Czy Polska może być krajem bez znaczenia?

Odpowiedz „tak” wydaje się niedorzecznością. Polska to dwudziesta co do wielkości gospodarka świata i szósta w Unii Europejskiej, państwo położone w samym środku Europy. Polski głos w Brukseli zdaje się być nie do pominięcia. Polska jest silnie osadzona w stosunkach międzynarodowych i dzięki takim inicjatywom jak „trójkat weimarski” stała się niemal równorzędnym partnerem takich stolic jak Paryż czy Berlin. W dużym stopniu Europa zachodnia zawdzięcza Polsce szybsze zrozumienie agresywnej natury polityki moskiewskiej.
A jednak ! Polityka jest grą bardzo skomplikowaną. Pogorszenie własnej pozycji nie jest zadaniem niewykonalnym. Polityka globalna przeżywa obecnie głęboką ewolucję. Jeszcze dekadę temu nikt nie mógł przypuszczać, że państwa takie jak Turcja czy Ukraina staną znaczącymi aktorami światowej polityki. Dwie dekady temu nikt nie myślał, że Korea Płd będzie potęgą gospodarczą w skali światowej, podobnie nie groziła nam „inwazja” emigrantów z południa, bowiem ludności w Afryce północnej było bez porównania mniej ludności niż w Europie. Świat potrafi zmieniać się bardzo szybko, a w szczególnych wypadkach dla poszczególnych krajów zmiana może być skokowa. Czy coś takiego może wydarzyć się Polsce i to w taki sposób, że Polska straci swoją obecną pozycję? Aby się tak stało muszą być spełnione odpowiednie warunki i trzeba popełnić odpowiednią ilość błędów.
Pierwszym warunkiem jest popsucie sobie stosunków z Niemcami. Zamiast współpracować z Berlinem, można starać się o budowanie w Europie środkowej antyniemieckiego bloku. Można twierdzić (czytając podręczniki dawniejszej historii), że Polska jest wciąż w kleszczach niemiecko-rosyjskich i za wszelką cenę te wyimaginowane kleszcze starać się rozerwać przez budowanie wyimaginowanych projektów takich jak Międzymorze (nie zauważając przy tym, że Partnerstwo Wschodnie było w nowych warunkach jakimś przybliżonym sposobem realizacji właśnie owego „międzymorza”).
Drugim warunkiem osłabienia pozycji Polski jest pokazywanie figi Brukseli. Można to zrobić w najrozmaitszy sposób. Najlepszym sposobem jest łamanie reguł gry, które są ustalone dla całej wspólnoty. Można je przedstawiać jako narzucone. Można twierdzić, że chcemy być członkiem UE, ale jedynie na własnych warunkach. Postępowanie to przypomina członka jakiegoś klubu, który nagle zaczyna twierdzić, że nie zgada się na statut klubu i będzie pisał własny. Klub jest stateczny, nikt dziwaka nie wyrzuca, ale traktowany jest jak półgłupek.
Bardzo dobrym sposobem osłabienia międzynarodowej pozycji Polski jest zawieranie egzotycznych sojuszy, traktowanych jako strategiczne. O taki sojusz można na przykład starać się z Wielką Brytanią, która właśnie debatuje nad wystąpieniem z UE, co związane byłoby z pogorszeniem się sytuacji setek tysięcy mieszkających tam obywateli polskich. Sojusz z Wielką Brytanią można przedstawiać jako alternatywę dla dobrych stosunków z Niemcami i istotnie trudno o to, aby Londyn „zwasalizował” Warszawę, bowiem los Warszawy jest Londynowi dość obojętny.
A propos strategii można też twierdzić, że Polska stanie się strategicznym partnerem Chin i Chiny budują nowy jedwabny szlak tylko po to, by dotarł on do Warszawy.
Można też twierdzić, że główne oparcie (przeciw dekadenckiej i lewackiej Europie) znajdzie Polska w Stanach Zjednoczonych. Tam są twardziele, które nam pomogą i obronią (jak odejdzie Obama). Może nawet wypożyczą nam bombę atomową, abyśmy mogli poczuć się trochę lepiej. Kłopot jest tylko w tym, że psując sobie stosunki z Niemcami traci się punkty w Waszyngtonie. Mając do wyboru Warszawę i Berlin, amerykanie nieomylnie muszą wybrać Berlin, patrząc na polityków z Warszawy jako gości, którzy nic nie rozumieją ze światowej polityki.
Argumenty o sile współczesnej Polski można długo wyliczać. Polska jest krajem o gospodarce jedynie dwukrotnie mniejszej od gospodarki rosyjskiej. Niemcy też gonimy, wystarczy przyjrzeć się byłej NRD. Wreszcie dochód na głowę w Polsce to ponad ¾ Unii Europejskiej a to przecież jest grupa najbogatszych państw świata. Wydaje się więc, że Polska ma zapewnioną istotną pozycje w koncercie państwa europejskich. Okazuje się, że wcale tak nie jest. Pomysłów by Polskę zdegradować jest dzisiaj całe multum.
Można udawać, że jest się takim mocnym, iż stać nas na całkowicie samodzielną politykę. Pozycja i siła danego państwa zależy nie tylko od własnych zasobów, ale w ogromnej mierze od rodzaju i jakości związków z innymi państwami. Nawet jednak USA nie stać na politykę w 100% samodzielną i wiele swoich posunięć muszą staranie negocjować z partnerami. Można jednak twierdzić, że Polskę stać. Sojusz oznacza współzależność. Gdy odrzuca się jedne współzależności, wpada się w inne. Dobrym przykładem jest dumny Węgier Orban. Odwrócił się on plecami do EU i wpadł współzależność od Moskwy. W dzisiejszej Europie jest tylko wybór między Brukselą i Moskwą. Można, będąc nawet w gębie najbardziej antyrosyjskim, popaść w zależność od Putina.
Należy się jednak pocieszyć. Nie będzie najpewniej aż tak źle. Ostateczne ugruntowanie się samodzielności Ukrainy zmieni zasadniczo położenie Polski, czyniąc Polskę krajem w bezpiecznym położeniu w pełni środkowoeuropejskim. Ukraina wspierana przez cały Zachód da sobie radę, przejmując rolę „przedmurza” i obejmując strategiczne pozycje nad Morzem Czarnym. Rosja Putina znajdzie się w głębokim kryzysie i nie zaatakuje Warszawy ani nawet niezdolna będzie do wykorzystania głupoty i dyletantyzmu niektórych nadwiślańskich speców od polityki zagranicznej. Z Berlina, Paryża i Waszyngtonu będzie się leciało prosto do Kijowa, omijając Warszawę pogrążoną w śnie o potędze i odzyskiwaniu „silnej, samodzielnej pozycji” (rzekomo utraconej przez uległość wobec Berlina i Brukseli). Polska będzie mimo wszystkich ekstrawagancji bezpieczną europejską prowincją, budzącą może uśmieszek i lekką kpinę. Może ktoś życzliwy i wspominający dawniejsze czasy powie nawet „przecież oni mieli kiedyś kogoś takiego jak Wałęsa”. Nie będzie się tam jeździć na ważniejsze spotkania międzynarodowe, ale każdą większą konferencję organizowaną przez Warszawę uświetnią zawsze Victor Orban i Milosz Zeman. Można więc być krajem bez znaczenia i nie jest to wcale tak źle. Nie będzie to międzymorze, ale bajoro będzie swojskie.

