Marek Chimiak. Trzeba dążyć do lepszego świata

marek chimiak

Marek był rozpoznawalną postacią w środowiskach opozycyjnych lat 70-tych. Zobaczywszy jego zdjęcie z tamtego okresu, jakie przesłał mi przed paroma godzinami jeden z jego przyjaciół, wróciły wspomnienia. Salony, „gęganie” na ustrój, świat idealistycznie nastawionej młodzieży Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Gdańska. Może niewielki, ale nie światek, ale prawdziwy świat, w którym podejmowano wielkie problemy Polski i ówczesnej Europy, dyskutowano o upadku komunizmu, mimo że jego konstrukcja wydawała się tak solidna. W tym świecie żył Marek. Żył, kształtował swoje poglądy i postawę, działał. Drukując i kolportując bibułę. W stanie wojennym „siedzieliśmy” razem w internie w Białołęce. Dobrze jest „siedzieć” z kimś takim.

Od lat dziewięćdziesiątych prawie się nie widywaliśmy, jeśli to sporadycznie. Zadzwonił parę miesięcy temu. Rozmowa jakbyśmy rozstali się przed tygodniem.  To samo zaangażowanie, ten sam żar w głosie.  I znów chodziło o sprawy ważne. W Polsce trzeba rozpoczynać wielką debatę. Marek organizował Kluby im. Tadeusza Mazowieckiego. Chciał aby taki klub powstał w Krzyżowej, bo to miejsce z Mazowieckim związane. Udało się. A po tym wiadomość, jest w szpitalu, na pewno  stamtąd wyjdzie. Byliśmy umówieni na następną dyskusję o stosunkach polsko-niemieckich. Tej dyskusji Marek już nie poprowadzi. Pozostanie dla mnie, jak na tym starym zdjęciu,  młodym człowiekiem o kędzierzawych włosach, pełnym  przekonania, że trzeba dążyć do lepszego świata, tej nadziei,  której pozostał wierny do końca.

Iwiński: uległość wobec Rosji, stare nawyki z czasów PRL

Poseł SLD Tadeusz Iwiński krytykuje ministra Schetynę za to, że zadziera z Rosją. Polski minister spraw zagranicznych całkiem słusznie zakwestionował dawną stalinowską a obecnie putinowską neoimperialną politykę historyczną. Rosja, która najpierw sprzymierzyła się z III Rzeszą, by następnie korzystając z ogromnej wojskowej pomocy Zachodu i kosztem ogromnych ofiar skolonializwoanych narodów, kreuje się na największego zwycięzcę w II wojnie.  70 rocznicy zakończenia wojny, jaka przypada w tym roku, nie sposób obchodzić w tym duchu. Nie jest możliwe, by światowi przywódcy stali na trybunie w Moskwie, obok Putina, któremu pamieć o  chwale sowieckiego orężą ma służyć podpieraniu agresji na Krymie i w Donbasie. Grzegorz Schetyna wyraźnie chce tego uniknąć. Tadeuszowi Iwińśkiemu wyraźnie się to nie podoba. Nawyki z czasów PRL każą mu zachowywać się wobec Moskwy w sposób pełnej uległości. Mimo, że Moskwa w swoich wypowiedziach obraża polskiego ministra i w sposób niedopuszczalny wyraża sie o polskiej kulturze politycznej, to jednak Iwiński woli wziąć stronę rosyjską a nie polską. Krrytykuje polskiego ministra a nie przede wszystkim rosyjską agresywną retorykę. Mimo też, że jest członkiem sejmowej komisji spraw zagranicznych wykazuje się zadziwiającą naiwnością (tu jednak trzeba przyznać Iwiński mówi jednym głosem z niektórymi posłami PIS-u) stwierdza, że to błąd iż Warszawa nie uczestniczy w rozmowach pokojowych dotycząych konfliktu Moskwa-Kijów. Należy jednak stwierdzić, że rozmowy jakie tak są może i nazywane, nie dają żadnych efektów. Nie ma celu uczestniczyć w przedsięwzięciach dyplomatycznych, które w obecnej skazane są na zupełne fiasko. Polacy winni być czyyni w Brukseli i jednocześnie możliwie intensywnie rozwijać stosunki dwustronne z Kijowej. Taka postawa może też wzmonić pozycję Polski w UE. Zaostrzenie stosunków z Moskwą nie może Polsce szkodzić, tym bardziej że jest to nieuniknione. Likwidacja polskiego konsulatu w Sankt Petersburgu wskazuje, że Moskwa od dawna szuka pretekstu do nacisków na Warszawę. Jeśli Ławrow atakuje dziś Schetynę, to nie zależnie jak boli Moskwę inna niż jej propagandowa interpretacja II wojny, wydaje się jedynie pretekstem.

Лавров VS Схетына и «победа Сталина»

Министр Лавров утверждает, что победу во II мировой войне не позволит отобрать. Это реакция на слова Гжегожа Схеьыны, что в освобождении концлагеря Аушвиц-Биркенау принимали участие украинцы – солдаты Красной Армии Первого Украинского Фронта. Это вызвало мгновенную реакцию Москвы говорящую о «отобрании победы у России» и необходимости извинений со стороны Варшавы.

