraz bardziej psują polską kulturę polityczną, zamiast ją wspomagać. Można mieć tylko nadzieję, że spluralizowana polska opinia publiczna znajdzie miejsca by się spotykać i debatować o sprawach kraju. Zachodzi jednak obecnie pytanie, w jakim stopniu stan owych debat i nastrojów , znajdzie wyraz w polskiej prasie i największych gazetach codziennych. Luka, jaka wytworzyła się wraz z upadkiem Rzp, między „Gazetą Polską” i „Naszym dziennikiem” a GW przyczyniać się będzie do zniekształcania głosu opinii publicznej.

Lektura na zmianę GW i Rzp sprawiała mi satysfakcję, podobnie jak lektura „Polityki” i „Uważam rze”. Wątpię, że podobną satysfakcję będę mógł odczuwać, czytając wzajemne napaści „GW” i „Gazety polskiej”. Moja satysfakcja i osoba nie jest znów tak ważna. Istotniejsze jest, że  takiego oponenta jakim była Rzp i „Uważam rze” najbardziej może zabraknąć liberalnemu rządowi.

Skomplikowane skutki 11 listopada

Obchody 11 listopada mają niespodziewane polityczne efekty. Miały przede wszystkim przyprawić kłopotów PO, tymczasem najbardziej zaniepokojony wydaje się być PiS. Młodzi maszerujący narodowcy i PiS zdają się mieć tego samego wroga – jest nim obecny rząd i III RP. W istocie ich interesy okazują się rozbieżne.
P.Kaczyński, który cierpi na brak sukcesu politycznego, z przestrachem myśli, że odpadną mu jeszcze 2-3% poparcia, jeśli skrajniejsza od niego prawica jakoś się ukonstytuuje. Z kolei młodzi narodowcy oszołomieni sukcesem, że udaje się raz do roku zebrać 10-20 tys.ludzi, mają p.Kaczyńskiego za wiecznego nieudacznika i „ciepłe kluchy” i chcieli by już pokazać, że są dorośli. P.Kaczyński może być tym bardziej zaniepokojony, że mimo wczesnojesiennej ofensywy, która na chwilę przydała mu popularności, popularność PiS znów spada, na stały poziom trochę ponad 20%. Jakby z tego p.Winnicki uszczknął 2-3% to mogłoby to być pewnego dnia poniżej 20%, a to już wyglądałoby fatalnie.
P.Kaczyński jest nieustannie przekonywujący dla już do niego przekonanych i nie potrafi wyjść poza ten krąg. Stara się od czasu do pokazać uśmiechniętą twarz, która zdobywać ma dla niego sympatię wyborców bliżej centrum, ale zaraz po tym wraca mu grymas a la Macierewicz. Nawet zabiegi w Brukseli o większy dla Polski budżet traktuje nie jako akt solidarności z rządem, ale jako konkurowanie z nim. Ogłasza, że jego sojusznikiem jest Brytyjczyk Cameron, kiedy powszechnie wiadomo, że polskie i brytyjskie interesy są obecnie rozbieżne. Deklaruje pomoc rządowi a istocie przeszkadza.
Przywódca Wszechpolaków p.Winnicki nie ma nic do powiedzenia prócz wykrzykiwania „naród, naród, narodowo i jeszcze raz narodowo”. Robi wrażenie dość kulturalnego przedszkolaka, nie panuje jednak wyraźnie nad żywiołem podgolonych głów, z których rekrutują się głównie jego szeregi a jeszcze bardziej szeregi sprzymierzonego ONR.
Tak więc paradoksalnie Marsz Niepodległości działa na korzyść PO, ponieważ wnosi zamieszanie w szeregi jej prawicowych oponentów. Ten sukces jednak przyprawia niektórych polityków PO o zawrót głowy. Zamiast się z niego skrycie cieszyć, zaczynają mówić o delegalizacji MW. Jeszcze głośniej mówi o tym SLD i wieczny celebryta Palikot. Ten ostatni ma nareszcie nowy temat, z którym może się pokazać, gdy większością swoich poprzednich akcji publiczność raczej znudził.