Reklamy

Nie obronimy się w wojnie psychologicznej, to przegramy starcie militarne

Nasza cywilizacja dostała do ręki nowe narzędzie komunikacyjne – Internet. Jest ono wykorzystywane przez putinowską Rosję w sposób inteligentny, perwersyjnie twórczy i szalenie niebezpieczny. Tu raczej nie chodzi o wojnę informacyjną, bo też informacji jest tam mało. Króluje za to dezinformacja. Uważam, że nie doceniamy strony rosyjskiej.

Każdy kto wejdzie do moskiewskiej księgarni, znajdzie bez trudu duży dział zatytułowany „politologia”. Kłują nas tam w oczy tytuły „Wojna hybrydalna 3.0”, „Wojna informacyjna”, „Wojna psychologiczna”… Wojna psychologiczno-propagandowa jest tam opisana dość precyzyjnie. To znaczy, możemy bez trudu odnaleźć jej scenariusze w codziennej rzeczywistości.

Związek Radziecki dysponował ideologią komunizmu, którą usiłował propagować. Z czasem stało się to szalenie mało przekonujące, ale do końca niemal próbowano starano się przekonywać o „wyższości komunizmu nad kapitalizmem”. Dziś w Rosji mamy do czynienia z innym zjawiskiem, z propagandą skierowaną do wewnątrz, mówiąca o „wielkości Rosji”. Z gruntu szowinistycznej. Niestety, musimy sobie uzmysłowić, że w te bzdury wierzy przeciętny Rosjanin. Nam natomiast nie-Rosjanom funduje się coś zupełnie innego.

Poszczególne kraje atakowane są w taki sposób, by zdezorganizować opinię publiczną za pomocą dezinformacji. To nie ma nic wspólnego z bezpośrednimi, otwarcie wyrażanymi celami polityki rosyjskiej. Chodzi o to, by Polacy nienawidzili Ukraińców, a Ukraińcy nienawidzili Polaków. Chodzi o to, by Niemcy byli podburzeni przeciw polityce Angeli Merkel. Chodzi o to, by poszczególne kraje Europy czuły się zagrożone islamem. W Niemczech będzie to hasło antyfaszyzmu, bo jest ono związane z wojną, a u nas będzie chodziło o banderowców. Inaczej będzie to wyglądało w Słowacji, a inaczej – w Czechach.

Po drugiej, rosyjskiej stronie internetowego kabla siedzą psycholodzy, historycy i socjolodzy. Zastanawiają się oni, jak wewnętrznie skłócać oponentów w krajach będących przedmiotem ataku. A zatem, nie jest to żadna propaganda.

Internet stworzył zupełnie nowe relacje w stosunkach społecznych. Na początku to była zabawa, wymyślona w garażu przez kilku hipisów. Tak jak Gutenberg drukując klockami pierwsze strony Biblii, nie zdawał sobie sprawy, że dokonuje rewolucji, tak pojawienie się Internetu niesie z sobą nieprawdopodobne skutki cywilizacyjne, których nie potrafiliśmy przewidzieć.

Dzięki Internetowi można trafić do kraju-oponenta, do każdego domu i każdego mieszkańca. Co przedtem nie było możliwe. Przed atakiem następuje rozpoznanie słabych punktów opinii publicznej, miejsc gdzie najłatwiej i najboleśniej można ją zdezorganizować. Potem wystarczy założyć fałszywe portale, zorganizować trolli i liczyć na naturalny idiotyzm sporej części społeczeństwa. Użyteczni kretyni powtórzą najgłupszą informację. Nie zdając sobie z tego sprawy, będą pełnić funkcję broni dywersyjnej.

W fachowej literaturze rosyjskiej znajdziemy, często powtarzane hasło „prawo-lewo”. Chodzi o to by podburzyć wszelkie marginesy. W Polsce są wspierani narodowcy oraz wszelkie elementy postkomunistyczne. To dla rosyjskiego ataku wszystko jedno. Pamiętajmy, że celem jest zdezorganizowanie opinii publicznej. A kogo można najłatwiej podburzyć? Motłoch! Tak nazywa najsłabsze ogniwo społeczne Hannah Arendt. Chodzi o to, by motłoch, ze swą głupotą i agresywnością, znalazł się w centrum opinii publicznej.

Europa, wedle założeń Moskwy, jest dekadencka i dlatego ma upaść. Jeżeli podburzy się motłoch i głupotę, to Europa unijna, demokratycznych i wolnych społeczeństw (pojęcia puste dla moskiewskich czynowników) upadnie. Jednak, mimo, że Moskwa chce mobilizować z hołotą, narzędzi do sterowania nią używa zaiste subtelnych.

