Jan Kamiński pisze: jestem absolwentem, jestem przegrany?

Oto absolwent, którego indeks widziałem. Same b.dobre i celujące od góry do dołu. Poprosiłem go aby napisał reportaż o sobie samym. Napisał.   Mógłby być również świetnym dziennikarzem, ale nie ma pracy.

Ktoś może powiedzieć. Nie musisz być na utrzymaniu rodziców. Zmień plany. Wyjedź do Anglii… zmywaj naczynia. Pracuj w Polsce… w supermarkecie. Może Ci, którzy tak mówią mają rację. Ale ja chyba jeszcze nie jestem gotowy… na taką „zmianę planów życiowych”.

Skończyłem jedną z dwóch najlepszych polskich uczelni. Walcząc o miejsce na swoim kierunku studiów rywalizowałem z 12 innymi kandydatami.  Współzakładałem stowarzyszenie studenckie. Odbywałem staże, m.in. w międzynarodowych korporacjach. Od ponad roku nie mogę znaleźć pracy. Czuję się przegrany.

 Zdecydowałem się napisać ten tekst z trzech powodów. Po pierwsze, chcę na bazie  mojego doświadczenia oraz moich kolegów opowiedzieć, jak wygląda sytuacja zawodowa i życiowa znaczącej części młodego pokolenia. Po drugie, chcę wytknąć pokoleniu naszych rodziców  zaniechania, które przyczyniły się do sytuacji młodych. Po trzecie, chcę udowodnić, że nie należy wszystkich młodych bez pracy utożsamiać z grupą radykalnie roszczeniową, która nie ma pomysłu jak rozwiązać własne problemy.

 Kiedy w 2005 r. zaczynałem studia na naukach politycznych Uniwersytetu Warszawskiego (według wszystkich rankingów najlepszej politologii w kraju) byłem pełen dumy i wiary w przyszłość. Ze wszystkich stron słyszałem zapewnienia, że na absolwentów „polskiego Oksfordu” (sformułowanie to padło z ust mojego wykładowcy na jednych z pierwszych zajęć), ze znajomością języków obcych, odbywających staże, zaangażowanych w działalność społeczną, potrafiących sprawnie i logicznie analizować fakty i wyciągać wnioski, czekają bogate, pełne wyzwań ścieżki kariery. W mojej ówczesnej opinii ten obraz – przyjmując polską skalę – wiernie pokrywał się z obrazem, jaki zarysował przede mną kolega Anglik, absolwent tego prawdziwego Oksfordu. Według jego profesorów nie wszyscy absolwenci Oksfordu będą pracowali w „wyuczonym” zawodzie, ale wszyscy osiągną zawodowy sukces. Dlaczego? Oksford kształci określony, wyselekcjonowany typ młodych ludzi, poddaje ich myślenie swoistej „obróbce intelektualnej”, która zapewnia im wszechstronność,  umożliwiającą sprawdzenie się w różnych dziedzinach życia.

 Wydawało mi się, że twardo stąpam po ziemi. Brałem poprawkę na to, że Uniwersytet Warszawski to jednak tylko „polska wersja” Oksfordu . Ale byłem święcie przekonany, że mam podstawy sądzić, iż ta uczelnia wsparta moimi licznymi staraniami (jak staże i zaangażowanie społeczne), na polskim gruncie, zapewni mi taki sam start.

 I tak, mimo szalejącego kryzysu, w październiku 2010 r. wychodziłem na rynek pracy pełen optymizmu. Byłem posiadaczem dyplomu „polskiego” Oksfordu (obronionego na piątkę). Miałem za sobą staże, m.in. w międzynarodowych korporacjach. Co oczywiste, mówiłem w języku angielskim. Miałem na swoim koncie działalność społeczną (w tym założenie Studenckiego Stowarzyszenia, którego ambicją było zabieranie głosu w sprawach o największym znaczeniu dla Polski w horyzoncie najbliższych 10, 20 lat m.in. … w sprawie perspektyw zawodowych i życiowych młodych ludzi w dobie kryzysu).

 Co najważniejsze, miałem dla siebie plan. Chciałem pracować w biznesie. Za cel postawiłem sobie  marketing korporacyjny, pracę przy koordynacji projektów lub, w najbardziej optymistycznej wersji,  a przecież optymistom byłem od początku studiów, w goverment relations. Jednocześnie  chciałem kontynuować działalność społeczną – prowadzić Stowarzyszenie. Międzynarodowa korporacja miała nauczyć mnie zachodnich standardów pracy, kooperacji i zarządzania ludźmi. Z kolei praca społeczna – dalej rozwijać w „wyuczonym” zawodzie politologa. Cel był jeden – wykorzystując wiedzę teoretyczną z wykładów uniwersyteckich na politologii, doświadczenia z biznesu oraz działalności społecznej  –  zająć się aktywnością polityczną.

