Nie obronimy się w wojnie psychologicznej, to przegramy starcie militarne

Nasza cywilizacja dostała do ręki nowe narzędzie komunikacyjne – Internet. Jest ono wykorzystywane przez putinowską Rosję w sposób inteligentny, perwersyjnie twórczy i szalenie niebezpieczny. Tu raczej nie chodzi o wojnę informacyjną, bo też informacji jest tam mało. Króluje za to dezinformacja. Uważam, że nie doceniamy strony rosyjskiej.

Każdy kto wejdzie do moskiewskiej księgarni, znajdzie bez trudu duży dział zatytułowany „politologia”. Kłują nas tam w oczy tytuły „Wojna hybrydalna 3.0”, „Wojna informacyjna”, „Wojna psychologiczna”… Wojna psychologiczno-propagandowa jest tam opisana dość precyzyjnie. To znaczy, możemy bez trudu odnaleźć jej scenariusze w codziennej rzeczywistości.

Związek Radziecki dysponował ideologią komunizmu, którą usiłował propagować. Z czasem stało się to szalenie mało przekonujące, ale do końca niemal próbowano starano się przekonywać o „wyższości komunizmu nad kapitalizmem”. Dziś w Rosji mamy do czynienia z innym zjawiskiem, z propagandą skierowaną do wewnątrz, mówiąca o „wielkości Rosji”. Z gruntu szowinistycznej. Niestety, musimy sobie uzmysłowić, że w te bzdury wierzy przeciętny Rosjanin. Nam natomiast nie-Rosjanom funduje się coś zupełnie innego.

Poszczególne kraje atakowane są w taki sposób, by zdezorganizować opinię publiczną za pomocą dezinformacji. To nie ma nic wspólnego z bezpośrednimi, otwarcie wyrażanymi celami polityki rosyjskiej. Chodzi o to, by Polacy nienawidzili Ukraińców, a Ukraińcy nienawidzili Polaków. Chodzi o to, by Niemcy byli podburzeni przeciw polityce Angeli Merkel. Chodzi o to, by poszczególne kraje Europy czuły się zagrożone islamem. W Niemczech będzie to hasło antyfaszyzmu, bo jest ono związane z wojną, a u nas będzie chodziło o banderowców. Inaczej będzie to wyglądało w Słowacji, a inaczej – w Czechach.

Po drugiej, rosyjskiej stronie internetowego kabla siedzą psycholodzy, historycy i socjolodzy. Zastanawiają się oni, jak wewnętrznie skłócać oponentów w krajach będących przedmiotem ataku. A zatem, nie jest to żadna propaganda.

Internet stworzył zupełnie nowe relacje w stosunkach społecznych. Na początku to była zabawa, wymyślona w garażu przez kilku hipisów. Tak jak Gutenberg drukując klockami pierwsze strony Biblii, nie zdawał sobie sprawy, że dokonuje rewolucji, tak pojawienie się Internetu niesie z sobą nieprawdopodobne skutki cywilizacyjne, których nie potrafiliśmy przewidzieć.

Dzięki Internetowi można trafić do kraju-oponenta, do każdego domu i każdego mieszkańca. Co przedtem nie było możliwe. Przed atakiem następuje rozpoznanie słabych punktów opinii publicznej, miejsc gdzie najłatwiej i najboleśniej można ją zdezorganizować. Potem wystarczy założyć fałszywe portale, zorganizować trolli i liczyć na naturalny idiotyzm sporej części społeczeństwa. Użyteczni kretyni powtórzą najgłupszą informację. Nie zdając sobie z tego sprawy, będą pełnić funkcję broni dywersyjnej.

W fachowej literaturze rosyjskiej znajdziemy, często powtarzane hasło „prawo-lewo”. Chodzi o to by podburzyć wszelkie marginesy. W Polsce są wspierani narodowcy oraz wszelkie elementy postkomunistyczne. To dla rosyjskiego ataku wszystko jedno. Pamiętajmy, że celem jest zdezorganizowanie opinii publicznej. A kogo można najłatwiej podburzyć? Motłoch! Tak nazywa najsłabsze ogniwo społeczne Hannah Arendt. Chodzi o to, by motłoch, ze swą głupotą i agresywnością, znalazł się w centrum opinii publicznej.