Można namówić idiotę, ślęczącego po nocach przed laptopem, by pojechał do Doniecka. Tak jak islamiści skutecznie namawiają młode Europejski, by rzuciły wszystko i wyjechały do Iraku. Dlaczego? Bo działa „digital density” – gęstość środowiska internetowego. Jeśli wchodzę do Internetu, bo zainteresowałem się Wołyniem, to choćbym nie wiem co zrobił, zawsze trafię na strony, które będą mnie przekonywać, że Ukraińcy nigdy nie przeproszą, a my nigdy nie wybaczymy.

To niestety działa, bo jest dobrze zrobione. Do pewnego stopnia, wobec takiej agresji, jesteśmy bezbronni.

A zatem, nie sama analiza tej wojny psychologicznej, jest najistotniejsza. Najważniejsze jest to, że nie opanowaliśmy narzędzia, jakim jest Internet. Wciąż za mało o nim wiemy. Internet jest całkowicie nowym i szalenie niebezpiecznym narzędziem. Początkowo był utopią powszechnej komunikacji. Dziś stał się sferą bezlitosnej i niebezpiecznej gry.

Wygrana wojna psychologiczna kończy się agresją militarną. To nie dzieje się „zamiast”. Celem wojny psychologicznej jest przygotowanie do agresji militarnej. Jeżeli zatem dostrzegamy natężenie działań dezinformacyjnych, to powinniśmy się zastanawiać czy niebem nie pójdzie za nimi tradycyjny atak. Na Ukrainie nie było dalszej agresji, bo Rosja przegrała wojnę propagandową.

Dziś mamy do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją, bo cała Europa podminowana jest problemem uchodźców. I to jest główny cel zmasowanego ataku. Doskonale przeprowadzono akcję dezinformacyjną, przekonującą, że w Szwecji muzułmanie gwałcą kobiety. Pozakładano „fake’owe” strony po angielsku. A informacje stamtąd błyskawicznie podchwyciły polskie portale. Efekt jest taki, że na Nowym Świecie spotykam dżentelmena, który oczywiście nie ma nic przeciw uchodźcom, ale… przecież oni gwałcą!

Lecz cała ta konstrukcja opiera się nie na tym, że oni są tacy sprytni. To, niestety my jesteśmy tacy głupi. Ten przekaz odwołuje się wszakże do tego, co gdzieś tam jest uśpione w naszych głowach.

Jedyną możliwą obroną jest mobilizacja intelektualna dla stworzenia przestrzeni publicznej, która w taki hybrydowy sposób nie może być atakowana. Jeżeli nie obronimy się w wojnie psychologicznej, przegramy również starcie militarne.

Tekst drukowany w „Para Bellum.Niezależnym Magazynie Strategicznym”.

 

Marsz nacjonalistów to teraz problem dla PiS

Na  marsz „niepodległości” a właściwie nacjonalistów należy patrzeć w kontekście nowej sytuacji politycznej. Dawniejsze marsze skierowane były przeciw rządom PO. Tego rządu już teraz nie ma. Z dużym prawdopodobieństwem duża część uczestników marszu to także wyborcy PiS, choć ci bardziej zradykalizowani i o bardziej nacjonalistycznym nastawieniu. Poparli PiS, uwiedzenie po trosze antyliberalną retoryką i chęcią obalenia PO. Ich koledzy o bardzo podobnych poglądach głosowali jednak na Kukiz’15, gdzie odnajdywali znajome postawie z ugrupowań nacjonalistycznych.

PiS wiele naobiecywał, z czego jeśli nie zawali budżetu państwa nie będzie się mógł wywiązać w szerszym zakresie. Z prawicy już rozpoczął się atak na rynkowo nastawionych ministrów od gospodarki i finansów ministrów nowego rządu (zanim jeszcze rozpoczęli urzędować). PiS wbrew stereotypom upowszechnianym przez GW nie jest w całości endecki. Jest raczej podzielony na „endeków” i „piłsudczyków” (o ile te archaiczne określenia coś znaczą). I PiS może mieć kłopot ze swoimi endekami. jeśli zacznie ich przyciągać Kukuz’15, gdzie zainstalowały się ugrupowania skrajnie nacjonalsityczne.

Efektem takiego procesu może być powstanie w Polsce sytuacji podobnej do węgierskiej, gdzie Fidesz znajduje się pod naciskiem skrajnej prawicy, jakim jest partia Jobbik (jej powiązania z Moskwą i duginizmem nie ulegają wątpliwości).
Do roli „polskiego Jobbiku”  doskonale nadaje się partia Kukiz’15 (a moskiewski trolling będzie temu pomagał, co jak wydaje już czyni). Łatwo o uzasadnienie.
– ideologia Kukiz’15 jest mętna, antysystemowa, trafiająca najlepiej do młodego i mało wykształconego odbiorcy (np. w zakładach karnych partia zyskała znaczącą większość tamtejszych głosów).
– Już dzisiaj środowisko to jest antyukraińskie i anty-EU z ogólnikowym hasłem walki z systemem
– Jest w niej grupa „narodowców”, którą posiada już kontakty z Jobbikiem.
– Potencjalny zwolennik Kukiz’15 to człowiek młody (w przedziale wieku 18-25), a a więc często bezrefleksyjnie używający internetu i poddatny na wpływ. Może on być „wdzięcznym obiektem” działań trollingowych.
Ataki (hejtując) na  PiS mogą odciągać  bardziej prawicowego wyborcy od tej partii.  Slogany takiej krytyki są już dzisiaj widoczne – „niedotrzymywania przez PiS” obietnic wyborczych, a przez twierdzenie, że jest taki sam jak PO czyli jest częścią „systemu”. Przegrana PO prezentowana jest jako tylko pierwszy etap walki, a drugim etapem ma być usunięcie drugiego filaru systemu jakim jest PiS.
Tegoroczny marsz nacjonalistów to więc pierwsza próba sił między PiS a opozycją z prawa.

