Rosja, Białoruś,Ukraina – co z gospodarką?

Trudno mówić o ekonomii, gdy brzmią armaty – to zdanie  było mottem  wystąpienia b.prezydenta Juszczenki, podczas okrągłego stołu obecnej Warsaw East European Conference. Gospodarka Ukraina w ciągu ostatnich trzech lat zmalała o 20%. Ukraiński polityk i zarazem ekonomista nie był jednak pesymistą. Wskazał też na liczne osiągnięcia gospodarki ukraińskiej, która po rozpadzie ZSRR znalazła się w bardzo trudnej sytuacji (tym bardziej, że już przed tym gospodarka komunistyczna była katastrofą). Zwalczano inflację, ustanowiono własną walutę, utrzymano elementarną dyscyplinę budżetową. Popełniono  jednak poważne błędy, z których najpoważniejszym wedle Juszczenki była błędna koncepcja prywatyzacji. Prywatyzowany majątek dostał się ręce ludzi, którzy go nie wypracowali i nie umieli o niego dbać. To utrudniło napływ zewnętrznego kapitału, a bez światowych instytucji finansowych nie ma skutecznych reform gospodarczych, stwierdził Juszczenko. Mimo wojny prowadzonej przez Putina przeciw Ukrainie ostatni czas to okres intensywnych reform. Należy zwrócić uwagę jak mylące mogą być wszelkie statystyki dotyczące ukraińskiej gospodarki, skoro wedle niektórych danych aż 67% to szara strefa. Juszczeno stwierdził w podsumowaniu, że gospodarka ukraińska najgorsze czasy ma już za sobą.

Nawet cienia optymizmu nie było natomiast w wystąpienia Leonida Zlotnikova, który mówił o gospodarce Białorusi.  Wskazał on jak bardzo Białoruś korzystała ze wsparcia Moskwy  przede wszystkim na zaniżone ceny energii. Ten czas się jednak skończył. Moskwa ma mniej pieniędzy ale także napięcie Putin-Łukaszenko ma na to wpływ. Model gospodarki białoruskiej opartej o państwowe i niewydajne inwestycje jest całkowicie niewydajny. Regres jest widoczny i przyspiesza.

Nie wiele bardziej optymistyczny był opis gospodarki rosyjskiej. Mówił o niej Vladislav Inozemtsev. Gospodarka rosyjska jego zdaniem zdegradowała się do gospodarki surowcowej. Po upadku ZSRS nie było w Rosji żadnej koncepcji jak wydobyć się z pułapki gospodarki państwowo-nakazowej. Nastąpiła głęboka dezinstrializacja. Przez pewien czas ratowały ten stan wysokie ceny ropy ale i to się skończyło. Gospodarka rosyjska runie a co dalej nie wiadomo, stwierdził rosyjski ekonomista.

W naturalny sposób spowodowało to pytanie co dalej z reżymem Putina, który jest przyczyną braku jakichkolwiek reform. Rosjanin i w tym wypadku nie był optymistą. Uważa, że perspektywa upadku dyktatora to rok 2030. Zarazem wykluczył on skuteczną współpracę rosyjsko-chińską. Chiny idą własną drogą i tranzyt z Chin do Europy nie pójdzie przez Rosję (inaczej mówiąc jedwabny szlak pójdzie południem drogą morską a nie północą drogą lądową).

