Wojny geografów. Uwagi politologa

ksiazka BrusewitzRec.  Gernot Briesewitz, Raum und Nation in der polnischen Westforschung 1918-1948,  Osnabrück 2014

Polska myśl zachodnia jest odpowiedzią na „Ostforschung” – tak brzmi główna teza obszernej pracy Gernota Briesewitza. Zaznacza on przy tym, że taki kontekst nie może w najmniejszym stopniu relatywizować czy usprawiedliwiać uwikłania niemieckiego Ostforschung w narodowy socjalizm III Rzeszy.

Autor we wnikliwy sposób opisuje ewolucję polskiej myśli zachodniej, pokazując jak reagowała ona na zmieniającą się sytuację polityczną w kolejnych etapach od  odzyskania przed Polskę niepodległości, w 1918 roku, poprzez okres międzywojenny i II wojny aż po czasy objęcia władzy przez władze komunistyczne. Autor nie wyjaśnia wyraziściej tej ostatniej cezury, ale jak się wydaje, wiąże ją  z nadejściem  stalinizacji.  W istocie praca Briesewitza obejmuje dłuższy okres niż tylko lata 1918-1948. W pracy  sięga się  bowiem do prac Wacława Nałkowskiego i Eugeniusz Romera z okresu sprzed I wojny, jak również  dzięki obszernym przypisom można śledzić dzieje myśli zachodniej po roku 1948. Książka jest ciekawym wykładem dziejów koncepcji nie tylko geografii politycznej w Polsce, ale także szerszych wyobrażeń terytorialnych w polskiej myśli politycznej.

Briesewitz uważa terytorium i przestrzeń, o jakiej mówi geografia, za twór wyobrażeń kulturowych,  podobnie jak Anderson mówi o „przeszłości wyobrażonej”, a także używana pokrewnego pojęcia „przestrzeni mentalnej”. Powoduje to, że z dużym dystansem odnosi się do geografii politycznej opartej o założenia obiektywnych czynników, determinujących przynależność danego terytorium do danej wspólnoty politycznej. Dlatego też autor jak najsurowiej osądza niemiecką geografię polityczną II i III Rzeszy, podkreślając, jak dalece konstruowała ona antypolskie stereotypy.

Briesewitz dostrzega zasadniczą różnicę polskiego i niemieckiego dyskursu geografii politycznej przed I wojną światową. W Niemczech silnie zinstytucjonalizowana geografia polityczna wyrażała imperialne ambicje  państwa, pytała o przestrzeń życiową i możliwość ekspansji (z czasem staje to politycznym projektem agresji).  Tymczasem w polskim przypadku  był to dyskurs ruchu narodotwórczego, który usiłował swoje państwo uzyskać i odbudować, mając w tle obraz dawnej przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Po ponad stuletnim braku państwowości i ogromie przemian etnicznych i cywilizacyjnych na tym obszarze, uzgodnienie historycznej mapy z współczesnymi realiami stawało się trudnym problemem. Stwarzało to  szczególny związek kształtującej się polskiej geografii politycznej z geografią symboliczno-historyczną. Jak wiadomo pytanie, jakie terytorium obejmować powinno odradzające się państwo polskie było około roku 1918 wewnątrzpolskim przedmiotem kontrowersji.

Autor omawia spór Nałkowskiego z Romerem, jako jeden z najistotniejszych w dyskusji dotyczących terytorium i położenia Polski poprzedzających odzyskanie niepodległości. Prace czołowych polskich geografów, Wacława Nałkowskiego i Eugeniusza Romera, umieszcza autor w kontekście sporów intelektualnych przełomu XIX i XX wieku. i twórczości Friedricha Ratzela, który powszechnie uważany jest za jednego z głównych twórców geografii politycznej jako dyscypliny naukowej. Postać niemieckiego geografa do dzisiaj wywołuje ożywione spory, dotyczące tego, w jakim stopniu tworzone przez niego pojęcia (Lebensraum, przestrzeń życiowa) współtworzyły później ideologię nazizmu. Spór dotyczy tego, czy pojęcia te zawierały od samych początków treści rozwinięte przez ideologów narodowego socjalizmu, a tacy geografowie uwikłani w nazizm jak Karl Kaushoffer to  bezpośredni spadkobiercy Ratzela. Terminologia używana przez Nałkowskiego i Romera (twór przyrodzony, organizm życiowy), wykazuje jednak podobieństwo i pokrewieństwo do terminologii Ratzela. Skoro więc polscy geografowie używają takich terminów, to  skłania do oceny, że terminologia niemieckiego geografa bardziej przynależy do  epoki, w której była tworzona i przede wszystkim w tym  kontekście należy ją intepretować. Jej „degeneracja” nastąpiła później.

Okres II RP nie tylko nie złagodził kontrowersji polskich i niemieckich geografów, ale w znaczący sposób je zaostrzył. Niemiecka geografia polityczna w pracach takich geografów jak właśnie Hausdorf, zradykalizowała antypolską argumentację, co poprzez terytorialny rewizjonizm republiki weimarskiej doprowadziło do zbrodniczej polityki III Rzeszy.  II RP konfrontowana była z rewizjonistycznymi tendencjami ze strony Niemiec, a po stronie polskiej istniało niezadowolenie z wyników referendów 1920.

Powstała koncepcja jagiellońsko-piastowska, która konstruowała „kontinuum czasowo-przestrzenne” od początków państwa polskiego do współczesności.  Argumentacja historyczna łączy się tu z argumentacją geograficzną.  Briesewitz skłonny jest sądzić, że uwaga polskiej geografii politycznej skierowana  została przede wszystkim ku Prusom Wschodnim i morzu Bałtyckiemu (kwestia poszerzenia polskiego korytarza). Chodzi bardziej o poprawę „geostrategicznego” położenia państwa bardziej niż jakiegokolwiek argumenty etniczne czy nawet historyczne. Dolny Śląsk i Pomorze Zachodnie nie stoją w takim stopniu w centrum zainteresowania koncepcji  jagiellońsko-piastowskiej, a polska myśl polityczna zdominowana jest przez ideę jagiellońską, skierowaną ku Wschodowi.  „Myśl zachodnia” pobudzana jest jednak przez rewizjonistyczne tendencje w Republice Weimarskiej. Koncepcje Eugeniusza Romera „naturalnego terytorium”, według których zachodnią granicą jest Odra i Nysa znajdują kontynuację w pracach Zygmunta Wojciechowskiego, gdzie kwestia granicy na Odrze i Nysie była wyraziście  zarysowana.

W okresie II wojny myśl zachodnia ulega zrozumiałej radykalizacji, by już po wojnie dostarczać uzasadnień granicy na Odrze i Nysie, wtapiając się  w komunistyczną  koncepcję Ziem Odzyskanych. Tragicznym paradoksem tej historii jest to, że realizacja koncepcji myśli zachodniej II RP nadeszła wraz klęską w II wojnie światowej. Polska uzyskała granicę na Odrze i Nysie z woli Stalina dławiącego w Polsce niepodległość. Uczeni tacy jak Zygmunt Wojciechowski, wpisywali swoje idee w powojenne koncepcje piastowskiej Polski, legitymizujące nową władzę.  Ratowali resztki  tego, co pozostawało z idei jagiellońsko-piastowskiej”,  konfrontując się z zagrożeniem, że Polska mogłaby być zredukowana do terytorium mniejszego od Kongresówki, a ideę jagiellońską starano się całkowicie zdyskredytować.

Myśl Zachodnia, ze zrozumiałych powodów bezpośrednio po wojnie  antyniemiecko nastawiona,  staje się podporą prowadzonej przez komunistyczne władze polityki niemieckiej. Dzieje się tak  aż do roku 1989, mimo że rosnący dystans czasowy do II wojny rodzi nowe idee i potrzeby polityczne. Instytut Zachodni i Instytut Śląski, jako podpory instytucjonalne, wspomagały wojnę z „zachodnioniemieckim” rewizjonizmem, w szczególności ze środowiskami niemieckich przesiedleńców. Podtrzymywały też tezę o piastowskim odwiecznym charakterze Ziem Zachodnich. Jest to jeden z powodów, dla którego proces budowania polskiej tożsamości na ZZ, którego istotnym czynnikiem stawało  się z czasem rozpoznanie niemieckiego dziedzictwa i jego przejmowanie, umyka większości późniejszych prlowskich adeptów „myśli zachodniej”. Trwają oni cały czas w atmosferze konfrontacji z Niemcami, gdy tymczasem od lat 70-tych obserwować można wiele objawów polsko-niemieckiego zbliżenia. Ośrodki te pozostaną na uboczu procesów, które doprowadzą polsko-niemieckiego pojednania po roku 1989.

W kontekście polsko-niemieckiego sporu geografów „myśl zachodnia” interpretowana być może być bardziej jako składnik dyskursu politycznego niż spór naukowy wewnątrz dyscypliny, jaką jest geografia. Rok 1989 całkowicie dezaktualizuje „myśl zachodnią” wobec zbliżenia Warszawa-Berlin i demaskuje jak dalece wyobrażenia geograficzne i terytorialne wpisywały się uprzednio w kontekst propagandowy. Nawet jednak przy tak krytycznej ocenie konieczne jest nie zapominanie, jak dalece od roku 1945 „myśl zachodnia” znajdowała swoje uzasadnienie polityczne wobec wymuszonych, rzadkich w historii w takiej skali, przesunięć terytorialnych.

Jeśli uzasadniona jest teza, że „myśl zachodnia”  po roku 1989 przynależy już bardziej do historii idei niż do aktualnego dyskursu politycznego, to nie usuwa to pytania jak skonstruowana jest „przestrzeń wyobrażona” współczesnej Polski, będącej członkiem Unii Europejskiej i jak owa konstrukcja ma się do wyobrażeń wyniesionych z przeszłości.

Lektura pracy Briesewitza nasuwa też drugą ogólniejszą kwestię, dotyczącą znaczenia i roli, jaką w procesach politycznych odgrywa geografia polityczna i tworzone w jej obrębie idee i wyobrażenia przestrzeni, w jakim stopniu idee geografów wpływają na politykę, w jakim zaś są jedynie uzasadnieniem ex post jej rozstrzygnięć z pomocą „geograficznych argumentów”, Jest to kwestia pokrewna pytaniu dotyczącemu  stosunków między naukami o polityce i geografią. Briesewitz skłania się co oceny, że  takie posługiwanie się geografią w celu argumentacji politycznej staje się nadużyciem naukowym, mimo że w kontekście epoki w jakiej tworzą Ratzel, Nałkowski czy Romer takie podejście było powszechne i traktowane za uzasadnione.

Okres przed I wojną światową to epoka ruchów narodowotwórczych na obszarze opanowanym przez europejskiej imperia takie jak II Rzesza i carska Rosja. Narody mające ambicję tworzenia własnych państw stały wobec konieczności określenia ich granic. To książka Briesewitza w ciekawy sposób uwypukla.  Zarazem i równolegle kształtują się pierwociny nauk politycznych, czego istotnym przejawem są narodziny geopolityki. W intelektualnej atmosferze zdominowanej scjentyzmem końca XIX wieku geopolityka z pretensjami do zobiektywizowanej niemal na wzór nauk przyrodniczych naukowości sięga do geografii i darwinizmu. Stosunki przestrzenne, układ pasm górskich, nizin i rzek w połączeniu z warunkami klimatycznymi tworzyć ma warunki determinujące niemal stosunki polityczne. Owa geopolityka znajduję się od samego początku w sytuacji dość dwuznacznej. Jej geograficzna argumentacja na ogół uzasadnia i objaśnia to, co już zdarzyło się i o czym wie historyk, geograf  twierdzi jednak dodatkowo , że musiało się to zdarzyć, ponieważ decydowała o tym geografia.

Geopolityka odnosi się jednak nie tylko do przeszłości ale i do przyszłości. Warunki geograficzne określać mają określony, dla danej wspólnoty politycznej obszar naturalny i jeśli w danej chwili ona go nie zajmuje, to stan ten należy przywrócić. Takie rozumowania łączy się na przełomie XIX i XX wieku z absolutyzowaniem podziałów etnicznych a także ideologiami rasizmu. Nic więc dziwnego, co zaznacza Briesewitz, że część twórców geopolityki tak łatwo zawarło mariaż z narodowym socjalizmem.

Geografia, dostarczająca rzekomo zobiektywizowane kryteria obrysowywania przestrzeni politycznej,  stawała się do dyspozycji polityki, która przestrzeń polityczną chciała ukształtować. W taki sposób polityczna samowola, a nawet agresja miała zdobyć sankcję naturalnej obiektywności.

W istocie po II wojnie światowej porzucono „geopolitykę”  taką, jaką kształtował przełom XIX i XX wieku. Stało się tak między innymi w skutek kompromitacji, jaka związana była ze wspieraniem geopolitycznymi argumentami ideologii III Rzeszy.

Mimo to polsko-niemiecki spór geografów nie wygasł i trwał długo jeszcze po II wojnie, co działo się  wskutek ogromnych powojennych przesunięć terytorialnych, których w Polsce musiano z konieczności bronić, a których w Niemczech z naturalnych względów długo nie chciano zaakceptować. W istocie dawne argumenty pochodzące z dawniejszego okresu odgrywały w tym sporze niewielką rolę. Po 1989 polsko-niemiecka wojna geografów ostatecznie straciła sens i wygasła. Mogło wydawać się, że geografia przestanie już odgrywać przynajmniej w Europie rolę propagandową.

Trzeba jednak przypomnieć, jak wielkie znaczenie posiada mapa i jak wielką siłę perswazyjną ona posiada. Owe mentalne mapy nie są też koniecznie dziełem samych  geografów.  Obraz przeszłości zachowany  na mapie stanowi sugestywne dziedzictwo, które często nawet po kilku pokoleniach w sprzyjających okolicznościach może zostać ożywione. Również w Polsce zaczęto powracać do wyobrażeń terytorialnych, z którymi zdawałoby się, że już się pożegnano, takimi jak „międzymorze”,  co  jest pojęciem odziedziczonym po dawniejszych sporach. To nic innego jak echo wyobrażeń terytorialnych związanych z dawną Rzeczypospolitą. Dla Węgrów mapa stoi w centrum dyskusji o narodowej tożsamości.

Współczesnej wędrówki ludów i procesów migracyjnych również nie sposób dyskutować bez mapy.

Groźnego  przykładu użycia mapy, a więc wyobrażeń przestrzeni mentalnej,  dostarcza  dwuznaczny renesans  geopolityki, do czego  przyczyniła się putinowska Rosja. Mapy rysowana przez zwolenników takich propagandzistów jak Aleksander Dugin dobrze ilustrują wyobrażenia rosyjskiego neoimperializmu i są projektem nowego ładu międzynarodowego.

Każda ogólniejsza debata polityczna, w jakimś zakresie odwołuje się do mapy.  Istnieje też oczywiste powiązanie między naukami politycznymi a geografią w wielu jej naukowych odmianach. Granica między tymi dziedzinami nie jest z pewnością wyrazista. Pochopne jej przekraczanie czynić może z geografii narzędzie polityki, a politologowi podpowiadać uproszczone wyjaśnienia procesów politycznych. Przypomnienie o tych dawniejszych dyskusjach może być dzisiaj użyteczne nie tylko gwoli pilnowania reguł dyscypliny naukowej. Nierozważne wodzenie palcem po mapie może zakończyć się nie tylko wojną  geografów.  I to jest jeszcze jeden powód, dlaczego lektura książki Briesewitza może być nader pożyteczna i dobrze byłoby,  aby mogło ukazać się jej polskie tłumaczenie.

Wikingowie skłaniają do namysłu

Tą pasjonującą a zarazem przyjemną lekturę odbyłem w święta, bowiem książka Zdzisława Skroka „Czy Wikingowie stworzyli Polskę?” była moim gwiazdowym prezentem. Autor trzyma się swojego przekonania, że państwo polskie jest dziełem Wikingów. Nie należy jednak w żadnym wypadku do gatunku amatorów mających trzymających się jakis dziwacznych pomysłów. Wykazuje należny dystans do swoich przekonań, podając argumenty za i przeciw. Będąc popularyzatorem nauki jest też niewątliwie dobrym znawcą problematyki, którą się zajmuje. Ponadto wyjaśnienie genezy polskiej pańśtwowości nie jest wcale jego własnym odkryciem, lecz od czasów Szajnochy, na którego autor „Czy Wikingowie…” się powołuje obecna w naukowych debatach, choć zajmuje pozycję marginesową.