Jurgen Roth contra nagrania, trolle i rozsądek

Wydarzeniem wielkiej polityki jest dziś wizyta prezydenta Komorowskiego w Kijowie. Jest też mała i niska polityka. I ta też ma swoje głośne wydarzenia. Dziennikarz Jurgen Roth publikuje w Niemczech książkę, w której twierdzi, że do Tupolewa prezydenta Kaczyńskiego bombę podłożył generał FSB. Roth jest planktonem dziennikarskim i utrzymuje się z publikowania sensacji. Czasem wychodzi mu to nie najlepiej i przegrywa sądowe procesy za nadmiar zmyśleń. Tym razem usiłuje twierdzić, że owe sensacje ma wprost od niemieckiego wywiadu, tylko że ów wywiad temu natychmiast zaprzecza.
W niczym nie przeszkadza to ogłosić polskim zwolennikom smoleńskiego zamachu, że mamy wreszcie pewny jego dowód. Jeśli ktoś z Zachodu tak twierdzi, to ma być to gwarantem wiarygodności. To że wywiad niemiecki zaprzecza to oczywiste, bowiem wywiady zawsze zaprzeczają, więc owo zaprzeczenie w myśl logiki paradoksalnej jest nawet prawie jak potwierdzenie.
Nie jest jest jednak wiadome, czy bombę na pokład samolotu wniósł generał FSB czy też Jurgen Roth o tej bombie dowiedział się od oficera FSB być może jedynie trochę niższego rangą albo nie do końca wiedział skąd pochodzą materiały, które dostały mu się w ręce.
Opowieść Rohta zderza się z inną, wprost przeciwną opowieścią, jaka pojawiła w ostatnich dniach. Otóż wedle nasłuchu kabiny Tupolewa, miał być w niej polski generał, którzy przymuszał pilotów do lądowania. I owej szarży lotniczej towarzyszyć miał alkohol. Ta wersja wydarzeń dawała by zwycięstwo tym, którzy chcieliby całkowicie i ostatecznie pognębić zwolenników wiary smoleńskiej. To jednak nie może się udać, bowiem zeznanie jest przeciw zeznaniu. Roth przeciw nagraniom, a nie bardzo przecież wiadomo skąd się wzięły i dlaczego właśnie teraz w środku kampanii wyborczej i po tym jak spór o przyczyny katastrofy nieco zbladł i przycichł. Nadal więc nic nie wiadomo, jeśli tylko snuć wielostronne podejrzenia a nie posługiwać się zdrowym rozsądkiem.
W każdym razie Moskwa jest gotowa rzucić podejrzenie nawet na samą siebie, aby tylko nie dopuścić, by emocje w Polsce dotyczące katastrofy opadły. Roth musiał swoją książkę pisać co najmniej kilka miesięcy, ale nagranie można byłoby dostarczyć w trymiga. Pojawienie się tych dwóch opowieści równolegle zapewnia Moskwie, że spór smoleński rozgorzeje emocje przynajmniej na chwilę na nowo. To oczywiście również są spekulacje.
Ciekawe są przy tym zachowania moskiewskiego trollingu w polskiej sieci. Jedne trolle twierdzą zawzięcie, że pisule to świry, bowim to absurd aby Putin poważył się dokonać zamachu i wszystko im wyjaśnia alkohol na pokładzie i nagrania. Inne trolle nie mniej zawzięcie upowszechniają wersję, że Roth to nie tylko sensacja ale i sama prawda. I oto te same cyberludki, które publikowały karykatury kanclerz Merkel teraz twierdzą, że jak Niemiec coś powie, to już jest stuprocentowo pewne.
Polska jest podzielona, więc każda z tych wersji trafia do odpowiedniego obozu. Obozy te zresztą już istnieją, a kremlowski trolling ma jedynie za zadanie podgrzać tak atmosferę, aby Polacy rzucali się sobie rzucać do gardła.
Działania trolli w takiej atmosferze nawet się nie zauważy nawet, jeśli się będzie powtarzało to co wrzucają do Internetu. Każy ma trolla, któremu gotów jest wierzyć. Są trolle chętnie wysłuchiwane przez pisiorów i takie co trafiają do platfusów.
I to jest dziś cel kremlowskiej propagandy. Jej celem nie jest przekonywanie do czegokolwiek, lecz jedynie wprowadzanie zamieszania. Kremlowscy spece nazywają to dezinformacją, która kończyć się ma dezintegracją publicznego dyskursu. Trochę uczenie powiedziane, ale owi naukowcy od dezintegracji i propagandy są nie tylko dobrymi praktykami, ale i teoretykami i tak to sobie teoretycznie i praktycznie planują.
Więc ostatecznie jak było? Nie wiemy. Z całą jednak pewnością specjalny wydział sprawy smoleńskiej na Łubiance opija dziś swoje starannie zaplanowane albo też całkowicie przypadkowe zwycięstwo.
A w rocznicę tragicznej katastrofy Polacy zamiast czcić ofiary będę się kłócić o jakieś nagrania i publikacje  dziennikarskie. W taki właśnie sposób zdrowy rozsądek w każdym z nas doznaje poniżenia. Chyba, że ktoś zechce się nim posłużyć.

Potwierdził się udział Falangi w nowej prorosyjskiej partii Zmiana

Partia „Zmiana”, współzakładana przez ugrupowanie faszystowskie, nie powinna zostać zarejestrowana przez Sąd.

Potwierdził się udział Falangi w nowej prorosyjskiej partii Zmiana, której zjazd założycielski odbył się w sobotę 21 lutego w sali ZNP w Warszawie. Informowała o tym już sama Falanga na swojej stronie [http://tinyurl.com/ZmianaFalanga]. Prezentujemy zdjęcia ze zjazdu „Zmiany”, na których widać Bartosza Bekiera, Ronalda Laseckiego, Adama Danka i Justynę Wróblewską.