 Podobno jeżeli chce się rozśmieszyć Pana Boga, należy opowiedzieć mu o swoich planach…

 Dzisiaj mam 26 lat, od ponad roku szukam pracy. Wysłałem kilkaset CV i listów motywacyjnych, odbyłem kilkadziesiąt rozmów kwalifikacyjnych.

 Moim dorobkiem pochodzącym z tego okresu, nie licząc społecznej pracy dla Stowarzyszenia, jakie sam z kolegami zakładem,  są trzy dwumiesięczne staże w marketingu – w banku oraz dwóch specjalistycznych agencjach (każda z tych firm jest  w swojej dziedzinie renomowaną instytucją). W dwóch przypadkach pracowałem za darmo, w jednym za kilkaset złotych. Za każdym razem spędzałem w pracy 11-12 godzin na dobę. Za każdym razem projekt, którym się zajmowałem kończył się sukcesem. I za każdym razem nie przedłużano ze mną współpracy. Bynajmniej nie dlatego, że nie było zapotrzebowania na takiego pracownika jak ja. Ale dlatego, że na moje miejsce przyjmowano kolejnego stażystę, który za darmo albo za kilkaset złotych wykonywał tę samą pracę co ja.

 Nie wiem czy moje plany rozśmieszyły Pana Boga. Ale na pewno czuję się śmieszny. Bo śmieszny jest 26 letni mężczyzna, którego nadal utrzymują rodzice. Niestety, dorabianie pracami fizycznymi oraz chałturą „intelektualną” w rodzaju  pisania prac zaliczeniowych, w połączeniu z szukaniem docelowej pracy, nie pozwala się utrzymać samodzielnie.

(Nazwisko autora tego autoreportażu z oczywistych względów jest pseudononimem. Ewentualne oferty pracy np. dziennikarskiej proszę przysyłać na adres tego blogu. To nie żart. Na poważnie. KW)

(W przygotowaniu dalszy ciąg reportażu Jana Kamińskiego. Edytuję w najbliższych dniach)

18 thoughts on “Jan Kamiński pisze: jestem absolwentem, jestem przegrany?

  1. To ja w ramach złości również się wypowiem. A złoszczę się, gdyż jako absolwentka jednego z kierunków filologii Uniwersytetu Jagiellońskiego (tryb dzienny) szukam od ponad pół roku pracy ze skutkiem zerowym. Dzisiaj akurat byłam na rozmowie rekrutacyjnej w Call-Center w jednej z krakowskich firm. Warunki płacowe uderzające w godność, tj. 0 zł + prowizja (6zł od zdobytego klienta). Czy któryś z Panów podjąłby się takiej pracy jako absolwent UJ albo UW? Czy schowałby swoją dumę z taką samą łatwością z jaką przychodzi Wam Panowie atakowanie absolwentów „nieprzyszłościowych” kierunków? Dalej… by nie zapomnieć języka podjęłam się tłumaczeń translatorskich w ramach różnych akcji wolontariackich. Daje mi to satysfakcję, bowiem robię to co lubię, niemniej jednak bez żadnych profitów, no… prócz referencji rzecz jasna. Przecież trzeba coś robić, by nie zapomnieć tego co się już umie. Innych możliwości nie ma. Wszyscy wszystko chcą za darmo! Jedno z krakowskich biur tłumaczeniowych za praktykę pod ich egidą żąda opłat. Przecież to karygodne! Drodzy Panowie, uprzejmie proszę o nie szachowaniem utartymi sloganami w stylu „trzeba zejść na ziemię”, dlaczego tak wszyscy chętni są do ucinania młodym ludziom, w ogóle sobie nawzajem „skrzydeł”, po co kazać na schodzić na ziemię? by łatwiej nas zrównywać z brukiem?

    1. To ja napiszę, jak to wygląda od strony pracodawcy. Słowo-klucz to „wydajność” – co ja będę z tego miał, że zatrudnię tę właśnie osobę. Moje doświadczenia są takie, że przed podjęciem pracy kandydat atakuje mnie pięknym CV, obietnicami, jak to bardzo mu zależy itd. A kiedy już pracę dostanie, to po pewnym czasie albo mu się nie chce starać, albo zaczyna się rozglądać za inną (choćby za 200 zł więcej – że przytoczę jeden z wcześniejszych postów), albo zaczyna się specjalizować w analizie Kodeksu pracy (a jest co analizować, więc sporo na to poświęca czasu). W skrócie, mało elegancko ale dosadnie, określił to jeden z moich znajomych: „pracodawca jest po to, by go j***ć”.