Książka napisana w świetny i szalenie interesujący sposób. Ktoś kto jak ja nie jest w żadnym wypadku specjalistą w opisywanej dziedzinie, nie ma szans merytorycznej oceny przedstwaianych wywodów, będąc zarazem przygnięciony erudycją autora i nęcony elegancją jego wywodu. Zauroczony książką czytelnik byłby jednak pewnie nieostrożny, gdyby na koniec miał powiedzieć sobie ‘teraz już wiem, że Wikingowie stworzyli Polskę”. Ostrzega go przed tym nawet sam autor w ostatnim zdaniu swej pracy, pisząc, że debaty na ten temat wciąż trwają i nie są zakończone.

Książka Zdzisława Skroka wydała mi tak interesująca niezaleznie od jej tytułowego pytania. Autor relacjonuje trwające od XIX wieku dyskusje głównie poswięcone interpretacji znalezisk archeologicznych. I pokazuje jak bardzo wszelkie te interpretacje związane były z polityką i przepychankami ideologicznymi. Kolekcja przykładów jest imponująca i w pewien nawet spsoób przerażająca. Dotyczy to intepretacji niemieckich w szczególności z okresu nazizmu, ale także interpretacji polskich w szczegolnosci z okresu PRL-u.

Autor dostrzega wyraźnie zródło takiego czasem skrajnego braku obiektywizmu, prowadzącego do zażartych debat naukowych ale do konfliktów politycznych. Jest nim narastanie w XIX wieku nacjonalizmu i opisywania w odpowiedni do tego sposób przeszłości własnego narodu. Naród, wedle tych XIX wiecznych koncepcji,  miał mieć swoje korzenie w możliwie najdawniejszej przeszłości oraz miał stanowić etniczną wspólnotę, zasiedlającą od prawieków dane terytorium. I historię narody chciano pisać wedle takiego schematu.

Można więc czytać książkę Zdzisława Skroka nie po to,aby zaraz dać się przekonać do wikińśkiej koncepcji początków państwa polskiego, ale po to by przekonać się jak w gruncie rzeczy niepewne są nasze interepreteacje dawniejszej przeszłości i jak dalece ze względów politycznych jesteśmy w stanie zaakceptować historie, które są dalece niepewne ale odpowiadające bieżącym potrzebom danej wspólnoty politycznej.

Dobrze też wielu zrobi, niezależnie od tego czy na początku byli Wikingowie czy też ich nie było, by dopatrywać się względności i ze sceptycyzmem patrzeć na wiele wyobrażeń o narodowych dziejach, mimo że bardzo głęboko zakorzenione są w naszej wyobraźni. Nie koniecznie trzeba te wyobrażenia całkowicie porzucać, ale można je traktować jako na przykład XIX-wieczne dziedzictwo, a nie jako niepodważalną prawdę historyczną. Książka Zdzisława Skroka to świetny impuls do takiego namysłu.

PS Książkę kupiłem w „Czułym barbarzyńcy”, księgarni którą wysoko cenię.

„Intruz” i „Pędrek”. Dwie dziennikarskie autobiografie

Obaj autorzy są znanymi dziennikarzami. Leopold Unger przede wszystkim dzięki swoim komentarzom w belgijskim „Le Soir” stał się jednym z najbardziej skutecznych adwokatów opozycji demokratycznej w latach 70-tych i 80-tych. Emigrant z Polski znał świetnie ludzi i realia. Jest z pewnością jednym z najlepszych zachodnich komentatorów tego, co działo w Polsce i całym bloku wschodnim. Rozdziały poświęcone latom 80-tym dostarczają więc wielu pasjonujących szczegółów.

Jego autobiografia jest jednak specjalnie ciekawa z jeszcze  innego względu: Leopold Unger przeżył wojnę w Rumunii i pod koniec lat czterdziestych wrócił do Polski. Zrobił w PRL wcale niebagatelną karierę dziennikarską. Przez pewien czas był zastępcą redaktora naczelnego „Życia Warszawy”, co było na tamte czasy pozycją wysoką. Oczywistym jest więc pytanie, jak odnosi się on – emigrant – do peerelowskiego etapu swojej biografii, w którym antykomunistą z pewnością nie mógł być i nie był.

———————————————————————————————–

Rec. Leopold Unger, Intruz, Warszawa 2001. Aleksander Jerzy Wieczorkowski, Mój PRL, 2001.

———————————————————————————————–

Otóż obszerne fragmenty jego autobiografii, w których opisuje się kształtowanie się jego poglądów, stosunku do PRL-u, zaangażowania, ale i narastającego krytycyzmu wydają mi się jednymi z najbardziej przekonywujących i ciekawych spośród tego, co w tej dziedzinie czytałem. Unger nawet przez chwilę nie udaje opozycjonisty. W PRL ocenia nie system władzy (którego ocena z perspektywy czasu jest dla niego zupełnie oczywista), ale podług konkretów, zachowania poszczególnych ludzi, poczucia przyzwoitości i konformizmu, który wymuszał system albo przekraczającej wszelką miarę nielojalności.

Unger w zniuansowany sposób ocenia ludzi, nie podług kryteriów ideowych lecz przestrzegania zasad elementarnej przyzwoitości:

Borowski nie był kamikadze, odwrotnie, był zdyscyplinowanym żołnierzem partii, ale udało mu się wypracować pewien nietypowy dla komunistów układ w redakcji. Choć człowiek władzy przecież, starał się nie stosować „terroru” ideowego.[..] (s.58) Byli solidni, można było, do granic ich własnego zagrożenia, na nich polegać. (s.61)

I posługując się taki kryteriami konkluduje:

Z odległej perspektywy widać też wyraźnie na bardzo wielu przykładach, że mając nieco poczucia godności, można było przejść przez „Zycie Warszawy” bez robienia świństw. (s.113)

Nie kryje swojej długo trwającej akceptacji, choć bez jakiejkolwiek żarliwości, dla PRL-u i zastanawia się nad przyczynami, dlaczego taką postawę przyjmował. Te fragmenty i wyjaśnienia wydają mi się szczególnie istotne i ciekawe. Autor nie unika, w sprawach które są drażliwe w postrzeganiu u każdego własnej biografii, problemów trudnych. Pisze o swoich motywach, niewiedzy, złudzeniach, przy czym nie usiłuje się usprawiedliwiać, mimo że z perspektywy późniejszego czasu, w którym pisze swoją autobiografię – postrzega krytycznie wiele z własnych wcześniejszych poglądów. Chciałoby się powiedzieć, że jest szczery, jednak brzmi to nieco banalnie. Lepszym określeniem będzie chyba [stwierdzenie, że] zdobywa się [na] intelektualny chłód i posiada umiejętność dystansu do samego siebie.

Leopold Unger daje niezwykle cenne świadectwa jakieś środkowej drogi między całkowitą negacją ustroju a bezmyślną czy też fanatyczną jego akceptacją. Zainteresowanie i fascynacje budzą często i przede wszystkim postawy skrajne – więźniów i męczenników systemu oraz jego katów, akolitów i ideologów. Leopold Unger nie należy do żadnej z tych kategorii i, dodajmy, ogromna większość tych, którzy w PRL żyli, również do nich nie należy. Każdy los jest jednostkowy i każda biografia na swój sposób wyjątkowa, zwłaszcza postaci o tak silnej osobowości jak Unger z jego pasjonującą, wielostronną dziennikarską karierą. I tak oczywiście jest w przypadku Leopolda Ungera. Motywacje i mechanizmy, które na własnym przykładzie opisuje wydają jednak powszechniejsze.

Opisuje też ewolucję, która prowadzi go do coraz bardziej krytycznej postawy do PRL-owskiej rzeczywistości.

Dopiero po pewnym czasie zacząłem w Warszawie docierać do źródeł prawdziwej wiedzy […] Powoli, w bardzo różnych okolicznościach, zacząłem spotykać ludzi, którzy doświadczyli soeityzmu na własnej skórze […] (s.111)

Lektura „Intruza” pokazuje jak długi jest okres dojrzewania człowieka i jego poglądów. Okazuje też, że na każdym etapie tego rozwoju potrzebna jest wewnętrzna uczciwość, mimo że z dystansu widać, że pogrążonym się było w niewiedzy a nawet może błądziło się. W ocenie autobiografii istotny jest nie tylko sam opis, co kto robił i czynił, ale jak to pamięta i jak potrafi ocenić własne zachowania, jak je rozumie i tłumaczy. Z tego punktu widzenia autobiografię Leopolda Ungera należy ocenić bardzo wysoko, przypominając jak często i łatwo przy tego typu pisarstwie popada się w megalomanię i egotyzm. Autorowi „Intruza” nie brak dumy ze swoich osiągnięć zawodowych i jest on świadomy, jak wielu ciekawych spraw doświadczył i że ma co opowiadać, jednak przywar owych negatywnych autobiografii udaje mu się uniknąć. A że jest świetnym dziennikarzem o analitycznym zmyśle, opowiada znakomicie podpatrując świetnie samego siebie na różnych etapach swego życia.

Autobiografia Aleksandra Jerzego Wieczorkowskiego „Mój PRL” zdaje się pisana inną metodą. Opowieść Wieczorkiewicza składa się z prawie samych anegdot, niekiedy znakomicie opowiedzianych.

Niestety nie wszystkie one są takie. Wielokrotnie czytelnik może mieć wrażenie, że są zmyślone lub powtórzone za kimś innym, czasem zaś trywialne. Zresztą autor prowokuje takie podejrzenia będąc w co najmniej kilku miejscach nieścisły lub popadając w konfabulację. Pisze na przykład, że w NRD nie mogło być takiej inicjatywy jak Akcja Pokuty (Suhnezeichne), gdy tymczasem wschodnio-niemiecka Akcja Pokuta istniała i dla stosunków polsko-niemieckich miała o wiele większe znaczenie niż ta na Zachodzie. Autor będąc kilkakrotnie w NRD nie interesował się wyraźnie środowiskami opozycyjnymi. Podobnie Wieczorkowski opisuje swój pobyt na „tajnej” jego zdaniem Fischer Insel w Berlinie Wschodnim, gdy tymczasem Fischer Insel to nic innego, jak dzielnica Berlina, zawsze łatwo dostępna, nawet w czasach NRD.

Opis jego rozmów czy też przesłuchań przez SB odpowiada raczej naiwnym opowieściom (bajka o złym i dobrym policjancie), jak one miałyby wyglądać, niż realiom znanym tym, które je przeżywali, czytelnik więc nabiera podejrzenia, że w przypadku Wieczorkowskiego nie miały one miejsca i autor dodaje jedynie nieco bohaterstwa swojej biografii lub miały one zupełnie inny przebieg.

Świat, który opisuje Wieczorkowski jest bohemiczny i karnawałowy. To świat kabaretów i lejącej się wódki, przy której opowiada się złośliwe dowcipy o komunistycznym systemie i jego głównych prominentach. Jest to świat swoistego intelektualnego marginesu, w którym poruszają się mistrzowie życiowego przetrwania. Czytelnik może mieć wrażenie asocjacji ze światem bohaterów opowiadań Marka Nowakowskiego, lecz w gruncie rzeczy jest ono jedynie powierzchowne. Na marginesie społecznym, jaki opisuje Marek Nowakowski kryją się resztki tłumionej w systemie komunistycznym wolności i ten świat-metaforę wypełniają postacie o często tragicznych i połamanych życiorysach. Świat Wieczorkowskiego w przeciwieństwie do tego jest niemal bukoliczny, on sam jest mistrzem dawania sobie radę w życiu, a ów bohemiczny i peerelowsko karnawałowy światek, niby będący na marginesie owego PRL-u, zadziwiająco zazębia się z wielkim światem partyjnych prominentów.

Autor akcentuje wielokrotnie swoje inteligenckie pochodzenie społeczne i co najmniej kilkakrotnie swój dystans do warstw „niższych”. Deklaruje też, „zostałem wychowany w atmosferze ostrego antybolszewizmu”.  Czytając „Mój PRL” dowiadujemy się, że autor był nieustannie wyrzucany z pracy za niepokorność, nonkonformizm, kpiny z ustroju i jego prominentów. Stylizuje się cały czas na opozycjonistę. Jakiś nieuważny czytelnik, mniemając jedynie po retoryce autora, mógłby dojść do wniosku, że ma do czynienia z jakimś głośnym dysydentem bloku wschodniego.

Nieustanna niemal żartobliwość to cecha stylu Aleksandra Wieczorkowskiego. Dowcip ceni sobie wysoko. Nazbyt nawet przenikliwy czytelnik spostrzeże jednak, że dowcip pojawia się tam, gdzie Aleksander Wieczorkowski pisze o najbardziej kontrowersyjnych momentach swojej biografii i gdzie przydałby się trochę poważniejszy ton.

Zacznijmy od tego, że choć Wieczorkowski jak deklaruje PRL-u nie lubił, był w nim nie gorzej ustawiony niż Leopold Unger. Do PZPR zapisuje jednak później, w okresie Marca’ 68 (a więc wtedy, gdy autor „Intruza” Polskę opuszcza), cieszy się poparciem Włodzimierza Sokorskiego, jest przez pewien czas sekretarzem „Miesięcznika Literackiego”, pisma o jednoznacznie pro systemowym nastawieniu, pracuje w l.70-tych w „Trybunie Ludu”, jest szefem programów kulturalnych Polskiego Radia, którymi nie kierowały osoby znane ze swoich antyustrojowych upodobań.

Na drogę opozycji wprowadza go dopiero współpraca ze Stefanem Bratkowskim w SDP w okresie pierwszej „Solidarności”, a następnie współpraca z podziemiem w latach 80-tych. Jest więc człowiekiem związanym blisko z systemem, który w pewnym momencie przechodzi na drugą stronę. Taka biografia nie stanowi w Polsce w żadnym wypadku wyjątku i trudno oceniać ją negatywnie, tym bardziej że w prosystemowym-partyjnym okresie swego życia Wieczorkowski nie należał bynajmniej do jakiś agresywnych propagandzistów. Można mu nawet wierzyć, że jego kpiarski stosunek do otoczenia sprawiać mu mógł niekiedy trudności w kontaktach ze sztywnym i pozbawionym poczucia humoru komunistycznym establishmentem.

Problem tkwi w stosunku znanego dziennikarza do własnej biografii. O ile zapisem Leopolda Ungera rządzi chłodny autokrytycyzm i dążenie do zrozumienia własnej drogi życiowej, dzięki czemu skłania on swoich inteligentniejszych czytelników do podobnego wysiłku, trudno to dostrzec u Wieczorkowskiego.

Przedstawia siebie jako osobę nieustannie niemal krzywdzoną przez system i żyjącej cały czas w wewnętrznej nań niezgodzie, gdy tymczasem podawane przez niego samego fakty wyraźnie temu przeczą. Opisuje swoje zaangażowanie w opozycję nie jako wynik jakiegoś ideowego przełomu lub jako wynik intelektualnego dojrzewania, lecz jako kontynuację swoich poprzedniej postawy. Między jednak pracą w „Trybunie Ludu” czy bycie protegowanym Sokorskiego a współpracą z podziemiem w l. 80 jest przepaść, a nie kontynuacja.

Szanowałem tych na szczytach [władzy – dop.KW] uznawałem za partnerów wielu, z którymi znajdowałem wspólny język, reszta to była mierzwa (s.134)

Wieczorkowski, będący w owej „antybolszewickiej” opozycji wewnętrznej, po drugiej stronie ma, jeśli wczytać się w jego tekst, prymitywny chłopski z pochodzenia aparat partyjny, moczarowców, endecję i antysemitów.

Ma też niechętny stosunek do tych, którzy niegdyś zaangażowali się w stalinizm a później byli działaczami odnowy.

[..] dzieliła mnie od nich nieprzekraczalna bariera – odmiennych doświadczeń historycznych. Oni przeżyli swój radosny „Sturm und Drang Periode”, za który wspólnie pokajali się i wspólnie przeżyli katharsis. Łączyło ich to, co nas od nich dzieliło: solidarne poczucie winy.(s.73).