Falanga odwołuje się wprost do spuścizny Bolesława Piaseckiego. Adam Danek, wykładowca Akademii Jezuickiej „Ignatium” w Krakowie [http://tinyurl.com/DanekIgnatium], nie kryje uwielbienia dla faszyzmu w swoich artykułach publikowanych na portalu Falangi – na przykład w artykule „Dlaczego faszyzm” [http://xportal.pl/?p=378]. Najciekawszy jest jednak tekst „Walka z faszyzmem po rosyjsku” [http://xportal.pl/?p=13513], w którym Danek podkreśla w pozytywnym świetle pokrewieństwo komunizmu z faszyzmem i cieszy się z rehabilitacji obu tendencji we współczesnej Rosji. Danek pisze:

„Nie przez przypadek ruchy będące rosyjskimi odpowiednikami europejskich faszystów określają się mianem narodowych bolszewików. W Rosji słowo „faszyzm” zostało skompromitowane, podobnie jak słowo „bolszewizm” w Europie (zwłaszcza Środkowej), zatem potrzebny jest im jego odpowiednik lepiej dopasowany do rodzimego kontekstu historycznego.”

Dalej Danek: „W dzisiejszej Rosji obóz rządowy dokonuje stopniowej rehabilitacji sowieckiego dziedzictwa historycznego[…]. Taka rozumna, stopniowa rehabilitacja wydaje się potrzebna także w innych państwach dawnego bloku wschodniego, zwłaszcza w Polsce”.”

Jednak Danek i jego środowisko przejawiają również fascynację komunizmem, jak wynika z artykułu Danka „Dlaczego Lenin?” [http://xportal.pl/?p=9380], w którym pisze:

„Ludzie prawicy muszą się zastanowić, kto może ich więcej nauczyć. Po jednej stronie stoi Lenin: teoretyk i praktyk polityki, wódz, twórca nowego w dziejach ustroju, który jednak – jak zwrócił uwagę rosyjski myśliciel Aleksandr Dugin – zakonserwował przynajmniej niektóre cechy społeczeństwa tradycyjnego.”

I na tym polega całe niebezpieczeństwo zjawiska „Zmiany” czy innych ruchów podobnego typu w innych krajach, zapatrzonych w Moskwę i dokonujących syntezy komunizmu z faszyzmem. Związki organizacyjne Falangi z rosyjskim środowiskiem Narodowych Bolszewików (NazBoli) Eduarda Limonowa są oczywiste. Wystarczy wspomnieć, że wcześniejsza nazwa portalu „X-portal” to „Nazbol Polska”. Sam Danek to przyznaje: nazewnictwo jest pozorne. Falanga to po prostu faszyści i są współzałożycielami partii Zmiana.

Wniosek o rejestrację partii „Zmiana” został złożony do sądu przez Tomasza Jankowskiego, Mateusza Piskorskiego i Justynę Wróblewską – postać dotychczas mało znana, widoczną na zdjęciu z konferencji. Przypuszczamy, że Justyna Wróblewska [https://www.facebook.com/profile.php?id=100007973295915] jest przedstawicielką środowiska Falangi w gronie założycielskim.

Art. 14 Ustawy z dnia dnia 27 czerwca 1997 r. o partiach politycznych brzmi:

„1. W razie powstania wątpliwości co do zgodności z Konstytucją celów lub zasad działania partii politycznej określonych w statucie, zgodnie z art. 9 ust. 1, lub w programie partii Sąd zawiesza postępowanie, o którym mowa w art. 12, i występuje do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o zbadanie zgodności celów partii politycznej z Konstytucją.
2. Na postanowienie, o którym mowa w ust. 1, zażalenie nie przysługuje.
3. Jeżeli Trybunał Konstytucyjny wyda orzeczenie o sprzeczności celów partii politycznej z Konstytucją, Sąd odmawia wpisu partii do ewidencji.
4. Postanowienie Sądu, o którym mowa w ust. 3, nie podlega zaskarżeniu”.

Art. 256 § 1. Kodeksu Karnego jest jednoznaczny:

„Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”

W związku z udziałem w Partii Zmiana osób jawnie propagujących faszyzm należy oczekiwać, że sąd rejestrowy odmówi zarejestrowania tej organizacji. Apelujemy do naszych czytelników o kierowanie maili lub listów sprzeciwiających się rejestracji ugrupowania i żądających od Sądu Rejestrowego zgodnie z art. 14 Ustawy z dnia 27,06.1997 r. wraz z późniejszymi zmianami wystąpienia do trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o zbadanie zgodności celów „Zmiany” z Konstytucją Rzeczpospolitej Polskiej.

Sąd Okręgowy w Warszawie,
Adres: Al. Solidarności 127
Kod: 00-898
(48)(22) 440-80-00 (centrala)
(48)(22) 440-40-10 (fax)
email: boi@warszawa.so.gov.pl

Sikorski, Schetyna, Kopacz – same wpadki i jeden pozytywny wniosek

Wywiad, w którym Radosław Sikorski, zrelacjonował propozycje Putina złożone w 2008 premierowi Tuskowi podziału Ukrainy, wywołał sensację. Bynajmniej nikt nie może wątpić, że wraz z projektem „Noworosja”, taka prowokacja wobec Polski, chodziła moskiewskiemu przywódcy po głowie. Chodzi przede wszystkim o moment, w jakim wywiad się pojawił. Co to miało znaczyć?

Niewątpliwie wobec niedostatecznie jasnych wypowiedzi premier Kopacz i ministra Schetyny wypowiedz Radosława Sikorskiego odczytać można by, jako rodzaj napomnienia drugiej osoby w państwie danej rządowi – Nie bądźcie tacy beztroscy, patrzcie co ten Putin wyrabia. Gdyby tak odczytano wywiad marszałka Sikorskiego dałoby to asumpt do dyskusji o narastających zagrożeniach ze strony Rosji.

Sprawa okazała się jednak bardziej skomplikowana. Marszałek Sikorski wystąpił w tej sprawie na konferencji prasowej, którą w niezbyt zręczny sposób pospiesznie opuścił. Pani Premier usiłowała go za to upominać niemal jak uczniaka, zapominając przy tym, że w hierarchii władz państwowych stoi niżej od Marszałka Sejmu RP. A na koniec sam Marszałek się ze sprawy wycofał, mówiąc, że w ogóle spotkania między Tuskiem a Putinem nie było. I że rzekomo nie było potwierdził to następnie minister Schetyna.