Czy kto lubi MW i ONR czy nie (ja zdecydowanie nie) sam pomysł delegalizacji tych ugrupowań uważam za nieprzemyślany i głęboko sprzeczny z zasadami demokratycznego życia. Demokracja polega przede wszystkim na ciągłej publicznej debacie. Wykluczanie z niej kogoś może nastąpić tylko w skrajnym wypadku. Demokracja niemiecka żyje jakoś z NPD, choć z pewnością NPD jest znacznie gorsze ONR i MW a samo porównanie jest dosyć nonsensowne.
Zarówno PO jak PiS winne są same narastaniu młodzieżowych politycznych marginesów, ponieważ nie robią w zasadzie nic, by polityczne pasje młodszego pokolenia (które z natury nie muszą być najmądrzejsze) jakoś dla wspólnego dobra spożytkować. Młodzież zainteresowaną polityką zostawiono samą sobie. Zamiast więc delegalizować trzeba rozmawiać i dyskutować. Brakowi takiej dyskusji winne są – trzeba niezbędnie dodać – nie tylko politycy ale także media. Obraz rzekomej masowej konfrontacji „faszystów” z „antyfaszystami” jest produktem medialnym, mało ma natomiast w Polsce wspólnego z rzeczywistością.
Innym ciekawym efektem sukcesu marszu niepodległości, również niebezpiecznym dla p.Kaczyńskiego i PiS, jest intensywniejsze zainteresowanie Prezydenta Komorowskiego polityką historyczną. Dotychczas polityka historyczna byłą niemal monopolem PIS (chociaż działania prezydenta Komorowskiego godne są odnotowania, nie były dostatecznie prezentowane), a same hasło PO mainstream traktował jako podejrzane. Okazało się, że nie można jednak obyć się bez polityki historycznej i że jest ona istotną częścią całości życia politycznego. Zresztą sfera historyczna-symboliczna musi budzić w Polsce najwyższe zainteresowanie, a zarazem – co zrozumiałe – z powodu tak nowej sytuacji Polski po roku 1989 budzić kontrowersje. Nie może też być na dłuższą metę tak, że Polska ma się dzielić na wielbicieli „Pokłosia” i składających wieńce pod pomnikiem Dmowskiego. To wyzwanie podejmuje właśnie prezydent Komorowski i jeśli zrobi to z odpowiednim rozmachem (nie wystarczy jednego Marszu organizowanego przez Pałac, potrzebne jest wiele systematycznych inicjatyw), to być może zmieni to kształt polskiej, tak dzisiaj spolaryzowanej pamięci.
Sam fakt, że obecny spór polityczny w Polsce osnuty jest właśnie wokół symboli historycznych świadczy nie tylko o tym, że polityka historyczna jest ważna i potrzebna. Świadczy też o stosunkowo dużej stabilności sytuacji w Polsce. Sytuacja gospodarcza nie daje widać powodów do wielkich kontrowersji, skoro główny spór przebiega wokół historycznych symboli, a potencjał istniejącego w każdym kraju niezadowolenia nie daje się inaczej zmobilizować jak wokół kwestii symbolicznych. Większość Polaków, widząc co się dzieje w całej Europie, ceni sobie skromny ale jednak rozwój i postęp i nie wierzy, że przeżywamy gospodarczą katastrofę, z której może Polskę wyratować jedynie opozycja. Duża cześć uczestników Marszu Niepodległości nie chciała najpewniej zmiany polityki gospodarczej, ale demonstrowała swoje przywiązanie do tradycji, którą trzeba i można sobie w Polsce cenić i o której znaczeniu część polityków zapomniała.
Oglądam demonstracje, jakie przeszły burzliwą falą, przez cały niemal stary kontynent, i myślę sobie, że żyjemy w stosunkowo spokojnym kraju. Abyśmy tylko nauczyli się debatować o przeszłości (również z MW i ONR z jednej strony i Krytyką polityczną z drugiej), uczyć się razem dyskutować a nie pokrzykiwać na siebie, a nasza przyszłość uczynimy bezpieczniejszą, chociaż złudzeniem byłoby, że we współczesnym świecie może być ona tak całkiem bezpieczna.