      I ja już nie chcę zatrudniać nowych pracowników: wolę outsourcing, współpracę z wyspecjalizowanymi firmami, choćby jednoosobowymi, bo dla tych ludzi zarobek jest ewidentnie połączony z jakością świadczonej pracy; z reguły każdy z nich wie, że jak nawali, to współpraca (a w konsekwencji i pieniądze) szybko się skończy. Tu też zdarzają się porażki, ale przynajmniej kłopot mniejszy.

      Oczywiście nie twierdzę, że obraz jest czarno-biały; pracodawcy też nie są święci. Ale właśnie dlatego uważam, że także dla potencjalnych pracowników układ B2B jest lepszy. Nie jest idealny i zapewne tak komfortowy jak umowa o pracę, ale ma jedną zaletę – większą niezależność. Zachęcałbym więc decydentów, żeby ułatwiali prowadzenie małego i średniego biznesu, zamiast mnożyć programy „pomocowe” i obarczać przedsiębiorców kolejnymi obowiązkami.

  2. Myślę, że jednak w Warszawie nie ma problemu ze znalezieniem pracy, chyba, że jest się nastawiony tylko na jednego rodzaju pracę i absolutnie nic więcej nie wchodzi w grę. Mieszkam tu od 11 lat, skończyłem studia w 2007, kiedy z pracą było dużo gorzej, niż w tej chwili. Skończyłem socjologię na SGGW, więc też kierunek bez szału, a jednak nie znam nikogo, kto byłby bez pracy. Ja, pomimo tego, że wyniki na studiach miałem bardzo dobre wyjechałem na 3 lata za granicę. Pracowałem na farmie w Danii, całymi dniami ręcznie rozrzucałem ptasie odchody jako nawóz pod uprawy organiczne. Większość znajomych śmiała się ze mnie, ale to była bardzo dobrze płatna praca, a ja chciałem zebrać kapitał na otworzenie czegoś swojego. Wróciłem do Polski, zacząłem handlować pościelą na Allegro, znowu wszyscy się ze mnie śmiali, że jak to wygląda, żeby piątkowy student kołdry przerzucał. A ja zarabiam w tej chwili do 10 000 zł w dobrych miesiącach, socjologia bardzo mi pomaga w pracy, bo sam muszę wszystko ogarniać, a socjologia to podstawa wielu dziedzin, jak marketing czy zarządzanie. Nigdy nie myślałem, że będę robił właśnie to, ale życie weryfikuje plany. Głowa do góry, grunt to się nie poddawać i nie zawężać horyzontów.

  3. Witam!
    czytając różne komentarze postanowiłem podzielić się również moim doświadczeniem zawodowym i praktykami stosowanymi w jednym z wielu amerykańskich koncernów obecnych w Polsce, w którym pracuję ponad 10 lat.
    Odniosę to do rynku warszawskiego. Wiele osób zakłada, że tu właśnie można powiedzieć o komfortowej sytuacji pracowników i mniej komfortowej pracodowaców w stosunku do reszty kraju. Jest to również mój pogląd, a wiedząc że w Warszawie i okolicach wcale tak wspaniale pracownicy nie mają, nieco przerasta mnie myśl o małych miejscowościach na ścianie wschodniej czy Bieszczadach… no ale z tych regionów młodzi uciekają do Warszawy i innych aglomeracji w Polsce a często od razu w UK – rozłąka z rodziną taka sama a zarobki i komfort życia nieporównywalne.

    Będąc absolwentem studiów dziennych UW ze znajomością dwóch języków i praktyką zawodową na 4 i 5 roku studiów (dzisiaj z perspektywy ponad 10 letniej zastanawiam się jak dobrą kondycję zdrowotną wtedy miałem ciągnąc zajęcia, egzaminy i pracę średnio 200h w miesiącu…) zajęło mi 2 miesiące znalezienie w miarę sensownej pracy biurowej w firmie z „perspektywami”. Pracując przez te lata doszedłem do szczebla dyrektorskiego i teraz mam okazję prowadzić rekrutacje do swojego działu.
    Nacisk w firmie działu HR „sterowanego” zarówno przez zarząd krajowy jak i przełożonych w USA jest głównie położony na zatrudnianie ludzi młodych, po studiach z max 2 letnim doświadczeniem zawodowym – dlaczego? Ze względu na niskie koszty.
    W zamian firma nie oferuje żadnych szkoleń – pracownik może dokształcać się sam na swój koszt, a jeśli tego nie robi i po jakimś czasie nie spełnia oczekiwań i wymagań na danym stanowisku jest po prostu zwalniany…. a na jego miejsce trafia ktoś z już gdzieś zdobytymi kwalifikacjami.
    Jest jeszcze oczywiście kategoria ludzi zatrudnionych jako „kumple królika” – ci mają się dobrze, mniej obowiązków, przymykanie oka przy ocenach rocznych, pensje odpowiednio wyższe.