Trzeba najpierw stwierdzić, że takie spotkanie 8 lutego 2008 odbyło się. Premier Tusk podczas swojej pierwszej w tej roli podróży na Wschód spotkał się na plenarnym spotkaniu z prezydentem Putinem, a następnie z premierem Miedwiediewem. W spotkaniu z Putinem towarzyszył premierowi szef wydziału politycznego Ambasady RP.

Sam fakt, że spotkanie się odbyło nie świadczy jednak o tym, że Putin powiedział to, co relacjonuje Sikorski w swoim wywiadzie. Rzecz w tym, że powtarzano to sobie w kręgu pracowników MSZ od dawna i niemal od chwili, w której miało to mieć miejsce. Relacja Sikorskiego jest więc podwójnie wiarygodna – strona rosyjska w niejednym miejscu wypuszczała ta prowokujące brednie i wieść o tym krążyła również po wizycie premiera Tuska w Moskwie. Do  tego momentu sprawy są dosyć jasne i należałoby dyskutować na temat niebezpiecznych planów Putina.

Polityka wewnętrzna okazała się jednak w Warszawie znacznie ważniejsza od wymogów polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Opozycja zaatakowała Tuska i Sikorskiego za to, że już wówczas treści tej rozmowy nie ujawnił. Wyjaśnienie jednak, dlaczego tak się stało jest dosyć jasne. Nikt by wtedy polskiego premierowi nie uwierzył, bowiem w światowej polityce panowało wciąż przekonanie, że Putin to światły reformator.

Zarzut wobec Donalda Tuska i Radka Sikorskiego może być jednak poważniejszy. Otóż wizyta w Moskwie związana w roku 2008 była wynikiem i sygnałem zwrotu (jak później mówiono resetu), jaki miał się w polskiej polityce dokonać po okresie zdecydowanego ochłodzenia stosunków za czasów rządów PIS. Czy taka wypowiedz Putina nie powinna doprowadzić do większej ostrożności? W kwietniu 2008 roku na szczycie NATO w Bukareszcie Putin odsłania nieco swoje niebezpieczne plany, ale to nie alarmuje jeszcze Zachodu. Mało tego, prezydent Obama, który do władzy dochodzi  na początku 2009 roku, dokonuje również „resetu” w stosunkach z Moskwą po poważnym ochłodzeniu w okresie prezydentury Buscha. Polski reset zostaje za amerykańskim jeszcze wzmocniony, ponieważ trudno Polsce pozostawać samotnym z antyrosyjskim stanowiskiem wśród jakże spolegliwych wówczas wobec Rosji krajów Zachodu.

I kto tutaj ma rację? Z jednej strony trzeba powiedzieć, że późniejszy rozwój wypadków dowiódł przede wszystkim racji tych, którzy upierali się, że Rosja stanowi poważne zagrożenie. Z drugiej jednak strony próba „resetu” nie przyniosła Polsce strat a być może, również z perspektywy czasu okazała się korzystna. Zachód, naiwnie wpatrzony w Putina, sam musiał się przekonać, kim on jest. Polacy usiłując trzymać się w tamtym czasie twardego kursu wobec Moskwy nie zdołali by nikogo przeciągnąć na własną stronę a uchodzili by za niepoprawnych rusofobów. Warszawa odpuściła sobie na pewien czas swoją asertywną podstawę wobec Moskwy, demonstrując swój pragmatyzm, by po latach móc stać się tym bardziej wiarygodna w ostrzeżeniach wobec Moskwy, gdy i Zachód przejrzał trochę na oczy. Polacy mogli wielu na Zachodzie powiedzieć „no i co, czyż nie mieliśmy racji z naszym poglądem na Rosję?”.

Polska jako adwokat Ukrainy w Brukseli miała ogromny wpływ na postawę Unii wobec Rosji. Pedał gazu w polityce wschodniej w swoim czasie odpuszczono, by go we właściwym momencie znów pocisnąć.

Problem tylko w tym, że te – być może nawet przypadkowe zdobycze polskiej polityki zagranicznej na skutek nieodpowiedzialnych sporów wewnętrznych tracimy. O ile PiS-owska opozycja nie bez pewnej racji może się upierać, że premier Tusk był niegdyś naiwny dokonując resetu, to mogłaby to wyrażać w sposób zgodny z dzisiejszym interesem państwa. Podobnie ówczesna „naiwność” rządów PO nie może dzisiaj być powtórzona poprzez politykę „nasza chata skraju”. Minister Schetyna, który oświadcza że nie rozumie o czym była mowa w wywiadzie Sikorskiego w niebezpieczny sposób chowa głowę w piasek, a pani premier musztrując Marszałka zapomina, że nie chodzi o savoir vivre, ale o Wladimira Putina.

Zostaje jeszcze pytanie, dlaczego Radek Sikorski, bynajmniej nie będący znany z nadmiaru pokory, z całej sprawy wycofuje się. Kto od niego tego oczekiwał? Czy jest możliwe,  że uczynił to na skutek niezbyt stosownych uwag pani premier pod jego adresem,  która przecież stanowi jego polityczną konkurencję? Wątpliwe.

Najbardziej prawdopodobne jest, że uczynił to na prośbę Donalda Tuska. Obecnemu przewodniczącemu Unii Europejskiej trudno było odpowiadać dzisiaj na pytania dotyczące treści rozmowy z roku 2008. Reprezentuje on dzisiaj nie tylko Polskę ale cały kontynent.

A pozytywny wniosek z całej tej całodziennej afery wokół nieszczęsnego wywiadu: Marszałek Sikorski swoim wywiadem przypomniał, że z Putinem nie ma żartów. Dodajmy, że to jest również przypadek, bowiem wywiadu udzielał we wrześniu, gdy był jeszcze ministrem spraw zagranicznych a Donald Tusk nie był jeszcze na swoim obecnym stanowisku.

Dobrze jest pamiętać, że polityka jest sprawą skomplikowaną a polityka zagraniczna nie jest dla tych, którzy zajmują się wyłącznie rozgrywkami w polityce wewnętrznej.