Za co zwolniono Cezarego Gmyza?

Z pewnością nie za jego poglądy. W Rzp drukowano wielokrotnie artykuły zawierające podobne sugestie, jak chociażby Rafała Ziemkiewiczy czy Bronisława Wildsteina. Są to ciekawi i świetnie piszący publiści wciąż obecni  na łamach największego obok GW polskiego dziennika i nic ich obecności tam nie zagraża.

                Cezarego Gmyza zwolniono z tego powodu, że  był nielojalny wobec wydawcy dziennika. Zobowiązał się do podaniu mu (a nie opinii publicznej) źródeł informacji i tego nie uczynił. Okazał się w ten sposób niewiarygodnym. W konsekwencji uprawodopobniło  się również podejrzenie, że jego rewelacje są wyssane z palca.

                Ukrywanie źródeł własnych informacji jest prawem dziennikarza. Nie jest to jednak prawo bez ograniczeń. Redaktor naczelny biorący odpowiedzialność za to, co drukowane jest w gazecie, ma prawo je znać, jak również wydawca ponoszący konsekwencje prawno-finansowe. Z pewnością żaden wydawca ani naczelny nie będzie wnikał we wszystkie kontakty dziennikarza , ani taka kontrola nie byłaby do zaakceptowania. W przypadku jednak artykułu tytułowego na pierwszej stronie jest zrozumiała. Zapytywanym o źródła swych rewelacji o trotylu jest dotychczas jedynie Cezary Gmyz. Nikt nie zadawał pytania Tomaszowi Wróblewskiemu czy  on sam znał źródło Cezarego Gmyza.

             I jeszcze jedna potrzebna uwaga. W dyskusji wokół artykułu p.Gmyza powtarza się pytanie, czy Ci, którzy dzisiaj zarzucają mu nierzetelność, przeproszą go i „odszczekają”,  jeśli za rok lub dwa jego rewelacje okażą się informacjami i zostaną potwierdzone. Trzeba stwierdzić, że pytanie jest niedorzeczne.  Rzetelność informacji jest czymś na dzisiaj. Wiadomość w prasie nie ma być proroctwem i pozbawiona uwiarygodnienia nie jest informacją. Dla przykładu wiadomość „meteoryt o przekroju 100 m  spada na Ziemię”, nie jest prawdziwa, przez to, że być może taki meteoryt spadnie na Ziemię za 10 tys.lat.

                Sugestie, że p.Hajdarowicz ulegał naciskom są nonsensowne. Gdyby mógł zdobyć on pewność, że Cezary Gmyz posiada wiarygodne źródła informacji, Rzp upierała by się przy swoim, nakład by rósł a on – mówiąc już najbanalniej – zarabiał by pieniądze. Byłby to niemal „watergate” i to w międzynarodowej skali. Nikt z takiej szansy pośpiesznie, czy nawet pod wpływem nacisków (tym bardziej, że ci naciskający byliby już w punkcie wyjścia po stronie przegranych) nie rezygnuje. P.Hajdarowicz nie robi też wrażenia  osoby, która przestraszyła by się byle czego.

                P. Hajdarowicz miał więc rację zwalniając Cezarego Gmyza za brak wiarygodności, nie profesjonalizm i oraz brak wiarygodności wobec wydawcy. To są przyczyny jego zwolnienia a nie jego poglądy. Wolność słowa nie została naruszona, a jedynie p.Gmyz jej nadużył naruszając w poważny sposób reguły dziennikarskiej profesji.