Sam, jak piszę stracił cnotę, którą dało mu domowe „antybolszewickie” wychowanie.

Dom moich rodziców to był inny świat ,dość szczelnie izolowany od PRL. (s.135)Wyjaśniam; do PZPR wstąpiłem wiedziony pychą. (s.152) Ano chciałem i ma za swoje: partia mnie w końcu wypluła, ale cnoty nie odzyskałem (s.153)

W gruncie jednak rzeczy nie owej „utraty cnoty” nie traktuje poważnie, a tym bardziej poddaje namysłowi dlaczego się tak stało. Nie zauważa, że gruncie rzeczy, że jego biografia jest bardzo podobna do biografii nielubianych przez niego „pryszczatych”. Tamci też zmienili zdanie. On był w PZPR, gdy duża część pryszczatych PZPR już opuściła, a on potrzebował stanu wojennego, aby z partii wyjść. Nie wiadomo jednak, co dla człowieka myślącego jest gorsze – bycie pryszczatym w okresie, gdy nacisk i terror był ogromny, czy wejście do PZPR w okresie, gdy trudno było o złudzenia i powody do złudzeń, czym jest komunistyczny system. Pytanie to warto zadać, niezależnie od faktu, że krzywdy wyrządzone przez pryszczatych były bez porównania większe od tych wyrządzonych przez członków PZPR takich jak Wieczorkowski w okresie l.70-tych.

Owej przepaści między swoją postawą z lat wcześniejszych i latami 80-tymi Wieczorkowski zdaje się jednak nie zauważać. Może tak uczynić, ponieważ ma zawsze chłopca do bicia, który jest zawsze gorszy od niego. Posługuje się przy tym mitami, które bynajmniej nie są tylko jego wymysłem.

On sam, nawet jeśli był w PZPR i to na wysokich stanowiskach zmaga się z partyjnymi notablami, walczy o wolność wypowiedzi i prawo do własnych dowcipów z władzy. Po drugiej stronie są jednak nie tylko owi pozbawieni poczucia humoru notable ale i inne potwory – raz jeszcze wyliczmy listę antypatii autora „Mój PRL” – chłopi, antysemici, moczarowcy. Wieczorkowski z uogólniającą dezynwolturą pisze:

Nie był antysemitą, ale normalnym, standardowym Polakiem-katolikiem (s.215)

W innym miejscu:

Księża w Polsce wywodzą się niemal w stu procentach ze wsi, a ich genetyczny antysemityzm ludowy wzmacniany jest tradycyjnym stanowiskiem Kościoła wobec „zabójców Chrystusa” (s.142)

Niestety owe potępiania nie wydają się do końca autentyczne, nawet jeśli tkwić w nich może ziarno prawdy. Przede wszystkim Wieczorkowski nie zauważa, że staje się członkiem PZPR, gdy antysemityzm jest w tej partii powszechny.

Jego żywiołowe potępienia antysemityzmu i endecji brzmią jak nieświadome samousprawiedliwienie, że byli od niego jeszcze gorsi a nawet dużo gorsi. Potępia pryszczatych i nie usiłuje dopatrywać się w ich losach podobieństwa do własnego losu, ponieważ oni również maja być tymi gorszymi, który dokonywali znacznie gorszych od niego czynów.

Wszystko to robi takie wrażenie, że gdyby nie Moczar i antysemityzm to Wieczorkowski gotów byłby PRL zaakceptować, gorszym od komunistów są jacyś endecy, bowiem dla wielu prominentów takich jak Włodzimierz Sokorski znajduje autobiografista ciepłe słowa, nie ma zaś w całej jego biografii ani jednego „endeckiego” pozytywnego bohatera. Autor raz określa się, że jest człowiekiem lewicy, przy nader ogólnikowej definicji co to ma znaczyć, a właściwie tak ogólnej, że oznacza to, że lewicowiec to przyzwoity człowiek. Jeśli tak, to nie może dziwić, że każdy nie-lewicowiec (czyli również endek) przyzwoitym człowiekiem już być nie może.

Na koniec jednak Wieczorkowski rezygnuje nawet i z tej definicji oświadczając, że nie jest ani lewicowcem ani prawicowcem. Stwierdza, że jest „Pędrek wyrzutek” z opowiadania Stefana Themersona, która jest skrzyżowaniem kota i ryby (a więc drapieżności i łagodności, myśliwego i ofiary). Ironiczność tego samookreślenia odpowiada całości jego autobiografii. Jest to jednak ironia niebezpieczna i zdradliwa. Obecna silnie w polskim dyskursie publicznym i autobiograficznym zaciera granice prawdy i kontury moralnych postaw – jest intelektualną chorobą niszczącą tkankę powagi.

Autor „Mojego PRL” zdaje się niekiedy rozumieć dwuznaczność swojej biografii, gdy przytacza bolesną opinię o sobie wypowiedzianą przez jego matkę: Jakiś reżymowy pismak (s.136).

Lub gdy sam o sobie pisze: Takich jak ja Stalin nazywał pożytecznymi idiotami (s.229).

To jednak nie skłania go do pytania, skąd wziąć się mogła taka opinia. W zakończeniu książki napotykamy dość zaskakujący fragment:

Ludzie mego pokolenia, których działalność zawodowa przypadła na lata PRL, nie mają jakiejkolwiek powinności, mówiąc metaforycznie – świętowania rocznicy Manifestu Lipcowego. Przecież nasz dorobek, milionów urodzonych przed wojną w rodzinach inteligenckich, ziemiańskich, arystokratycznych powstał nie dzięki, ale mimo PRL. Nie przeżyłem awansu społecznego, lec z społeczną degradację i to w końcu powinni zrozumieć ci, którzy z racji przynależności do „klas przodujących” lub stania się drapieżnymi kotami wspinali się po rybich trupach do kociego raju (s.230)

Ten swoisty arystokratyzm Wieczorkowskiego (umieszczenie inteligencji, ziemiaństwa i arystokracji w jednym szeregu jako sierot po jakimś dawniejszych lepszych czasach) ma jednak szczególny posmak. Pisze:

Szanowałem tych na szczytach [władzy – dop. KW] uznawałem za partnerów wielu, z którymi znajdowałem wspólny język, reszta to była mierzwa (s.134)

Należy też zauważyć, że PRL „miliony urodzonych w rodzinach inteligenckich” doprowadzał w dużej mierze do degradacji materialnej, nie był jednak w stanie doprowadzić do degradacji moralnej czy intelektualnej u tych, którzy umieli sprostać trudnym czasom. „Ludzie z awansu społecznego” przynależący do „klas przodujących” (posłużmy się dość eklektyczną terminologią autora „Mojego PRL”) stali wobec takich samych wyzwań jak „ziemianie, arystokracja i inteligencja”. Dystans wobec systemu komunistycznego nie jest u nikogo przecież wynikiem samego tylko pochodzenia społecznego (choć może ono temu sprzyjać), lecz postawy moralnej, którą można zdradzić zarówno będąc chłopem jak i inteligentem. Wieczorkowski pisze:

W godzinie prawdy stanąłem po właściwej stronie (s.229)

Postawa Wieczorkowskiego od roku 1981 wskazuje, że tak jest w istocie. Pytanie jednak dlaczego ów moment, który sam on nazywa godziną prawdy nastąpił tak późno, czy cały poprzedni okres da się skwitować dowcipem i anegdotami. Wieczorkowski uważa się przy tym za kogoś lepszego, inteligenta, który zgodnie z polskim inteligenckim mitem nigdy nie traci obywatelskiej cnoty. Tylko, że mity nie zawsze są prawdziwe.

Unger jest polskim Żydem, intelektualistą o wyostrzonej samoświadomości, dlatego dużo łatwiej zdobyć mu się na krytycyzm wobec PRL (PRL mu to ułatwia będąc antysemickim) i samego siebie. Ciekawe i ważne w jego biografii jest to, że w Rumunii jako całkiem młody człowiek obraca się w kręgu ministra Becka oraz przedwojennych dziennikarzy ukształtowanych jeszcze w II RP. Pisze, jak dalece niektórzy z tych ludzi ukształtowali go i wpłynęli na niego. Patrząc na całą jego biografię można zobaczyć klamrę, która spina jego młodzieńcze lata i jego punkt dojścia, zachodniego i cenionego dziennikarza. Niezależnie więc od jego peerelowskiej kariery (piszę „niezależnie” a nie „wbrew” tej karierze) jest w jego postawie konsekwencja i upór, by nie porzucić elementarnych zasad dziennikarskiej profesji , a jego barwna postać jest świadectwem ciągłości najlepszego polskiego dziennikarstwa od czasów II RP aż do dzisiaj.

Wieczorkowski ma z krytycyzmem wobec PRL znacznie większe trudności, chyba m.in. ze względu na swoje czysto inteligenckie pochodzenie, które mitologizuje. Ma trudność do przyznania się, jak dalece oddalił się w pewnym okresie swego życia od tradycyjnego inteligenckiego etosu i swojej domowej „antybolszewickiej edukacji”. Charakterystyczny jest też nieco ironiczny, choć nie pozbawiony głębszego znaczenia tytuł autobiografii – „Mój PRL”. Istotnie PRL był dla Wieczorkowskiego miejscem, w którym się zadomowił.

Leopold Unger nie mógłby natomiast zatytułować swojej biografii „mój PRL”. Tytuł brzmi „Intruz”. Żył do czasu w PRL, też był członkiem PZPR i choć nie pracował w „Trybunie Ludu”, „Życie Warszawy” z pewnością nie było ideologicznie niewinne, ale potrafi się o swojej karierze znakomicie i krytycznie wytłumaczyć. Zresztą nie ma potrzeby, aby się aż tak wiele tłumaczył. Przypuszczam, że gdyby sięgnął do tekstów (mnie wystarczy jego autobiografia) z tamtego czasu, nie ze wszystkich byłby zadowolony, to jednak jest wiarygodnym świadkiem historii, który rozumie i świetnie opisuje własne uwikłania.

Wieczorkowskiemu możnaby z pozoru brak, takiej jak u Ungera, pogłębionej autorefleksji wybaczyć. Jego temperament namiętnego anegdociarza nie sprzyja takiej refleksji. Trudno to jednak uczynić, gdy autor „Mojego PRL” stawia się ponad „normalnymi Polakami” (niezależnie od tego, czy są oni Polakami-katolikami czy zwyczajnie ludźmi, którym przypadło żyć w PRL) i potępia ich i gani, podczas gdy ich grzechy w PRL nie musiały być większe od jego własnych.

Tekst publikowany równolegle w  Obserwatorze  Konstytucyjnym .

Tony Judt – lewicowy i oświecony ksenofob

Tony Judt - lewicowy i oświecony ksenofob

Książka Tony Judta „Wielkie złudzenie? Esej o Europie”, napisana na początku lat dziewięćdziesiątych, ma swoje drugie wydanie, które właśnie leży w księgarniach. Wydaje się być książką jak najbardziej na czasie, bowiem Tony Judt zapowiada trudności integracji europejskiej i na tytułowe pytanie odpowiada w zasadzie twierdząco. Wielu obserwatorów obecnego kryzysy byłoby skłonnych dzisiaj udzielić podobnej twierdzącej odpowiedzi, jak Tony Judt przed laty. Jak dalece więc esej tego wybitnego intelektualisty, którego już kilka prac ukazało się również w polskim tłumaczeniu,  jest istotnie aktualny i co nam on dzisiaj mówi?

Autor eseju „Wielkie złudzenie?” uznawany jest, i słusznie, za jednego z czołowych współczesnych historyków. Jest on, gdy chodzi o jego przekonania polityczne, socjaldemokratą. Jest także szczególnym rodzajem ksenofoba –  ksenofoba lewicowego. Ksenofobie częściej przypisuje się osobom i środowiskom o proweniencji  prawicowej, superkonserwatywnej a także  brakowi wiedzy i wrogom oświecenia. To nie jest przypadek Tony Judta. Jest to ksenofob uczony i oświecony.

Interesuje mnie to i dotyka nie dlatego, że ksenofobia Judta ma właśnie taki lewicowy charakter (choć i to jest też frapujące), lecz ponieważ ksenofobia ta skierowana jest wobec regionu świata, w którym żyję. Jest dobrą ilustracją uprzedzeń zachodniej części kontynentu wobec jego wschodniej części.

Oczywiście Tony Judt wyraża swoje poglądy w sposób nader kulturalny i podbudowuje je argumentacją, której nie sposób zlekceważyć. Wiele jego szczegółowych obserwacji warto odnotować i wiele z nich należy uznać za trafne. Można by go nawet w pewnym zakresie określić jako euroentuzjastę, mimo że był po roku 1989 przeciwnikiem rozszerzania Unii Europejskiej. I z pewnością, nie mógłby się cieszyć etykietką euroentuzjasty w Warszawie. Tony Judt jest bowiem entuzjastą, ale tej fazy integracji europejskiej, jaka miała miejsce w latach 60-tych i może po części w 70-tych. Idealne zjednoczenie Europy dla niego to związek sześciu bogatych państw. Kiedy nadeszły w nich rządy socjaldemokratyczne był to prawie ideał, bowiem niemal zrealizować można było projekt opiekuńczego państwa dobrobytu. To osiągnięcie było, zdaniem Judta, wynikiem zbiegu wielu szczęśliwych historycznych okoliczności i do pewnego stopnia przypadku, zwłaszcza biorąc pod uwagę niemal katastrofalny stan kontynentu zaraz po II wojnie. Ale udało się. Jedynie jednak na moment. Po czym następowało stałe pogorszenie.

Takie swoje poglądy wykłada nie tylko we wznowionym w Polsce eseju, lecz także w jednej z głównych swoich prac, jaką jest jego „Historia powojennej Europy”. Jak widać, brytyjskiemu uczonemu zależało na dowiedzeniu swoich poglądów nie tylko w krótkim szkicu, lecz także w szeroki sposób (a przez to i mniej wyrazisty) w pogłębionej akademickiej analizie.

Ostatecznie jednak katastrofą dla integracji europejskiej zdaje się poszerzenie Unii o zacofane kraje Europy Wschodniej. Termin Europa Wschodnia jest tu zresztą nie bez znaczenia. Brytyjski historyk zastanawia się nawet, czy dla krajów takich, jak Polska, Litwa czy Rumunia nie właściwsze byłoby określenie Europa Środkowa, aby odróżnić je od Rosji i dochodzi do wniosku, że jest to całkiem zbyteczne, bowiem odróżnianie tych krajów od Rosji nie ma specjalnego sensu.

Przyłączanie tego zapóźnionego obszaru do Unii nie może się skończyć niczym dobrym. Społeczeństwa tych krajów nie bardzo wiedzą, co to jest demokracja, są nacjonalistyczne i antysemickie. Paru światłych dysydentów, marzących o Europie i demokracji nie może tego zmienić. Dlatego też Judt pisząc o Europejczykach na Wschodzie stawia słowo „Europejczyk” często w cudzysłów. O negatywnym sądzie Judta przeważa jednak jeszcze inny argument: brak pieniędzy na Zachodzie. Złota epoka europejskiej integracji to okres współpracy państw na tyle bogatych, by utrzymać można było system państwa opiekuńczego. Dołączanie się do tego „raju socjaldemokratów” rozmaitych biedaków szalenie to utrudnia lub nawet uniemożliwia. Już Hiszpania i Grecja były obciążeniem. Zacofana Europa Wschodnia musi stać się, według Judta, ciężarem nie do zniesienia.

Osąd Europy Wschodniej (a właściwie Środkowej) motywowany jest więc głównie swoistym egoizmem ekonomicznym. Dobrobyt ma być tylko dla już bogatych i nie należy  się nim z nikim dzielić. Lewicowa ksenofobia Tony Judta służy uzasadnieniu takiego stanowiska.

Poglądy Judta dobrze oddają dylematy współczesnej lewicy. Niegdyś gorący zwolennicy pomocy trzeciemu światu, atakujący światowy kapitalizm, dzisiaj obawiający się tych, z którymi w globalizującym się świecie trzeba się czymś podzielić.