Для таких извинений, однако, нет никакого повода, а истерическую реакцию Москвы можно объяснить тем, что, казалось бы, незначительное замечание польского политика касается ключевой роли российской исторической политики. Москва хочет, чтобы военная слава оставалась ее монополией, поскольку состряпанная история отечественной войны – это один из основных мифов имперской России. «Великая Отечественная Война 1941-1945» является главным поводом для славы нынешней России, подобно как это было и для Советского Союза. Россия должна быть главным победителем II мировой войны и освободителем половины Европы. Огромные жертвы и потери послужить обоснованием для политических требований и морального шантажа по отношению к оппонентам. Слова «победа», «освобождение», «20 миллионов жертв» повторяются без устали, они должны заглушить все другие интерпретации событий II мировой. Следует, прежде всего, отметить, что нельзя утверждать, что кроме территории самой России Красная Армия кого бы то ни было освобождала. Так как освобождение должно приносить свободу, в то время как Красная Армия приносила коммунистическую власть и новую оккупацию. Поэтому вместо того, чтоб говорить об освобождении вообще следовало бы говорить об освобождении от Третьего Рейха. Можно быть освобожденным от одних палачей другими палачами. И так именно это и было, если принять во внимание террор, который установило НКВД на захваченных территориях. Второй существенный вопрос касается самой Красной Армии – чем она была? Министр Лавров жалуется, что у него «отобрали» победу во II мировой, косвенно признает, что это была армия колониальной империи, центром которой была Москва. Это русским должна принадлежать победа, хотя в Красной Армии служили все народы империи, от казахов, бурятов и таджиков до украинцев и белорусов. Нет точных статистических данных и исследований, но, вероятно, русские в этой армии составляли не более 50-60%. Если же верить мемуарам, они составляли абсолютное большинство среди офицеров-политруков, а также среди контролирующих армию спецслужб. Существенный вопрос касается также «была ли советская Россия одним из союзников?» На этот вопрос можно ответить так, что западные союзники были вынуждены признать Россию союзником, стараясь перетянуть ее на свою сторону. Однако цели, которые ставили перед собою члены альянса, то есть те с которыми Гитлер начал войну в 1939 году, а также самой России были полностью различными. В 1939-41 годах Сталин был союзником не Запада, а Гитлера. В 1939 Пакт Гитлер-Сталин помог III Рейху захватить Западную Европу. Сталин готовился к войне с Гитлером, но не для того чтобы вернуть свободу Франции, Бельгии или Голландии, а для того, чтоб захватить и коммунизировать весь континент. К войне на Западе в 1940 году он присматривался с удовлетворением, так как это была война между двумя его врагами – «капиталистический» Запад воспринимался как не меньший враг, чем III Рейх.  Следует также обязательно вспомнить о том, как Сталин трактовал свою Красную Армию. В его глазах это было «пушечное мясо». Его циническая поговорка касательно жертв в собственном строю «у нас людей много» хорошо известна. Он вел войну бандитским способом по отношению к солдатам собственной армии, с жизнью и жертвами которых он не считался. Не считался он не только с жизнью русских, но и тем более с жизнью солдат, включенных в имперскую армию из российских колоний. Украинцы, белорусы имеют право на собственную историю II мировой войны так же точно как американцы, Англичане или французы. Этот трагический период по-разному пережили все эти народы. Поляки прекрасно это понимают. Россия не может иметь монополию и навязывать другим свою интерпретацию, тем более, что в настоящее время эта интерпретация проистекает из советской тоталитарной идеологии и служит ее политическим и имперским целям. Тот факт, что именно украинец, будущий профессор права Игорь Побирченко, первым освобождал концлагерь в Аушвиц, можно посчитать случайным. В равной мере это мог быть солдат любой национальности. Но это все-таки символический факт, и именно это подчеркнул польский министр иностранных дел. Это хорошее вступление в празднования годовщины окончания II мировой войны, которая излагается Москвой как триумфальная победа российского империализма, для остальной Европы победой вовсе не является, является скорее трагедией, началом новой холодной войны и порабощением половины континента.

Ławrow, Schetyna, Pobirczenko, II wojna i „zwycięstwo Stalina”