Putinowskie „kresy” i pojednanie polsko-ukraińskie

Część portali ze słowem kresy w tytule przestały się już niemal zupełnie troszczyć o spuściznę polskiej kultury na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczpospolitej i II RP, można odnieść wrażenie, że zamieniły się w tubę propagandową moskiewskiego ministra Ławrowa. Dlaczego tak jest warto się zastanowić?

Wzajemne zrozumienie Polaków i Ukraińców jest dziś wielkim zadaniem. Tak jak dokonało się pojednanie polsko-niemieckie, tak ważne dla całej Europy, podobnie trzeba starać o pojednanie polsko-ukraińskie. Trzeba oczywiście pamiętać, że ma ono zupełnie inny kształt i inne uwarunkowania historyczne. Dzięki szerokiemu polskiemu poparciu dla majdanu można mówić o dość powszechnej sympatii dla Polski i Polaków na Ukrainie. Jak ten kapitał można wykorzystać pozostaje jednak sprawą otwartą. Dotychczasowa sytuacja polityczna na Ukrainie uniemożliwiała pełny i nieskrępowany dialog. Ukraińcy byli też zbyt zajęci własnymi sprawami i nimi przytłoczenie, by dialog z Polską postawić w centrum swoich debat publicznych. Ten czas może teraz nadejść wraz z konsolidacją państwa ukraińskiego i miejmy nadzieję pierwszymi postępami reform. Wtedy najpewniej ujawni się wiele trudności po obu stronach we wzajemnym pełniejszym zrozumieniu.

Jak do tego przygotowana jest strona polska? Dość powszechna sympatia dla rewolucji na majdanie może być przesłanką do optymizmu. Rozsądek każe jednak widzieć także ciemniejsze strony. Należy też dostrzegać aktywność Moskwy mającej na celu skłócenie Polaków i Ukraińców. Chodzi nie tylko o schizofreniczną propozycję podziału Ukrainy ze strony rosyjskich nacjonalistów. Moskwa mówiąc wciąż o banderowcach czy faszystach jaki rzekomo dobrali się do władzy w Kijowie upowszechnia te kłamstwa również w Polsce.

Znajduje to szczególne echo wśród części tzw.  środowisk kresowych. Rozsyłanie w internecie wszelkiego typu informacji o rzezi wołyńskiej zintensyfikowało się kolosalnie. Część portali kresowych jest miejscem najbardziej zdecydowanej antyukraińskiej propagandy. Głosi się tam często, że państwo ukraińskie właściwie rozpada się, że wolna Ukraina stanowi groźbę dla Polski, że Ukraina zgłasza pretensje terytorialne wobec Przemyśla i Rzeszowa. Cześć tych komentarzy powtarza niemal dosłownie to co dzisiaj mówi Moskwa. Na dowód tych bzdur przywołuje się czasem angielskojęzyczne strony będące ewidentnie tworem FSB.

Ten stan rzeczy można i trzeba tłumaczyć wpływem agentury moskiewskiej  i planowych działań tego typu w internecie. Internet jest dzisiaj jednym z najistotniejszych terenów wojny propagandowej jaką prowadzi Moskwa. Tłumaczenie takie jest jednak niewystarczające i zawężenie się tylko do niego dobre jest dla wyznawców teorii spiskowych. Niestety istnieją środowiska i wiele osób, których prymitywna antyukraińskość nie potrzebuje żadnych podpowiedzi z zewnątrz.

Najszerszym tłem tego zjawiska jest zupełna nieznajomość kultury i historii Ukrainy. Niestety jest to powszechne nawet wśród osób jak najbardziej j proukraińsko nastawionych. Ukraińcy to co pozytywne mają rzekomo zawdzięczać wyłącznie związkom z Polską. Tam gdzie sięgała granica Rzeczpospolitej to ma być jeszcze Ukraina, dalej ma być już Rosja. Ukraina może i budzi sympatię wśród tak myślących jednak nie ma tym żadnego szacunku dla jej tożsamości.

Węższym choć wciąż dość powszechnym jest pogląd o chłopskim charakterze Ukraińców, co łatwo ześlizguje się w wyobrażenia o Ukraińcach-hajdamakach, okrucieństwie wobec Polaków.

W szczególny sposób dotyczy obrazów rzezi wołyńskiej.  Szczególne  obecne natężenie publikacji o rzezi wołyńskiej, gdy jej rocznica już minęła w roku 2013, musi budzić zastanowienie.  Należy też z całą mocą podkreślić, że pamięć o polskich ofiarach rzezi wołyńskiej winna się przede wszystkim wyrażać w wysiłkach na rzecz pojednania polsko-ukraińskiego. Zmarli potrzebują pokoju a nie nienawiści.

Rozsadnikiem owych stereotypów antyukraińskich  są dziś w Polsce w dużej mierze portale ze słowem Kresy w tytule. Sam termin Kresy jest dość pokraczny i mylący. Jest to też  termin antykwaryczny. Termin został urobiony na dobre w XIX wieku i oznaczał wschodnie rubieże Dawnej Rzeczypospolitej. Wiek XIX urobił legendę polskości na Kresach, która dodajmy była tam wyspowa i zanurzona w masie ludności rusko-ukraińskiej. Po II wojnie kresy to już bardziej dawne ziemie wschodnie II RP. Stalin w tragiczny i zbrodniczy sposób przyczynił się do tego, że „polskich kresów” było coraz mniej. Dzisiaj należy mówić nie o kresach, lecz w kontekście ukraińskim,  o polskiej mniejszościach, która zamieszkuje głównie Podole. Należy też mówić o spuściźnie polskiej kultury, która jest na Ukrainie obecna i którą odziedziczyli Ukraińcy. Zadbać  we właściwy sposób o tą spuściznę można jedynie poprzez dialog z nimi. Są to ważne zadania na teraz i na przyszłość. Narzucają się tutaj w oczywisty sposób analogia z obejmowaniem przez Polskę po II wojnie Ziem Zachodnich i przejmowania dziedzictwa niemieckiego. Nie podoba się nam, i słusznie, jeśli zdarza że Niemcy mówią dziś coś w niestosowny sposób kulturze dawnych wschodnich ziem niemieckich ignorując dialog z Polską i z antpolskim podtekstem. Do podobnej irytacji mają też prawo Ukraińcy, gdy słyszą od Polaków o kresach, ale nie jest to w żaden sposób  powiązane z dialogiem polsko-ukraińskim, a wprost przeciwnie związane jest antyukraińskością.