    Pracując dla tej firmy przez wiele lat widziałem jak moi znajomi z liceum czy studiów co 3-4 lata zmieniają pracę i ….. trafiają raz lepiej raz gorzej ale uogólniając nie są w stanie znaleźc firmy, której podejście w diametralny sposób odbiega od modelu jaki obserwuję u siebie.

    Zaryzykuję więc twierdzenie, że w Polsce dominuje rynek pracodawcy, który tak jak może wykorzystuje swoją przewagę. Jednocześnie firmy często spotykają się z trudnością w znalezieniu kompetentnych pracowników. Ale jeśli nie chcą wydawać pieniędzy na szkolenia i poszerzanie wiedzy młodych pracowników to i takie mamy efekty w skali kraju.
    A próby pozyskania pracownika obietnicami 200zł brutto podwyżki wobec tego co już ma gdzie indziej są żenujące😦 ale stosowane.

    I tak młodzi absolwenci nie bardzo mają szanse znaleźć pracę, starsi pracownicy 50+ są przerażeni wypadnięciem z rynku pracy (co może dla nich oznaczać wegetację już do 65 a niedługo 67roku życia) a średnia wiekowa czyli 30+ 40+ łamie sobie głowę jak poprowadzić swoją karierę aby zapewnić start dzieciom, spłacić kredyt na mieszkanie i w wieku 50 lat nie mieć na koncie 2 zawałów serca i do tego nie trafić do grupy 50+ drżących przed utratą pracy.

    W tym wszystkim polityka państwa właściwie nie istnieje, chciałbym móc powiedzieć że jest kiepska, słaba, niewydolna – ale ona po prostu nie istnieje. Od 20 lat mamy jakieś przepychanki i walkę o stołki między różnymi dziwnymi i dziwniejszymi indywiduami, które mając dietę poselską czy miejscówkę w Europarlamencie zupełnie zapomnieli o roli jaką powinni spełniać wobec społeczeństwa.

    Refleksja jaka mnie nachodzi to myśl o kolejnym przez komunę zrujnowanym pokoleniu. Nie tylko moim – urodzonych w latach 70tych, ale także kolejnych młodych ludzi, dla których politykę społeczno gospodarczą tworzą ludzie zakorzenieni mocno w PRL, którzy w latach 80 i 90 tych „uwłaszczyli się”, jako pierwsi wiekowo odpowiedni trafiali do zachodnich koncernów wchodzących do Polski w 1990, którzy teraz są posłami, prezesami zarządów itd. i oni kreują „swoją ” rzeczywistość, promoją swoich kolesiów i rodziny zarówno w biznesie jak i administracji „publicznej”.

    Żeby nie było tak pesymistycznie o Polsce – w Hiszpanii gdzie kapitalizm zaczął się nieco wcześniej niż u nas, podobnie są członkiewm UE sporo dłużej – bezrobocie wśród młodzieży z wyższym wykształceniem przekracza 40%. Tylko co to za pocieszenie.

    Chciałbym się też odnieść do jednego z komentarzy – praca leży i wystarczy ją wziąć – jasne, coś można na pewno znaleźć aby nie głodować, ale ile osób dostanie „średnią krajową”? I na co ona starczy w Warszawie? Przykładowo w mojej firmie płaci się absolwentowi 2000zł netto. Połowa to koszty wynajmu mieszkania i dojazdu do pracy komunikacją miejską, a za pozostałe pieniążki co można zrobić? Planować karierę, dokształcanie, zakup mieszkania na kredyt, 10 letniego auta z byłego NRD?

    Nie jestem optymistą, stąd być może trudno mi znaleźć „światełko w tunelu” , ale skąd miałbym brać optymizm dla młodych ludzi jeśli wg zasad ekonomii w Polsce nowe miejsca pracy powstają dopiero w roku, w którym PKB przekracza 4% – a jak często u nas PKB > 4% i to nie o 1 punkt procentowy?

    1. „W tym wszystkim polityka państwa właściwie nie istnieje, chciałbym móc powiedzieć że jest kiepska, słaba, niewydolna – ale ona po prostu nie istnieje.”

      A na czym ta właściwa polityka państwa miałaby polegać?

      1. Myślę np o programach, które Urzędy Pracy i rząd kierują do grup wiekowych „przedemerytalnych” czyli np. zmniejszenie obciążeń kosztów pracy (ulgi dla pracodawcy w zakresie skłądek na FUS itp.) Stanowi to zachętę dla pracodawcy być może rekompensującą brak doświadczenia zawodowego młodej osoby.