Należy jednak przestrzec przed zbyt pospieszną oceną poglądów Tony Judta z pozycji urażonego „Europejczyka”. Po pierwsze, dopiero bardziej staranna lektura ujawnia to, co nazwałem jego „uczonym i oświeconą ksenofobią”. Jego opisy i obserwacje są często przenikliwe i jeśli chce odeprzeć się jego argumenty, trzeba sięgnąć do rozbudowanej argumentacji . Czasem popełnia on żenujące błędy, na przykład pisząc o prawosławnych litewskich chłopach, ale oczywiście nie takie potknięcia są istotne i na wytykaniu ich nie może polegać polemika z tak poważnym historykiem.

Osoby z góry niechętne lewicy należy ostrzec z kolei przed zbyt pospiesznym zaszufladkowaniem Tony Judta oraz przed wrzucaniem go do jednego worka z innymi prominentami lewicowych intelektualistów, którzy też nie lubią Europy Środkowej. Takim historykiem i to poważnej miary jest Eric Hobsbawm. Powszechnie korzysta się z jego studiów o pamięci historycznej. Tony Judta łatwo by złośliwie nazwać Hobsbawmem  light. Eric Hobsbawm był jednak komunistą i do końca nie mógł odżałować upadku Związku Radzieckiego. Nie znosił głosujących za Zachodem środkowoeuropejskich demokratów, bowiem samo ich istnienie było dowodem jego życiowej porażki – bezwzględnego zaangażowania się po stronie komunistycznej utopii. Tony Judt nigdy komunistą nie był, nie był utopistą, lecz idealistą. Komunistów nie znosił. Jako socjaldemokrata był zasklepiony w zbiorowym egoizmie. Jego stosunek do upadku bloku wschodniego jest ambiwalentny i, jak się wydaje, stanowiło to dla niego wyzwanie, z którym starał się uporać. Pisząc „Wielkie złudzenie?” niemal nie bywał na wschód od Łaby, później jednak starał się poszerzyć swoje doświadczenie i uelastycznić swoje poglądy. To jednak nie zmienia tego, co wcześniej napisał. Wciąż zaś budzi zachwyty po lewej stronie intelektualnego spektrum.

Poglądy Tony Judta nasuwają trojakiej natury refleksje.

Po pierwsze, smutne jest to, że duża część Środkowych Europejczyków powtarza podobne do Brytyjczyka poglądy o własnym zacofaniu. Od niego je bierze, ale godzi się mówić o sobie w kategoriach autodeprecjacji z wyraźnymi kompleksami, posługując się dyskursem niemal samoponiżającym. Oczywiście dane gospodarcze każą mówić o wyraźnym dystansie rozwoju gospodarczego między zachodnią a środkową częścią kontynentu. Stwierdzenie tego faktu jest jednak czymś zupełnie innym i nie powinno być mylone z opowiadaniem  o trwałym, nieprzezwyciężalnym, wpisanym w istotę niemal dziejów i tożsamości zacofaniu społeczeństw środkowoeuropejskich. Taki stereotyp jest przede wszystkim produktem XIX wieku, a w Wielkiej Brytanii jest produktem imperialnej świadomości. Jak kruche może być owo poczucia wyższości Europejczyków (Zachodnich) wobec innych,  wskazuje dziś znakomicie przykład Chin. Umieszczane były one wraz ich kulturą na samym dnie drabiny zacofania. Dziś wraz sukcesem gospodarczym każe dostrzegać wielkość chińskiej cywilizacji. Nie twierdzę, że taka wielkość charakteryzuje Europę Środkową, jej historia i kultura z pewnością jednak nie zasługują na lekceważenie i upraszczające osądy, które kreuje wiele zachodnich intelektualistów, m.in. Tony Judt.

Słabość gospodarczą Środkowej  Europy nie można utożsamiać z zacofaniem duchowym czy kulturowym. Można ją w najrozmaitszy sposób objaśniać poprzez inny przebieg procesów narodotwórczych, odmienny i spowolniony bieg modernizacji, wreszcie – przez quasi-kolonialne stosunki jaki panowały w tym regionie przez wiek XIX. Taka argumentacja wymaga oczywiście poważnego wysiłku intelektualnego i odrzuca zarówno bierną akceptację własnej niższości, jak naiwnie przesadzoną dumę z własnej tożsamości.

Druga refleksja dotyczy szeroko rozpowszechnionego w Polsce przekonania, że wszelki euroentuzjam ma charakter lewicowy, natomiast  konserwatyzm czy prawicowość jest w Europie eurosceptyczna. Otóż nieprawda. Integrację europejską zainicjowali konserwatyści i chrześcijańscy demokraci, a lewica – w imię różnego rodzaju egoizmów grupowych – często wczoraj, jak i dzisiaj tej integracji była przeciwna.

I wreszcie ostatnia kwestia – aktualność eseju Tony Judta. W części jest on nieaktualny, choć pewnie wydawcy jego drugiego wydania skojarzyli obecny kryzys z jego sceptycznymi wobec jednoczenia Europy uwagami. Trudności integracji europejskiej bynajmniej jednak nie wynikają z powodu jej rozszerzenia na Wschód. To raczej rozbuchane pragnienia konsumpcyjne i marzenia o państwie opiekuńczym spowodowały to gigantycznie zadłużenie części Europy. Greccy i hiszpańscy socjaldemokraci, którzy wpędzili swoje kraje w gigantyczne długi, to byli do pewnego stopnia „partyjni” koledzy Tony Judta. Esej Judta świetnie jednak ilustruje uprzedzenia części lewicowego spektrum zachodniej opinii publicznej wobec „Wschodu” – uprzedzenia wciąż obecne, na które nadal trzeba odpowiadać –  i w tym sensie jego aktualność nie zmalała. A ponieważ wywody autora „Wielkiego złudzenia?” nie są banalne i są dobrze wyartykułowane przez znakomitego historyka, warto się z nimi zapoznać, zastanawiać się nad nimi i z nimi polemizować.

Opublikowane równolegle w Obserwatorze Konstytucyjnym

Neosarmaci i emancypanci, czyli czy Polak jest postmodernistyczny?

https://i1.wp.com/www.obserwatorkonstytucyjny.pl/typo3temp/pics/Sarmatyzm_Portret-tr_270ac4ad2f.jpg

„Resztki nowoczesności” to książka wspaniała i niebywale na dziś potrzebna. Pełna jest szerokich i sugestywnych diagnoz, których tak obecnie potrzebujemy aby choć po trosze odnaleźć się w tak szybko zmieniającym się wokół nas świecie. I dodajmy, owa niesamowita zmiana dotyczy dla Czaplińskiego Polski i polskości, choć szeroka erudycja autora, oczytanie we współczesnej socjologii i filozofii, pozwala mu widzieć nasze podwórko na znacznie rozleglejszym, europejskim tle. Przede wszystkim jednak chodzi o polskie konkrety i przenikliwą diagnozę nie tylko stanu polskiej kultury, a w dużym stopniu kulturowego zaplecza polskiej polityki dokonywaną z dystansem przez znakomitego kulturoznawcę.

————————————————————————

Rec.: Przemysław Czapliński, Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu, Kraków 2011.

————————————————————————-

Wcześniejsza książka poznańskiego intelektualisty zatytułowana „Polska do naprawy” posługiwała się przeciwstawieniem „nowoczesności” i „tradycjonalizmu”. Autor ciekawie konstatował, że o ile tradycjonaliści chcą polską tradycję zachować w stanie niemal nienaruszonym, to zwolennicy nowoczesności, obsesyjnie dążą do tego by ogromną cześć polskiej tradycji odrzucić jako obciążonej martyrologia i grzechem anachronizmu.

Obecna książka jest w jakiejś mierze kontynuacją, ukonkretnieniem i pogłębieniem owych wcześniejszych rozważań. Tym razem nie ma tak wyrazistej opozycji opisywanych stanowisk, choć wciąż – mowa jest dwóch   przeciwstawnych nurtach.  Z jednej strony mowa jest o „plebejskich sarmatach” z drugiej o „emancypantkach” czy „nowocześniakach” (skądinąd te nieco złośliwe etykiety są zarazem znakomite).

Wg. Czaplińskiego potrzeba prezentowania swojej zbiorowej biografii jest nieodzownym składnikiem każdej kultury. „Zbiorowe dążenie do opowieści – określa on – jako walkę o samoświadomość i uznanie” (s. 85) I ta opowieść stanowiąca o samoświadomości Polaków i polskości podlegała w latach 60-tych  poważnym przeobrażeniom. Społeczeństwo, jakie doznało w skutek wojny i powojennych ustrojowych bardzo głębokiej wewnętrznej przemiany, poszukiwało nowej tożsamości. Wedle Czaplińskiego tej nowej formuły dostarczyli PRL-owska polityka kulturalna.

Sądzę więc, że to właśnie PRL-owski „Potop” (chodzi oczywiście o film – KW)  pomógł zmienić robotników w sarmatów. [1]

Ponowiona interpretacja Polski szlacheckiej, dokonana środkami filmowymi, miast ożywiać tradycję i sprzyjać nowemu definiowaniu rzeczywistości, wpychała Polaków w zbiorowy sen. Sienkiewicz nolens volens stawał się sprzymierzeńcem zabiegów zmierzających do stworzenia socjalistycznego człowieka masowego.[2]

Wytworem tych zabiegów jest właśnie ów „plebejski Sarmata”, a więc nie ktoś, kto w autentyczny sposób przetrawił dawną tradycję, ale ktoś komu powierzchowna wersja tradycji została podpowiedziana. Czapliński dostrzega cały społeczny dramat, jaki jest tłem tych „kulturalnych” zabiegów komunistycznego państwa.

Według Łukasiewicza powojenna Polska zgotowała symboliczną pułapkę chamom; dzięki awansowi edukacyjnemu i ekonomicznemu dojrzeli do samodzielnego czytania Trylogii, lecz podczas lektury „czują się potomkami czerni.(81)

Przywołując w taki sposób Jacka Łukasiewicza poznański krytyk stawia sprawę dość jasno, choć nie nazywa jej w języku historyczno-socjologicznym. Polska pozbawiona dawnych elit, w której masy doznały społecznego awansu szuka swojej nowej tożsamości. I polski cham znajduje wyjście z zastawionej na niego symbolicznej pułapki, bowiem może się wreszcie poczuć szlachcicem. Dodajmy, że raczej podrzędnego sortu, to jednak nie zmienia istoty rzeczy, bowiem Rzędzian jest dumny ze swego szlachectwa i na wszelkie sposoby będzie się od czerni dystansował.

Nie przypadkowo  gorzką diagnozę Łukasiewicza, zestawia Czapliński z twórczością najbardziej chyba utalentowanego propagandzisty PRL jakim był Zbigniew Załuski.

Sarmackie symulakrum dawało iluzję wyjścia ze stanu miazgi. Pożegnanie  więc niegdyś elitarnej, hierarchicznej i pełnej wykluczeń. Jej ponadepokowa trwałość dawała złudne poczucie zakorzenienia – a  jej anachroniczność czyniła ją dostępną dla każdego. Tak w czasach PRL-u powstała pierwsza odmiana sarmatyzmu masowego.[3]

I dalej obrazowo pisze poznański krytyk:

Kiedy proletariaccy szlachcice pokonali komunistycznego smoka, ogół stał się pełnoprawnym właścicielem znaków kultury szlacheckiej. Była to już jednak zmieniona formacja polskości: jak wszystkie poprzednie, nie posiadała już swojego oryginału, lecz dysponowała zbiorowym doświadczeniem, które pozwalało powoływać się na oryginał. Tak oto PRL-owska cepeliada, zaakceptowana przez władze z myślą o tym, by spacyfikować społeczeństwo ideologią zgody, wymknęła się spod kontroli, osiągnęła samodzielność i pozwoliła społeczeństwu uwłaszczyć się w kulturze szlacheckiej.[4]

Historia „plebejskiego sarmatyzmu” na tym się jednak nie kończy. Społeczeństwo polskie przeżywa również po roku 1989 poważne problemy z własną tożsamością. Czapliński  odnotowuje jak formuła sarmatyzmu staje się użyteczna i poręczna dla tych, którzy chcą odzyskać deptaną lub kradzioną przez komunistów tradycję. Tym jednak razem ów zabieg dokonywany jest przez prawicę. Za egzemplifikację służy publicystyka „Frondy” z jej „chochołem sarmackiej glorii”. W opisie Czaplińskiego ten konserwatywno-prawicowy magazyn intelektualny (skłonny jednak dodam do gestów niemal postmodernistycznych) chce zachować polską tradycję w całości i euforycznie. Aby jednak unikać trudnego XIX wieku cofa się do czasów pierwszej Rzeczpospolitej unikając zarazem dyskusji o przyczyny jej upadku. Nic dziwnego, bowiem za istotę polskości, ową kwintesencję jej tradycji uznany zostaje tak pogardzany u innych sarmatyzm. Sporu o przyczyny upadku tego państwa nie dotyka się nawet, co można sobie dwojako tłumaczyć. Przyczyną może być bezkrytycyzm wobec tradycji albo też niedopowiedziane uznanie, że spór  te, wobec odzyskania niepodległości jest dziś nieaktualny.[…]

W oczach Czaplińskiego współczesny polski tradycjonalizm (przynajmniej w niektórych swoich wyrazach) paradoksalnie w głębszej warstwie staje się paradoksalnie kontynuatorem polityki kulturalnej PRL-u. „Plebej Sarmata” żyje dalej, choć zmienił swoją orientację polityczną. Taka interpretacja wskazuje z pewnością na pewne istotne aspekty polskiego życia kulturalnego, zadaję sobie jednak pytanie, czy może zyskać rangę uogólnienia.

Czyż nie jest bowiem również tak, że owe spychanie przez komunistów Polaków w sarmackość, choć miało miejsce, było jednak nie tylko mało skuteczną ale i mało udolną manipulacją, będąc wynikiem ustępstw na rzecz kultury, która nie poddała się mimo wszystko agresywnej i brutalnej indoktrynizacji pierwszego okresu – w stalinowskiej fazie. Owe popychanie przez komunistów ku sarmatyzmowi – chyba nie koniecznie w pełni świadome – było manipulacją ale i pułapką dla komunistycznych propagandzistów. Można by powiedzieć, że bojąc się III części Dziadów podpowiadano społeczeństwu Sienkiewicza z „Potopem”.

Zachodzi jednak pytanie, czy owi kształtowani na sarmackich plebejuszy oglądacze „Potopu” nie  czytali też od czasu do czasu, nawet jeśli z  rzadka Mickiewicza. Wtedy ruch „Solidarności” nie jest wymknięciem się ideologii sarmackiej spod kontroli i wcale nie sarmackość stanowi źródło tego ruchu.

Opis Czaplińskiego z pewnością wskazuje na wiele istotnych aspektów polskich przemian od lat 60-tych aż do dzisiaj. Można jednak zadać pytanie, czy owa chwytliwa kategoria „plebeja sarmaty” zdoła objaśnić nam aż tak wiele, jak zdaje się sugerowac autor.

Przyjrzymy się przez chwilę nie do końca ujawnionym założeniom całego, przecież tak błyskotliwego i nader konsekwentnie przeprowadzonego rozumowania.

Po pierwsze dyskusja o tradycji  dawnej Rzeczypospolitej sprowadzona jest do dyskusji o sarmatyzmie. Nie jest to w żadnym wypadku teza samego autora, jednak ogranicza się  on do krytyki, tych którzy tak właśnie polską tradycję postrzegają. Drugie nieujawnione choć istotniejsze założenie  mówi, że polska kultura jest sprowadzona wyłącznie do kultury szlacheckiej. Awans mas nie ma żadnej innej możliwości jak tylko z czerni awansować na herbowych.

W ten sposób autor zamyka taką drogę interpretacji ruchu „Solidarności”, w której jest on autentycznym awansem mas – i to awansem oryginalnym. Przecież ani Wałęsa nie udaje szlachcica, ani noszenie sygnetów nie stało się powszechnym zwyczajem po roku 89 mimo  licznych przecież postaci nuworyszy.