                Inna rzecz czy sposób,  w jaki zrobił,  jedynie poprawi  obyczaje  w polskim dziennikarstwie (poprawi w tym względzie, że nierzetelność została ukarana). Brak przynajmniej konsultacji z zespołem powoduje jednak , że nawet w symboliczny sposób nie uszanowano autonomii zespołu dziennikarskiego Rzp. P.Hajdarowicz był oczywiście w prawie zrobić to co zrobił, ale mógł ze swoich uprawnień korzystać w bardziej oględny sposób. Tłumaczy go – po trosze tylko – pośpiech w jakim zmuszony był działać oraz mankamenty polskiego prawa prasowego.

                W tym punkcie trzeba wysłuchać Jarosława Kaczyńskiego. Broni on Cezarego Gmyza, co zrozumiałego, bowiem pospiesznie opierając się na jego rewelacjach, rzucił również jak te rewelacje bezpodstawne oskarżenia, najprawdopodobniej czyniąc szkodę swego obrazowi wśród opinii publicznej. Domaga się on jednocześnie zmiany prawa prasowego tak by chroniło ono lepiej dziennikarzy. Kontekst w jakim to czyni (obrona własnej osoby), nie powinna przesłonić tego, że w tym punkcie prezes Kaczyński ma rację. Pozycja dziennikarza ulega od połowy lat 90-tyc systematycznej degradacji. Dziennikarstwo jest szczególnym zawodem związanym z zobowiązaniami nie tylko wobec pracodawcy ale i opinii publicznej, co winno być związane z jego szczególnymi uprawnieniami pozwalającymi na samodzielność myślenia. W bardzo szczególny sposób sprawa dotyczy tego gatunku dziennikarstwa, jakim jest dziennikarstwo śledcze, niezwykle potrzebne i jednocześnie obdarzonym wielostronnym ryzykiem (zemsty tych, których demaskuje jak i ryzykiem błędu i bycia zmanipulowanym). Dziennikarz śledczy nie może się bać swego wydawcy i musi być w  szczególny sposób chroniony. Musi być jednak szczególnie rzetelny. Na te aspekty dziennikarstwa śledczego zwraca uwagę Janina Jankowska.

Z tym związana winna być pewna autonomia zespołów redakcyjnych (między innymi prawo zatrudniania i zwalniania dziennikarza winien mieć tylko redaktor naczelny), a pozycja redaktora naczelnego wobec wydawcy również w odpowiedni sposób winna być zagwaratowana. Sprawa oczywiście nie jest prosta, bowiem wydawca nie może być „ubezwłasnowolniony” jako właściciel. Dlatego tak dużo zależy w tych sprawach od ukształtowanej w tych sprawach kultury i obyczaju.

Warto więc w chwili obecnej dyskutować o tym co wydarzyło się w Rzp, bynajmniej nie przypisując p.Hajdarowiczowi złych intencji, lecz dyskutując problem ram prawnych, w których przyszło mu działać i w których tkwi całe polskie dziennikarstwo – zarówno wydawcy jak i dziennikarze, zespoły redakcyjne i redaktorzy naczelni.

Janina Jankowskiego, którą niezwykle cenię, napisała że nie będzie już czytała Rzp, zrażona nie tyle samą „aferą trotylową”, co jej skutkami dla dziennikarzy tego dziennika. Mimo, że jest dla mnie znaczącym autorytetem we wszelkich sprawach związanych z dziennikarstwem, Rzp będę czytał, jak czytałem dotychczas (na zmianę z GW) z nadzieją, że przyczyniać się ona będzie do pluralizmu polskich mediów drukowanych tak jak było dotychczas. Ten ważny dziennik znalazł się w trudnej sytuacji, należy jednak sobie życzyć, aby mimo dzisiejszego kryzysu zachował swoją jakże znaczącą pozycję.