        Były co prawda dofinansowane przez UE programy „moja pierwsza firma” ale z tego co wiem Polska wycofuje się z nich ze względu na konieczność współpłacenia z UE a minister finansów robi oszczędności.
        Inna rzecz czy zakładanie prze młodego człowieka firmy i jej dofinansowanie na poziomie 10-40 tys zł w ciągu 12 miesięcy odmieni obraz gospodarczy kraju, ale zawsze jest to jakaś forma aktywizacji, może 5 % z tych osób utrzyma się po pierwszym roku na rynku i zamiast zasiłku dla bezrobotnych zarobi na siebie a kiedyś zatrudni innych.

        Ciekawy był również program „rodzina na swoim” dla młodych rodzin które walczyły o pierwsze M, a który też jest wygaszany. (co prawda sam sposób określania cen m2 itd był chory i szkodził rynkowi ale to można było poprawić.) To oczywiście jest już mniej związane z aktywizacją zawodową młodzieży bezrobotnej bo trzeba najpierw pracować żeby dostać kredyt.

        Nie sypię tutaj pomysłami na takie działanie rządu, które pomogłoby z bezproduktuywnych bezrobotnych w których zainwestowano kilkadziesiąt czy więcej tysięcy PLN w „darmowe kształcenie” zrobić osoby przyczyniające się do wzrostu PKB bo specem rządowym od tej polityki nie jestem – ale mam wrażenie że nic w tej sprawie się nie dzieje, a to jakby nie było zadanie rządu – tak zarządzać zasobami społecznymi państwa aby je jak najefektywniej wykorzystać dla wspólnej korzyści i budowania silnej gospodarki i silnego państwa.

        Takie forum to świetna okazja do wymiany poglądów i pomysłów np na programy wspierające młodych- może ktoś z czytelników zna inne działające programy w PL i za granicą? A może jakieś nowe pomysły?

  4. Niestety sytuacja na rynku pracy dla młodych ludzi jest kiepska. Fajnie jest zdobywać doświadczenie w czasie studiów, ale nie zawsze tak się daje. Ważne, iż próbujesz i nie odpuszczasz. Niestety takie mamy czasy, iż trzeba się doskonalić cały czas. Jedna uwaga – jak chcesz zwrócić uwagę potencjalnych pracodawców, to pisz bardziej optymistycznie lub wybierz zagadnienie specjalistyczne, które opiszesz w sposób interesujący.

  5. Drogi nicram, gratuluję Ci obecnej pozycji, zarobku i doświadczenia. Weź jednak pod uwagę że studenci studiów dziennych często nie mają tyle czasu co studenci zaoczni, żeby to doświadczenie zdobywać. Nie ma nic złego w nadziejach pokładanych w wykształceniu zdobytym na prestiżowej uczelni, bo część ludzi z uniwersyteckim dyplomem jednak realizuje się zawodowo. Niestety do tego potrzeba także sporo szczęścia, a z tym jak wiadomo bywa różnie. Ty wybrałeś taką drogę, udało Ci się, ale to nie oznacza od razu że studia zaoczne na prywatnych uczelniach to jest złoty środek do rozwiązywania problemów z zatrudnieniem wszystkich absolwentów. Bo również nie każdy student studiujący zaocznie znajdzie pracę, gdzie mógłby zdobywać doświadczenie w zawodzie.

  6. Podzielam wpis 28 letniego „nocram’a”. Pana Kamińskiego cechuje nie tylko naiwna wiara w dyplom, ale naiwność w ogóle.
    Pisze Pan Kamiński między innymi: „Wydawało mi się, że twardo stąpam po ziemi…. Ale byłem święcie przekonany, że mam podstawy sądzić, iż ta uczelnia wsparta moimi licznymi staraniami (jak staże i zaangażowanie społeczne), na polskim gruncie, zapewni mi taki sam start.” Na jakiej podstawie mógł Pan liczyć na uczelnie? Uniwersytety są od nauczania, a nie pomocy w zatrudnieniu. To stąpanie w chmurkach, a nie twardo po ziemi Panie Kamiński.
    Gdybym miał przyjąć Pana do pracy i na rozmowie kwalifikacyjnej usłyszałbym od Pana sformułowanie o rzekomym „szalejącego kryzysu”, to by Pan przepadł, bo byłoby to dla mnie dowodem, że żyje Pan na innej planecie skoro uważa Pan wzrost PKB w ostatnich latach w granicach od 2 do 4,5% za „szalejący kryzys”. Dobry politolog powinien odróżnić szum medialny od faktów.
    Niemniej życzę powodzenia w znalezieniu pracy. Proszę też zastanowić się nad założeniem własnej działalności do której, proszę mi wierzyć, na początek wystarczy komputer, drukarka, telefon komórkowy i nade wszystko głowa dobrych, mądrych i racjonalnych pomysłów, a tego po polskim „oxfordzie nie powinno przecież Panu brakować:).