W wieku XIX szlacheckość – przeniesiona z obszaru urodzenia do zadań edukacyjno-misyjnych – wsparła przejście od społeczeństwa stanowego do społeczeństwa klasowego, legitymizując narodziny inteligencji. Wreszcie w drugie połowie XX wieku – z kluczową w moim ujęciu rolą okresu od ekranizacji Potopu do powstania Solidarności – sarmackość stała się ukrytym  spoiwem polskiej kultury masowej i czynnikiem wspomagającym polityczne upodmiotowienie. Późniejsze przemiany, rozgrywające się na przełomie XX i XXI, obejmują samo uwłaszczenie się ciał już nie masowych, lecz pojedynczych i zróżnicowanych, które fingują własne zakorzenienie. [5]

Nie do końca pojmuję, co oznacza ostatnie zdanie, choć czytam książki z których ono pochodzi. Jest ono jednak w wywodach Czaplińskiego istotne, bowiem dokonuje się w nim gigantycznych skok myślowy, zmuszający do zastanowienia. Autor odbiega moim zdaniem nazbyt od konkretu swoich rozważań o polskości, zbyt pośpiesznie moim zdaniem chcąc włożyć owe polskości nowoczesny kostium.

Sprawia wrażenie pewnych wątków swego rozumowania autor nie dokończył. Kultury szlacheckiej nie można przecież sprowadzić do samego tylko sarmatyzmu, a kultura szlachecka nie wyczerpuje kultury polskiej, choć była w niej dość dominująca. Niektóry zabiegi „Frondy” można oczywiście niemal ośmieszyć, nie wydaje się jednak, że reprezentuje ona dziś jakiś mainstream. Asocjacje między sarmatyzmem „Frondy” a wcześniejszym sarmatyzmem PRL-owskiego „Potopu” brzmią często na dość powierzchowne złośliwości. Dla mnie „Fronda” stanowić może samodzielny przykład jak duże trudności przeżywają programowi tradycjonaliści.

Trzeba jednak przyznać, że autor „Resztek nowoczesności” nie kieruje swoich złośliwości tylko w jedną stronę. Dokonawszy krytyki neosarmatyzmu drugą część swojej pracy poświęca „nowocześniakom”. Ich zasadniczy dylemat zarysowuje w sposób następujący:

Samozakorzeniać się w tradycji to także rzutować siebie w przyszłość. Kłopot z projektowaniem na progu nowego okresu – o czym mówi druga część książki – polegał na tym, że wkroczenie w etap demokracji liberalnej odebrało utopii mowę. W debatach europejskich i amerykańskich została ona delegitymizowana.[6]

I dalej:

Prometeusz nie może być patronatem dążeń wolnościowych, ponieważ jego dziedzictwo jest postrzegane jako prosta droga do totalitaryzmu; kiedy jednak emancypanci szukają patronatu Narcyz, ich działanie okazuje się dla pisarzy raczej lubieżne niż prodemokratyczne.[7]

Ta część rozważań, choć autor nie eksplikuje tego w taki sposób jak w przypadku „Frondy’ sposób mogłaby się znakomicie odnosić do innego intelektualnego magazynu, jakim jest „Krytyka polityczna”.

Celowa sarmacko-intelektualna przaśność „Frondy” zastępują tu efektownie modne ekwilibrystyki intelektualne. To już jednak moja uwaga, choć czytając krytykę nowocześniaków prowadzoną przez Czaplińskiego lektury „Krytyki politycznej” nieustannie przychodziły mi do głowy. Silna ambicja zdefiniowania a nawet narzucenia własnej wizji polskiej tożsamości jest w „Krytyce” taka sama jak we „Frondzie” (jak przystało na młode środowiska). I podobna jest bezsiła by ambicji tej sprostać. Zapowiadanie, że jest się na tropie utopii, po tym wszystkim czym był wiek XX graniczy niemal z cynizmem. Tą utopię, aby ją jeszcze podtrzymać, odrzeć przecież trzeba z wszelkiej nadziei, prócz stwierdzenia, że trzeba konsumować, zdrowo żyć i być emancypatorem do granic możliwości.

Trudności z utopią nie dotykają w równym stopniu wszystkich współczesnych nurtów intelektualnych i ideowych. Najpoważniej dotykają one intelektualnej lewicy, która przez dużą część XIX i XX w pewien sposób manipulowała ludzkimi marzeniami o lepszej przyszłości i która zawsze chciała być bardziej nowoczesna od innych. Nurt demokratycznego liberalizmu nie przeżywa takiego rozczarowania, ponieważ porządek społeczny – nawet ten najlepszy z wszystkich niedoskonałych porządków, jakim jest demokracja – jest ciągłym ryzykiem. Życie społeczne i polityczne nie ma swego finalnego celu. Kto jednak taki utopijny cel posiadał, wierzył w niego, ten może się czuć rozczarowany, gdy okazał się on nierealny, a nawet więcej – gdy skompromitował się.

Upadek komunizmu był dla dużej części lewicy takim właśnie momentem kompromitacji.

Można też postawić domysł, że tak powszechne teorie ponowoczesności są w dużej mierze dziełem rozczarowanych lewicowych intelektualistów. Gdy znikła ich utopia świat zamienił się dla nich w postmodernistyczny chaos. W żadnym wypadku nie chcę sugerować, że Czaplińskiego należy zaliczyć do jakiejś tam intelektualnej lewicy. Jego osąd komunizmu jest jednoznaczny..

To jednak, że Czapliński sięga tak szeroko do teoretyków ponowoczesności powoduje, że jego pasjonująca analiza staje od pewnego miejsca zbyt pospieszna. Moim zdaniem autor „Resztek nowoczesności” niepotrzebnie uznaje się za postmodernistę. Pozwala mu to przekroczyć podział tradycjonaliści – moderniści, zdystansować się zarówno od sarmatów jak nowocześniaków, jednak jego „trzecia droga” ku postmodernie, wydaje się znacznie mniej przekonywująca od jego krytyki i jest już też oderwana od konkretnego kontekstu rozważań o współczesnej polskiej tożsamości. Swój postmodernizm autor uzasadnia w następujący sposób:

W dzisiejszej kulturze każdy musi bowiem sam wkorzeniać się w tradycję i nikt nie może uczynić tego inaczej, niż lepiąc siebie z jej resztek.[8]

Moim zdaniem opisywana sytuacja w żaden sposób nie wyróżnia naszej epoki. W każdej epoce tradycję konstruuje się z tego co pozostało po poprzedniej i poprzednich. Renesans dla przykładu budował na spuściźnie średniowiecza, a wszyscy i nieustannie czerpali ze starożytności. Zawsze i wszędzie „wkorzeniano się w tradycję”, choć dzisiaj procesy te przebiegają szybciej  i jesteśmy ich bardziej świadomi.

Szczególnie ryzykowne  wydaje mi się rozważania Czaplińskiego o „postczłowieku”. Pojęcie „podczłowieka”, jaką pojawia się w ostatnim rozdziale książki. Jest wieloznaczne, że wymagałoby dość szerokich objaśnień, których jednak autor nie dostarcza mimo błyskotliwości pojęcia i wywodu. Podana definicja jest zdecydowanie niewystarczająca, choć efektowna:

Jest to istota nieautonomiczna, niejednorodna i próbująca wyplątać się z językowej struktury. (s.298)

Zamiast malować urabiać pojęcie postczłowieka (co brzmi jak zemsta na nietzscheańskim nadczłowieku), bardziej uzasadnione byłoby może mówienie o zbliżającej się europejskiej dekadencji. Jeśli ktoś jest „nieautonomiczny i niejednorodny” to przy pewnej interpretacji właśnie Europejczyk, który utracił wiarę w siłę swojej kultury. Wątpię by podobne wątpliwości przeżywał dzisiejszy Hindus, Chińczyk czy Brazylijczyk.

Największy jednak niedosyt pozostawia to, że skok Czaplińskiego w „postmodernizm” odrywa go od tematyki polskiej. Nie składa na koniec propozycji jak skorzystać dziedzictwa polskiej kultury unikając pułapek tradycjonalizmu i modernizmu. Jeśli jesteśmy nieautomicznymi postludźmi to korzystanie z odpadów tradycji czy na sposób „plebejskiego sarmaty” czy „aroganckiego nowocześniaka jest równoważne. Taka jednak wyraźnie nie ma być konkluzja „Resztek nowoczesności”.

Sam Czapliński nie sprawia z pewności wrażenia „postintelektualisty”, ale myśliciela z krwi i kości, w pełni autonomicznego i nie tylko nie usiłującego wyplątać się z języka ale wprost przeciwnie budującego świat pojęć, dzięki którym możemy w bardziej pogłębiony i subtelny sposób rozmawiać w tym, co się wokół nas przede wszystkim w Polsce ale nie tylko dzieje. Jestem przekonany, że gdyby ten nadzwyczaj ciekawy autor trzymał się do końca spraw polskich, zamiast dokonywać skoku w ponowoczesność, byłby bardziej uniwersalny i wcale nie paradoksalnie mógłby więcej powiedzieć o kondycji nie tylko polskiej ale i europejskiej kultury. Traktuję zresztą „Resztki nowoczesności” jako zapowiedz dalszych rozważań jednego z najbardziej inspirujących autorów ostatniej doby.

[1] Bunt sarmackich ma w: Przemysław Czapliński, Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu, Kraków 2011. S.98.

[2] Bunt sarmackich ma w: Przemysław Czapliński, Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu, Kraków 2011. S.94

[3] S.90

[4] Bunt sarmackich ma w: Przemysław Czapliński, Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu, Kraków 2011. S.98.

[5] Przemysław Czapliński, Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu, Kraków 2011, s.297.

[6] Przemysław Czapliński, Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu, Kraków 2011, s.297.

[7] Przemysław Czapliński, Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu, Kraków 2011,s 222.

[8] Przemysław Czapliński, Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu, Kraków 2011. S.146.

Żydokomuna i komunopolonia. O książce Pawła Śpiewaka

1.Historia Żydów w dużej części przynależy też do dziejów Polski. Nie powinna być więc traktowana jako egzotyczna czy osobna, choć tak często się w istocie dzieje. To, że historia polskich  Żydów nie włącza się do historii Polski albo też traktuje się jakoś coś marginesowego wymaga dziś zastanowienia. Z pewnością książka Pawła Spiewaka może przyczynić się by ten stan uległ zmianie. Książka, skądinąd świetnie napisana wymaga bardzo starannej lektury, bowiem stawia zasadnicze kwestie nie tylko dla stosunków polsko-żydowskich ale i dla samej historii Polski.

 2. Pierwszym niezbędnym zadaniem jest lepsze poznanie dziejów społeczności żydowskiej w Polsce w szerokim europejskim kontekście. Zawężenie tego kontekstu wyłącznie do wewnętrznych dziejów żydostwa lub zagadnień antysemityzmu nie może dać właściwego zrozumienia.

Dzieje społeczności żydowskiej tak jak ją przedstawia Paweł Śpiewak – lub przynajmniej taką interpretację podpowiada – były w znacznie  większym stopniu podobne do dziejów innych procesów narodotwórczych niż się to powszechnie wydaje. To, że historia żydowskiego procesu narodotwórczego kończy się w Izraelu, a nie gdzieś w Europie, jest wynikiem skomplikowanego zbiegu przypadków, niestety w części przypadków tragicznych. Mówiąc o procesie narodotwórczym należy mieć oczywiście na względzie tworzenie się nowoczesnych narodów w XIX i po części XX wieku.

Tak jak wiele innych narodowości, które przeobrażają się w nowoczesne narody, wyłaniając się z przednowoczesnej etnicznej mozaiki, również Żydzi zaczynają odkrywać siebie nie tylko jako etniczną czy religijną wspólnotę, ale również jako naród. Zarówno europejskie oświecenie (Haskala) jak i włączenie się społeczności żydowskiej w procesy modernizacji (m.in. dzięki dużej ilości ludności miejskiej) czyni Żydów pionierami dziewiętnastowiecznej nowoczesności.

Problem polegał na tym, że w wielu innych przypadkach proces ten prowadził do stworzenia państwa narodowego. Urbanizacja, industrializacja i wspólny język pozwoliły na utworzenie państw narodowych nawet tam, gdzie wydawało się brak było ku temu historycznych przesłanek jak w przypadku Słowaków czy Łotyszy. Pod wieloma względami społeczność żydowska miała więcej przesłanek niż inne społeczności, by dobić się własnego państwa. Masa żydowskiej biedoty czy malowniczy chasydzi nie powinni utrudniać zobaczenia tej właśnie żydowskiej nowoczesności, czym bowiem różnili się oni od dzisiaj równie dla nas egzotycznych chłopów poszczególnych narodów.

Żydowskiemu ruchowi narodotwórczego brak jednak było jednego istotnego elementu, który nie pozwolił im utworzyć własnego nowoczesnego państwa narodowego na terenie kontynentu europejskiego – terytorialności. Nie wiadomo było ani nie sposób było określić, na jakim terytorium, na jakim obszarze, w jakim miejscu mieli by Żydzi tworzyć swoje państwo. Jedynie to stawiało ich w sytuacji wyjątkowej i trudnej, na koniec zaś tragicznej.

W Europie, w której wielkie procesy cywilizacyjne prowadziły do tworzenia się państw narodowych, Żydzi pozostawali bez swego terytorium – mało tego byli postrzegani przez innych  jako przeszkoda na drodze do uzyskania ich własnych państw narodowych. Wszędzie będąc mniejszością szukać musieli często dla zachowania własnej tożsamości sojuszników przeciw większości na danym obszarze, opierając się o tch najmożniejszych Rosjan czy Niemców, co wywoływało dodatkowe konflikty. Bogaty opis Pawła  Śpiewaka dostarcza wielu przykładów takiej właśnie sytuacji – opis w dużej części zgodny dawnymi już sugestiami Hannah Arendt. Nowością i przesunięciem akcentów jest to, że Pawła Śpiewaka interesuje przede wszystkim przyczyny zaangażowania Żydów w ruch komunistyczny, gdy tymczasem Hannah Arendt interesowały przede wszystkim źródła antysemityzmu jako składowej ruchów totalitarnych.

3.Jeśli ruch narodotwórczy Żydów był często w konflikcie interesów z innymi ruchami narodowymi to oczywiste staje się pytanie jak układały się i jak mogły układać się stosunki między polskim a żydowskim ruchem narodowym, a na polskich terenach, gdzie Żydzi stanowili tak znaczną mniejszość.

Nieuchronnie nasuwa się pytanie, czy po stronie polskiej (jak i po żydowskiej) nie można było prowadzić zupełnie innej polityki – ścisłego aliansu i ustalania wspólnoty interesów. Oczywiście istnieje wiele argumentów, że tak nie mogło się zdarzyć, gdyż obie strony tego nie chciały. Polacy uważali, że Żydzi mają inne interesy niż Polacy, Zydzi odrzuceni przez Polaków tym bardziej zamykali się i koncentrowali się na własnych interesach. Tak pewnie musiało być, problem jednak, że tego zaczarowanego koła nikt właściwie nie usiłował przerwać.

Należy zdać jednak sobie sprawę, że stosunki polsko-żydowskie mogły układać się zupełnie inaczej. Żydzi wzięli istotny udział w modernizacji Polski, być może jednak gdyby te stosunki układały się inaczej i lepiej, ich wkład mógłby być jeszcze większy, a Polska na ścieżkę nowoczesności wkroczyć by mogła wcześniej i szybciej.

Takie jednak wyobrażenie musiało by być połączone z pełną akceptacją polskich Żydów jako polskich obywateli i Polaków bez żadnych dwuznaczności (i często głupich żartów z tym związanych).

3. Pozornie centralnym tematem książki jest żydokomuna. Tym niemniej wobec toksycznej siły tego stereotypu jest to temat ważny. Trzeba od razu powiedzieć, że dla wyznawców tego mitu (z których większość,  choć może nie wszyscy są antysemitami) książka Pawła Śpiewaka dostarczyć może dziesiątków przykładów antysemickich przekonań. Czytając selektywnie i bez zrozumienia można istotnie odnaleźć w książce opis szczególnego związku, jaki łączył część społeczności żydowskiej z ruchem komunistycznym.

Autor nie unika wspominania o faktach, które z takich czy innych względów mogłyby się wydać dla niego wygodne w celu demistyfikacji „żydokomuny”. Jest świadomy powszechnie obecnych i obiegowych argumentów, które dowodzą, że „Żydokomuna” istniała i może istnieje dalej. Pisze więc o stalinowskich oprawcach, podaje dokładne statystyki  nie kwestionując danych takich historyków jak Gontarczyk.