Minister Ławrow twierdzi, że zwycięstwa w II wojnie nie da sobie zabrać. Jest to reakcja na słowa Grzegorza Schetyna, że w wyzwoleniu obozu Auschwitz-Birkenau brali udział Ukraińcy – żołnierze Armii Czerwonej Pierwszego Ukraińskiego Frontu. Wywołało to natychmiastową reakcję Moskwy mówiąca o „odbieraniu Rosji zwycięstwa” i konieczności przeprosin ze strony Warszawy. Do takich przeprosin nie ma jednak żadnego powodu a histeryczną reakcję Moskwy można wyjaśnić tym, że z pozoru marginesowa uwaga polskiego polityka dotyka kluczowych kwestii rosyjskiej polityki historycznej. Moskwa chce by chwała wojenna pozostawała jej monopolem, ponieważ spreparowana historia wojny ojczyźnianej to jeden z zasadniczych mitów imperialnej Rosji. „Wojna ojczyźniana 1941-1945” stanowi centralny powód do chwały dzisiejszej Rosji podobnie jak było i dla Związku Radzieckiego. Rosja ma być głównym zwycięzcą II wojny światowej i wyzwolicielem połowy Europy. Ogromne ofiary i straty mają być uzasadnieniem politycznych żądań i moralnego szantażu wobec oponentów. Słowa „zwycięstwo”, „wyzwolenia”, „20 milionów ofiar” powtarzane są nieustannie, mając zagłuszyć wszelkie inne interpretacje dziejów II wojny. Trzeba przede wszystkim stwierdzić, że nie można mówić by poza terytorium samej Rosji armia czerwona kogokolwiek wyzwalała. Wyzwolenie bowiem ma przynosić wolność, tymczasem armia czerwona przynosiła komunistyczną władzę i nową okupację. Zamiast więc mówić o wyzwoleniu należałoby mówić o oswobodzeniu z rąk III Rzeszy. Można być oswobodzonym z rąk jednych oprawców przez innych oprawców. I tak to właśnie było, jeśli brać pod uwagę terror, jaki wprowadzało NKWD na podbijanych terenach. Drugą istotną kwestią jest czym była Armia Czerwona. Minister Ławrow skarżąc się, na „odbieranie” mu zwycięstwa w II wojnie, przyznaje pośrednio, że była to armia kolonialnego imperium, którego centrum było w Moskwie. To Rosjanom należeć ma się to zwycięstwo, choć w armii czerwonej służyły wszystkie ludy imperium, od Kazachów, Buriatów i Tadżyków po Ukraińców i Białorusinów. Brak jest dokładniejszych statystyk i badań, to jednak Rosjanie w tej armii stanowili najpewniej około 50-60%. Jeśli zaś wierzyć przekazom pamiętnikarskim stanowili natomiast absolutną większość wśród oficerów politycznych a także wśród nadzorujących armię służb specjalnych. Istotne pytanie dotyczy też tego „czy Rosja sowiecka była jednym z aliantów?” Można na to odpowiedzieć, że zachodni alianci byli zmuszeni uznać Rosję za sojusznika, starając się przeciągnąć ją na własną stronę. Cele jednak, jakie stawiali sobie alianci, to znaczy ci z którymi Hitler zaczął wojnę w roku 1939 oraz samej Rosji były całkowicie odmienne. W latach 1939-41 Stalin był aliantem ale nie Zachodu a Hitlera. W 1939 Pakt Hitler-Stalin umożliwił III Rzeszy podbój zachodniej Europy. Stalin przygotowywał się też do wojny z Hitlerem, nie po to jednak by przywrócić wolność Francji, Belgii czy Holandii ale by podbić i skomunizować cały kontynent. Wojnie na Zachodzie przyglądał się w roku 1940 z satysfakcją była to bowiem wojna między dwoma jego wrogami – „kapitalistyczny” Zachód traktowany był jako nie mniejszy wróg niż III Rzesza. Trzeba też koniecznie przypomnieć, jak Stalin traktował swoją czerwoną armię. Było to w jego oczach „mięso armatnie”. Jego cyniczne powiedzenie odnoszące się do ofiar we własnych szeregach „u nas ludiej mnogo” jest dobrze znane. Prowadził wojnę w sposób bandycki wobec żołnierzy własnej armii, z których życiem i ofiarami nie liczył się. Nie liczył się nie tylko z życiem Rosjan, ale tym bardziej z życiem żołnierzy wcielonych z rosyjskich kolonii do imperialnej armii. Ukraińcy, Białorusini mają prawo do własnej historii II wojny tak samo jak Amerykanie, Anglicy czy Francuzi. Ten tragiczny okres przeżyły wszystkie te narody w różny sposób. Polacy wiedzą o tym doskonale. Rosja nie może mieć monopolu i narzucać innym swojej interpretacji, tym bardziej, że jest to obecnie interpretacja mająca swoje źródła w sowieckiej totalitarnej ideologii i służąca jej politycznym i imperialnym celom. Fakt, że to właśnie Ukrainiec, późniejszy profesor prawa Ihor Pobirczenko, jako pierwszy oswabadzał obóz w Auschwitz uznać można za przypadek. W równiej mierze mógł być żołnierz innej narodowości. Jest to jednak fakt symboliczny i to właśnie polski minister spraw zagranicznych słusznie uwypuklił. Jest to dobry wstęp do obchód rocznicy zakończenia II wojny światowej, która traktowana przez Moskwę jako triumfalne zwycięstwo rosyjskiego imperializmu dla reszty Europy wcale zwycięstwem nie jest lecz tragedią, początkiem nowej zimnej wojny i zniewolenia połowy kontynentu.