    1. Szanowny Panie, zacznę od wymienienia rzeczy, do których nie będę się odnosił. Nie będę odnosił się do niestsownych wycieczek osobistych w rodzaju zarzucania mi naiwności. Podobnie nie będę odnosił się do protekcjonalnego i ironicznego tonu. Tym niemniej gratuluje dobrego samopoczucia (oby to nie była Pańska naiwność) w momencie, w którym rozmawiamy o poważnej i trudnej sprawie.

      „Na jakiej podstawie mógł Pan liczyć na uczelnie? Uniwersytety są od nauczania, a nie pomocy w zatrudnieniu.” Ta Pańska uwaga jest dla mnie kuriozalna!. Nie napisałem nawet słowa, które świadczyłoby o tym, że liczyłem na bezpośrednią pomoc uczelni, pomoc polegającą na znalezieniu mi pracy!

      W cytowanym przez Pana fragmencie rekonstruowałem mój niegdysiejszy sposób myślenia, wedle którego liczne starania oraz marka DYPLOMU macierzystej uczelni miały mi zapewnić prace. Doprawdy nie wiem jak można to było inaczej zrozumieć.

      Idąc dalej. Rzeczywiście inaczej definiujemy kryzys. Dla mnie sytuacja, w której około 25% ludzi w moim wieku nie ma pracy (!), jest sytuacją, w której możemy mówić o kryzysie (nie całej gospodarki, ale rynku pracy dla młodych ludzi).

      Dziękuję za życzenia powodzenia w poszukiwaniu pracy.

      Pozdrawiam,
      JK

      PS
      Opublikowałem ten krótki tekst (i dzięki uprzejmości Pana Wóycickiego mam nadzieje opublikować kolejne), ponieważ chciałem pobudzić do dyskusji. Nie miała to być jednak dyskusja pod tytułem „udziel dobrej rady Janowi”. Chciałem, żebyśmy porozmawiali o tym: czy na rynku pracy w ogóle i w jego segmencie „młodzi” jest kryzys czy go nie ma ? Ewentualnie, jak radzić sobie z tym kryzysem? Czy rynek pracy jest rynkiem pracownika czy pracodawcy (czy taki podział ma w ogóle sens)? Czy umowy śmieciowe faktycznie są złe? Itd. Itp.

      Pan Sikora mi nie uwierzy, ale ja naprawdę sobie poradzę. Mało tego. Wcześniej czy później dojdę tam gdzie zaplanowałem. Tu chodziło i nadal chodzi o zabranie głosu w sprawie, która jest poważnym problem społecznym. Dlatego zachęcam Pana oraz innych do wykorzystywania mojego przypadku jako asumptu do głębszej dyskusji. A nie jako celu samego w sobie.

      1. W zasadzie moi przedmówcy napisali już wszystko i mógłbym podpisać się pod ich wypowiedziami. Odpowiadając na pytanie, które, jak rozumiem, skierował Pan do wszystkich, a nie tylko do p. Sikory: na polskim rynku pracy jest kryzys. Jednak nie jest to kryzys taki, jakim jesteśmy straszeni w mediach, to nie spadek PKB, nie upadanie zakładów pracy, problemy z eksportem itp. Jest to kryzys pracowników, którzy są właśnie tacy, jak już tu napisano: naiwni, pozbawiający się (na własne życzenie!) doświadczenia zawodowego, marnujący swój czas, którzy wyposażeni są (zamiast w kompetencje) w nieuzasadnione ambicje. Znajomość angielskiego – przepraszam, ale to jest już za mało! Pięć lat studiów (i możliwość bezpłatnej nauki języka przez cztery semestry) to dość czasu, by zdobyć znajomość drugiego języka, choćby podstawową. Kilkaset CV (wyjątkowo irytująca klisza) – ale czy na pewno interesujących, czy były kierowane tam, gdzie trzeba? Kolejnym charakterystycznym zjawiskiem są dla mnie bezpłatne staże – dowód na to, że kandydat na pracownika nie ceni się, że nie przychodzi z kompetencjami, ale oczekuje ich zdobycia dopiero w pracy. Chwali się działalność społeczna, ale podobnie jak z CV – czy jest ona wartościowa, czy kierowana jest tam, gdzie trzeba (ile jest już stowarzyszeń studenckich!). Można te hasła mnożyć dalej, ale nie zmieni się faktu podstawowego – że praca jest, że wystarczy jej szukać i podnieść z ziemi.

        1. Szanowny Panie, odpowiadając Panu, odpowiadam jednocześnie innym użytkownikom (o nickach Smok i Nicram), ponieważ Państwa argumentacja jest szalenie zbliżona. Panów uwagi można sprowadzić do mianownika – winni są nieporadni i naiwni studenci (w tym wypadku konkretny student), nie ma problemu społecznego.