Wyjątkowo ohydną, bo służalczą rolę, odegrali oficjalni przedstawiciele polskiego żydostwa. Syjonizm atakowano w „Fołks Sztyme”, organie Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, organizowano „spontaniczne akcje” pośród aktywu żydowskiego w celu potępienia państwa Izrael (s.220)

W innym miejscu można w jego książce przeczytać:

Udział Żydów w ruchu komunistycznym w Sowietach i w Polsce, liczna obecność w służbach bezpieczeństwa, wywiadzie oraz w kontrwywiadzie daje się z trudem, jeśli w  ogóle, pogodzić z tym dominującym paradygmatem (cierpienia i nauka – dop.KW) mówienia o Żydach w diasporze. Wskazuje na wymiar odpowiedzialności i winy. (.s.205)

W istocie jednak Paweł Śpiewak całkowicie obala ten mit i to w sposób nie podlegający wątpliwości. Nie oburza on go i jego argumenty nie są moralizowaniem (jak zdarza się wielu anty-antysemitom). Jest świetnym historykiem, który odważnie podejmuje zakazany dotychczas dla nauki temat, a zawładnięty przez brak rozsądku i głupotę.

Paweł Śpiewak, że jeśli mielibyśmy mówić o żydokomunie to tak samo winniśmy mówić „komuno polonia”. To, że Żydzi mieli więcej powodów by wiązać się z ruchem komunistycznym nie stanowi ani o tym, że byli jego twórcami ani tego, że nie stawali się jego ofiarami.

Autor w niezwykle przenikliwy sposób opisuje i objaśnia powojenną sytuację w Polsce, kiedy Żydzi stanowią istotną część wyższego aparatu władz i służb bezpieczeństwa. Pokazuje jak przedwojenny mit nakłada się na nową sytuację (nieproporcjonalna ilość Żydów przy władzy). Pokazuje jak nowe formy antysemityzmu były atakiem na janczarów a nie na ich dowódców w Moskwie, jak beznadziejność i klęska wywołuje demona. Pokazuje jak nad reprezentatywność  (o której można mówić tylko wtedy, gdy nie jest ona legendarnym ogólnikiem lecz jest dokładnie określona na podstawie badań) Żydów można wyjaśnić, bynajmniej nie usprawiedliwiając czynów takich ludzi jak stalinowski kat Samuel Morel.

4. Stosunek do Żydów stanowi bardzo poważny test dla polskiej tożsamości. I wcale nie z powodu oczywistej potrzeby zwalczania antysemityzmu, który najpewniej w Polsce utrzymuje się średnim europejskim poziomie (co bynajmniej nie stanowi żadnego usprawiedliwienia). Stosunek do Żydów i ich kultury wyznacza w Polsce granicę między zwolennikami państwa ściśle narodowego (choćby nie byłoby to wypowiedziane wprost i nie było skażone nacjonalizmem) a zwolennikiem polskiego federalizmu. Polski federalizm to  odwoływanie się do wielokulturowości pierwszej Rzeczpospolitej. Ta wielokulturowość obejmuje Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, a nawet choć na wpółmityczny sposób na przykład Ormian czy polskich Tatarów. W znacznie mniejszym stopniu zaś obejmuje Żydów, którzy traktowani są odrębnie (nawet jeśli z sympatią). Ukraińcy, Białorusini i Litwini opuścili jednak tą wyobrażoną już tylko wielokulturową Rzeczpospolitą w XIX wieku wraz z narodzinami nowoczesnych ruchów narodowych. Jeśli z dawnego federalizmu dawnej Rzeczypospolitej coś pozostało, czy też pozostawało dłużej,  to właśnie związek z Żydami.

5. Ostatnia część książki ma charakter bardziej osobisty. Marzec 68 Antysemicka kampania w PZPR i wywołane tym antysemickie nastroje były już wielokrotnie opisywane. Paweł Śpiewak  patrzy jednak na tą epokę oczami pokolenia, którą ją przeżywała. przywołuje pamięć o postaciach, które doskonale znane są jego i mojej generacji takich jak Wiktor Woroszylski, Zygmunt Zimand. To właśnie oni a nie „stalinowscy kaci” wskazani byli na pseudo-dowód istnienia żydokomuny. Istotnie biografie niektórych z nich (jak np. nie wspomnianego w książce Krzysztofa Wolickiego, z którym byłem zaprzyjaźniony a co budziło niechętne uwagi tych, którzy nie mogli zapomnieć mu jego wcześniejszej działalności) były w rozmaity sposób uwikłane w dzieje powojennej komunistycznej władzy. Zarzuty te i wypomnienia  czyniono wtedy, gdy osoby te  były już  w poważny sposób zaangażowane w opozycję antysystemową. Jeśli chce ktoś pamiętać każdego żydowskiego stalinistę, to będąc konsekwentnym (choć nie jest to konsekwencja godna specjalnej pochwały) winien też pamiętać każdego żydowskiego opozycjonistę – działaczy tego ruchu, który tworzy Solidarność  a następnie przynosi Polsce niepodległość. Jest zadziwiające i godne podziwu, że tak minimalna żydowska społeczność wyłania z siebie tylu dzielnych ludzi niewahających się wziąć udział w przedsięwzięciu, jakim było obalanie komuny.

Nie chcę w ten sposób w żadnym wypadku powiedzieć, że owo zaangażowanie może być jakimś zadość uczynieniem za zaangażowanie w stalinizm (podjęcie owego problemu „winy i odpowiedzialności”, o którym pisze Paweł Śpiewak). Było czymś niestosownym zestawianie obu zjawisk. Chcę jedynie powiedzieć, że trzeba zauważać pozytywny wkład Żydów (zarówno tych, którzy chcą się tak nazywać jak i tych którzy są tak nazywani) w zupełnie najnowsze dzieje Polski.

Z pewną ironią można też zauważyć, że wiodącymi intelektualnie postaciami dla dwóch przeciwstawnych politycznie obozów są Adam Michnik i Bronisław Wildstein – jeden i drugi o wspaniałej biografii opozycyjnej. Dla nieuleczalnych  antysemitów może stanowić to prowadzić  stwierdzenia, że Żydzi jak zawsze mają być wszechobecni i sięgają po rząd dusz. Może to być jednak stwierdzeniem normalności, że Żydzi to dziś nie tylko „żydolewica” ale i „żydoprawica”. Wspominam o żydowskich korzeniach Adama Michnika i Bronisława Wildsztajna tylko jako złośliwość uwaga pod adresem tych, który z własnego obozu w takim czy inny sposób chcieli by wykluczać żydowskich współobywateli. W istocie owa żydowskość nie powinna mieć dzisiaj żadnego znaczenia, gdy mówimy o czyjejś obecności w życiu publicznym.

Zarazem jestem zdania, że mimo wszystko  w stosunkach polsko-żydowskich dokonał się po roku 1989 duży postęp pozytywne zmiany. I jeśli coś stanowi sprawia w tych stosunkach trudność to nie jest to słabnący antysemityzm (choć wciąż go należy zwalczać), lecz właśnie brak zrozumienia, że dzieje polskich Żydów i dzieje Polski są nie do oddzielenia, że dzisiejsza polska społeczność nie zrozumie własnych dziejów i nie opowie sobie i światu własnej historii bez wiedzy o dziejach żydowskich współobywateli.

6. Tematyka stosunków polsko-żydowskich nadal jednak budzi duże emocje, należy jednak zadać pytanie, czy ich siła może być miarą znaczenie i wagi tej tematyki. Społeczność żydowska w Polsce to zaledwie 20-30 tys., a polityka polska nie jest aż tak globalna, aby stosunki polsko-izraelskie stały w centrum zainteresowań Warszawy. Jest jednak czynnik decydujący o tym, że problematyka polsko-żydowska długo jeszcze zachowanie wielkie znaczenie. Jest nim pamięć o Holocauście. Głównymi dyspozytariuszami tej pamięci są oczywiście Żydzie. Są jednak nimi z poważny sposób również Polacy, ponieważ tragedia Holocaustu w wielu wymiarach rozgrała

Tragedia Holocaustu łączy, więc obie społeczności w nierozerwalny sposób nawet jeśli stosunek sąsiedztwa i bezpośredniego współżycia został bardzo poważnie ograniczony.

7. Ostatnia moja uwaga dotyczy samego autora tej wspaniałej książki. Paweł Śpiewak ma wspaniałą biografię zarówno jako intelektualista jak i uczestnik ruchów obywatelskich i opozycyjnych przed 1989. Obecnie został on dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego. Trzeba koniecznie stwierdzić, że niezwykle ważna dla polskiej kultury instytucja miała przez długi pecha. Niegdyś zsyłano tam na kierownicze stanowiska strąconych z piedestału komunistycznych działaczy żydowskiego pochodzenia. Ich wykorzenienie decydowało, że w istocie posiadali niemal zerowe  kompetencje by kierować tą instytucją. Szczególnie szkodliwe to, że będąc całkowicie areligijni lub na komunistyczny sposób religijności wrodzy, zajmować się mieli zbiorami poświęconymi przepojoną religijnością żydowskiej tradycji. Sytuacja z czasem poprawiała się zwłaszcza po roku 1989, ale nigdy na czele Żydowskiego Instytutu Historycznego nie stał człowiek obdarzony taką intelektualną charyzmą i takim naukowym autorytetem. Nie wygląda na to, by książka była przygotowywana z myślą o objęciu tego stanowiska, ukazała się jednak w momencie gdy Paweł Śpiewak określa na nowo kierunki kierowanej przez siebie placówki. Daje to nadzieje, że ŻIH stanie się miejscem i inspiratorem wielu debat, których Polska tak bardzo potrzebujemy a tematyka żydowska zyska swoje pełne obywatelstwo w kulturze polskiej. Nawet jeśli stanie się to tak późno i po tylu tragediach, będzie to z pewnością czymś szalenie istotnym.

„Wielka Trwoga” – książka o Polsce, którą niezbędnie należy czytać

 „Wielka Trwoga” Marcina Zaremby to książka, która wnosi do rozważań o współczesnej Polsce tak wiele, że niezbędnie wymaga polecenia i lektury przez jak największy krąg myślących czytelników. Mam nadzieję, że wywoła ona szeroką i pogłębioną dyskusję. „Wielka Trwoga” wnosi całkiem nowe spojrzenie na pierwsze lata powojennej Polski i analizuje głębokie schorzenia, jakie wywołała wojna i katastrofalny stan, w jakim znalazł się kraj opanowany przez komunistyczne władze. Siły  traumy, jaką wywołała tamten tragiczny czas, nie doceniamy dotychczas a skutki odczuwalne są w zbiorowej psyche po dziś dzień. Zamieszczam recenzję  prof.Marcina Kuli (Uniwersytet Warszawski) jednego z najwybitniejszych polskich historyków, którego mam przyjemność gościć na „In web scribis”.

Marcin Kula: Pierwsze lata wolności

Recenzja Marcin Zaremba, Wielka Trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys, Wydawnictwo Znak, Instytut Studiów Politycznych PAN, Kraków 2012, s. 694.

Dramat Leona Kruczkowskiego z 1959 r. nosił tytuł „Pierwszy dzień wolności”. Autor, najpewniej zainspirowany własnym doświadczeniem, przedstawił oficerów z oflagu, przez kilka lat  marzących o końcu wojny, przed którymi otworzyły się bramy i… no właśnie, wymarzona wolność okazała się trudna.

W 60 lat po wojnie Marcin Zaremba przyjrzał się jak naród, przez kilka lat marzący o końcu wojny, wszedł w okres powojenny. Niektórzy z nas te lata pamiętają. Sam znakomicie pamiętam Warszawę w ruinach, napisy cyrylicą na domach i ruinach Żoliborza „Min niet – Żygajło” (tak nazywał się dowódca grupy rozminowującej). Potem zapamiętałem budowę Trasy W-Z. Z czasem słyszeliśmy, że „cały naród odbudowywał swoją stolicę”. Jeszcze później od jednych słyszeliśmy o leśnych bandach, od drugich – z czasem – o „żołnierzach wyklętych”. Słyszeliśmy o procesie szesnastu, ale od innych znów o powojennym entuzjazmie. Czytaliśmy o konflikcie polsko-ukraińskim i akcji „Wisła”. Także o pogromie kieleckim i emigracji Żydów. Do dziś dużo o tym wszystkim napisano. Zaremba jest wszakże pierwszym, a jeśli nawet nie pierwszym, to jednym z nielicznych, który przyjrzał się latom 1944-1947 wszechstronnie i z punktu widzenia przeciętnych ludzi, także z punktu widzenia najpowszechniejszych zjawisk ich dotykających. No i dominującym akcentem w zarysowanym przezeń obrazie nie jest ani entuzjazm odbudowy Warszawy, ani entuzjazm dla dalszej walki o niepodległość, ale „po prostu” strach. Strach poniekąd przed wszystkim – równie dobrze (i na dobrym miejscu!) przed żołnierzami radzieckimi, jak przed napadami, w których zacierało się kto i w imię czego napada. Przed zaminowaniem obiektów i terenów, przed chorobami, przed dokwaterowaniem obcych ludzi do mieszkań. Strach związany z bezpośrednio powojenną, beznadziejnie przeprowadzoną wymianą pieniędzy, o której dziś już nawet prawie nikt nie pamięta. Strach o los Kościoła. Strach przed Żydami jakoby porywającymi chrześcijańskie dzieci i przed Ukraińcami – a z drugiej strony strach Żydów, napotykających wrogość po pięciu latach gehenny i pewno też strach Ukraińców lub/i Białorusinów. Również strach Niemców.

Książka ta staje na poczesnym miejscu wśród opracowań z najnowszej historii Polski. Zawodowo jest znakomita. Z punktu widzenia stopnia wykorzystania źródeł zaspokoi wymagania  nawet tych historyków, którzy przerabianie archiwów uważają za jedyne zajęcie godne historyka. Prawda, w historii najnowszej zawsze można jeszcze coś znaleźć, ale ja jestem pod wrażeniem tego, do czego autor dotarł. Zwróciła moją uwagę różnorodność wykorzystanych źródeł, w tym wielokrotne użycie w tym charakterze literatury pięknej.

Obszerna baza źródłowa szczęśliwie nie jest jedyną zaletą książki. W znanym dylemacie, czy siedzieć i czytać źródła, czy myśleć, pytać i rozwijać wysunięte koncepcje, autor odpowiedział: „należy robić jedno i drugie”. Drugą, podstawową zaletą recenzowanego opracowania jest szerokość prowadzonej analizy oraz jej wysoki poziom intelektualny. Ponieważ autor zarysowuje anatomię strachu tej epoki oraz rozważa jego typy i przyczyny, musi wejść równie dobrze w historię polityczną, kryminalną, ekonomiczną, dzieje stosunków międzyetnicznych na danym terenie, jak i w wiele dalszych spraw. Mało kto umie tak szeroko poruszać się w historii i mało kto ma po temu kompetencje.

Wszystkie owe strachy i niepokoje składały się na tytułowe zjawisko „wielkiej trwogi”. Prawda, że naturalna u każdego autora koncentracja na temacie mogła wywołać pewien przerost jej wielkości i wagi. W końcu nawet w obliczu szerokiej obecności strachu nie wszyscy boją się przez 24 godziny na dobę. Wywód autora jest jednak przekonywujący. Trwoga, o której mowa, była zjawiskiem samoistnym, mającym znaczenie inne, większe, niż suma strachów płynących z różnych przyczyn. Miało ono specyficzny wpływ na zachowania ludzkie. Ówczesne agresje przeciw Żydom, choć niewątpliwie podbudowane antysemityzmem oraz bez dwóch zdań skrajnie naganne, rysują się jednak odmiennie w świecie, w którym wszyscy boją się wszystkich i reagują agresywnie przeciw komu się da.

