Saska Kępa, ramiarz, fryzjer i mydlarnia czyli espresso-test.

Sobota, słonecznie, więc spacerowałem po mojej Saskiej Kępie i sprawdzałem jak w  sobotnie popołudnie smakuje espresso. Mamma-Mia na Berezyńskiej. Dawniej był to szklarz i ramiarz. Teraz zrobiono tu kawiarnio-restaurację. Część stolików wystawionych na zewnątrz w cichym i przytulnym zaułku. Zamawiam. Przynoszą mi do stolika kawę Lavazza. Tyle mówi napis na filiżance. Firma nie mówi wszystkiego. Każdą kawę można różnie zaparzyć. Ta smakuje dobrze. Piję małymi łykami. Popijam wodą.

Przyglądam się łyżeczce na spodeczku. Nie wiem jak Wy, ja przywiązuje wagę do takiego szczegółu. Nie słodzę, ale łyżeczka mnie interesuje

Francuska 30. Tutaj dawniej był Fryzjer. Wchodziło się od frontu, od samej francuskiej. Był to elegancki lokal, chociaż nie nazywał się ani salon fryzjerski, ani studio włosów tylko tak zwyczajnie fryzjer (dzisiaj byłoby niedopuszczalne). Teraz wchodzi się też po schodkach, ale z boku budynku od Walecznych. Poprzeczka postawiona wysoko. Czytam „najlepsza kawa na Saskiej Kępie”. Jak byłem tu pierwszy raz, kiedy kawiarnia debiutowała, kawę parzył „barwista”. Był mistrzem Polski w parzeniu kawy. Istotnie napar był świetny. Dzisiaj mistrza nie ma, w każdym razie nie rozpoznaje go w młodym, sympatycznym barmanie. Pyta uprzejmie „americana”, „cafe latte”, „cappucino”. Mówię krótko i zdecydowanie espresso, ale i tu trzeba wyjaśnień „przedłużone”, „podwójne”. Zwykłe, pojedyncze, dopowiadam  niepewny jak owe najprostsze espresso wybrać w tym lingwistycznym gąszczu.

Siadam przy stoliku. Filiżanka bez żadnych firmowych napisów. Łyżeczka mała, zgrabna. Kawa absolutnie super.

Na przeciwnym rogu ulicy kończą budować pawilon handlowy. Dawniej, dawno temu była tam też kawiarnia. Jedna z niewielu lub nawet jedyna na Francuskiej. Spiewano o niej ”Na francuskiej kawiarenka”.  Podobna bywała tu Sława Przybylska. Nie wiem czy to prawda, ale wielce prawdopodobne. Debiutowała po 56 roku. Jej postać i nastrój jej piosenek bardzo się kojarzy z ówczesnym modnym egzystencjalizmem. Nosiła długie wyciągnięte swetry. Moja mama mówiła, że to nie wypada, ale mnie kojarzyło się to Sartre’em i uważałem, że jest…   W każdym razie nawet jeśli Sława Przybylska tu bywała, nie mogła najpewniej pić espresso. Jako egzystencjalista musiała pić kawę, ale najpewniej kawę zalewajkę.

Café Rue de Paris. Siedzę obok stolika-pomnika Osieckiej. Dobrze, że go tutaj postawili, chociaż Osiecka nie mogła tu bywać.  Tak jak w Mamma-Mia był szklarz,  przy  Francuckiej  30 był fryzjer, tutaj była mydlarnia. I to jeszcze jaka. Sklep miał wystrój nieco przedwojenny. Kojarzył się lepszymi czasami.

Esperesso podają mi w firmowej filiżance  tylko, że tu tą firmą jest „Café Rue de Paris”. Długi spodeczek, a nim także małą szklaneczka wody. Łyżeczka dość zwyczajna, ale mała, pasująca do kompletu. Sam nie wiem, czy tutaj kawa nie jest najlepsza.

Trochę w głębi ulicy Obrońców stoi stare, czerwone Porsche. Antykwaryczny egzemplarz. W gazecie, wziętej ze stojaka, czytam że światowy kryzys. Jest letnie, sobotnie popołudnie. Tutaj tego nie widać. Kawiarnię mija jakiś gość na rowerze. Strój ma taki, że to idealnie pasuje do tego, że jest łysy. Rower ma niczym to Porsche. Jedzie Francuską wyraźnie, żeby się pokazać.

Piję moje trzecie espresso. Kofeina podobno poprawia humor. Mnie w każdym razie dobrze robi.  Więc rośnie we mnie zadowolenie, że jestem na Francuskiej i ostatni łyk espresso łaskocze moje  gardło delikatnym snobizmem.

Mój espresso-test będę w następne weekendy kontynuował. Chyba, że zgłodnieję. Wtedy w następnej „Saskiej Kępie” napiszę, jak na Francuskiej i w okolicy można zjeść. (Felieton ukaże się wkrótce w „Saskiej Kępie. Czasopiśmie mieszkańców”)

Reklamy

One thought on “Saska Kępa, ramiarz, fryzjer i mydlarnia czyli espresso-test.

  1. A pamięta Pan Saską brukowaną kocimi łbami, a drewniany domek stojący onegdaj za stacją benzynową. A sama stacje ze śmiesznymi ręcznymi pompami do paliwa. Gdzie się podział warzywniak z Berezyńskiej. Schodziło się schodkami w dół, a tam kapusta kiszona i świetny żur. Nie dziwi, że tak drobne rzeczy zginęły z pejzażu Saskiej Kępy skoro zginęło całe lotnisko.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s