Reklamy

Astana, Mińsk, Pekin – złe wieści dla Putina

Jeśli by oceniać tylko wydarzenia ostatnich dni, to plany Putina na odbudowę imperium coraz bardziej idą w niwecz. Odnotować trzeba najbardziej znaczące fakty.
Prezydent Kazachstanu Nasarbajew wydaje oświadczenie o neutralności Kazachstanu wobec konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Zbliżenie Kijowa z Astaną przypieczętowane zostało  spotkaniem obu polityków. Wcześniej w Astanie powiedziano, że możliwe jest wystąpienie Kazachstanu z Unii Euroazjatyckiej. Można to tłumaczyć tym, że upadek rubla w poważny sposób uderza w gospodarkę Kazachstanu (wobec rozliczania wymiany handlowej z Rosją właśnie w rublach). Wobec znaczenia Kazachstanu w   Azji Centralnej taka postawa polityków w Astanie stanowi dla euroazjatyckich planów  Putina zasadniczy problem.
Niesprzyjające wiadomości dochodzą  też  z Mińska. Łukaszenko mówi o możliwości współpracy wojskowej z Kijowej. Niezależnie co by to miało znaczyć i może być tylko pustą retoryką, nie oznacza nic pozytywnego dla Kremla. Między Mińskiem a Moskwą widoczne są napięcia związane z wymianą handlową i wyraźną niechęcią „wielkiego hokeisty” by angażować się po stronie Moskwy. Widoczne jest też na Białorusi ożywienie oficjalnej retoryki, jaką wypada nazwać narodowocentryczną, co odbierane jest również jako dystansowanie się od neoimperialnej polityki Putina.
Najbardziej jednak niepokojące mogą być dla Putina wiadomości z Pekinu. Chińczycy oświadczyli, że będą pomagać gospodarczo Rosji. To niby brzmi nieźle. Dalej jest jednak powiedziane, że „tylko w ramach swoich możliwości”. Sytuacja Rosji uznana jest za bardzo ciężką i trudną, a perspektywa wyjścia z kryzysu oceniana jest na minimum okres trzech lat (należy zwrócić uwagę,  że Putin mówi o dwóch latach).
Zbieżność w czasie tych wszystkich oświadczeń nie wydaje się przypadkowa. Można dopatrywać się ich przyczyny nie tylko w istotnie trudnej sytuacji gospodarczej Rosji, ale także traktować jako pośrednią reakcję na ostatnie wystąpienia publiczne samego Putina, które prowokują potencjalnych sojuszników, by się od niego dystansować. Były one nie tylko defensywne, mimo niekiedy agresywnej retoryki, ale pozbawione jakiekolwiek kierunku. Putin robi wrażenie bezradnego i zdezorientowanego, a gorzej nawet, gdy przechodzi do problematyki gospodarczej mówi niedorzeczności. Wydaje się, że wśród sąsiadów Rosji, którzy mieli z nią tworzyć unię euroazjatycką na wzór UE (i mającą być dla UE konkurencją), zaczyna panować przekonanie, że nie jest to stawka na dobrego konia.
Tymczasem Zachód nasila sankcje i zdaje się zupełnie nie czuły na przemowy Putina, które okazują się w coraz bardziej wyrazisty sposób występami prymitywnego propagandzisty a nie polityka,który zdolny jest w poważny sposób negocjować. Coraz liczniejsze są komentarze mówiące o nadchodzącym głębokim kryzysie w Rosji aż po możliwy rozpad federacji.

Łukaszenki gra na dwa fronty

Putin i ŁukaszenkoNiemożliwość istotnego odejścia od prorosyjskiego stanowiska zmusza Łukaszenkę do szukania  najrozmaitszych sposób zaznaczenia odrębności wobec Kremla i robienia wrażenia jak dalece jest on samodzielnym. Przybiera to czasem dość rubaszną formę jak daleko idąca wypowiedz prezydenta Białorusi, że „większa część Rosji historycznie podlegała Mongolii i Kazachstanowi”. Bynajmniej nie oznacza, że  Białoruś miałaby się jakoś  od Rosji oddalać. Władze w Mińsku  mają obawy wobec zagrożeń, które zdają się nadchodzić z dwóch przeciwstawnych stron: aneksji ze strony Moskwy oraz powtórzenia się w Mińsku kijowskiego Majdanu. Obawa włączenia Białorusi do „Federacji” w postaci kolejnej „republiki autonomicznej” doprowadza Łukaszenkę do zmian polityki wewnętrznej i   zawoalowanego wzmacniania nacjonalizmu, przy jednoczesnym utrzymywaniu autorytarnej władzy,  aby unikać przenikaniu rewolucyjnych nastrojów z południa.

Perspektywa na jakiegoś rodzaju liberalizację bądź odstąpienia od totalnej kontroli ze strony państwa, nie wydaje się prawdopodobna. Łukaszenko zdaje sobie sprawę, że ewentualne wprowadzenia nawet pozorów politycznej odwilży może doprowadzić do powtórzenia wydarzeń z grudnia 2010 roku  na mińskim Placu Niepodległości (nomen omen ta sama nazwa co w Kijowie), co zmuszony byłby tłumić.  Wobec zbliżających się wyborów 2015 roku, władza białoruska raczej będzie demonstrowała gotowość do kolejnej „specoperacji” powyborczej jako działania wyprzedzającego.  W takiej jednak sytuacji prowokować swojego wschodniego sąsiada nie można, bowiem już udowodnił swoje zdolności do prowadzenia wojen hybrydowych i politycznej manipulacji. Na Białorusi Putin mógłby w szczególny sposób włączyć w falę politycznego niepokoju. Z drugiej strony otwarte podporządkowanie i wspieranie putinowskiej Moskwy również może mieć dla oficjalnego Mińska opłakane konsekwencje, ponieważ czyniłoby to Białoruś państwem jedynie formalnie niezależnym.