Rozważenie typów strachu oraz „Wielkiej Trwogi” jako całości

prowadzi do zagadnień fundamentalnych dla najnowszej historii Polski. Część strachu generowała sama władza. To jasne. Wielokrotnie pojawia się w książce motyw, że ludność porównuje NKWD i UB do gestapo. Można jednak pytać dlaczego w tym wypadku władze jednak ludzi złamały strachem świadomie generowanym – choć hitlerowcom się to nie udało? Dlaczego komuniści uzyskali przynajmniej konformizm, a nie mniej okrutni hitlerowcy nie? W odpowiedzi można domniemywać, że tytułowa trwoga ułatwiała sytuację nowych władz – z dwóch powodów. Mało co tak dezintegruje społeczeństwo jak strach, a dezintegracja leżała w interesie władzy. Druga przyczyna to ta, że w warunkach strachu generowanego niekoniecznie przez władze, lecz także przez znacznie szersze czynniki, ludzie zaczynają chcieć, by jakakolwiek władza w końcu zapanowała nad sytuacją. Nie był to z pewnością czynnik jedyny. W zestawieniu z okupacją istotne było chyba również to, że w stabilizację władzy Hitlera – póki trwała wojna – mało kto wierzył, a ZSRR wydawał się, zgodnie ze słowami hymnu, „wskrzeszony na wieki przez potężną Rosję”. Autor pisze m.in. o strachu tymczasowości; o tym, że ludzie bali się przejściowości w różnych, większych i mniejszych sprawach życiowych. Można powiedzieć, że taki strach przed niestabilnością różnych rozwiązań istniał w całym okresie PRL – zasadnie. Jednocześnie przecież wydawało się nam, że podstawowe elementy struktury nie zmieniają się, że raz stworzone instytucje trwają jak opoka, że nawet ludzie u władzy trwają latami; w sumie rzucała nam się w oczy stabilność. W przeświadczeniu o niej nieraz wręcz nie chcieliśmy lub nie potrafiliśmy docenić zmian, jakie jednak zachodziły. Przekonanie o beznadziejnej stabilności sprzyjało współpracy z władzami – uczciwej lub mniej uczciwej – po wojnie i później. Zresztą, bardzo trudno było przez 40 lat odwracać się plecami od wszystkiego. Można było przeżyć 5 lat okupacji „życiem na niby” (Wyka). Nie było pociągające przeżycie całego życia „na niby” – i w praktyce nie było to możliwe (Zaremba przytacza ciekawą uwagę dochodzącego w jakimś momencie do właśnie takiego wniosku prof. Świeżawskiego). Trudno też było odwrócić się plecami indywidualnie, gdy większość tak nie robiła. Co nie najmniej ważne, może opór zmniejszył także polski, mimo wszystko, charakter odradzającej się struktury? Innej Polski nie było. Polski Londyn, mimo chwały, jaką się go dzisiaj otacza, nie był jednak tym, czym dla Kubańczyków jest dzisiejsze kubańskie Miami. Znaczenie miała też najpewniej zręczna taktyka komunistów, którą autor studiował w swojej poprzedniej książce[1]. Dla pewnych grup, choć dziś wydaje się to mało zrozumiałe, proponowana droga mogła być w końcu atrakcyjna.

Pytań o to, czy zjawiska stwierdzone przez Zarembę w latach 1944-1947 trwały w PRL, można postawić więcej. Wtedy, w obliczu bandytyzmu, antysemityzmu i rabunków, władze, niepomne, że w istotnym stopniu same lub/i z pomocą wielkiego sojusznika tworzyły tę atmosferę, umacniały swoje przekonanie, że jest to naród do gruntownego przeorania. Paradoksalnie jakoś godziły teoretyczną wizję o byciu samemu emanacją narodu (klasy robotniczej) i przekonania o potrzebie pokierowania nim (nią). Władze komunistyczne oraz wtedy jeszcze im bliskie niekomunistyczne środowiska lewicowe były pod wrażeniem (nie bez powodu!) Polski zdominowanej przez myślenie endeckie. Wówczas zyskały wzmocnienie swoich przesłanek – jeśli go potrzebowały. Przekonanie de facto o okropności narodu przetrwało wśród władz dopóki następne pokolenia wśród nich same nie doszły do wniosku, że lepiej jest przyjemnie i bogato żyć niż budować nowy świat. Wtedy pozostała im walka o nagą władzę lub rezygnacja za znośne zamienniki.

Zaremba opisuje ruchy studenckie i uczniowskie w maju 1946 r. Zaznacza, że nie były to ruchy robotników, ani chłopów. Na marginesie tego obrazu można zastanowić się jak przedstawiała się owa kwestia podziału na społecznie dwie Polski w latach 1956, 1968, 1970, 1980 i od 1981 do dziś. Innym zagadnieniem ówczesnej i dalszej historii jest postawa inteligencji. Zaremba przytacza obserwacje czy to Franciszka Ryszki, czy Leona Chajna, odnoszące się do lat 1944 – 1947, pokazujące jak mocno byli oni zszokowani niektórymi praktykami władz. Pozostali jednak blisko nich, Chajn nawet w ścisłej elicie. Przypominam sobie, jak to pewien średnio-wyższy funkcjonariusz partyjny, jeszcze z KPP, opowiadał mi, rzecz jasna ex post, o odczycie, który za wczesnej PRL miał dla szerokiej publiczności. Ktoś z audytorium zadał mu pytanie. Na przerwie do mojego rozmówcy podszedł ubek, który zapytał, „Czy towarzysz życzy, by pytającego zatrzymać od razu, czy później?”. Rozmówca opowiadał mi to z oczywistym potępieniem, podkreślając swoje ówczesne oburzenie. Powinienem był go zapytać, dlaczego zatem nadal wygłaszał swoje odczyty. Nie zapytałem – może też przez konformizm.      Niektóre zjawiska, znane z późniejszej PRL, w latach 1944-1947 miały swoje korzenie. Zaremba ciekawie pokazuje, że sprawa kolektywizacji była już wówczas przemyślana przez chłopów, a zatem strach i opór chłopski w 1949 r. były już tylko kontynuacją postawy bezpośrednio powojennej. Od siebie dodam, że ciekawe byłoby prześledzić także wpływ stażu w ZSRR, jaki odbyło wielu Polaków, na późniejszy strach przed kolektywizacją, czy przed innymi zjawiskami. Intelektualiści, którzy zahaczyli o sowiecki Lwów, zaskakująco uwierzyli, że w Polsce będzie lepiej. Czy jednak było wielu takich?

Powojenne sprawy Żydów, Ukraińców i Białorusinów do dziś nie są rozwiązane. O pierwszych i drugich dużo mówi się w tej chwili. Także jednak w wypadku Białorusinów przez długie lata nie udawało się w Białymstoku zbudować pomnika Prawosławnym Mieszkańcom Białostocczyzny Zabitym, Zamordowanym i Zamęczonym w latach 1939-1956[2]. Sprawy „żołnierzy wyklętych” do dziś jest żywa. Od bezapelacyjnego potępienia przeszliśmy do prawie bezapelacyjnej hagiografii. Zaremba pokazuje natomiast jak to wszystko było wówczas trudne i niejednoznaczne. Nie zostanie za to polubiany przez większość dzisiejszej opinii. Wizja, którą przedstawia, nie pasuje do dominującej wizji historii martyrologiczno-bohaterskiej. Spadkobiercy „żołnierzy wyklętych” nie polubią obrazu, w którym granica między szlachetnością i bandytyzmem rozmywa się. Można zrozumieć dlaczego tak się działo i autor zajmuje się także tym – ale tak się działo. Pozostaje przypomnieć deklarację autora, że rozumienie nie jest dlań synonimem usprawiedliwiania kogokolwiek i którejkolwiek ze stron (s. 17: „Książka powstała w duchu historii rozumiejącej, które to słowo nie jest synonimem usprawiedliwienia”). Od siebie dodam, że francuskie przysłowie tout comprendre c’est tout pardonner (zrozumieć to wybaczyć) jest nieprawdziwe.

Jako opracowanie „Wielkiej Trwogi” książka trafi nie tylko na półkę historii Polski, ale też na wciąż niestety raczej luźną u nas półkę z książkami o historii mentalności. Problemowe ujęcie analizowanych zagadnień to wielka zaleta książki Zaremby. Jego perspektywa obejmuje podobne zjawiska z różnych okresów i różnych terenów. Wystarczy wspomnieć tytuł książki („Wielka Trwoga”), nawiązujący do znanego w historiografii pod tą nazwą zjawiska poprzedzającego Rewolucję Francuską.

Zaremba rozpatruje swoją tematykę w szerokiej perspektywie historii oraz przez pryzmat różnorodnej literatury przedmiotu. Widzi, że migracje nieraz zrywały spontanicznie wyrosłe siatki społecznej pajęczyny między ludźmi. Widzi, że odmienianie wówczas przez wszystkie przypadki słowa „krew” nie było wyjątkowe w dziejach, podobnie jak niechęć do Żydów. Widzi, że nieraz w historii granica ruchu buntowniczego i bandytyzmu zacierała się, zresztą podczas okupacji nieraz też (mimo wysiłków AK przeciw jej zacieraniu się).

Zaremba pamięta o zjawisku „Janosików” – bandytów wymierzających sprawiedliwość (czasem rzeczywiście ją wymierzających, a częściej wymierzających jedynie w legendzie). W trochę znanych mi dziejach Brazylii miejscowymi „janosikami” byli cangaçeiros. Jak niedawno to się działo, niech świadczy fakt, że najbardziej znany wśród nich Lampeão został schwytany dopiero w latach trzydziestych XX w.. Niedawno chciano mu postawić pomnik; nie wiem jak się sprawa skończyła.

Analizowany przez autora szaber, czyli rabunek rzeczy nie swoich, wynikał nie tylko z wyzwolenia złodziejstwa w sytuacji braku kontroli, z wielkich potrzeb rynku, z przetarcia drogi przez Niemców wobec własności cudzej, zwłaszcza żydowskiej… Wynikał nie tylko z patriotycznego charakteru niejednego rabunku za okupacji, czy z tego, że także instytucje państwowe zdobywały niejedną rzecz potrzebną na ziemiach zachodnich (także Instytut Historyczny UW zdobywał tam książki)… Nie tylko z tego, że państwo zabierało i dystrybuowało własność niemiecką – do teoretycznego spłacenia kiedyś przez beneficjentów (ale chyba nikt nigdy za to nie zapłacił)… Nie tylko z tego, że Armia Radziecka konfiskowała i po prostu rabowała własność niemiecką. Nie tylko z poczucia, że przecież Niemcy nas obrabowali, więc coś powinni spłacić. Nie tylko z tego, że nie od razu było wiadomo czy Ziemie Zachodnie będą polskie, czy niemieckie… Szaber wynikał także z zadawnionego podejścia do własności niczyjej lub/i porzuconej (co przekładało się na domniemanie, że jeśli ja nie wezmę, to inni wezmą).

Oczywiście autor koncentruje się na swoim przedmiocie, ale wie, że lepiej rozumie się przedmiot analizy, gdy patrzy się na szersze jego przejawy. Książka reprezentuje zaś historię rozumiejącą – co autor sam zadeklarował w zdaniu wyżej przytoczonym. Oczywiście każdy fragment prowadzonej przez Zarembę analizy można rozbudowywać w kierunku gromadzenia kolejnych przejawów zjawiska. Autor przedstawia wiarę wielu ludzi, że na jesieni 1946 r. dominacja PPR, a pewno i ona sama, skończą się. Inną formą zaklinania rzeczywistości – co autor oczywiście widzi – była wiara w III wojnę światową. Mnie takie myślenie życzeniowe skojarzyło się natomiast z wierzeniami Afroamerykanów i Afrobrazylijczyków, że wrócą do Afryki – choćby po śmierci. Zdarzyło mi się kiedyś uczestniczyć w jakiejś murzyńskiej ceremonii, której zresztą nie rozumiałem, odbywającej się na plaży w Rio de Janeiro – na plaży, bo za oceanem jest Afryka (a więc byliśmy już blisko?).

Bardzo ciekawe są rozważania Zaremby o drogach ludzkiego myślenia: jego obserwacja, że po doświadczeniach II wojny ludzie byli gotowi po prostu uwierzyć we wszystko. Bliski mi człowiek opowiedział mi kiedyś, jak to przed wojną został pobity przez „narodowców” za to, że „chodził” z Żydówką. Dodał: nawet wtedy przez myśl mi jednak nie przeszło, że to może się skończyć masowym przepuszczeniem ludzi przez komin. Okazało się, że wręcz tak niewyobrażalna rzecz była możliwa. Myślę, że do uwarunkowań dróg myślenia trzeba jednak dodać całkowicie nieprzewidywalną sytuację powojenną, brak racjonalnych przesłanek dla podejmowania decyzji o własnym życiu… Jeden z bohaterów niedawno odnalezionego utworu Jerzego Kowalskiego „Babie lato”, opisującego wychodźców z Warszawy przycupniętych gdzieś po Powstaniu, odzywa się: „Mieszkamy przy drodze, którą przechadzają się dwa mocarstwa. Czy to był partyzant bolszewicki, czy nasz?”. Na to pada odpowiedź: „Rosyjski. Teraz przyszli Niemcy i każą się częstować chlebem i wódką. Skąd my nastarczymy? Wczoraj ludzie z lasu zabrali całe pieczywo”[3].

Na dodatek, dodajmy jeszcze, dopóki trwała wojna takie i podobne rzeczy akceptowano łatwiej niż po jej zakończeniu. W zaistniałej sytuacji łatwo było z jednej strony o wiarę w III wojnę i Polskę, która wyjdzie z niej zwycięską, a z drugiej o paniki żywnościowe. Łatwo było uwierzyć, że Matka Boska płakała w Lublinie i w to, że Żydzi utoczyli krew chrześcijańskiego dziecka na macę (zwłaszcza, gdy, o czym mówi Zaremba, wiadomo było, że żołnierze sowieccy porywali – wprawdzie nie na macę – kobiety i dziewczynki, a plotka mogła takie wypadki rozdmuchiwać). Różne lęki przeżywała wówczas cała Europa i, najpewniej na tym tle, wszędzie wówczas wzrósł poziom agresji, także interetnicznej. Co jednak trafnie zauważa Zaremba, w Anglii lub/i we Francji nie występowała pustka władzy lub/i brak jej legitymacji.

Ogromną zaletą książki jest w końcu wykorzystanie wiedzy nagromadzonej przez różne dyscypliny szeroko rozumianych nauk społecznych. Inne dyscypliny mają wręcz wpływ na koncepcję książki. Raczej jak one niż jak historiografia autor wychodzi od problemu (problemów) i zastanawia się nad sensem stosowanych pojęć. Zaremba zna tezy funkcjonujące w literaturze pozahistorycznej. Jego książka jest naprawdę interdyscyplinarna. Inne dyscypliny też z pożytkiem z niej zresztą skorzystają – jeśli oczywiście nie staną na stanowisku, że coś warte są jedynie badania oparte na próbie reprezentatywnej lub wyniki uzyskane w ramach eksperymentu o zmiennych kontrolowanych. Przecież tak, jak historycy wzruszają najczęściej ramionami na to, co mówią inne dyscypliny o przedmiotach ich badania, tak owe dyscypliny znajdują swoje powody by nas przesadnie nie poważać. Książka Zaremby pokazuje, że świat humanistyki może stanąć z powrotem na nogach – czyli być jednością.

Książka może być użyteczna zarówno do refleksji nad zjawiskami lęku lub/i strachu jako takimi, jak przez dorzucenie szczegółowego materiału do ogólniejszej refleksji na różnych polach. Podobnie jak Zaremba w swoim badaniu sięga do porównywalnych zjawisk z innych czasów i terenów, tak on sam dostarcza materiału dla cudzych badań. Jego obserwacja o rozchodzących się plotkach, jakoby Rosjanie mieli aplikować Polakom zastrzyki na bezpłodność i dosypywać trucizny do szczepionek, koresponduje z wielokrotnie pojawiającymi się w dziejach sygnałami o rzekomym zatruwaniu studzien przez przedstawicieli znielubianych grup, dosypywaniu substancji powodujących bezpłodność do chleba sprzedawanego przez piekarzy z takich grup itd. Z kolei inicjatywa, by w witrynach sklepów szczecińskich wywieszać napisy „Zatrudniamy tylko personel polski” (czyli: nie niemiecki) miała swoje odpowiedniki równie dobrze w  amerykańskich napisach z okresu masowej imigracji irlandzkiej „No Irish need apply”, jak w różnych napisach antyżydowskich w latach trzydziestych w Niemczech. Uwagi Zaremby o niejednokrotnie występującej niechęci ludności miejscowej do migrantów ze Wschodu, lub niechęci do Warszawiaków w Katowicach (notabene odwzajemnianej), dużo mówią o drogach formowania się narodu polskiego i stopniu zaawansowania tego procesu wówczas. Co nie najmniej ważne, powszechne zdaje się fundamentalne dla książki Zaremby zjawisko oczekiwania na szczęście po przyjściu zasadniczej zmiany i zjawisko późniejszego zawodu. Tak było po wielu momentach uzyskania czy odzyskania niepodległości. Tak było po wyczekiwanych zwycięstwach, czy po końcach różnych wojen. Zaremba przytacza słowa wypowiedziane przez Jana Patočkę po I wojnie światowej: „Ale – co najważniejsze – owa wojna nie skończyła się. Przeszła bowiem w specyficzny stan, który nie był ani wojną, ani pokojem” (s. 140). Zaremba odnosi je do stanu po II wojnie, który sam analizuje. Obawiam się, że mógłby je odnieść do jeszcze niejednej sytuacji.