PS Jeśli ktoś chce zajrzeć do tej rosyjskiej dokumentacji to się z niej dowie, że w armii wyzwalającej Auschwitz większość szeregowców i prostych żołnierzy stanowili Ukraińcy. Czym wyżej rangą tym było ich mniej i wśród oficerów już zdecydowanie przeważali Rosjanie. Wszystko jak przystało na armiię kolonialnego rosyjskiego imperium.

Patrz poniżej: ciekawa dyskusja

Rok 2015 – co może się zdarzyć, choć wcale nie musi?

Nie wiemy co przynosi przyszłość nawet w najbliższym roku, a prawdziwy analityk pracuje z pomocą różnych i często przeciwstawnych scenariuszy a nie jakiś proroctw. Początek roku sprzyja jednak właśnie wróżeniu i proroctwom. Oto kilka wydarzeń, do których może dojść w roku 2015 choć wcale nie jest to pewne.
W skali światowej po pierwsze, gdzieś na wiosnę lub latem upadek Putina. Wielu wieszczy mu, że jeszcze długo pozostanie przy władzy, co moim zdaniem opiera się o dosyć stereotypowe myślenie o Rosji, że niby „wielka i niezmienna”. Patrząc jednak chłodno na dane makroekonomiczne imperium wyczerpało swoje zasoby a ambicje na wyrost obecnej władzy na Kremlu tylko to uwidoczniło. Propaganda mająca zmobilizować skrajną prawicę, część nostalgicznej lewicy i nostalgików po detente z pomocą internetu i płatnych agentów oraz jawnie sprzedajnych polityków jak Gerhard Schroeder, prymitywna i coraz bardziej nieskuteczna oddaje ideowy kryzys, jaki trawi rosyjskie elity władzy. Niektórzy bardziej liberalnie Rosjanie jak Aleksiej Kudrin (ciekawy wywiad GW z 3-4 stycznia 2015) wyobrażają sobie, że starczy odwrót od obecnej polityki i próba demokratyzacji, aby powrócić do stanu poprzedniego. To już  jednak nie jest możliwe. Federacja Rosyjska pozostaje dotychczas imperium kolonialnym i wszelka próba prawdziwej demokratyzacji musi skończyć się rozpadem terytorialnym. Bo niby dlaczego Jakuci czy Buriaci albo gubernator Kamczatki, obdarzeni samodzielnością mieliby się słuchać Moskwy. W roku 1989 Moskwa utraciła swój blok wschodni, w roku 1991 Związek Radziecki, zachowując jednak duże wpływy w wielu byłych „republikach”. W 2014 ostatecznie jednak pożegnać się musiała z nadzieją na zdominowanie Ukrainy. To ostatnie niepowodzenie wraz pyrrusowym zwycięstwem,  jakim była aneksja Krymu, wyzwoli odśrodkowe procesy na ogromnym terytorium rządzonej z Kremla pseudofederacji. Ten proces ulega na naszych oczach silnemu przyspieszeniu. Z dłuższej perspektywy historycznej lata 1989-91 i lata 2014-2015 zinterpretowane być może będą jako dwa etapy tego samego dziejowego procesu rozpadu rosyjskiego imperium kolonialnego. Wielu lęka się, że Putina zastąpi ktoś gorszy. Zawsze istniały takie obawy dotyczące zmiany władzy na Kremlu. Także w okresie zimnej wojny. Upadek Putina  spowoduje jednak przede wszystkim zamieszanie i chaos, nawet jeśli dojdzie do prób bardziej dyktatorskich rządów.  Poszczególne terytoria pseudofederacji zaczną się same organizować, aby sobie  z tą sytuacją poradzić. I w pewnym momencie stwierdzi się z pewnym zdziwieniem, że pseudofederacja już właściwie nie istnieje. Należy przypomnieć, że upadek wielkich imperiów kolonialnych brytyjskiego i francuskiego też trwało dziesięcioleciami.
Drugim wydarzeniem wielkiej wagi będzie wyrzucenie Grecji ze strefy euro a może nawet z Unii Europejskiej. Wybory w tym kraju wygrać może ultralewacka a także antyeuropejska partia i wtedy nieuchronnie do tego dojdzie. Kiedy Grecja weszła w kryzys parę lat temu, wszyscy byli przerażeni, bowiem wywołać to mogło kryzys całej Unii. Dziś europejskie finanse są na tyle podreperowane, że pozbycie stosunkowo małej gospodarki greckiej, nie będzie stanowiło problemu. Grecja wpadnie w bardzo głęboki kryzys, co będzie świetną nauczką dla tych, którzy chcą lekceważyć ekonomiczne reguły gry. Na odejściu Aten ze strefy euro Unia tylko zyska a nie straci. zyska zaś na powadze i Bruksela wzmocni swój autorytet. Nareszcie będzie zademonstrowane, że Unia jest tylko dla tych, którzy tego chcą, a nie dla tych których się do czegoś przymusza. Mam nadzieję, że będzie to również przekonywującym argumentem w Warszawie, by wreszcie zacząć się przygotowywać do wstąpienia do strefy euro.
W Polsce będzie dość nudnie. Oczywiście z okazji wyborów będzie dużo krzyku i awantur, ale skoro wybory prezydenckie wygra Bronisław Komorowski, bowiem nie ma żadnych liczących się konkurentów i PO, ponieważ „nie ma z kim przegrać” to sensacji nie będzie. Ciekawsza będzie sytuacja po wyborach. Kolejna porażka Prezesa wymusi jego odejście. Podobna rzecz wydarzy się na lewicy. SLD nie przekroczywszy 5% i zniknie. Nowo powstały rząd będzie prawie bez opozycji. Ponieważ jednak natura nie znosi próżni, zarówno na prawicy jak i na lewicy zacznie się kształtować opozycja z prawdziwego zdarzenia z nowymi twarzami i ideami.
Upadek Putina i rozpad imperium uzmysłowi Polakom, że są  w całkiem nowej geopolitycznej sytuacji, już z pewnością nie między Niemcami a Rosją. Stanie się widoczne, że Ukraina to nie jest kraj z powieści Sienkiewicza, ale samodzielny i samoświadomy twór historyczny i polityczny. Gdzieś późną jesienią 2015 roku, dzięki paru pionierskim esejom oraz audycjom telewizyjnym i radiowym (nasze media mimo wszystko stać od czasu do czasu na coś poważnego) wybuchnie szeroka i burzliwa debata, jak bardzo trzeba zmienić widzenie całych naszych dziejów, skoro Ukraińcy się tak usamodzielnili (choć zrobili to już dawno, dopiero teraz się to spostrzeże). Z pewną nostalgią stwierdzi się też, że to Ukraina przejęła teraz dziejową rolę Polski i ma na Wschodzie rosyjski niepokój i musi się z tym problemem w imię całej Europy borykać.  Tymczasem Polska, stwierdzi się w publicznej debacie,  leży jak nigdy przed tym niemal w środku Europy, w błogim spokoju i pozbawiona swojej odwiecznej misji „przedmurza”. Niebywała nostalgia zapanuje w kraju na Wisłą, ale nic się już nie da poradzić, skoro bohaterski i martyrologiczny okres naszych dziejów, jak ogłoszą dziennikarze i publicyści, mamy już za sobą. Burzliwą debatę na temat utraconej tożsamości przerwą przygotowania do sylwestra 2016.
Tyle o zdarzeniach, jakie mogą się zdarzyć, ale mogą też nie mieć miejsca. Wbrew powszechnej skłonności do zapowiedzi katastroficznych (które są bardziej atrakcyjne w lekturze), narażając się wszelkim defetystom (oni mają się za inteligentniejszych i bardziej wyrafinowanych), wyszło mi że w roku 2015, choć nie zabraknie wielkich wydarzeń, będą one pozytywne i rok ten zakończy się nadspodziewanie dobrze i coraz trudniej będzie narzekać na polski, ciężki los.