Europa, wedle założeń Moskwy, jest dekadencka i dlatego ma upaść. Jeżeli podburzy się motłoch i głupotę, to Europa unijna, demokratycznych i wolnych społeczeństw (pojęcia puste dla moskiewskich czynowników) upadnie. Jednak, mimo, że Moskwa chce mobilizować z hołotą, narzędzi do sterowania nią używa zaiste subtelnych.

Można namówić idiotę, ślęczącego po nocach przed laptopem, by pojechał do Doniecka. Tak jak islamiści skutecznie namawiają młode Europejski, by rzuciły wszystko i wyjechały do Iraku. Dlaczego? Bo działa „digital density” – gęstość środowiska internetowego. Jeśli wchodzę do Internetu, bo zainteresowałem się Wołyniem, to choćbym nie wiem co zrobił, zawsze trafię na strony, które będą mnie przekonywać, że Ukraińcy nigdy nie przeproszą, a my nigdy nie wybaczymy.

To niestety działa, bo jest dobrze zrobione. Do pewnego stopnia, wobec takiej agresji, jesteśmy bezbronni.

A zatem, nie sama analiza tej wojny psychologicznej, jest najistotniejsza. Najważniejsze jest to, że nie opanowaliśmy narzędzia, jakim jest Internet. Wciąż za mało o nim wiemy. Internet jest całkowicie nowym i szalenie niebezpiecznym narzędziem. Początkowo był utopią powszechnej komunikacji. Dziś stał się sferą bezlitosnej i niebezpiecznej gry.

Wygrana wojna psychologiczna kończy się agresją militarną. To nie dzieje się „zamiast”. Celem wojny psychologicznej jest przygotowanie do agresji militarnej. Jeżeli zatem dostrzegamy natężenie działań dezinformacyjnych, to powinniśmy się zastanawiać czy niebem nie pójdzie za nimi tradycyjny atak. Na Ukrainie nie było dalszej agresji, bo Rosja przegrała wojnę propagandową.

Dziś mamy do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją, bo cała Europa podminowana jest problemem uchodźców. I to jest główny cel zmasowanego ataku. Doskonale przeprowadzono akcję dezinformacyjną, przekonującą, że w Szwecji muzułmanie gwałcą kobiety. Pozakładano „fake’owe” strony po angielsku. A informacje stamtąd błyskawicznie podchwyciły polskie portale. Efekt jest taki, że na Nowym Świecie spotykam dżentelmena, który oczywiście nie ma nic przeciw uchodźcom, ale… przecież oni gwałcą!

Lecz cała ta konstrukcja opiera się nie na tym, że oni są tacy sprytni. To, niestety my jesteśmy tacy głupi. Ten przekaz odwołuje się wszakże do tego, co gdzieś tam jest uśpione w naszych głowach.

Jedyną możliwą obroną jest mobilizacja intelektualna dla stworzenia przestrzeni publicznej, która w taki hybrydowy sposób nie może być atakowana. Jeżeli nie obronimy się w wojnie psychologicznej, przegramy również starcie militarne.

Tekst drukowany w „Para Bellum.Niezależnym Magazynie Strategicznym”.

 

One thought on “Nie obronimy się w wojnie psychologicznej, to przegramy starcie militarne

  1. Zgoda, co do diagnozy. Przeciwnik wie, których haseł użyć by trafiły one do grupy docelowej (islamizacja, lewactwo, multikulti). Ale z tezą pana profesora, że używa on narzędzi wyrafinowanych (niestety?) zgadzam się tylko w części. Oznaczałoby to bowiem, że ma do czynienia z kimś, kogo przekonanie sprawi mu choć odrobinę wysiłku, kto zachowuje dozę sceptycyzmu/wątpliwości. Jeśli jednak motłoch potrafi uwierzyć, że 10 tysięcy uchodźców (plus Ci, którzy już w kraju są) zagrozi tożsamości narodowej i doprowadzi do islamizacji Polski, a przynajmniej powstania gett – to mam wątpliwości, czy potrzeba tu wyrafinowania. Dwa, warto zadać sobie jednak pytanie czy państwa, które dziś zmagają się z problemem uchodźców nie przyczyniły się walnie do wzrostów polityków-agenturalnych w typie La Pen czy JKM. Pan Tomasz Aleksandrowicz słusznie pisze, że bagatelizując w obawie przed oskarżeniem o rasizm doniesienia o przestępstwach popełnianych przez imigrantów spowodowano wzrost doń niechęci (przykład Rotherham). Nie trzeba było tu przeciwnika z drugiej strony kabla.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s