Usiłując się więc włączyć się w międzynarodowe negocjacje dotyczące konfliktu rosyjsko-ukraińskiego Aleksander Łukaszenka gra o własną skórę.

Wewnątrz Białorusi wydarzenia  ukraińskie mają swoje silne echo i wywołują refleksję, która w oczywisty sposób odnosi do  rzeczywistości białoruskiej. Zasygnalizował to ostatni mecz w eliminacjach do Euro 2016 Białoruś- Ukraina, który się odbył 9 października w Borysowie. Kibice obu reprezentacji zgodnie  niezbyt przychylne i godne właśnie kibiców hasła o prezydencie Rosji. Na okrzyki „sława Ukrainie” po jednej stronie, odpowiadano „herojom sława” po drugiej. Łukaszenko mógłby się jedynie pocieszać, że podczas skandowania „Sława Ukrainie-Herojam sława” kibice białoruscy podzielili się i część zagwizdywała owe hasło. Filmiki ze śpiewami kibiców rozeszły się po internecie, w szczególności w ukraińskiej cybersferze, zdobywając naturalnie sporą popularność.  Choć mecz futbolowy Białoruś-Ukraina jest przejawem proukraińskiej nastrojów wśród części białoruskiej młodzieży i kibiców, to jednak sądzić o nastrojach w całym kraju na tej podstawie nie sposób. Jedynym miejscem,  gdzie  białoruska opinia publiczna dochodzi do głosu pozostaje Internet, ale tam trudno o ocenę,  że któraś ze stron ma przewagę. Odczuwalne jest zarówno otwarte wspieranie polityki putinowskiej Rosji, jak i  po przeciwnej stronie nastroje proukraińskie, co łączy się z żądaniami społeczno-politycznych zmian u siebie w kraju.Trudno w chwili obecnej powiedzieć w jakich proporcjach społeczeństwo białoruskie jest podzielone i jaki wpływ mają na to władze.

Stwierdzić można tylko to, że Łukaszenko zdaje sobie sprawę, że sytuacja jest zmienna i stara się wobec tego reagować.  Oficjalny Mińsk dobrze rozumie, iż wobec ukraińsko-rosyjskiego konfliktu, trzeba jakoś opowiedzie, bowiem zupełna bierność byłaby pewnie interpretowana jako słabość i uległość Moskwie. Rosja oczekuje bezwzględnego podporządkowania, Łukaszenko jest zbyt uzależniony od Moskwy i na podejmowanie się jakiś wyrazistych  kroków w kierunku pro ukraińskim raczej się nie odważy, zresztą sama Ukraina zdaje się nie mieć iluzji na temat stanowiska Białorusi wobec trwającego konfliktu.  Nie chce jednak prezentować się jako 100% wasal Putina. Dąży do tego, aby na arenie międzynarodowej być widocznym, żeby o nim nie zapomniano, żeby Putin nie mógł załatwić go po cichu i na boku.

Taki jest najpewniej zamysł  politycznej aktywności Łukaszenki i  czynienia Mińska centrum wielkiej polityki, gdzie  mają toczyć się pertraktacje między rządem ukraińskim a separatystami prorosyjskimi.

Dzięki innej inicjatywie jaką jest goszczenie udziela  summitu Wspólnoty Państwa Niepodległych przeobrażającego w Euroazjatycką Unię Łukaszenko może też wszech i wobec demonstrować, jaką to ma wagę na arenie politycznej, a jednocześnie może być po cichu zadowolonym, że ów szczyt żadnym sukcesem nie był. No bo gdyby ta Unia, mająca być odradzającym się Związkiem Radzieckim, stawała się sukcesem byłby początek końca samodzielnych rządów Łukaszenki.

Trudno ocenić na ile wszystkie te manewry Mińska mogą być skuteczne, aby utrzymać się na powierzchni wzburzonego morza globalnej polityki, ale jest to sposób, dzięki któremu Łukaszenko może kontynuować swoistą politykę lawirowania między Wschodem a Zachodem, w sytuacji,  gdy jest o to coraz trudniej.

Komentarz gościnny, Anton Saifullayeu, Studium Europy Wschodniej UW