          Nie podejmuje dyskusji o kryzysie w ogóle, bo to odchodzenie od tematu, który chciałem wywołać. Ale nie ulega wątpliwości, że istnieje kryzys na rynku pracy – w naszym kraju 25 % ludzi w moim wieku pozostaje bez pracy.

          Nie potrafię pojąć jak „pozbawianiem się (na własne życzenie) doświadczenia zawodowego” oraz „marnowaniem własnego czasu” można nazywać gotowość pracy na bezpłatnych stażach. Zupełnie szokująca jest uwaga, że podejmowanie takich staży to dowód na to „że kandydat na pracownika nie ceni się” i „oczekuje (…) zdobycia [kompetencji – przyp. autora] dopiero w pracy”. Ja, podobnie jak Pan, mogę opierać się tylko na doświadczeniach moich i moich kolegów. Podam tylko jeden przykład. Pracowałem przy ponad dwumiesięcznym projekcie dla specjalistycznej agencji zajmującej się marketingiem w internecie. Pracowałem po 11 – 12 godzin dziennie. Za darmo. Po zakończeniu projektu mój manager rozpływał się w zachwytach… podał mi rękę i pożegnał się. Dzięki uprzejmości koleżanki z tamtej firmy, która była tam zatrudniona na stałe, wiem że ta praktyka powtarzała się. Ja uważam, że podjęcie tego „stażu” (to bardzo mylna nazwa, ja uważam, że była to normalna, projektowa praca), było dowodem na moją pracowitość. Przyjmuje jednak do wiadomości, że są osoby, które są gotowe twierdzić – to był dowód na brak szacunku do samego siebie.

          Tutaj jest szerokie pole do spekulacji. Można przecież założyć, że manager okłamywał mnie, bo tak naprawdę byłem najgorszym pracownikiem z jakim się zetknął. Można zakładać, że nie potrafię napisać interesującego CV lub wysłać go w odpowiednie miejsce. Można zakładać, że moja działalność społeczna była (jest) mało wartościowa. Można zakładać, że popełniłem błąd nie idąc na prywatną uczelnię, dodatkowo decydując się na tryb zaoczny Itd. Itp.

          Ja w ramach tego „pola spekulacji” mógłbym się z kolei bronić. Zawsze znajdzie się jednak ktoś, kto wykrzyknie z satysfakcją: wszystko mało i wszystko źle! Poza tym egocentrycznie broniąc jednostkowego przypadku, prowokowałbym kontynuowanie dyskusji w kierunku rozpatrywania tego przypadku. Dla mnie tracimy w ten sposób z pola widzenia ważne problemy: pobudzać gospodarkę i tworzyć miejsca pracy czy wspierać takie programy jak Fundusz Pracy, czy kierunek w jakim zmierza polska edukacja i szkolnictwo wyższe jest odpowiedni, czy boom edukacyjny to powód do satysfakcji jak twierdzą jedni czy do bicia na alarm jak twierdzą drugi itd. itp.

          Nie zmienia to faktu, że jestem zobowiązany za wszystkie rady zawodowe. Serdecznie za nie dziękuję i równie serdecznie pozdrawiam.

          JK

      2. Panie Janie, najlepszą radą biznesową, którą dostałem 10 lat temu (kiedy byłem mniej więcej w obecnym Pana wieku) było: „nie obrażaj się”. Nie chodzi o to, by być wiecznie uśmiechniętym, promieniującym szczęściem optymistą – rodem z naiwnych mądrości życiowych przesyłanych w e-mailach. Chodziło o to, by stale pracować nad sobą; stale pytać, gdzie zmierzam, czy nie popełniam błędów, jaką wartość ma moja praca – i wyciągać wnioski, zamiast czekać na odpowiedzi. Chodziło o to, by „nie ustawiać się jeżem” do każdej krytyki (choćby niesprawiedliwej), niepowodzenia czy konfliktu, bo – jak mówi indiańskie powiedzenie – każdy napotkany człowiek jest twoim nauczycielem.

        I to jest według mnie podstawowa sprawa: jakie znaczenie ma dla Pana i innych ludzi z Pana pokolenia takie nieatrakcyjne słowo jak pokora? Czy potraficie naprawdę słuchać innych ludzi? Czy potraficie przekuć swoją wiedzę w coś praktycznego, co przyniesie konkretną korzyść? Czy potraficie wyjść poza piękne idee, racjonalnie ocenić rzeczywistość i wziąć odpowiedzialność za swoje działania? Czy nie grozi Wam pospolita pycha: jestem taki dobry/dobra, a oni się na mnie nie poznali?