Wołyń 43 – potrzeba pamięci i posiew nienawiści

Wszystkie ofiary Wołynia 43 wymagają pamięci. Pamiętając o zmarłych, przywołując ich imiona i opowiadając o nich przywracamy w jakiejś, niestety niewielkiej, cząstce moralny ład, jaki tym masowym mordem i podobnymi zbrodniami został pogwałcony. Taka pamięć potrzebna jest w szczególny sposób wszystkim tym żyjącym, które tragedią dotknięci zostali z bliska – rodzinom pomordowanych. Taka pamięć jest głęboko związana z tradycją chrześcijańska i przeciwstawia plemiennej czy klanowej żądzy zemsty.
Kształtowanie takiej pamięci nie jest łatwe. Jeśli pamięć ma przywracać ład moralny, musi być wyzbyta nienawiści, łączyć a nie dzielić, wybaczać a nie popychać do antagonizmu. Wybaczać nie jest też łatwo i nie każdy zdolny jest wybaczać. Trudno jest nawet od kogoś tego wymagać.
Polska dyskusja o Wołyniu 43 zawiera w sobie zarówno tą dobrą pamięć ład przywracającą moralny, jak niepokojące objawy  posiewu nienawiści. Wspaniała książka „Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943” (wyd. stowarzyszenia „Panorama Kultury” wsparte przez MSZ) jest jednym z licznych przykładów, że taka dobra pamięć istnieje. Jest tam mowa o zbrodniach dokonanych na Polakach, ale także o Ukraińcach ratujących z poświęceniem Polaków, jest tam spór często niezgodnych racji o historyczną, ale prowadzony w duchu dialogu i dobrej woli. Są też pomniki ofiar jak w Dolinie Janowej, co było w dużej części inicjatywą prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenki. Przykładów takich jest bez porównania więcej. Sprawy jednak nie są zamknięte a potrzeba intensywnego dialogu wciąż ogromna.
Niestety Wołyń 43 wykorzystywany jest też do posiewu nienawiści. Działo się tak już od roku 1945 i było narzędziem propagandowym narzuconej Polsce komunistycznej władzy. Polacy mieli bać Ukraińców, tak jak mieli bać się Niemców, po to by chcieli się chronić pod „opiekuńczymi” skrzydłami Moskwy. O Wołyniu 43 nie bardzo chciano pamiętać (wszak były to ziemie oddane Związkowi Sowieckiemu) ale kojarzono go z powojennymi działaniami UPA w Bieszczadach. I tu Ukraińcy mieli być sprawcami zła, a nie jego ofiarami. Polskie ofiary Wołynia 43, zamiast otrzymać własny pomnik, miały zadowolić się pomnikiem gen. Świerczewskiego.
Sianiu nienawiści służyły też takie kłamliwe książki jak „Łuny w Bieszczadach” (gdzie atakowano nie tylko UPA ale i AK) czy znacznie później publikacje Edwarda Prusa, osoby związanej z najbardziej twardą frakcją komunistycznej władzy w PRL.
Odzyskanie niepodległości w roku 1989 przez Polskę i odzyskanie częściowej początkowo samodzielności przez Ukrainę w roku 1991 pozwoliło na otwarty dialog polsko-ukraiński. W Polsce mogło zacząć otwarcie działać „pokolenie 27 Wołyńskiej Dywizji AK” (patrz strona http://27wdpak.btx.pl/). Ci tak tragicznie doświadczeni apelowali i apelują, że „każda indywidualna historia to kamyk do budowy ponad czasowej budowli zwanej wieczną pamięcią.” Książki Grzegorz Motyka, Bohdan Hud, Władysława i Ewy Siemiaszko, Wołodymyra Wiatrowicza i ich polemiki dowodzą, że dialog polsko-ukraiński został nawiązany, zarazem widać, że nie jest łatwy.
Wydaje się więc, że upływ czasu winien sprzyjać polsko-ukraińskiemu pojednaniu. W jakimś stopniu tak jest, lecz dzieje to znacznie wolniej, niż można by się spodziewać i mieć nadzieję.
Nienawiść zasiana w czasach rządów komunistycznych oddziałuje jednak dalej. Jest to tym bardziej zaskakujące, że łatwo wyliczyć, że najmłodsza osoba mogąca pamiętać tamte dni musi mieć około 80 lat. Pełen jest jej Internet, a przecież jest to domena ludzi dużo młodszych nie o dwa już lecz o trzy pokolenia. Retoryka emocji, skrajnej przesady, agresji jest tu powszechna. Czytając o Wołyniu 43 nie można na to nie natrafić.
Czytamy: „Według wielu historyków rzeź Wołyńska jest najbardziej bestialskim mordem udokumentowanym w historii ludzkości”, ”Wołyńskiej rzezi nikt nie przebije.” , „Mnie najbardziej „przypadł do gustu” pomysł aby zaszywać kobietom w brzuchach koty. Trzeba mieć bandycki fason. To tylko Ukraińcy mają.” itd. itd
Powszechne jest podawanie dramatycznie zawyżonej liczby ofiar 200 000, gdy tym czasem żaden z poważnych historyków na podaje w sposób udokumentowany liczby wyższej od 100 000. Miesza się UPA z Batalionem Nachtingall czy SS Galizien, co nieprawdziwie czyni UPA kolaborantami nazistów do samego końca wojny. Wreszcie nie dość, że Ukraińcy mordowali Polaków to byli jeszcze tak wredni, że mordowali swoich. „Nie wolno zapominać, iż bojówkarze UPA mordowali również swoich współbraci, a wcześniej „rozprawili się” z Żydami żyjącymi na „Hałyczynie” (a więc nie Niemcy winni są na Ukrainie Holocaustu a sami Ukraińcy) . Wszystko tu pomieszane i poplątane ale wniosek ma być jeden, że Ukraińcy to rzekomo żądni krwi bandyci. Starczy wejść na portal Kresy.pl, aby odnaleźć dziesiątki takich przykładów.
Zwraca uwagę, że ten sposób mówienia i pisania nie czyni różnicy między UPA a Ukraińcami jako społeczeństwem. Buduje się fałszywe równanie: Ukrainiec równa się UPA równa się okrutny, skłonny do zbrodni człowiek.
Jakby ukoronowaniem tego wszystkiego jest częste prezentowanie zdjęcia tzw „wianuszka” (zamordowanych dzieci i przywiązanych drutem kolczastym do drzewa) rzekomo z 1943 roku a w istocie z roku 1923 (mordu dokonała obłąkana Cyganka). Mimo wszystkich sprostowań zdjęcie to pojawia się wciąż jako zdjęcie z Wołynia 43 i niektórym służy niemal za symbol.
W tej skrzywionej opowieści o Wołyniu 43 uderza jakaś mroczna, niemal chorobliwa fascynacja okrucieństwem. Zupełnie jakby ktoś opowiadając o Auschwitz-Birkenau , chciał jeszcze w szczegółach wiedzieć, jak przeżywały ofiary swoje ostatnie chwile w komorze gazowej.
Z pewnością istnieje grupa ludzi, dla których powielanie takich stereotypów związane z poczuciem racji moralnej i chęci prezentowania rzekomo ukrywanej przez kogoś prawdy historycznej. Trzeba z całą stwierdzić, że ich poczucie racji moralnej jest zafałszowane a rozeznanie w sprawach historycznych całkowicie skrzywione. Dziwi i szczególnie niepokoi, jeśli są to ludzie młodzi.
Dla drugiej grupy wyznawców silnych antyukraińskich emocji może być to kompensacja poczucia winy. Ci którzy walczyli po komunistycznej stronie (jak np. żołnierze KBW i osoby z takimi kręgami związane) mogą prezentować Ukraińców jako okrutnych sprawców, gdy tymczasem jako uczestnicy „Akcji Wisła” sami nimi często byli. Być może jeśli ktoś nie potrafi sobie dać rady z własną komunistyczną przeszłością (albo naganną biernością i konformizmem w czasach PRL), chcieć może wskazywać na jeszcze gorszych w tamtych czasach. I jakże łatwo wskazać na „UPA-Ukraińców”.
Trzecią grupę wydaje się być banalniejsza w składzie. Zdają się ją stanowić osoby, które cechuje dość niestety rozpowszechniona skłonność do ksenofobii i którzy równie nienawidzą Niemców, Żydów czy Czarnoskórych. Ukraińcy jednak są dla nich na podorędziu i są łatwą pastwą. Z Niemcami Polacy się jakoś pojednali, Żydzi są ofiarą Holocastu, a napadając na Ukraińców jest się wciąż w lepszym towarzystwie, takich co też piszą o „rzezi wołyńskiej”.
Wreszcie jest czynnik coraz bardziej istotny i liczący się. I być może obecnie najważniejszy. Jest nim masowe oddziaływanie putinowskiej propagandy w Internecie. W bardzo wielu miejscach tam, gdzie napotyka się antyukraińskie treści powiązane z „rzezią wołyńską” jest też sympatia dla Rosji, sympatia dla pseudorepubliki donieckiej a także nihilistyczna niechęć do państwa polskiego itd. Korelacja jest tu bardzo wysoka. Hasło-klucz „rzeź wołyńska” (z całym emocjonalnym ładunkiem, jakie słowo „rzeź” zawiera, a nie mord wołyński czy Wołyń 43) ma otwierać drzwi nienawiści polsko-ukraińskiej, tworzyć polsko-ukraińskie podziały. Posiew nienawiści płynący czy to z komunistycznej czy putinowskiej Moskwy wciąż działa. Czas aby się z tym uporać. Nad grobami Wołynia trzeba nam pamięci i pojednania.