Książkę Zaremby uważam za nową zarówno jako monografię określonego okresu w najnowszej historii Polski, jak jako pozycję nową w polskiej historiografii. Mam na myśli nie tylko okoliczność, że książka traktuje o strachu, o którym skądinąd też zresztą wielu pozycji nie ma. Mam na myśli rodzaj podejścia i typ analizy. Określam tę książkę jako wybitną. Wiem, że jest to ryzykowne. W Polsce młody historyk nie może być wybitny – a młodym pozostaje się u nas prawie do emerytury. Niedawno omal nie doprowadziłem do klęski pewnego średnio młodego historyka, gdy jego występ określiłem jako wybitny. Znaczna część audytorium, które decydowało o jego dalszych losach, przystąpiła do przeciwstawiania się mojej opinii, a część, szczęśliwie jednak mniejsza, do głosowania przeciw. Mimo tej nauczki i mimo, że dobrze życzę Marcinowi Zarembie, określam jego książkę jako wybitną.


    [1]Marcin Zaremba, Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja w³adzy komunistycznej w Polsce, ISP PAN, TRIO, Warszawa 2001 (wyd. II: 2005).

    [2]Agnieszka Nowakowska, Konflikt pamięci grupy większościowej i mniejszościowej. Spór o budowę pomnika Prawosławnym Mieszkańcom Białostocczyzny Zabitym, Zamordowanym i Zamęczonym w latach 1939-1956 w Białymstoku, praca magisterska napisana pod kierunkiem Marcina Kuli w Instytucie Historycznym UW, w r.ak. 2010/11.

    [3]Dialog, 2010, nr 10.

——————————————————————————

Recenzja będzie drukowana  „Kulturze i społeczeństwie”. Redakcji dziękuję za pozwolenie jej opublikowania tutaj. Polecam lekturę tego renomowanego naukowego czasopisma.

Rozrachunek z przeszłością NRD i przemiany niemieckiej świadomości historycznej

Wydałem książkę „Niemiecka Pamięć. Rozrachunek z przeszłością NRD i przemiany niemieckiej świadomości historycznej”. Polecam ją wszystkim zainteresowanym  współczesnymi Niemcami i stosunkami polsko-niemieckimi.

W książce dowodzę, że rozrachunek z przeszłością NRD był ważny nie tylko dla samych dzisiejszych Niemiec wschodnich, ale dla pamięci ogólnoniemieckiej.  Rozrachunek prowadzony w dawnej Niemieckiej Republice Federalnej z okresem 1933-45 zyskał po 1989 nowy kontekst, gdy zaczęto rozrachowywać się z komunizmem. Paradoksalnie ten drugi rozrachunek pod wieloma względami nie okazał się łatwiejszy od pierwszego.

Wydawcami są Instytut Historii PAN oraz Oficyna Wydawnicza ASPRA-IR http://www.aspra.pl. Kto jest w Warszawie kupi książkę z księgarni im.Prusa z jedne 25 PLN. Książka jest też pewnie w wielu innych księgarniach, jak np w „Czułym Barbarzyńcy” na ul.Dobrej.

Kazimierz Woycicki, Niemiecka Pamięć. Rozrachunek z przeszłościa NRD i przemiany niemieckiej świadomości historycznej

Co począć z naszą przyszłością? Pytanie o Europę.

Książek o Europie napisano już bardzo wiele, ale ta jest szczególna i bardzo na czasie. Ukazuje się, gdy wielu zaczyna wątpić w ideę europejską z uwagi na głęboki kryzys gospodarczy. Domikanin Maciej Zięba w eseju „Nieznane, niepewne, niebezpieczne. Szkic o Europie”, stwierdza również kryzys Europy, ale na myśli ma przede wszystkim kryzys jej tożsamości, jednak  ani na chwilę nie powątpiewa o wartości i trwałości idei europejskiej.

Esej Zięby to po pierwsze pasjonująco a zarazem zwięźle  napisana historia Europy.  Zięba widzi trzy zasadnicze okresy –  epokę średniowiecza i Christianitas, epokę oświecenia i wiary w postęp oraz współczesną epokę społeczeństwa otwartego.

Rozpowszechnione  jest wartościowanie historycznych epok w zależności od poglądów nie tylko historycznych ale i politycznych.  Konserwatyści z nachyleniem prawicowym najwyżej cenią średniowiecze. Lewica skłania się chętnie ku oświeceniu z jej ideą postępu. Współczesne społeczeństwo otwarte widziane jest chętnie jako spełnienie marzeń postmodernistów i zdecydowanych antytradycjonalistów.

Takie wartościowanie jest jak najbardziej obce Maciejowi Ziębie. Każda z tych epok wnosi. jego zdaniem, coś istotnego do dorobku europejskiej kultury. Autor ze swadą atakuje negatywne stereotypy, jakie zwolennicy średniowiecza tworzą o „zepsutej” współczesności, czy zwolennicy oświecenia o „średniowiecznych ciemnych wiekach”. Zięba analizuje te stereotypy i pokazuje, jak dalece  decydują one o rozdarciu europejskiej tożsamości.

Może najskuteczniej broni Zięba średniowiecza. Istotnie negatywne stereotypy o tej epoce są niebywałe. Przeszkadzają one zrozumieniu wspaniałej kultury gotyckich katedr i subtelnych scholastycznych dysput, w których z odwagą rozważono wszystkie argumenty pro i contra, znacznie większą niż co się czyni w wielu dzisiejszych sporach. Te negatywne stereotypy służą raczej całkiem współczesnej polityce, prostackiej krytyce chrześcijaństwa lub instytucji Kościoła. Jednak Zięba  zauważa również, że każda epoka ma swoje ograniczenia, które polegają przede wszystkim na ślepym zawierzeniu własnym prawdom, również tym przemijającym. Zięba nazywa to „weritalnością”. Również średniowiecze ulega tej skazie.

Zięba nie przeczy osiągnięciom epoki Oświecenia, choć niechęć do Oświecenia  częste jest w środowiskach intelektualnych związanych z Kościołem. Misja niesienia oświecenia to w oczach autora nawet rys religijny choć o zeświecczonym już  charakterze. Idea postępu ma coś z eschatologicznej obietnicy. Również  i w tym przypadku owe zawężenie własnej prawdy – weritalność – decyduje o swoistej dekadencji.

Idea społeczeństwa otwartego, tu Zięba przywołuje Karla Poppera, myśliciela z którym w widoczny sposób sympatyzuje, niemal w tym samym stopniu co ze Św. Tomaszem, daje Europie lepsze zrozumienie tolerancji, wolności i praw człowieka. Problemem tej epoki staje się jednak relatywizm. Uznając wielość kultur i wartości zatraca się jednocześnie zdolności wyboru i zdolność określania własnej tożsamości. Multikulturalizm staje się nie tylko duchową ale także polityczną pułapką wielu europejskich społeczeństw. I tym razem zbyt dosłowne traktowanie własnej prawdy staje się powodem narastających trudności ze zmieniającym się historycznie otoczeniem.

Zięba pisze, że w tej dziejowej sytuacji,  potrzeba „busoli antropologicznej”. Tę busolę dać może jego zdaniem personalizm.

Charakterystyczne jest, że dominikanin Zięba nie mówi o wierze, czy Bogu jako owym wybawianiu nas z naszych ziemskich kłopotów z Historią. Jego zdaniem busoli antropologicznej poszukiwać mają wszyscy, a wartości kultury przenikniętej  chrześcijaństwem winny być nieustannie tłumaczone również na nie teologiczny  język współczesnych debat. Chrześcijanin nie powinien czuć się, zdaje się mówić Zięba, taką sytuacja zagrożony. Nie musi się okopywać we własnym obozie. Może poszukiwać z innym doczesnej prawdy nie tracąc swojej wiary.

Poszukiwanie „antropologicznej busoli” w europejskiej przeszłości, zdaje się też mówić dominikanin, musi być związane z próbą docenienia wartości każdej z wielkich epok europejskiej historii, ich piękna i głębi.. Każda z tych epok  ma wielkie i budzące podziw postacie jak Alkuin, Newton, Karl Popper.

Jest więc to w ksiązka na czasie, ponieważ istotnie Europa ma coraz większe kłopoty z własną tożsamością. I chodzi nie tylko o nasz wewnętrzne europejskie debaty ale również dyskusję naszego kontynentu z  nabierającą coraz większego znaczenia resztą świata.

Polecając książkę Macieja Zięby, jako niemal obowiązkową, muszę też powiedzieć o niedosycie intelektualnym, jaki pojawił się w mojej głowie, po skończonej lekturze. Piękny jest rozdział o średniowieczu. Przenikliwy jest rozdział o oświeceniu, rozdział natomiast o społeczeństwie  otwartym, choć ciekawy, jest zbyt lapidarny.  Miejscom, które wymagałaby najwięcej uwagi i, poświęcił jej  autor najmniej. Nie borykamy się bowiem z problemami średniowiecza ani oświecenia, choć z pewnością nie powinniśmy myśleć o tamtych epokach z pomocą stereotypów, ale właśnie z problemami naszych społeczeństw, które mają trudności z własną otwartością – często niedostateczną a często opaczną i nie przemyślaną.

Dlatego ta ważna książka stawia raczej pytania niż daje odpowiedzi. Nie traktuje tego jako zarzutu. Umiejętnie zadane pytanie jest wiele warte, często o wiele więcej warte od połowicznych i powierzchownych odpowiedzi. I takie właśnie trafione i ważne pytanie o tożsamość dzisiejszej Europy zadaje nam Maciej Zięba. Przed nami jak stwierdza, „nieznane, niepewne i niebezpieczne” czasy. Trzeba zacząć zadawać sobie pytania, co począć z naszą przyszłością.

 Rec. Maciej Zięba OP „Nieznane, niepewne, niebezpieczne. Szkic o Europie”, Warszawa 2011

Niemcy trochę inni niż myślimy

Książka Piotra Buras „Muzułmanie i inni Niemcy” to moim zdaniem obowiązkowa lektura dla każdego, kto dzisiaj w Polsce interesuje się Niemcami. Czytelnik otrzymuje nader kompetentne i interesująco napisane sprawozdanie z głównych debat publicznych ostatnich lat. Już to warte jest wiele.
Piotr Buras jest jednak nie tylko dobrym sprawozdawcą, ale także przenikliwym komentatorem. Jego główna teza brzmi – dawna zbieżność niemieckich i europejskich interesów ma się ku końcowi. Zmienia się sama Europa i zmieniać się musi niemiecka polityka w Unii. Na to jednak zmieniać się muszą same Niemcy. Nie mają one na to jednak odwagi. Niemcy są zalęknieni i pełni obaw o własną przyszłość. I choć niemiecka polityka unijna jest racjonalna i rozsądna, to w niemieckim społeczeństwie narasta euro sceptycyzm i niezrozumienie nowych wyzwań. Niemcy korzystając z Unii zarazem są przekonani, że zaczynają na niej tracić. Za ten stan rzeczy komentator z Warszawy wini przede wszystkim niemieckie elity polityczne.
Drugim istotnym ciekawym wątkiem książki jest opis problematyki demograficzno-migracyjnej. Jak wiadomo sytuacja demograficzna Niemiec jest trudna. Dodajmy o razu, sytuacja niemiecka ma wiele analogii z sytuacją w Polsce, mimo też i znaczących wciąż różnic. Ilustrując trudności  niemieckie dość powiedzieć, że ok. roku 2050 połowa ludności będzie miała więcej niż 60 lat. Zarazem do Niemiec napływają imigranci. Stanowią oni już 12% ludności i  uważani są za jedyny ratunek przed całkowitym zestarzeniem się społeczeństwa. Problemem w tym, że są oni przede wszystkim Muzułmanami. Czyni to debatę na temat tożsamości jednym z najbardziej pilnych tematów. Teza Burasa brzmi, że Niemcy zamiast w tej sytuacji otwierać się na nową sytuację okupują się  na tradycjonalistycznych  pozycjach rodem niemal z XIX wieku. Autor nie dokonuje tej krytyki z jakiś idealistycznych pozycji. W pełni świadom jest mielizn polityki multikulturalizmu, a jednak egzotyczny sojusz, jaki opisuje,  liberałów z obozu oświeceniowego z konserwatystami, postrzega jako brak koncepcji co z tą nową, trudną sytuacją począć. Czytelnika mogą też zainteresować liczne uwagi o niemiecko-islamskich intelektualistach, biorących już dziś coraz żywszy udział w niemieckich sporach.
Wobec tej świetnej książki, wciąż namawiając do jej lektury, zgłosić też można kilka zastrzeżeń. Niemal  zupełny brak w niej problematyki byłej NRD. Z cytowanych w książce danych można się co prawda dowiedzieć, że społeczność Niemiec wschodnich jest pod wieloma względami znacznie bardziej ksenofobiczna i eurosceptyczna niż Niemcy na Zachodzie, ale fakty te nie są nawet skomentowane. A przecież to właśnie byłe NRD graniczy z Polską i co się tam dzieje dla polskiego czytelnika może być wysoce interesujące. Równie ważne pytanie wydaje się pytanie, w jaki sposób tematyka byłej NRD wpływa na debaty tożsamościowe w całości Niemiec
Piotra Burasa zbyt mało interesują stosunki polsko-niemieckie. To prawda, że nie jest to główny temat książki. Aby jednak przedstawić problemy niemieckie autor dokonuje porównań z innymi krajami świata (przede wszystkim krajami zachodnimi Unii). Nie ma jednak żadnych niemal odniesień i porównań z Polską. Na przykład kiedy autor dyskutuje kwestie niemieckiego stosunku do „obcych” przywołanie kwestii niemieckich postaw wobec Polaków byłoby jak najbardziej na miejscu.
W książce nie ma też żadnych uwag i obserwacji, jakie miejsce zajmuje problematyka polska w niemieckiej debacie tożsamościowej. Niechęć, obojętność czy wreszcie wzrost sympatii do Polski może być przecież istotnym sygnałem w opisywanych przez Piotra Burasa przemianach niemieckiej tożsamości. Kwestie te jednak są pominięte.
I wreszcie autor zupełnie pomija swoich polskich kolegów, a przecież nie on jeden w Polsce pisze kompetentnie o Niemczech. Piotr Buras, jest, mimo swego pobytu w Berlinie, punkt odniesienia ma przecież w  Warszawie. Opinie jednak innych, podobnych jemu, warszawskich obserwatorów (jak chociażby Adama Krzemińskiego) nie są brane przez niego pod uwagę i nie odnosi się on do nich w żaden sposób. Jako Polak postanowił oglądać Niemcy całkowicie sam. Świetnie relacjonuje niemieckie debaty, których jednak z konieczności nie jest aktywnym uczestnikiem, jako zewnętrzny obserwator. Zarazem zachowuje tak, jakby nie znał polskich debat na tematy niemieckie, w których jego książka mogłaby być znacznie silniejszym impulsem, gdyby autor miałby nieco większy zmysł dialogu i skłonność do porównania tego, co wie o Niemczech z tym, co wie o Polsce. Ten mankament nie pozbawia jednak jego książki wartości i należy namawiać wszystkich do jej lektury.

Rec.: Piotr Buras, Muzułmanie i inni Niemcy. Republika Weimarska wymyślona na nowo. Warszawa 2011