        Nie twierdzę, że odpowiedzi na powyższe pytania są w Pana przypadku negatywne, za mało wiem o działalności stowarzyszenia, udziale w projektach w czasie stażów itd. Myślę tylko, że zamiast się rozglądać po świecie, warto czasem spojrzeć szczerze w lustro…

        Polecam poniższy wpis nicrama – nie jest może miły, ale sporo w nim racji. Także wpis http://blog.wirtualnemedia.pl/index.php?/authors/222-Przemyslaw-Rybicki/archives/4928-Internauci-aktywni-Pytanie-czy-na-pewno..html daje sporo do myślenia…

  7. Niestety, ale jest po prostu za dużo studentów takich kierunków jak politologia. Nawet gdybyśmy nie mieli kryzysu i wysoki wzrost gospodarczy, to i tak wszyscy absolwenci nie byliby w stanie znaleźć takiej pracy, do jakiej aspirują po skończeniu studiów. A w obecnej sytuacji przedsiębiorstwom bardziej opłaca się cały czas zatrudniać ludzi na staże i praktyki niż kogoś na stałe – jest cała masa studentów lub świeżych absolwentów, którzy są gotowi pracować jedynie za doświadczenie i wpis do cv.
    Jedyne co można zrobić, to chyba mieć nadzieję, że w końcu trafi się gdzieś, gdzie będą mieli inne podejście i zatrudnią kogoś kto się sprawdzi na stażu/okresie próbny, a nie będą rozglądać się za kolejną osobą gotową pracować za darmo. Zawsze też można spróbować rozkręcać coś samemu.
    Jeśli zaś chodzi o szukanie strukturalnych rozwiązań, które w dłuższej perspektywie rozwiążą ten problem, to chyba w jakiś sposób powinno zainterweniować państwo. Bo jednak uczelnie postępują dość nieodpowiedzialnie przyjmując tabuny studentów i mamiąc ich świetlaną przyszłością. Po części to nie ich wina, bo jednak muszą zabiegać o studentów, żeby się utrzymać, ale z drugiej strony, przydałoby się, żeby przynajmniej najlepsze uczelnie trzymały poziom i zapewniały mniejszej liczbie absolwentów lepszy start w przyszłość.

  8. Panie Kamiński, w Pana tekście uderzył mnie jeden wątek. Pańska naiwna, wręcz infantylna wiara w dyplom.

    Kiedy ja szedłem na studia, wszyscy wbijali mi do głowy – w Warszawie (pochodzę z Warszawy) liczą się tylko Uniwersytet Warszawski, Politechnika, Akademia Medyczna, SGH i SGGW. Tylko te uczelnie można brać pod uwagę, jeśli ktoś chce się liczyć na rynku pracy. Dyplomy tych uczelni miały być gwarantem pracy w przyszłości.

    Tylko widzi Pan, ja w to nie uwierzyłem. I dobrze na tym wyszedłem. Skończyłem zaocznie prywatną uczelnię. Taką uczelnię, która przez dziennych studentów Uniwersytetu Warszawskiego, jest zapewne wyszydzana na każdej przerwie na papierosa. Do tego powiem, ze nie zakładałem stowarzyszenia i w ogólnie nie udzielałem się społecznie.

    Za to robiłem co innego. Przez całe studia PRACOWAŁEM! Z 5 letnich studiów wyniosłem 4,5 roku doświadczenia zawodowego.

    Jakie są tego efekty? Dzisiaj pracuje w dużej polskiej firmie zajmującej się reklamą. Zarabiam 5 tyś netto. Mam 28 lat.

    W tym kraju są dwa modele kariery. „Na wujka” lub poprzez DOŚWIADCZENIE ZAWODOWE.

    Dyplom, działalność społeczną, same piątki można schować do kieszeni.

    Moja diagnoza jest prosta. Ma Pan za mało doświadczenia. I przez to jest Pan nieatrakcyjny.

    1. Może Pan napisać coś więcej o swoim wykształceniu- kierunku, uczelni? Mi również wydaje się, że współcześnie wybór studiów zaocznych to dobre posunięcie. Moja siostra jest na II roku Finansów na SGH. Od początku pracowała: najpierw jako sprzedawca w butiku, potem na infolinii PZU (mimo że mało zarabiała, nauczyła się sporo na temat ubezpieczeń), jeszcze w czasie pracy udało jej się dostać na stanowisko asystenta działu finansowego w międzynarodowej korporacji, gdzie obecnie zarabia 2000 netto. Na bieżąco ma kontakt z pracownikami z całej Europy (zna angielski) i zajmuje się w pracy zagadnieniami omawianymi na studiach.
      Nie chciałabym aby pan Kamiński źle odebrał mój komentarz. Jestem pełna podziwu dla Pana wytrwałości i życzę zdobycia satysfakcjonującej pracy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s