11 listopada i I wojna światowa – polska i europejska pamięć

Spory wokół 11 listopada świadczą o powadze tego święta i wciąż otwartych pytaniach dotyczących naszej przeszłości. Bieżący rok to także okrągła rocznica wybuchu I wojny światowej, którą intensywnie obchodzono, choć nie w całej Europie, a przede wszystkim w Europie zachodniej. Francuzi, Niemcy czy Brytyjczycy pamiętają dziś I wojnę jako hekatombę ofiar i groźny absurd. Jest też to koniec jakiejś lepszej, spokojniejszej Europy fin de sieclu.
Całkiem inaczej jest dla Polaków, Litwinów czy Czechów. Wszelkie tragedie, jakie i nas podczas tej wojny dotknęły, przysłania jej radosny finał, jakim jest odzyskanie upragnionej niepodległości. Z tym też związane jest nasze święto 11 listopada. Gdyby Polska włączyła się intensywniej w zachodnioeuropejskie obchody I wojny, byłaby to okazja do opowiedzenia więcej o Europie Środkowej, której dzieje w Paryżu, Londynie a nawet Berlinie są mało znane. Można by też to nasze święto organizować w taki sposób, aby nabrało pełnoeuropejskiego wymiaru.
Sami też, podchodząc do naszej rocznicy w taki sposób, moglibyśmy nie mało skorzystać. I wojna światowa interpretowana jest w poszczególnych krajach  nader rozmaicie. Dla Francuzów to przede wszystkim okopy pod Verdun. W Niemczech, od czasu tzw sporu Fischera (niemiecki historyk, który na przełomie l. 50 i 60 lat obciążył odpowiedzialnością za wybuch wojny kaiserowskie Niemcy) pytanie o niemiecką winę wciąż jest aktualne. W tym roku bestsellerem była tam książka Christophera Clarka. Ten brytyjski historyk uwalnia Niemców od głównej odpowiedzialności, w przeciwieństwie do Niemca Fritza Fischera, który Niemców obciążał. Dla Węgrów I wojna to przede wszystkim skojarzenie z Trianon i tym co nazywają oni podziałem Węgier. Wreszcie nie należy zapominać, że I wojna to także upadek Rosji carskiej z wszystkimi tego konsekwencjami i tragiczną w skutkach bolszewicką rewolucją. Dla Ukraińców to tragedia związana z niepowodzeniem uzyskania własnej państwowości, mimo intensywnych wysiłków. Nie ma więc jednej europejskiej pamięci o I wojnie. Z jednej strony nie może to dziwić, z drugiej można by postulować, że proces integracji europejskiej wymaga więcej dialogu i dyskusji o tym tak brzemiennym i epokowym dla całego kontynentu wydarzeniu. Polski 11 listopada mógłby ogniskować wiele z takich debat. Miejmy nadzieję, że kiedyś tak będzie.
Dzisiaj natomiast polski spór związany z tą rocznicą dotyczy Romana Dmowskiego – czy prezydent RP ma złożyć w tym dniu kwiaty pod jego pomnikiem. Niektórzy tego nie chcą, bowiem Dmowski delikatnie mówiąc nie był postacią świetlaną. Odpowiedzieć na to można – a kto z wielkich taką świetlaną postacią był? Gdyby tak do sprawy podchodzić trzeba najpewniej omijać większość pomników. Rola Dmowskiego i endecji jest w naszej historii i to tej związanej z odzyskiwaniem niepodległości nie do pominięcia. Kwiaty złożone pod pomnikiem nie oznaczają jednak akceptacji dla wszystkiego, co Dmowski robił i głosił. Pamięć o Dmowskim może też być pamięcią krytyczną i ostrzegawczą. Chcąc o nim całkiem zapomnieć, można sprowokować, że wróci to, co było u niego najgorsze.
No i sprawa ostatnia. Mamy rocznicę odzyskania II Niepodległości, ale nie mamy wciąż rocznicy odzyskania III Niepodległości, mimo że ma ona 25 lat, czyli dłuższa już jest od tej poprzedniej. Uważam że takie święto absolutnie winno być ustanowione i potrzebne jest ono całej Europie. Polska dzieje stanęły w roku 1989 w centrum historii całego kontynentu w stopniu bez porównania intensywniejszym niż było to w roku 1918. I Europa jaka wyłoniła się w roku 1989 jest znacznie bardziej sobą, a także bardziej stabilniejsza niż ta poraniona Europa, pełna nierozwiązywalnych konfliktów jaka powstała po I wojnie.

# pamięć, 11 listopada

Krótka historia UPA dla Polaków na użytek dialogu z Ukraińcami

Większość Polaków kojarzy UPA wyłącznie z mordem wołyńskim. W czasach PRL najgorszą zbrodnią UPA długo miała być śmierć gen.Świerczewskiego, którego dzisiaj mało kto żałuje. Dopiero w latach 70 i 80 dopuszczono mówienie o Wołyniu, czego przed tym unikano, bowiem były to utracone kresy. UPA było przedstawiane na wzór sowiecki,  to znaczy jako kolaboranci Hitlera i krwawi nacjonaliści. Nie mogło być inaczej, bowiem Moskwa chciała Ukrainę zrusyfikować. Ukrainiec nie chcący stać się sowieckim Rosjaninem musiał być oskarżany o nacjonalizm a najlepiej o faszyzm. Straszenie UPA było więc propagandowo szalenie użyteczne. Podsycanie w Polsce lęku nie tylko przed Niemcami ale także przed Ukraińcami miało dawać legitymizację tezie, że potrzebie przyjaźni polsko-rosyjskiej (radzieckiej). Tyle o sprawach propagandy.

Historia ukraińskiego ruchu narodowego staje się niezrozumiała, jeśli nie uwzględni się szoku i traumy, jaką powodował katastroficzny dla Ukraińców wynik I wojny światowej. Nawet społeczeństwa tak małe jak Litwini, czy Estończycy wybiły się na niepodległość, gdy tymczasem najbardziej liczna w regionie społeczność ukraińska nie uzyskała własnego państwa. Ukraiński ruch narodowotwórczy w wieku XIX i do I wojny był w przeważającej mierze zorientowany socjaldemokratycznie i lewicowo. Katastroficzna porażka wywołała dyskusję o jej przyczynach oraz zasadniczy zwrot ku nacjonalizmowi.

Nie następuje to jednak od razu. Część ukraińskich elit intelektualnych wiąże przez krótki czas nadzieję na niezależność z nowopowstałą ukraińską sowiecką republiką. Nie bez powodu, ale nie bez ogromu złudzeń.  W początku lat dwudziestych ukraińska kultura może rozwijać się tam dość swobodnie. Po raz pierwszy w dziejach młodzież uczyć się może w ukraińskojęzycznej szkole. Należy zauważyć, że po stronie polskiej ruch ukraiński nie miał aż takich swobód.

Od roku 1927 Stalin dokonuje jednak czystki ukraińskich „nacjonalistów”,  co oznaczało koniec iluzji co do ułożenia się stosunków rosyjsko-ukraińskich na równych prawach. Zarazem zasadniczemu osłabieniu ulegają  lewicowe  tendencje w ukraińskim ruchu narodowym. Głos natomiast zyskać może prawica i nacjonaliści. Mogą się oni  organizować jedynie w II RP i na emigracji. Wśród  młodzieży ukraińskiej, której przywódca staje się żołnierz I wojny Jewhen Konowalec,  następuje radykalizacja.

Jest to właśnie moment, w którym powstaje też istotny tekst i deklaracja, jaką jest „Nacjonalizm integralny” Dmitro Dońcowa, który staje się niemal biblią ukraińskiego nacjonalizmu.

Te procesy prowadzą do powstania Ukraińskiej Organizacji Nacjonalistów. Jej pierwszy założycielski  zjazd, jednoczący istniejące już wcześniej ugrupowania ma miejsce w Wiedniu – styczeń-luty 1929. UON ma antybolszewickie nastawienie wobec tego co dzieje się w USRR. Ma też nastawienie antypolskie stojąc na antypodach tego nurtu ukraińskiego ruchu narodowego, jaki wiąże się z nazwiskiem Petlury. Polskie obietnice dane Ukraińcom nie zostały dotrzymane (m.in. utworzenie uniwersytetu ukraińskiego we Lwowie) a życie kulturalne i ukraińska oświata była w II RP coraz bardziej krępowane. Powstanie UON tylko pogłębia te negatywne tendencje po stronie polskiej a z czasem narastająca radykalizacja UON powoduje też coraz silniejszą wzajemną wrogość.

Kształtuje się też szczególna doktryna działania ukraińskiego ruchu narodowego będąca w dużym stopniu odbiciem teorii Dońcowa. W 1938 ginie  Ewgenij Konowalec. Starania o polityczny spadek po nim prowokują silne podziały,  na przywódcę wybija się ostatecznie wypuszczony z polskiego więzienia w 1939 Stefan Bandera.