Dlatego też problematyka kresowa, która abstrahuje od dialogu i pojednania z Ukraińcami to jedynie nieświadoma lub czasem niestety świadoma gra na rzecz Moskwy. Oby nie było tak, że polskie kresy zostaną skojarzone z kresami Putina, bo nie zapomnijmy, że w oczach Moskwy Ukraina to takie „ruskie kresy”.

11 listopada i polska demokracja

11 listopada godziny poranne Wsłuchuję się w wystąpienie prezesa Kaczyńskiego. Słuchając go można odnieść wrażenie, że Polska wciaż jeszcze nie jest krajem niepodległym. Odbieram to jako lekceważenie polskich osiągnięć po roku 1989, a w pewnym stopniu lekceważenie znaczenia jego własnych rządów, gdy był premierem. Prezes Kaczyński wyraźnie chce konkurować 11 listopada już nie z PO, ale z narodowcami. Zabawne jest przy tym, jak nietrafione  okazują się przy tym pomówienia (jeśli ktoś uważa to za zarzut), że PiS i Kaczyński są endekami (ulubiony zarzut lewicy), a teraz musi ścierać się z młodzieżą narodową.

Premier Tusk natomiast bierze udział w Biegu Niepodległości. Dobrze, że lubi sport i że w całej Polskę dzięki jego inicjatywie powstały boiska-orliki. W tym jednak dniu winien się zdobyć na własne wystąpienie, jest przecież z wykształcenia historykiem,  a nie zadawalać się tym co czyni w sprawie 11 listopada prezydent Komorowski. Czekam z niepokojem czy Donald Tusk zejdzie poniżej 55 minut w tym Biegu, lepiej jednak gdyby poświęcił 15 minut na własne wystąpienie w tym dniu.

Niedzieła 10 listopada wieczór. Wbrew tym wszystkim, którym wydaje się, że nasza historia jest nie ważna całe mnóstwo spraw związanych z polską polityką koncentruje się wokół problematyki historycznej. I tak też jest z rocznicą niepodległości 11 listopada. Kolejną rocznicą, która zapowiada się dość gorąco.

Najpierw była trochę lekceważona, bowiem po PRL wszyscy byli zniechęceni do wszelkiego typu oficjałek. Przypomnieli o niej „narodowcy” i ich pierwsze marsze niepodległości stały się zarazem sensacją jak i przedmiotem krytyki. Stały się też dla części skrajnych ugrupowań prawicowych sposobem prezentacji w życiu publicznym. Lewica usiłowała marsz narodowców blokować, okazało się jednak, że największe zagrożenie stanowi on dla PiS, bowiem polskim konserwatystom zdaje się wyrastać na prawicy konkurent, tym bardziej niebezpieczny, że atrakcyjny dla części młodszego pokolenia.

            W tym więc roku mamy o jeszcze jedne obchody więcej i to właśnie o obchody organizowane przez PiS. Rozpoczęły się one już w sobotę mszą w Katedrze warszawskiej. Przed pełną katedrą zgromadził się tłum aż po plac zamkowy, gdzie jednak już tak wielu ludzi nie było. Dla Jarosława Kaczyńskiego, święto niepodległości okazało się przede wszystkim okazją do  mówienia  o katastrofie smoleńskiej. „Przyjdzie i czas na upamiętnienie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżonki i wszystkich, którzy polegli” – powiedział on w przemówieniu przed Pałacem Prezydenckim. Zaapelował aby zjawiać się tam na kolejnych miesięcznicach, nawet przez kilka lat. Można jednak zapytać czy PiS chciałby podtrzymać ten zwyczaj na wypadek wygranych wyborów. Frekwencja na obchodach organizowanych przez PiS zdaje się być wysoka, choć marsz była znacznie mniej liczny niż zeszłoroczny marsz narodowców, który rozpocznie się jutro o 15.00. O 13.15 rozpoczną się przy pomniku Piłsudskiego oficjalne państwowe obchody, których weźmie udział prezydent Bronisław Komorowski. Marszów jednaj będzie więcej (wpłynęło aż 11 wniosków)  a marsz antyfaszystów w dniu 9 listopada na 2 dni przed obchodami też w istocie był wywołany atmosferą obchodów 11 listopada, którą polscy antyfaszyści usiłują interpretować jako nacjonalistyczną.

            Można mieć bardzo różną opinię, jakie świadectwo wydaje ta sytuacja wokół 11 listopada polskiej kulturze politycznej. Z jednej strony smucić może, że nie sposób jej obchodzić radośnie i wspólnie jako święta państwowego. Z drugiej jednak strony ów pluralizm, może trochę nadmierny, świadczy o pluralizmie stanowisk i można podziwiać, jakie zaangażowanie budzi ta rocznica. Dalej jednak zastanawiać się można, ile związanych jest z tym dobrych a ile negatywnych emocji? Czy wielość i różnobarwność prowadzi do społecznego dialogu czy też jest jedynie ślepą konfrontacją?

            Wszystkie te pytania zadaje sobie i także wszystkim tym, którzy te obchody będą śledzić. Byłem już na placu zamkowym i słuchałem Jarosława Kaczyńskiego. Jutro idę na kolejne obchody i chcę zobaczyć jak najwięcej.

            Rano jestem w TVN i polskim radiu po czym ruszam w miasto. Na gorąco chcę moje wrażenie krótko sprawozdawać na twitterze (więc zapraszam chętnych do spontanicznej dyskusji), wieczorem będzie czas na pierwsze refleksje na tej stronie. Warto obserwować obchody 11 listopada zastanawiająć się nad polską demokracją. Zapraszam do dyskusji.