Prawdziwym początkiem wojny dla ukraińskiego ruchu narodowego jest rok 1938. Ukraińcy traktują oderwane od Czechosłowacji (i Słowacji) Zakarpacie jako swoisty Piemont. Organizowane jest tam powstanie zbrojne i powstaje jednodniowe państwo. Kończy się to wszystko zupełną porażką

Na wybuch wojny niemiecko-polskiej UON reaguje natychmiast akcją militarną. Na terenach Galicji wybucha antypolskie. Było to tłumione jako dywersja przez Polskę, ale znacznie gorsi dla Ukraińców okażą się sowieci, którzy zjawią się tu po 17 września 1939.

W latach 1939-41 ośrodkiem ukraińskiego życia politycznego staje się na moment Kraków. Przywódcy UON, przewidując wybuch wojny rosyjsko-niemieckiej snują tu  plany powstanie na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej. Ich działalność cieszy się tolerancją strony niemieckiej.

Z chwila rozpoczęcia wojny niemiecko-sowieckiej i zajęcia Lwowa ogłoszona jest tam przez UON deklaracja niepodległości. Niemcy jednak nie godzą się na to i Stefan Bandera zostaje wywieziony do obozu koncentracyjnego.  Współpraca ukraińsko-niemiecka trwa przez pewien czas, ale UON uświadamia sobie własne złudzenia. Ciągłe rekwizycje i zaciąg siły roboczej do Niemiec powoduje, że Ukraińcy zaczynają organizować oddziały samoobrony. Pierwsza taka szersza formacja powstaje na Wołyniu pod przywództwem Tarasa Bulby.

Ukraińcy zaczynają zdawać sobie sprawę, że zmuszeni są walczyć na dwa fronty – z III Rzeszą i sowiecką Rosją. Ukraińcy opuszczają szeregi policji podporządkowanej władzom okupacyjnym. Moment w którym powstaje UPA (Ukraińska Armia Powstańcza) jest trudny do określenia, ponieważ nazwą tą posługuje się na początku kilka formacji. Ostatecznie jednak początek UPA jako podporządkowanej UON to koniec roku 1942. Zdanie sobie z tego sprawę jest istotne. O ile bowiem UON można zarzucić kolaborację z III Rzeszą w latach 1939-1942, to UPA z III Rzeszą nie kolaborowała a z nią walczyła.

Przywództwa UON i UPA wyobrażało sobie zakończenie II wojny na podobieństwo zakończenia I wojny – wielkie potęgi regionu miały ulec załamaniu w skutek co wytworzyć miało  polityczną pustkę. W niej UON chciał wywalczyć miejsce dla własnego państwa. Z tego punktu widzenia istotnym konkurentem stawali się na terenach Wołynia i Galicji Polacy. Stąd zamiar ich wypędzenia, co zakończyło się sprowokowaniem masowych mordów na Polakach. Do tragedii tej przyczyniły się szczególne demoralizujące warunki wojny oraz zadawnione stosunki społeczne (m.in. konflikt dwór-wieś). Mord ten nie dał UON/UPA niczego, stał się natomiast szalenie trudnym historycznym balastem.

Polaków wysiedlił ostatecznie Stalin (co pewnie stało by w każdej sytuacji), a UPA w beznadziejnej walce z Sowietami przeżywało krwawą gehennę przez powojenne  lata, stając się przedmiotem niebywałych represji.  W tym powojennym czasie los żołnierzy UPA bardzo przypomina los „żołnierzy wyklętych”. Na kiedy datować koniec walki UPA trudno rozstrzygnąć. W każdym razie w roku 1950 ginie dowódca Roman Szuchewycz. Walka zamiera a represje trwają jeszcze długo.

Rosja sowiecka zmobilizowała gigantyczną machinę propagandową, aby UPA całkowicie zdyskredytować. Zasadniczym zarzutem była kolaboracja z III Rzeszą. W istocie pakt Hitler-Stalin (Ribbentrop-Mołotow) był znacznie poważniejszą współpracą i o bez porównaniu większym znaczeniu i skutkach niż pełne złudzeń próby współpracy ze strony ukraińskiego ruchu narodowego. Jakiekolwiek inna prezentacja UPA jak tylko faszystów  i kolaborantów ruinowałaby jednak sowiecką narrację II wojny – „wojny ojczyźnianej”.

Dla patriotycznie nastawionych Ukraińców natomiast UPA, przede wszystkim dzięki powojennej martyrologii stawała się legendą, której treścią było poświęcenie i ofiara. Jak też z wszelkimi tego typu legendami bywa o własnych grzechach trudno było przy tym mówić, tym bardziej że rosyjska propaganda nie zostawiała na UPA suchej nitki. Legenda była zresztą obecna tylko na Ukrainie zachodniej.

Dzisiaj po legendzie tej pozostało nie wiele. Nawet czarno-czerwona flaga, budząca w Polsce tyle kontrowersji przez większość młodszego pokolenia nie jest już kojarzona z UPA. Im bardziej Ukraina będzie stała na własnych nogach tym bardziej legenda UPA będzie bladła. Dowodzą tego słabe wyniki w wyborach tych formacji, które do UPA się odwołują. Nowe ukraińskie państwo ma też własną legendę niebiańskiej sotni i w gruncie rzeczy innej legendy już nie potrzebuje. Krytyczny rozrachunek z własną przeszłością będzie natomiast możliwy, gdy walka o samodzielny byt, jaki obecnie toczy się Rosją, będzie zakończona.

Polacy o mordzie wołyńskim nie mogą zapominać, ale konieczny jest też namysł jak upamiętnienie tej tragedii i jej ofiar służyć może pojednaniu z Ukraińcami. Nienawiść, bowiem nie służy pamięci o zmarłych, lecz psuje duszę żywych.

#historia UPA

Patrz też: https://kazwoy.wordpress.com/2014/11/26/wolyn-43-potrzeba-pamieci-i-posiew-nienawisci/

Sladami UPA – muzeum jego dowódcy Romana Szuchewycza 

Roman Szuchewycz zginął w 1950. Był głównodowodzącym UPA w czasie wojny i po wojnie, gdy UPA walczyła z niebywałą determinacją z bolszewicką Rosją. Szuchewycz ukrywał się pod Lwowem w Biłohorszczy (dzisiaj jest to dzielnica Lwowa) i tam odnalazła go NKWD.

O okolicznościach tego dramatycznego wydarzenia wiemy więcej dzięki temu, że jego świadek  przeżył. Była nim łączniczka Szuchewicza. Zagrożona pojmaniem zarzyła truciznę ale NKWD udało się ją odratować. Jeden to z nielicznych wypadków, gdy NKWD ratowało komuś życie, choć tylko po to  by odratowaną przesłuchiwać,  torturować i następnie skazać na 25 łagru. Schowek za podwójną ścianą, który tu jeszcze można zobaczyć, nie uratował go. Podczas wymiany ognia Szuchewycz zginął.

Roman Szuchewycz dbał o niezależność armii od struktur politycznych. Był absolwentem jak wielu ukraińskich intelegentów lwowskiej politechniki. W muzeum w Biłohorszczy  są jego świadectwa szkolne. Język polski cztery, język ruski pięć. Jest też dyplom uczelni.

Widocznym obiektem w muzeum, który mieści się w budynku, gdzie odbyły się te dramatyczne wydarzenia i który jest oddziałem Lwowskiego Muzeum Historycznego, jest rekonstrukcja leśnej kryjówki-bunkra. To niemal symbol UPA. Zołnierze UPA musieli się przede wszystkim ukrywać. Ten motyw pojawia się i gdzie indziej jako dominująca ikona pamięci.

Choć walka toczyła się dalej , śmierć Szuchewycza uznać należy za koniec działań UPA jako zwartej i zorganizowanej siły. Również polskie powojenne podziemie zbrojne nie już po roku 1947 nie jest zdolne do prowadzenia walki na szerszą skalę. UPA postawione w jeszcze bardziej dramatycznej sytuacji walczy nieco dłużej.

Roman Szuchewycz jest dla Ukraińców bohaterem narodowym jako twórca Ukraińskiej Armii Powstańczej. O analogii między UPA i AK wspominałem już poprzednio. Niezależnie od tego jak dalece ową analogię uzna się za trafną lub nietrafną, trzeba stwierdzić, że UPA jest dla Ukraińców czymś więcej niż AK. Ukraińska Armia Powstańcza była czymś więcej jak tylko konspiracyjną formacją wojskową. Wobec braku własnego państwa jest to namiastka ukraińskiej armii – symbol wysiłku nie tylko walki z okupantem, ale i wysiłku uzyskania własnego państwa. Zadna z ukraińskicj formacji zbrojnych z okresu I wojny nie miała i nie ma takiego znaczenia.

Szukam w polskiej Wikipedii. Hasła „Roman Szuchewycz” kojarzy go prawie wyłącznie z odpowiedzialnością za rzeź wołyńską. Wszystkie niemal przywołania wyszukarki kojarzą Szuchewicza rownież z „rzezią wołyńską”. W oczach autorów tych artykułów Roman Szuchewicz ma być jedynie zbrodniarzem. Niezależnie od tego, co myśli się o współodpowiedzialności Szuchewicza, jest to gigantyczne zafałszowanie i uproszczenie. Szuchewicz jest twórcą potężnej formacji wojskowej skierowanej przeciw III Rzeszy oraz sowieckiej Rosji. Organizuje ją i kieruje. Jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera, nawet jeśli ma być to bohater z gorzką skazą współwiny za zbrodnię. Dzieje pełne są jednak wielkich bohaterów z wielkimi grzechami. Nie można oceniać ich jednostronnie.

Ołtarz dla Bandery i przyjazna Pani Dyrektor

We Frankiwsku (czyli Stanisławowie – Ukraińcy nie unikają bynajmniej tej polskiej nazwy miasta) rządzi „Swoboda”. Pytanie więc jak upamiętnia się tutaj UPA jest szczególnie ciekawe. Odwiedzam Centrum Wychowania Patriotycznego, które powstało tutaj za rządów prezydenta Juszczenki. Prowadził on intensywną politykę historyczną i centrum jest jednym z jej wyników. Jestem uprowadzany przez miłą panią dyrektor, która została specjalnie dłużej aby Centrum mi pokazać i otworzyła je specjalnie dla mnie.Zwiedzamy centrum dalej. W samym środku dużej sali jest tutaj Bandera, któremu sporządzono tu coś w rodzaju ołtarza. Jego portret otoczony jest półkolem wizerunków innych znaczących postaci ukraińskiego ruchu narodowego z czasów wojny i powojnia. Pytam dlaczego są wśród nich tylko wizerunki zwolenników Bandery nie ma zaś zwolenników Melnika – drugiego znaczącego odłamu tego ruchu. Pani Dyrektor nie zna odpowiedzi. Nie ona Centrum tworzyła. Jest pełna zapału, gdy chodzi o wychowanie młodzieży, nie jest jednak wyraźnie w żaden poważniejszy sposób wspierana w tym zadaniu z zewnątrz. Oprowadza mnie po skromniejszych innych salach, gdzie są materiały dotyczące historii Rusi i Kozaczyzny. Mimo, że stannie wykonane nie są specjalnie imponujące. Historia XIX prezentowana jest z pomocą serii nieco amatorskich malowideł – jest na nich oczywiście Szewczenko, ukraińska trójca, Lesia Ukrainka, Szeptycki, Hruszewski. Dalej plansz dotyczących historia UPA i II wojny nie ma, prócz jednej, za to wiele mówiącej. Jest na niej Stalin i Hitler, zwróceni ku sobie z rysunkiem obozu koncentracyjnego pośrodku. Wymowa jest jednoznaczna. Ukraiński ruch narodowy walczył na dwa fronty z III Rzeszą i sowiecką Rosją. Pani Dyrektor jest osobą bardzo wobec mnie przyjazną, która proponuje mi abym wygłosił w centrum odczyt dla młodzieży o stosunku Polaków do rewolucji na majdanie. Jak trudna jest historia UPA dla Polaka w pewnej swej części i jakie budzi polsko-ukraińskie kontrowersje zdaje się nie wiedzieć. Na odczyt zgadzam się. Będę tu podczas mego następnego pobytu w Stanisławowie. Może będzie też okazja do rozmowy na bardziej sporne tematy. Polityka historyczna prezydenta Juszczenki prowadzona była pospiesznie. Była reakcją na swowietyzowaną wersję historii Ukrainy motywowana chęcia nadrobienia w bardzo krótkim czasie wszelkich zaległości. Niestety takiego zadania nie da się wykonać w krótkim czasie. „Ołtarz” dla Bandery w środku tego obiektu wskazuje jak trudno jest prezentować przeszłość, tak mogła być ona przedmiotem namysłu, którego najbardziej potzrebuje właśnie młodzież. Drugim punktem programu w Stanisławowie jest Muzeum Historii Ukrainy. Jest to oddział muzeum miejskiego. Muzeum jest niewielkie, ale starannie choć dość tradycyjnie urządzane. Historyk, jaki po muzeum mnie oprowadza wie o polsko-ukraińskich sporach dotyczących UPA. Mówi o potrzebie dalszych badań i dialogu. Pierwsze piętro muzeum poświęcone jest historii dawniejszej, ekspozycja na piętrze czasowi II wojny. Trzy punkty są w niej najbardziej wyraziste – kryjówka w lesie, katownia NKWD i zesłanie do Gułagu. Duża mapa Gułagu jest właściwie taka sama, jaka towarzyszy wystawom o zesłaniach Polaków.